Koniec epoki neutralizacji – Jacek Bartyzel

Aktualizacja: 2012-11-16 10:37 pm

Wbrew narzucającemu się niejako z przyzwyczajenia – albo raczej ze stępienia wrażliwości – podejściu, niedawną deklarację herszta obozu libertyńskiego o potrzebie wywołania w Polsce wojny światopoglądowej należy potraktować nie jako kolejny medialny cyrk postpolitycznego wesołka, ale całkowicie poważnie. Co więcej, w pewnym sensie Januszowi Palikotowi należy przyznać rację, w tym mianowicie, że przyjęte po 1989 roku rozwiązania odnośnie do kardynalnych kwestii moralnych oraz metafizycznych fundamentów porządku politycznego nazywa zgniłymi kompromisami – bo tak jest w istocie, niezależnie od tego, z jakiego stanowiska je rozpatrywać. Ustawa zasadnicza, która znosi w indyferencji wiarę w Boga jako źródła prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna z niepodzielaniem tej wiary i wywodzeniem tych uniwersalnych wartości z innych (jakich?) źródeł oraz traktuje alternatywnie poczucie odpowiedzialności przed Bogiem i subiektywne własne sumienie; konkordat, który nie zawiera nawet śladu uznania religii prawdziwej za ortodoksję publiczną Rzeczypospolitej, a konstatuje jedynie statystyczny fakt wyznawania religii katolickiej przez większość społeczeństwa polskiego; ustawa, która wbrew konstytucyjnej zasadzie prawnej ochronie życia człowieka już w samym tytule dopuszcza jednak przerywanie ciąży w określonych warunkach – wszystkie te podstawowe akty normatywne faktycznie przesiąknięte są zgnilizną kompromisowości wypływającą nie skądinąd, jak z liberalnej mentalności indyferentyzmu, zwanego neutralnością, a więc ontologicznym i etycznym NIC.

U źródeł wszystkich tych konfuzji, leży więc ideologia liberalna, która w ciągu ostatnich dwóch stuleci zdołała opanować i podporządkować sobie nowoczesne państwo, a której demoniczna siła polega właśnie na odrzuceniu jednoznacznych i wiążących rozstrzygnięć we wszystkich podstawowych kwestiach oraz podniesieniu tej nihilistycznej indyferencji do rangi naczelnej normy życia zbiorowego. Z drugiej strony, siła ta przejawia się jedynie w zdolności do rozkruszania i niszczenia wszelkiego ładu, natomiast na dłuższą metę neutralny substytut porządku jest nie do utrzymania, bo zgodnie z drugą zasadą termodynamiki zniesienie wszelkich przeciwieństw prowadzi do entropii, a więc unicestwienia funkcji życiowych ciała – w tym wypadku społecznego. Liberalizm przeto, jako zasada „ani – ani”, musi ostatecznie zatem ustąpić jakiemukolwiek rozstrzygnięciu. Na tę oczywistą konieczność zwracali uwagę wielcy katoliccy krytycy liberalizmu, demonstrujący jego czysto negatywny charakter i pęd ku samounicestwieniu – niestety zagrażający również unicestwieniem społeczeństwu, jeśli w porę nie zdoła ono znaleźć stosownych antytoksyn.

„Ojciec Syllabusa”, Juan Donoso Cortés (1809-1853) zauważył, że alienacja z podległości boskiemu autorytetowi prowadzi słaby, jednostkowy rozum człowieczy do niemożności rozróżnienia pomiędzy prawdą a fałszem, a w konsekwencji do uwiądu i „śmierci duchowej”. Deistyczny filozofizm nie ma nawet znamion desperackiego heroizmu konsekwentnej negacji istnienia Boga przez ateistów, gdyż racjonalistom brak najzwyczajniej intelektualnej odwagi. Liberał-racjonalista „tylko” wątpi o istnieniu Boga oraz sączy w dusze i umysły jad sceptycyzmu i niepewności: Filozofizm zaczyna od tego, że zręcznie grubą zasłoną przykrywa prawdę i światło, któreśmy z nieba otrzymali, zaś rozumowi podaje nierozerwalne zagadnienie, jak wyprowadzić z płodny sposób prawdę i światło z wątpliwości i ciemności, rzeczy przeciwnych wszelkiej płodności w rozumie ludzkim.

Tym, czym liberałowie rozkoszują się najbardziej, jest nieustanna, a przy tym zupełnie niekonkluzywna dyskusja. Nic nie kompromituje wymowniej liberalnej „klasy dyskutującej” (clase discutidora), niezdolnej do rozstrzygnięcia czegokolwiek, jak wyobrażenie sobie liberała jako postawionego – jak Piłat – przed alternatywą: uwolnić Jezusa albo Barabasza. Naonczas liberał, który nigdy nie mówi tak albo nie, ale zawsze ja rozróżniam, najchętniej zaproponowałby przeniesienie sesji parlamentu na inny termin, dla wszechstronnego rozpatrzenia tego tak „złożonego” problemu. Liberał bowiem, jako człowiek kompromisu, pragnie, aby nigdy nie nadszedł dzień radykalnej negacji lub pełnej afirmacji; dlatego przy pomocy dyskusji zamąca wszystkie pojęcia, rozplenia sceptycyzm wiedząc, że lud, który nieustannie, przy każdej sprawie, słyszy z ust swoich sofistów «za» i «przeciw», w końcu nie wie już czego ma się trzymać i pyta się czy prawda i fałsz, sprawiedliwość i niesprawiedliwość, hańba i honor rzeczywiście są ze sobą sprzeczne, czy też raczej są tym samym, rozpatrywanym z różnych punktów widzenia. Donoso przewidywał jednak, że stan taki nie może trwać à la longue, albowiem człowiek jest zrodzony do działania, i wieczna dyskusja, która nie zostawia miejsca na działanie, jest czymś nienaturalnym. Dlatego nadejdzie dzień, kiedy lud pchany swoimi instynktami runie na ulice, aby zdecydowanie zażądać wypuszczenia Barabasza lub Jezusa, i aby przewrócić katedry sofistów. Niestety, nie wiadomo za kim opowie się (zdemoralizowany gadaniną o swojej „suwerenności”) lud: za powrotem do Ewangelii czy za nową, egalitarną, tyranią.

Również „teolog polityczny” Carl Schmitt (1888-1985) obnażał jednoczesną hipokryzję i słabość liberalizmu. Oba te czynniki sprowadzają kryzys władzy, czyniąc ją niezdolną do obronienia państwa przed atakiem wrogów zewnętrznych i wewnętrznych (sił partykularyzmu i anarchii). Stworzony przez liberałów system parlamentarny to kapitulacja państwa przed egoizmami partyjnymi, tchórzliwie osłaniana abstrakcją bezosobowych „rządów prawa”. Liberalizm, który nie zauważa albo ignoruje specyficznie polityczne rozróżnienie: „przyjaciel – wróg”, dostrzega tylko trzy typy konfliktów w społeczeństwie: interesów, idei i wartości podstawowych. Co gorsza, naiwnie zakłada, że można je rozwiązać – pierwsze drogą negocjacji i kompromisów, drugie poprzez racjonalną dyskusję, a trzecie przez prywatyzację religii. XIX-wieczna teoria leseferystyczna państwa – „nocnego stróża” byłaby nie do pomyślenia bez uprzedniej (dokonanej przez XVII- i XVIII-wieczny mechanicyzm) rewolucji teologicznej, zastępującej Boga opatrznościowego deistycznym Wielkim Zegarmistrzem. Liberalną wiarę w „rządzenie przez dyskutowanie” (gouvernement par la discussion) obaliło powszechne głosowanie, dopuszczające masy do polityki, i powstanie masowych partii politycznych, które za nic mają poszukiwanie prawdy w rozumnej debacie.

Demokracja liberalna umieszcza swój ideał w politycznym bezkrólewiu, ponieważ liberalizm, nie odrzucając wprawdzie państwa w sposób radykalny, nie potrafił mimo to wypracować żadnej pozytywnej teorii państwa i własnego programu reformy państwowej. W gruncie rzeczy nie istnieje liberalna polityka sui generis, lecz tylko liberalna krytyka polityki, a liberalizm to nie teoria polityczna, lecz depolityzacja, neutralizacja religii i ekonomizacja.

Do identycznej konkluzji – o samounicestwieniu się liberalizmu – doszedł, zażarty skądinąd oponent Schmitta w przedmiocie „teologii politycznej”, konwertyta z luteranizmu Erik Peterson (1890-1960). W jego wypadku właśnie to, co doprowadziło go do konwersji, czyli poznanie mielizn protestanckiej „teologii liberalnej” à la Harnack, pozwoliło poznać słabość zasadniczy błąd wszelkiego liberalizmu i obnażyć bezpodstawność liberalnej tezy o braku związku pomiędzy polityką a teologią, która to teza bynajmniej nie jest wyrazem jakiegoś poznania ludzkiego o uniwersalnej ważności, lecz sama stanowi świadectwo konkretnej postawy politycznej i wyraża określone nastawienie teologiczne. „Prywatyzacja” wiary, która dokonała się w liberalizmie, spustoszyła nie tylko przestrzeń społeczno-polityczną, ale również dogmatykę we wszystkich jej działach, pozbawiając Boga charakteru transcendentnego: Bóg-Człowiek stał się liberalnym mieszczaninem, który wprawdzie nie czynił cudów, ale za to głosił humanitaryzm, którego krew nie kryła tajemnicy, ale który umarł za swoje przekonania; który wprawdzie nie powstał z martwych, ale przeżył we wspomnieniach najbliższych mu osób; który nie przepowiedział końca świata i swego powtórnego przyjścia, choć nauczył widzieć piękno lilii polnych.

Nawiązując do faktu uznania przez papieża Piusa IX (w Syllabusie) liberalizmu za herezję, Peterson zauważył, że konsekwentnie również i twierdzenie liberałów o rozdzielności polityki i teologii musi był traktowane jako herezja, ponieważ jest ono heretyckim zniekształceniem wiary chrześcijańskiej, która wymaga koniecznie przyjęcia eschatologicznej perspektywy w postrzeganiu historii. Odkąd Syn Człowieczy przyszedł na ziemię oraz (w konfrontacji z Piłatem) wyjaśnił sens swojego królestwa, era „królestw” li tylko światowych – a takim jest przecież programowo „świeckie”, liberalne państwo narodowe – została ostatecznie zamknięta. Zrodzone w XIX wieku, humanitarne państwo narodowe europejskiego liberalizmu bez wątpienia tedy stanowi urzeczywistnienie ideału państwa przeciwstawiającego się teologii chrześcijańskiej. Jednakowoż, «neutralność» liberalizmu wobec Chrystusa może być zawsze jedynie stadium przejściowym, albo do uznania Jego królestwa, albo do jego otwartego zanegowania.

Wszystko wskazuje na to, że owo „stadium przejściowe” (nie)porządku zgniłych kompromisów, ustanowionego przez demoliberalnych „ojców założycieli” III Rzeczypospolitej – w tym również „liberałów katolickich”, takich jak wynalazca konstytucyjnej formuły o wywodzeniu „uniwersalnych wartości” z różnych źródeł, b. premier Tadeusz Mazowiecki – dobiega właśnie końca. „Partyzanci Barabasza” przewrócili zbędne już „katedry sofistów”, rozpoczynając eschatologiczny bój. Najwyższy to więc czas, aby przeciwko nim swoje falangi rozwinęli „filozofowie Chrystusa”.

Jacek Bartyzel

Za: http://www.pch24.pl/koniec-epoki-neutralizacji,7223,i.html

Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=63537 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]