Partia Liżących Lakierki i Partia Liżących Walonki – Jacek Bartyzel

Aktualizacja: 2012-08-20 12:49 pm

W grudniu 1948 roku Carl Schmitt, konstatując proces powszechnej wasalizacji (nie tylko faktycznej, ale i mentalnej) swoich rodaków w zachodniej strefie okupacyjnej Niemiec, zanotował w swoim Glossarium:

Ci, którzy liżą buty Zachodowi, ogłaszają barbarzyńcami i potworami tych, którzy liżą buty Wschodowi. Liżący lakierki odczuwa wyższość nad liżącym walonki. To wszystko nazywa się bezwstydnie wyzwoleniem. Kaliban ma teraz nowego pana i wolno mu swojego zabitego pana i wszystkich wrogów obecnego pana lżyć, korzystając z pełnej wolności prasy i wolności słowa. Cóż za postęp (cytat w przekładzie Tomasza Gabisia).

Niestety, diagnoza ta dotyczy również aktualnej polskiej rzeczywistości. Ogłuszani werbalnym łomotem doniesień z teatru wojenki domowej POPiS-u, z udziałem plączących się na drugim planie ich pomniejszych akolitów, łatwo możemy przeoczyć ten podstawowy fakt, że tak naprawdę w Polsce istnieją i liczą się jedynie dwie partie: zdecydowanie większa – co zrozumiałe, bo jest to przecież oficjalna doktryna establishmentu państwa od 1989 roku – Partia Liżących Lakierki (tak duża, że dzieląca się na dwie frakcje: jedną tych, którzy uważają, że bardziej estetyczne i korzystne zarazem jest lizanie lakierków waszyngtońskich, druga tych, którzy preferują lakierki brukselskie, czyli de facto berlińskie), druga, utrzymująca się raczej siłą atawizmów z poprzedniej epoki zależności od czerwonej Moskwy, Partia Liżących Walonki.

Rozpoznanie tego elementarnego faktu jest utrudnione z jeszcze jednego powodu, tego mianowicie, iż protagoniści i propagandyści obu partii z upodobaniem – i nie bez powodzenia, jeśli chodzi o zmylenie publiczności – stroją siebie (i przeciwników) w zaciemniające nazwy – kostiumy pochodzące z historycznego i ideologicznego lamusa, a zatem budzące określone, acz nader mętne, skojarzenia. Piłsudczycy i endecy, romantycy i realiści, niepodległościowcy i konserwatyści – to najczęstsze etykietki, którymi się nawzajem ostemplowywują, zmieniając tylko znaki wartości „+” i „-” w zależności od przyjętej samoidentyfikacji (ci z nich, którzy jednocześnie uważają się za prawicę, nie mogą jedynie zgodzić się co do tego, którzy z nich są prawicą „prawdziwą”, a którzy „fałszywą”). W rzeczywistości jest to anachroniczna i kompletna mistyfikacja. W najgorszym wypadku mieniący się tak są nekrofilami usiłującymi wyssać resztki zakrzepłej krwi z trucheł swoich wielkich antenatów, w łagodniejszym – przypominają członków amatorskich kółek dramatycznych przy jakimś klubie kolejarza czy radiotechnika, którzy przypadkiem dostali się do magazynów i rekwizytorni wielkiego teatru, więc upojeni tą zdobyczą wyciągają stamtąd bez ładu i składu historyczne kostiumy i insygnia, i przebierają się w nie, wykrzykując przy tym jakieś zasłyszane strzępy tekstów bohaterów bez zrozumienia ich treści.

Nie zrozumiemy istoty problemu również, jeżeli nie uwzględnimy tej okoliczności, że aktywiści jednej i drugiej partii uważają się za patriotów i – co pragnę bardzo dobitnie podkreślić – intencjonalnie są nimi na ogół naprawdę, wyjąwszy zdarzające się wszędzie, indywidualne przypadki rzeczywistych agentur czy zwyczajnych oportunistów, przyłączających się do jednej lub drugiej partii w nadziei osobistego zysku. Rzecz w tym jednak, że rozumienie patriotyzmu (resp. interesu narodowego, racji stanu etc.) w obu przypadkach jest fundamentalnie zdeformowane, w taki sposób, że przypomina nieprawidłowy od samego początku rozwój organizmu, w którym jedna z parzystych kończyn jest nadmiernie rozrośnięta, a druga — niedorozwinięta.

Podstawowy defekt patriotyzmu Partii Liżących Lakierki polega na tym, że jest on mentalnie zredukowany do jednostronnego uczucia zapiekłej nienawiści (jeśli ktoś woli elegantszy eufemizm, to można to nazwać resentymentem) do Rosji i Rosjan („Kacapów”, „Moskali”, „Ruskich”), widzianych jako jedyny opresor Polski – nie tylko w przeszłości, ale wciąż, w teraźniejszości i na zawsze, a zatem „wróg odwieczny” i nawet nie tylko i nie tyle polityczny, ile „wróg metafizyczny”. Jak trafnie zauważył p. Tadeusz Matuszkiewicz, nie jest to nawet po prostu orientacja antyrosyjska, bo nie jest wyborem wypływającym z racjonalnej analizy politycznej, geopolitycznej, historiozoficznej, cywilizacyjnej itp., tylko stanowi czysto uczuciowy (negatywny) odruch, znamionujący niewolnika, który obronę swojej godności pojmuje jako miotanie obelg i wygrażanie pięścią – bezsilne, bo zakutą w kajdany – swojemu panu. Ta rusofobia prowadzi nieuchronnie do nierozwiązywalnych w żaden sposób aporii, z których najważniejszą jest kompletne niezrozumienie – zbagatelizowanie – sowieckiego bolszewizmu/komunizmu, postrzeganego nie jako najbardziej złowroga, sataniczna siła, jaka dotąd wystąpiła w dziejach, i która, gdyby zwyciężyła, doprowadziłaby do kompletnej bestializacji człowieka, tylko jako zwykły, co najwyżej nieco tylko spotęgowany, epizod w historii rosyjskości, jako „czerwony carat”, by odwołać się do znanego sofizmatu. Takie „drobiazgi”, jak „przejechanie po brzuchu” dawnej Rosji czerwonego walca, martyrologia rodziny carskiej, hekatomba rosyjskiej Cerkwi czy rosyjskiej inteligencji, albo nie mają dla rusobofów żadnego znaczenia, albo są tylko kolejnym „dowodem” dzikości „Ruskich” – cóż z tego, że skupiającej się na innych Ruskich. W takim razie kim był jeden z największych organizatorów tej gigantycznej zbrodni: Feliks Dzierżyński? Polsko-litewski szlachcic, krewny (któż na Litwie nie jest ze wszystkimi skoligacony?) innego polsko-litewskiego szlachcica, też nienawidzącego Rosji, Józefa Piłsudskiego, tak samo jako on znającego na pamięć całe strofy Słowackiego i płaczącego przy nich (tyle że ulubionym poematem Piłsudskiego był Beniowski, a Dzierżyńskiego – ta zaiste porywająca siłą wyrazu, ale i przerażająca, historiozoficzna apologia makabrycznego sadyzmu, wyczarowana w wyobraźni nałogowego onanisty, jaką jest Król-Duch). A zatem czy „krwawy Feliks”, twórca CzeKi, to także „Ruski”? A jakże, logika rusofobii zdolna jest wchłonąć i strawić również taki absurd.

Inną aporią tej samej logiki jest nagminne posługiwanie się – (w analizie już raczej historycznej) w odniesieniu do lokalnych funkcjonariuszy partii komunistycznych podlegających zwierzchnictwu funkcjonariuszy kompartii sowieckiej – określeniem zdrajcy. Zwrócił na to uwagę niedawno zmarły prof. Janusz Goćkowski, którego warto zacytować, chociaż proponowana przez niego dystynkcja terminologiczna też nie jest do końca zadowalająca:

Zdrada jest świadomym i dobrowolnym przejściem na stronę wroga swego państwa, swego ładu życia międzyludzkiego, swej elity-suwerena. Od tego, co czyni dopuszczający się zdrady, odróżnić należy postępowanie tego, kto (choć wywodzi się z danego kraju i narodu) sprawuje rządy jako mandatariusz wrogiej ekspansji i [jest] wrogim cudzoziemcem dla narodu przezeń rządzonego. Komitet Białostocki w 1920 r., PKWN w 1944 r., WRON w 1981 r. to trzy wersje wrogich cudzoziemców (Traktat o inżynierii polityki, Pułtusk 2009, s. 360).

Ażeby stać się zdrajcą, trzeba zatem najpierw być co najmniej lojalnym (a może być nawet, że bohaterem – vide Temistokles przechodzący na stronę Persów czy Koriolan przechodzący na stronę Wolsków) synem swojego narodu, uczciwym obywatelem swojego państwa, chłonnym receptorem swojej kultury, który w pewnym momencie i z jakichkolwiek powodów (nieraz subiektywnie patriotycznych) przeszedł na stronę wroga i poszedł na jego służbę. Zdrajcą był więc na przykład Szczęsny Potocki i inni Targowiczanie; zdrajcą był Adam hr. Gurowski, który dokonując gwałtownego zwrotu w 1834 roku, uznał, że Polska jest (szlacheckim) trupem, zadeklarował się jako Rosjanin i zaoferował swoje usługi carowi Rosji; zdrajcą był dyplomowany oficer Wojska Polskiego, ppłk Zygmunt Berling, który znalazłszy się w niewoli, został agentem NKWD i wraz z grupą podobnych sobie kilku innych oficerów, którzy również zdradzili, oświadczył, że „całkowicie stawia się do dyspozycji władz sowieckich” (wedle sprawozdania samego Ławrientija Berii). Lecz komuniści w żaden sposób nie spełniają powyższych warunków. Oczywiście, każdy z nich urodził się w jakimś kraju, nabył w ten sposób obywatelstwo jakiegoś państwa i posługiwał się narzeczem jakiegoś narodu – tego, który go „wykarmił”; ale (świadomy) komunista nie ma ojczyzny (lub, co na jedno wychodzi, „naszą – partyjniaków – ojczyzną jest Związek Radziecki”, jak oświadczył Mieczysław Moczar), nie jest i nie czuje się synem żadnego narodu, nie wiąże go żadna świadoma i emocjonalna więź z jego kulturą i historią; nigdy nie dokonał przejścia do komunizmu, ponieważ tkwił w nim „od zawsze”. Komunista jest naprawdę internacjonalistą, tzn. należy do ideologicznej sekty o zasięgu globalnym, której celem jest ustanowienie takiego „porządku”, w którym nie będzie miejsca dla żadnej ojczyzny, żadnego państwa i żadnego narodu (także rosyjskiego). Dlatego właśnie, choć rozróżnienie dokonane przez J. Goćkowskiego jest fundamentalnie ważne, to nieadekwatne jest określenie „wrogi cudzoziemiec”, bo tak czy inaczej odsyła ono wciąż do pola znaczeniowego, w którego ramach istnieją państwa i narody. Komunista to raczej „poza-ziemiec”, które to określenie dobrze współbrzmi z gnostycką naturą komunizmu – sekty „pneumatyków” nienawidzących wszelkiego realnie istniejącego, więc „somatycznie skażonego” ładu ziemskiego; to sui generis „misjonarz” świeckiej religii, dla którego tubylcy jakiegokolwiek kraju i narodu (łącznie, a faktycznie w pierwszym rzędzie, z Rosją) są paganes, przeznaczonymi albo do „nawrócenia”, albo do eksterminacji. Sekretarz generalny Kominternu Georgij Dymitrow nie był ani „Ruskim”, ani Bułgarem, który zdradził Bułgarię dla Rosji; sekretarz generalny FPK Maurice Thorez nie był ani „Ruskim”, ani Francuzem, który zdradził Francję dla Rosji (można jedynie powiedzieć, że jako obywatel francuski i dezerter w 1939 roku zdradził Francję na rzecz Niemiec); organizator hiszpańskiego Katynia w Paracuellos de Jarama – Santiago Carrillo nie był ani „Ruskim”, ani Hiszpanem, który zdradził Hiszpanię dla Rosji; wszyscy oni, tak samo jak Lenin, Stalin, Chruszczow, Breżniew etc., byli ramionami, rękami oraz mózgami i ustami jednej, planetarnej, Czerwonej Bestii.

Jakie konsekwencje płyną z patriotyzmu zdefektowanego przez wyłączną, jednostronną rusofobię? Nie tak trudno je odgadnąć, a właściwie wydedukować: jeśli Rosja stanowi summum malum oraz jedyne, odwieczne i „metafizyczne” zagrożenie dla Polski, jeśli zatem na prawdziwym polskim patriocie ciąży obowiązek bezwzględnej walki z Rosją, jako warunkiem sine qua non ocalenia Polski, to musi to prowadzić do konkluzji, iż każde działanie intencjonalnie antyrosyjskie, a zatem również kolaboracja w jakiejkolwiek formie i na jakichkolwiek warunkach z kimkolwiek, kto podejmuje walkę z Rosją (a nawet jeśli to nam tylko tak się wydaje, że podejmuje lub jest to naszym „pobożnym życzeniem”), jest nie tylko dozwolona i usprawiedliwiona, ale staje się wręcz nieodpartą powinnością. I właśnie to przeświadczenie jest glebą, na której wyrasta i którą żywi się Partia Liżących Lakierki. Lizanie lakierków jest w zasadzie prostą funkcją odrazy do lizania walonków, co samo w sobie stanowi postawę słuszną, naturalną i godną pochwały, lecz błąd polega na takim wyolbrzymieniu tej drugiej czynności, że z jednej strony za lizanie walonków uznaje się wszystko, co nie jest permanentnym i zapamiętałym w nienawiści pluciem na walonki, z drugiej zaś – traci się zdolność do postrzegania tej prostej prawdy, że lizanie lakierków jest także – jakkolwiek by patrzeć – lizaniem, a więc postawą niegodną wolnego człowieka (i narodu). Nie chodzi tu zresztą tylko o aspekt „godnościowy”: jeszcze gorszą konsekwencją lizania lakierków z uwagi na wstręt do lizania walonków jest automatyczne i bezrefleksyjne utożsamienie interesów, a nawet ideologii obutych w lakierki z interesem polskim oraz z etosem polskiej kultury i tradycji, którego ponoć chce się bronić.

Ta postawa jest dlatego tak trwała, że niestety ma długą już tradycję. Sięga ona bodaj tych członków deputacji polskich insurekcjonistów, którzy szukając wsparcia w Dyrektoriacie rewolucyjnej Francji, zapewniali swoich protektorów, że dołożą wszelkich starań, aby w wyzwolonej od Moskali Polsce wytępić rzymsko-katolicki zabobon, a już na pewno tysięcy tych wszystkich dzielnych – nieraz szaleńczo odważnych – Polaków, którzy przelewali krew własną i cudzą faktycznie po to, aby rewolucyjny Imperator mógł ujarzmiać narody całej Europy i „obdarzać je zdobyczami” rewolucji francuskiej. W dyskusji, która się wywiązała po moim publicznym sprzeciwie wobec pisania supliki do Baracka Obamy (mówię tu o dyskutantach poważnych i przyzwoitych w mowie i zamiarach, a nie o wylewających pomyje), pewien mój polemista (spór toczył się w ramach listy mailingowej, więc nie czuję się upoważniony do ujawniania jego personaliów), w obronie nierozważnej, mówiąc najłagodniej, akcji podchorążaków w noc listopadową 1830 roku, która kosztowała nas utratę prawie wszystkiego, co udało się uzyskać na Kongresie Wiedeńskim, na czele z własną armią, wysunął argument znany wprawdzie, niemniej powalający z nóg: iż wystąpienie to zapobiegło (szczęśliwie, jego zdaniem) użyciu armii Królestwa Polskiego do przywrócenia władzy (prawowitemu) królowi Francji, obalonemu w wyniku rewolucji lipcowej. Ładna mi zasługa! Ten bodaj jeden jedyny w XIX wieku raz, kiedy polski żołnierz znalazłby się zbrojnie na obcej ziemi w godziwym celu, uchodzi w oczach rusofobów za ewentualność tak odrażającą, że gotowi są uznać ją za wystarczające usprawiedliwienie dla zaimprowizowania straceńczego powstania. Jak na szyderstwo, to akurat minister spraw zagranicznych ocalonego dzięki nocy listopadowej uzurpatora Ludwika Filipa (marsz. Sebastiani) wypowiedział te pamiętne słowa po upadku Warszawy: l’ordre règne à Varsovie!

Skoro już jesteśmy przy tym temacie, warto wspomnieć, jak patriotyzm zredukowany do przeciwstawiania się zawsze i wszędzie wyłącznie Rosji zdeformował widzenie naszej porozbiorowej historii, wszechobecne przede wszystkim w edukacji historycznej, gloryfikującej rewolucyjne kondotierstwo Polaków pod hasłem „za wolność waszą i naszą”, która to edukacja była i jest mniej więcej taka sama przed wojną, w Polsce Ludowej i obecnie, z tą tylko różnicą, że w szkole PRL-owskiej akcentowano silniej motyw walki o „wyzwolenie społeczne”, zaś dopuszczalna antyrosyjskość musiała być jednoznacznie zidentyfikowana wyłącznie z wrogością do caratu, obowiązkowo zaś należało podkreślać solidarność z rewolucjonistami rosyjskimi i ich z nami (por. Andrzej Potebnia to przecież ulubiony bohater podręczników tamtej epoki) oraz to, że powstanie Związku Radzieckiego definitywnie rozwiązuje wszelkie nasze problemy z Rosją. Najwyższy czas przeciwstawić się tej zdeformowanej optyce i powiedzieć jasno, że w XIX wieku nasi rodacy byli zazwyczaj i w większości po złej stronie w konfliktach wybuchających w Europie, to znaczy po stronie Rewolucji. Kiedy wszystko, co w Europie było szlachetne i czyste, biegło na ratunek papieżowi, atakowanemu przez karbonariuszy z piekła rodem i przez liberalnych nacjonalistów, albo katolickim królom Hiszpanii czy Portugalii, to polscy emigranci też biegli, ale wszędzie tam, gdzie wznoszono jakiekolwiek barykady przeciwko tronom i ołtarzom, oszukując samych siebie, że przybliżają tak chwilę odzyskania niepodległości przez Polskę. W 1848 roku na ratunek oblężonemu Piusowi IX pobiegło pod Kwirynał dwóch chuderlawych poetów (Krasiński i Norwid); pośród żuawów broniących Państwa Kościelnego przed najazdem Piemontu był bodaj tylko jeden Polak – syn patriarchy polskiego konserwatyzmu Pawła Popiela, Jan Popiel; ale za to nie było najmniejszej choćby ruchawki rewolucyjnej w najbardziej zapadłym kącie, żeby jakiś Polak się tam nie szwendał. Jeśli jeszcze da się ze sprawą polską powiązać logicznie udział w rewolucji berlińskiej, wiedeńskiej czy węgierskiej, to co nam zawinili portugalski Dom Miguel czy król Obojga Sycylii, żebyśmy i przeciw nim występowali? Trzeba powiedzieć jasno, że dla normalnego, pragnącego porządku Europejczyka w XIX wieku Polacy jawili się jako ktoś w rodzaju terrorystycznych lewaków z Czerwonych Brygad czy RAF-u wiek później, albo z Al-Kaidy dzisiaj – i trzeba powiedzieć, że wielu z nich ciężko zapracowało na tę reputację. Czyż taki na przykład Ludwik Mierosławski nie był kimś w rodzaju Ramireza „Carlosa” swoich czasów (tylko, na szczęście, większym partaczem), a dowódca Komuny Paryskiej, Jarosław Dąbrowski – „Che” Guevary?

Fenomen bezzasadnego poczucia wyższości liżących lakierki nad liżącymi walonki bodaj jeszcze wyraźniej uwidacznia się w podejściu do ciemniejszych kart naszej drugiej emigracji, po 1945 roku. W ostatnim dwudziestoleciu historycy zajmujący się polskim wychodźstwem politycznym zrobili wiele, aby wyświetlić wstydliwe i przygnębiające przypadki (będące mieszaniną w różnych proporcjach szantażu, zwątpienia lub naiwnych kalkulacji) mniej lub dalej idącej zdrady wielu, nieraz wybitnych na różnych polach i cieszących się nieposzlakowaną reputacją, emigrantów, tak czy inaczej ujawniające poważny zakres spenetrowania emigracji niepodległościowej przez komunistyczny wywiad i inne służby specjalne PRL, a zatem i Moskwy. Nie widać jednak podobnej dociekliwości w wyświetlaniu i woli osądzenia innych, choć analogicznych, przypadków uzależnienia lub wprost agenturyzacji wobec zachodnich, a przede wszystkim amerykańskich, służb wywiadowczych. Skoro wiedza o najbardziej jaskrawym przypadku tego rodzaju, czyli tzw. aferze Bergu, kiedy trzy główne, „historyczne”, stronnictwa na emigracji (Stronnictwo Narodowe, PPS i odłam piłsudczyków „Niepodległość i Demokracja”) stoczyły się do roli sowicie płatnej agentury CIA, zobowiązującej się do pełnienia funkcji wywiadowczych i dywersyjnych, co miało też tragiczne skutki z powodu spenetrowania całego przedsięwzięcia przez bezpiekę (ponad 200 aresztowań w kraju, zakończonych wieloma wyrokami śmierci), jest skrywana „pod korcem”, to można się zastanawiać, czy mamy tu do czynienia tylko ze swoistą pedagogiką, polegającą na „niegorszeniu maluczkich” przez rozdrapywanie ran, czy może jednak stoi za tym postępowaniem właśnie przeświadczenie, że walka z liżącymi walonki – i z „walonkami” samymi – całkowicie usprawiedliwia nawet i tak intensywny sposób lizania lakierek?

Inny przypadek to już nawet nie unikanie rozrachunku, ale przeciwnie – podtrzymywanie zmistyfikowanego, bo apologetycznego wizerunku Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Instytucja ta jest niezmiennie prezentowana nie tylko jako wyidealizowany „Prometeusz” niosący wolne słowo otuchy i nieocenzurowaną informację umęczonemu i okłamywanemu przez Partię narodowi, ale również tak, jakby była niezależną, autonomiczną instytucją polskiej emigracji, a nie – zgodnie z oczywistą prawdą – jako propagandowe narzędzie obcej, amerykańskiej, Centralnej Agencji Wywiadowczej: „sprzedani w Jałcie – kupieni przez CIA i zgodnie z instrukcjami swoich mocodawców uprawiający nie propagandę antyustrojową, tylko mającą przekonywać i namawiać dobrych komunistów, aby zechcieli się zliberalizować w ramach ustroju komunistycznego” – jak pisał Józef Mackiewicz („mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa”…, Monachium 1969, s. 6). Szczególnie po 1967 roku, kiedy personel „Rozgłośni Polskiej” zasilony został przez żydowskich emigrantów z PRL, służących dotąd komunistom, jak sławetna Alicja Grabowska, a teraz przewerbowanych na drugą stronę, RWE stoczyła się już zupełnie do roli strony we frakcyjnych sporach PZPR pomiędzy „złymi” moczarowcami i „twardogłowymi” a hołubionymi „liberałami”, niewątpliwie zgodnie z instrukcjami Amerykanów, stawiających na „rozmiękczanie” systemu i jego „liberalizację” oraz zabezpieczanie w pierwszym rzędzie interesów żydowskich. W wydanej niedawno i znakomicie udokumentowanej książce o wywiadzie wojskowym Polski Ludowej dr Sławomir Cenckiewicz udowadnia, że wywiad ten stanowił i w założeniu, i w faktycznym działaniu Długie ramię Moskwy – jak głosi tytuł tej książki. Ale kierując się dokładnie tymi samymi kryteriami weryfikacji i narzędziami analizy, należałoby z równą precyzją i stanowczością powiedzieć, że i „Berg”, i Rozgłośnia Polska RWE stanowiły po prostu Długie ramię Waszyngtonu. Domyślam się, że w tym momencie partyzanci Partii Liżących Lakierki żachną się z oburzeniem, że przecież to zupełnie co innego, bo Amerykanie byli naszymi sojusznikami w walce z komunizmem o wyzwolenie Polski. Odpowiem, że takie twierdzenie jest kpiną z rzeczywistości, logiki i zdrowego rozsądku. Nie rozwodząc się nawet już nad tym, że ów „sojusznik” sprzedał nas za bezcen w Teheranie i w Jałcie oraz nigdy, nawet w szczytowym okresie zimnej wojny, gdy obwiązywała doktryna „odpychania”, nie kwestionował jałtańskiego status quo w odniesieniu do krajów na wschód od Łaby, to przecież Polacy nie mogli nawet formalnie być sojusznikami Ameryki czy jakiejkolwiek innej demokracji zachodniej, odkąd (w lipcu 1945 roku) legalnemu polskiemu rządowi kraje te cofnęły uznanie. Od tego momentu polskie czynniki emigracyjne mogły być co najwyżej politycznym klientem Anglosasów, zabiegającym o tę lub inną formę wsparcia naszych dążeń, w najgorszym zaś wypadku – jak to już wspomniano – stoczyć się do roli agentury. Nie może być także mowy o „sojuszu” tam, gdzie (jak w RWE) mieliśmy do czynienia z sytuacją podległości służbowej: pracownik etatowy i podwładny nie może być z natury rzeczy, tj. swojego usytuowania, sojusznikiem swojego pracodawcy i przełożonego. Każdy sojusz wymaga zróżnicowania i przynajmniej formalnej równości wchodzących w alians stron. Można co najwyżej mówić o pewnej wewnętrznej autonomii podwładnego względem przełożonego, ale przecież i w bloku komunistycznym niejeden lokalny namiestnik potrafił wywalczyć sobie niemały zakres takiej autonomii względem centrali moskiewskiej. Pierwszy i długoletni dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE – Jan Nowak Jeziorański rozwodzi się w swoich pamiętnikach nad tym, jak wykłócał się ze swoimi amerykańskimi zwierzchnikami o sprawy, które uważał za ważne i korzystne dla Polski. Nie ma powodu mu nie wierzyć, ani w ogóle w jego motywowaną szczerym patriotyzmem chęć służenia Polsce na tym stanowisku. Lecz przecież wiadomo, że na przykład Władysław Gomułka też wykłócał się twardo i uparcie z „towarzyszami radzieckimi” o sprawy, które on sam uważał za ważne dla polskiej racji stanu i co więcej, per saldo, były one naprawdę takimi. Nie widać tu zatem jakiejś przepastnej różnicy.

Partia Liżących Lakierki jest tak zacietrzewiona i zadufana w bezalternatywność swojej opcji, że posuwa się do wykluczania z narodu wszystkich, których posądza o lizanie walonek, a choćby i o zbytnią letniość w okazywaniu wrogości do nosicieli walonek. Poziom emocjonalnego napięcia, jakie partia ta stara się wzbudzać, jest nie do zniesienia dla zdecydowanej większości społeczeństwa, które nie chce (najzupełniej słusznie) żyć w stanie „totalnej mobilizacji” w wojnie psychologicznej, wymagającej nieustannego tropienia „ruskiej” agentury pośród siebie, a bodajże i we wnętrzu własnej, indywidualnej duszy. Ten instynktowny opór społeczeństwa broniącego się przed paranoją wzmaga jednak tylko u tropicieli gnostycki impuls ich mentalności, skłaniający ich do przeświadczenia, że są – jak średniowieczni katarzy czy angielscy purytanie (a w zeświecczonej już zupełnie wersji: francuscy jakobini z ich ideologią salut public) – jedynymi „czystymi” i doskonałymi w społeczeństwie zasługującym na bezbrzeżną pogardę za to, że nie chce podzielać ich rozumienia patriotyzmu zideologizowanego do terroryzmu nierozumu. Jego nieodłączną częścią jest absolutny determinizm w postrzeganiu motywów i celów działań – acz tylko nie-gnostyków: jest rzeczą z góry wykluczoną, aby mogli oni prezentować swoje spostrzeżenia i przemyślenia suwerennie i z dobrą wolą, cokolwiek powiedzą czy zrobią, działają zawsze na czyjś (zresztą „wiadomo” czyj: oczywiście „Ruskich”) rozkaz, są „uruchamiani” i „pociągani za sznurki” po to, aby szkodzić i udaremniać jedynie zbawienne inicjatywy wtajemniczonych w patriotyczną gnozę.

Partia Liżących Walonki stanowi w gruncie rzeczy zwierciadlane odbicie Partii Liżących Lakierki, jako że cały jej program da się sprowadzić do jednego prostego dogmatu, iż to, co dobre i zbawienne dla Rosji, jest automatycznie dobre i zbawienne dla Polski. Również jej stosunek do społeczeństwa jest podobny (w pogardliwości), albowiem uważa ona najzwyczajniej za idiotów wszystkich tych (czyli znów większość społeczeństwa), którzy nie przyjmują jednoskładnikowego przepisu tej partii na pomyślność narodową. Ilustracją schematyzmu tej partii jest furia, z jaką jej eksponenci rzucili się na mnie dwa lata temu, kiedy zakwestionowałem sensowność udziału Polski w paradzie moskiewskiej mającej upamiętnić „zwycięstwo nad faszyzmem” koalicji antyhitlerowskiej w 1945 roku. Nie chcą oni albo nie potrafią przyjąć do wiadomości, że o ile współczesna, Putinowska Rosja może bez trudu wyciągnąć z dziedzictwa stalinowskiego ZSSR potrzebną jej do budowania nowej tożsamości narodowo-patriotyczną „nić” Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (zakończonej jej bezsprzecznie ogromnym zwycięstwem), bez konieczności zachowywania innych składników tego dziedzictwa, o tyle dla Polski – jak zresztą dla każdego innego narodu i kraju europejskiego: nie tylko tych podbitych przez ZSSR, ale również tych, które znalazły się w strefie dominacji amerykańskiej – partycypacja w micie założycielskim nowego światowego porządku po II wojnie światowej, jakim jest „zwycięstwo nad faszyzmem” koalicji atlantyckich demoliberałów z komunistami sowieckimi, może mieć wyłącznie skutki skrajnie negatywne – przede wszystkim w sferze ideopolitycznej, bo miarą ortodoksji publicznej czyni antyfaszyzm, a wszystkich, których desygnuje jako faszystów, czyli niedemokratów, skazuje na ekskluzję z życia publicznego.

Partia Liżących Lakierki i Partia Liżących Walonki nienawidzą się wzajemnie, ale obie zgadzają się (milcząco) w jednym: że wolno im uprawiać „prywatną” politykę zagraniczną, zwracając się bezpośrednio, z pominięciem upoważnionych do tego organów państwa, w takiej lub innej formie (ulubioną przez obie jest „polityka epistolarna” – pisanie petycji, adresów, gratulacji etc.), do politycznych decydentów obcych potencji, w szczególności zaś do głów państwa i szefów rządów. „Prywatyzując” politykę zagraniczną, obie partie w sposób ewidentny i jaskrawy kwestionują monopol władzy publicznej suwerennego państwa na znoszenie się z innymi państwami, zmieniają kryterium identyfikacji polityczności z państwowo-politycznego na partyjno-polityczne, wskrzeszając skądinąd tym samym fatalną rodzimą tradycję, sięgającą XVIII wieku, kiedy to obie ówczesne partie – stronnictwo „hetmańskie” Potockich i J.K. Branickiego oraz „Familia” książąt Czartoryskich – kierując się tą samą subiektywnie patriotyczną intencją (która pierwszej nakazywała obronę „zadawnionej” konstytucji republikańskiej, drugiej zaś przeprowadzenie reform instytucjonalnych, wzmacniających państwo), przyznały sobie prawo znoszenia się z zagranicą, aż w końcu wzajemna nienawiść, wykluczająca poszukiwanie konsensu z drugą stroną, należącą wszakże do tej samej res publica, niszcząca przeto u rdzenia podstawowy warunek istnienia politycznej civitas politycznej, doprowadziła jedną z nich do uznania, że nie da się uratować państwa bez… sprowadzenia do kraju obcego wojska. (Paradoksalnie, to obce – rosyjskie! – wojsko sprowadziła partia pozytywnie oceniana przez rusofobów, jako iż była ona zalążkiem antyrosyjskiego stronnictwa patriotycznego i reformatorskiego epoki Sejmu Czteroletniego).

Siłą rzeczy ów przywilej monopolu władzy państwowej na prowadzenie polityki zagranicznej nie obowiązuje w jednej, wyjątkowej sytuacji: gdy nie istnieje niepodległe i suwerenne państwo, mimo to trwa organiczna społeczność (naród), posiadająca wolę kontynuowania niefortunnie utraconej własnej, swoistej, ekumeny cywilizacyjno-kulturowej, co trwale jest możliwe jedynie dzięki odzyskaniu bytu państwowego. Ale nawet i w tej wyjątkowej sytuacji nieusprawiedliwione jest, aby uprawnienie takie przyznawał sobie samozwańczo ktokolwiek: upoważnienie to może nabyć jedynie osoba lub instytucja ciesząca się powagą wynikającą z jej czy to urodzenia, czy to eminentnych funkcji już sprawowanych, czy to zasług oraz cnót moralnych i intelektualnych, najlepiej jeśli łączy udatnie autorytet deontyczny z autorytetem epistemicznym, słowem: sprawująca w społeczeństwie w sposób oczywisty to, co ongiś Józef Szujski nazwał Rządem Moralnym, wyłanianym z „warstwy przodkującej” w narodzie. Taki Rząd Moralny sprawował na przykład w okresie komunistycznej niewoli – jako faktyczny interrex narodu – Prymas Tysiąclecia, Stefan kardynał Wyszyński. Powie ktoś, że obecna nasza sytuacja jest tego rodzaju, że zarówno z powodów formalnych (zrzeczenie się suwerenności państwa polskiego w Traktacie Lizbońskim), jak i faktycznych (moralno-polityczne znikczemnienie establishmentu, z Platformą Obywatelską na czele, obojętnego na interes publiczny i składającego się z kreatur liżących ciżmy wszelkiego kroju) zbliża się co najmniej do owej nadzwyczajnej sytuacji bezpaństwowej. Jednakowoż, nawet jeśli zgodzimy się z tą opinią, to spełniony zostaje jedynie warunek negatywny. Nie widać natomiast nikogo, kto spełniałby warunek pozytywny, a więc dysponowanie wystarczającym i niekwestionowanym autorytetem moralnym i politycznym.

Trzeba wreszcie postawić „kropkę nad i”, w związku z ostatnim wybrykiem Partii Liżących Lakierki, czyli petycją do prezydenta USA Baracka Obamy, w której nielogiczność idzie w parze z niemałą dozą hipokryzji. Na każdym kroku podkreślają oni przecież, że jesteśmy sojusznikami Stanów Zjednoczonych w ramach NATO, a w Smoleńsku zginęli między innymi generałowie NATO. Jeśli zatem istnieje powód do politycznej reakcji, to zarówno eksplicytnie, jak implicytnie wynika on ze ściśle zdefiniowanych obowiązków sojuszniczych. W uzasadnionej sytuacji od sojusznika żąda się wypełnienia podjętych zobowiązań, a nie prosi go, by przeprowadził śledztwo w ramach instancji wewnętrznych tego sojuszniczego państwa. Żądanie (na gruncie zobowiązań) i proszenie wykluczają się wzajemnie. Petycje przedkłada się zwierzchnikowi bądź protektorowi, a nie sojusznikowi. Nadto pomysłodawcy tego – w najlepszym razie – dziwactwa dają do zrozumienia, że przecież Amerykanie wiedzą dobrze, dzięki swoim urządzeniom satelitarnym, co stało się naprawdę owego tragicznego poranka 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem (nie trzeba chyba dodawać, że inicjatorzy petycji nie mają żadnych wątpliwości: wbrew temu, co piszą, nie chodzi im o poznanie prawdy, tylko o potwierdzenie tego, w co sami wierzą mocniej chyba niż w Credo). Lecz w takim razie istnieją logicznie tylko dwie możliwości. Albo amerykańscy decydenci wiedzą, że Rosjanie zabili nam Prezydenta (i kilku generałów NATO), lecz mimo to nie uważają tego faktu za casus belli; w takiej sytuacji petycja jest bezskuteczna. Albo wiedzą, że żadnego zamachu – celowego zbrodniczego działania – nie było, a co najwyżej rażące zaniedbania, a wówczas petycja jest bezprzedmiotowa.

Czytelnik, który cierpliwie dotarł do tego miejsca niniejszych rozważań, zauważy zapewne, że znacznie więcej miejsca poświęciłem tu Partii Liżących Lakierki aniżeli Partii Liżących Walonki. Powód tego jest bardzo prosty i – jak mniemam – usprawiedliwiony tym, że w obecnej chwili to ta pierwsza partia swoim zacietrzewieniem, swoją histerią, swoją agresywną manią szukania wszędzie „ruskich agentów” („metodologię” ich identyfikowania i liczenia poznałem teraz na własnej skórze), niszczy philía politike, a więc elementarny warunek istnienia wspólnoty (której obrońcą się mieni – niestety, redukując ową wspólnotę do samej siebie). Druga partia natomiast jest w gruncie rzeczy zahukana i bojaźliwa, do tego stopnia, że jej eksponenci często, prawem mimikry, rozgłaszają, że bardzo lubią lizać lakierki: przypomnijmy choćby sławną wypowiedź b. prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, że skoro mogliśmy służyć Moskwie, to możemy służyć też Brukseli. Co do mnie, to swoje przesłanie kieruję do tej – nie tracę nadziei, że istniejącej, choć dotąd niezorganizowanej – Trzeciej Partii, do której należą wszyscy ci, którzy zgadzają się co podstawowego przykazania narodowego katechizmu, iż nie należy lizać niczyjego obuwia, w polityce zagranicznej należy kierować się natomiast tą zasadą, którą przez wieki skutecznie kierowała się Anglia („nie ma odwiecznych wrogów ani przyjaciół, tylko odwieczne interesy”), tudzież bez najmniejszych wahań dokonywać „odwrócenia sojuszy” (jak Francja wobec Austrii i Prus w wojnie siedmioletniej), gdy zmieniają się okoliczności uzasadniające dotychczasowy wybór przyjaciół i wrogów.

Jacek Bartyzel

lipiec 2012

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=59948 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]