Mordowali ich bez litości

Aktualizacja: 2012-02-5 10:12 pm

Banderowcy wracali spod Przebraża bez łupów i hulanek. Bandy rozwścieczone niepowodzeniem szukały na oślep ofiar, aby na nich zemścić się za klęskę. Przypominali sobie każdego Ukraińca, który niechętnie, albo z ociąganiem przyłączał się do pochodu na Przebraże. Mordowali ich bez litości.

Bitwa w obronie Przebraża trwała wiele godzin. Ukraińcy mieli miażdżącą przewagę, ale nie potrafili jej wykorzystać. Kompanie samoobrony zgodnie z otrzymanymi rozkazami trwały na swych pozycjach, odpierając następujące po sobie falami ataki upowców.

-To, że kończyły się one niepowodzeniem było efektem ich niskiego morale i słabego wyszkolenia – twierdzi Mirosław Łoziński. – Gdy upowcy natrafili na zdecydowany opór i celny ogień, szli w rozsypkę i uciekali, nie zważając na rozkazy dowódców. Zachowywali się po prostu tchórzliwie. Działali oni w myśl założonego planu, byli pewni zwycięstwa i nie spodziewali się oporu. 4 kompania na odcinku „Nagieł” trzykrotnie odparła UPA. W rejonie Wydranki-Zagajnika na styku 2 i 3 kompanii duże kolumny nacjonalistów zostały odrzucone przez silne kontrnatarcie 2 kompanii Marcelego Żytkiewicza i 1 kompanii Franciszka Malinowskiego, które spowodowało rozdwojenie zgrupowania UPA północ-zachód. W dokonany wyłom weszły natychmiast świeże siły, aby zgodnie z planem całkowicie opanować drogi prowadzące w kierunku Kołek, a tym samym uniemożliwić nieprzyjacielowi użycie nieustannie nadciągających stamtąd odwodów. Niepowodzeniem skończyły się próby banderowców wdarcia się w głąb lasu na północny wschód od Zagajnika, gdzie szczególnie zacięte walki toczyła 3 kompania Tadeusza Mielnika w rejonie Gajówki. Działające tu grupy lewego skrzydła 4 kompanii Tadeusza Wójcickiego „Groma” konsekwentnie spychały nieprzyjaciela w kierunku zachodnim, dążąc do przecięcia dróg Zagajnik-Zofiówka i Józefin Jaromel do wykonania na sygnał rakiety uderzenia w bok zgrupowania józefińskiego. Sytuacja stawała się niezwykle ciężka. Bój przeciągał się do godzin południowych. Wróg mając silne odwody, wprowadzał do walki coraz to nowe siły. Były momenty, kiedy nieprzyjaciel docierał na odległość 50 metrów.”

 

„Ryzuny naprzód”

„Słyszeliśmy dokładnie ukraińskie komendy. Dowódcy UPA zachęcali swych podwładnych -„ryzuny”, sikirnyki naprzód, Polacy nie mają naboi. – Gdy się podrywali zaczęły natychmiast grać nasze karabiny maszynowe, padali na ziemię i cofali się do tyłu. Na najbardziej zagrożonych odcinkach zjawiali się dowódcy samoobrony Ludwik Malinowski „Lew”, Henryk Cybulski „Harry” i Albert Wasilewski „Orzech”. Własnym przykładem podnosili ducha walki u partyzantów. O godzinie 11:00 na placówkę w Chołopinach przypędził łącznik 4 kompanii Witold Olszewski z meldunkiem od dowódcy radzieckiego oddziału partyzanckiego ppłk Nikołaja Prokopiuka. Na kartce, na której z jednej strony napisane były słowa w języku polskim o następującym brzmieniu: ”okrążeni z kilku stron – żądamy pomocy” i pod nim podpis „Orzecha”, na odwrotnej stronie widniały w języku rosyjskim słowa skreślone ręką Prokopiuka brzmiące: ”żdiom na ukazanom miestie”. Natychmiast do Prokopiuka udała się grupa łącznikowa, która ustaliła wspólny plan uderzenia na zgrupowanie UPA. Prokopiuk wyznaczył do akcji 150 piechurów, 60 kawalerzystów i 5 taczanek z ciężkimi karabinami maszynowymi. Plan był prosty. Obejść i oskrzydlić tyły upowców po linii Dobra, Józefin, Jaromel i zamknąć kocioł. Oddziały samoobrony miały rozwinąć się z dolinie józefińskiej i zamknąć Ukraińcom odwrót. Plan ten nie powiódł się co prawda w stu procentach, ale w znacznym stopniu został zrealizowany. Wspólne uderzenie spowodowało w oddziałach UPA chaos i zamieszanie. Nie myśleli już o atakowaniu, tylko o ucieczce. Na placu boju pozostało ponad stu zabitych członków UPA, czterdziestu wzięliśmy do niewoli. Zdobyliśmy 17 cekaemów, 6 erkaemów i 6 miotaczy min. Był to ostatni wielki pochód UPA na Przebraże. Jej striłci wracali do swych baz bez łupów i hulanek. Bandy rozwścieczone niepowodzeniem szukały na oślep ofiar, aby na nich zemścić się za klęskę. Przypominali sobie każdego Ukraińca, który niechętnie, albo z ociąganiem przyłączał się do pochodu na Przebraże. Mordowali ich bez litości. Zginął również pop z Rudnik, który nawoływał swych ziomków, by poniechali napadu na Przebraże. Nie wszyscy Ukraińcy byli przecież nacjonalistami.”

 

Pomagali Polakom

„Obok Przebraża była np. ukraińska wieś Jezioro, której ludność zrosła się z polskim środowiskiem. Żaden z jej mieszkańców nie przyłączył się do UPA. Wielu Ukraińców współpracowało z wywiadem samoobrony i odegrało w obronie Przebraża ogromną rolę. Warto tu wymienić braci Petro i Joachima Bondarów, a także braci Oksenia i Sydora Kunców, Józefa Miszczuka i jego synów Fedora, Lewko i Aleksieja. Pamiętam Ukraińca Lewczuka, który brał udział we wszystkich akcjach bojowych samoobrony. Dobrze w historii Przebraża zapisali się Ukraińcy Iwan Smaczny, Michał Demczuk, Andrej Wiśniewski i Iwan Uszkanow. Dzięki ich informacjom ocalało setki, jeżeli nie tysiące Polaków, a napady morderców na polskie wsie trafiały w pustkę.

Wołyńskie kierownictwo UPA nie ośmieliło się już frontalnie zaatakować Przebraża, ale upokorzone szukało okazji do odwetu. Na jego celowniku znalazł się komendant ośrodka Ludwika Malinowski „Lew”.

-Nie mogąc dopaść go na placu boju, nacjonaliści zaczęli walczyć z nim donosami – wspomina Mirosław Łoziński. – Donieśli oni do Gestapo w Łucku, że w obronie Przebraża przed Ukraińcami współpracuje z partyzantką sowiecką. Został on aresztownay i osadzony w więzieniu łuckim. Sytuacja wyglądała niezwykle groźnie. Za takie zarzuty szło się pod ścianę… Malinowski do niczego się nie przyznał mimo, że był poddany brutalnemu śledztwu. Dzięki łapówce i wstawiennictwu komendanta żandarmerii w Kiwercach i Rożyszczach udało się Malinowskiego wyciągnąć z więzienia. Ukraińcy jednak nie odpuszczali i dalej polowali na komendanta Przebraża.”

 

Odbicie Malinowskiego

„Gdy przyjechał po raz kolejny do Łucka z grupą, mającą wykonać zadanie wywiadowcze, został rozpoznany przez banderowskich szpicli, którzy poinformowali policję ukraińską w służbie niemieckiej i ta go aresztowała. Formalnie służyła ona hitlerowcom, ale de facto wykonywała ona zadania zlecone przez OUN-UPA. Tworzyli ją funkcjonariusze, którzy nie uciekli wiosną 1943 r. do lasu i nie zasilili szeregów UPA. Ci właśnie policjanci aresztowali Malinowskiego. Gdy jakiś szpicel rozpoznał go przy jedzeniu obiadu w jednej z restauracji, wezwał natychmiast patrol policji i wywołał go na zewnątrz mówiąc mu, ze czeka tam na niego jakiś znajomy. Ten wyszedł i wtedy go aresztowano. Nie miał żadnych szans na ucieczkę. Ukraińscy policjanci główną ulicą miasta czyli Aleją Jagiellońską poprowadzili go do magistratu, w którym mieściła się ich komenda. Jak mi opowiadał Malinowski, gdy zobaczył go siedzący Ukrainiec, to stwierdził – Polskaja swołocz, teper wże switu bilsze baczyty ne budesz – i zarechotał drwiącym śmiechem. – Aresztowanie „Lwa” zelektryzowało miejscową konspirację. Podjęto ryzykowną decyzję odbicia „Lwa”. Nie było mowy o szczegółowym planowaniu akcji, rozpoznań itp. Grupa partyzantów w biały dzień z zaskoczenia wdarła się do Komendy, sterroryzowała załogę i wyciągnęła z lochu skatowanego Malinowskiego. Bocznymi drogami odwieziono go nieprzytomnego furmanką do Kiwerc. Tam w szpitalu rejonowym zajął się nim doktor Henryk Kałużyński. Z jego oględzin wynikało, ze został zbity kolbami i pałkami, a gdy leżał na ziemi, skopano go podkutymi butami. Miał wybite trzy zęby i złamane trzy żebra, był nieprzytomny. Przez kilka tygodni walczył ze śmiercią, ale wyżył.

 

Kto zabił „Drzagę”

Mimo że UPA po sierpniowym laniu zrezygnowała z frontalnego ataku na Przebraże, to jego sytuacja nadal była trudna. W miarę zbliżania się frontu, oddziały partyzantki sowieckiej czuły się coraz pewniej, zachowując się tak, jakby to one były na Wołyniu gospodarzami terenu. Ich dowódcy wprost żądali, żeby wszystkie polskie oddziały bezwzględnie im się podporządkowały.

-W końcu października 1943 r. w Hermanówce odbyła się narada dowódców oddziałów partyzanckich i samoobrony – wspomina Mirosław Łoziński. – W miejscowości tej stacjonował sztab oddziału Prokopiuka. Wziął w niej udział m.in. por. „Drzazga”, czyli Jan Rerutko. Podczas narady otrzymał on od jednego z sowieckich oficerów propozycję podporządkowania jego oddziału dowództwu radzieckiego. W zamian za to miał otrzymać on i jego podwładni awanse i inne zaszczyty. „Drzazga” tej propozycji nie przyjął oświadczając, że nie może złamać przysięgi złożonej naczelnemu wodzowi w Londynie. Podkreślił też, że na Wołyniu walczy nie tylko z Niemcami, co jest głównym celem partyzantów radzieckich, ale przede wszystkim w obronie ludności polskiej zagrożonej przez ukraińskich nacjonalistów. Szef Inspektoratu Łuck kpt. Leopold Świkla „Adam”, gdy dowiedział się o tym incydencie polecił „Drzazdze” wymaszerować ze swym oddziałem do Zasmyk. Ten nie zdążył tego rozkazu wykonać, bo w trakcie przygotowań został zaproszony na uroczystości rocznicowe Wielkiej Rewolucji Październikowej. Udał się on na nie z lekarzem oddziału Sławomirem Stuciekiem „Piątym” jako tłumaczem, ponieważ znał on dobrze język rosyjski oraz żołnierzem Janem Linkiem „Słoniem” jako woźnicą. Żaden z nich jednak nie wrócił.

Ich zwłoki zostały odnalezione po pewnym czasie w pobliżu Hermanówki. Zginęli od strzału w tył głowy. Wszystko wskazuje, że zamordowali ich partyzanci Prokopiuka. Mord nie został do końca wyjaśniony. Nie można wykluczyć, że zginęli oni również w zasadzce urządzonej przez UPA, której patrole krążyły po całej okolicy. Skłócenie Polaków z partyzantką sowiecką leżało bowiem w interesie nacjonalistów. Ci dalej obserwowali bowiem Przebraże i starali się zapuszczać do niego swoje macki.

 

Donosy szpicli

-Jest bardzo prawdopodobne, że na skutek ich donosu hitlerowskie samoloty zbombardowały południową część Przebraża, gdzie mieściło się główne skupisko – uciekinierów – wspomina Mirosław Łoziński. – W wyniku nalotu zostało zniszczonych wiele baraków, w których mieszkali. Zginęło wtedy 15 osób, a 3 osoby odniosły rany. Śmierć poniosła cała rodzina Zabłockich, a także Marianna Bernacka, Mieczysław Konefał, Narcyz Konefał, Janina Konefał i inni. Także w wyniku donosu została spacyfikowana przez hitlerowców. Za przechowywanie 6 rannych partyzantów sowieckich na miejscu rozstrzelali oni 51 osób. Niemcy aresztowali i stracili w Łucku dzielnego partyzanta z placówki „Rafałówka”- Stefana Guglasa i kobietę Szmytkową z trojgiem dzieci, która prowadziła stołówkę dla partyzantów.

Problemy z UPA i Niemcami nie były jedynymi „kłopotami” kierownictwa samoobrony Przebraża.

-Wraz z następującą zimą i ciężkimi warunkami życiowymi ludności, głodem i chłodem, pojawiła się w nim epidemia tyfusu – wspomina Mirosław Łoziński. – Brak personelu medycznego, lekarstw i odpowiedniego sprzętu sprawiał, ze choroba mogła się rozprzestrzeniać. Doktor Henryk Kałużyński zrobił ogromnie dużo dla wzmocnienia szpitala w Przebrażu. Przemycił do niego ze szpitala w Łucku niemal całe jego wyposażenie. W ramach ewakuacji szpitala do Niemiec wywieziono załadowane do skrzyni kamienie. Dzięki poświęceniu personelu medycznego postępy epidemii w Przebrażu zostały zahamowane.

30 stycznia 1944 r. do Przebraża wkroczył pierwszy oddział Armii Czerwonej.

 

Sowieckie porządki

-Znów zaczęto przywracać w nim sowieckie porządki – wspomina Mirosław Łoziński. – Samoobrona została rozbrojona, a jej członkowie zaczęli być wcielani do tworzonego Wojska Polskiego. NKWD zaczęło też węszyć za przywódcami samoobrony i oficerami podziemia. Aresztowano i deportowano w głąb ZSRR Inspektora AK w Łucku Leopolda Świklę „Adama”. Ludwik Malinowski sam zgłosił się do Wojska Polskiego. Henryk Cybulski zaczął ukrywać się. To samo zrobiło wielu jego podkomendnych. Część żołnierzy samoobrony skoncentrowało się w oddziale AK koło Maniewicz. I on szybko przestał jednak istnieć. Jego członkowie wstąpili do Wojska Polskiego. W marcu 1944 r. mnie i ojca także powołano przez Wojenkomat w Kiwercach do Wojska Polskiego. Przydzielono mnie do I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, zaś mój ojciec Dionizy do Brygady Kawalerii. Ojca zabrano do jednostki pierwszym transportem, wcześniej nas jeszcze przetrzymano w Kiwercach. Były tam zgromadzone duże zapasy amunicji i ładowaliśmy je na transporty jadące na front. Po kilku dniach załadowano nas do trzech wagonów i skierowano nas do Sum, w których odbywało się tworzenie i szkolenie oddziałów I Armii WP, kierowanych na front. Jechaliśmy dość długo. Nasze trzy wagony dołączono do kolejnych transportów, jadących na Wschód. Raz były to wagony z drewnem, a raz z banderowcami wywożonymi na Syberię. Były one odrutowane i strzeżone przez enkawudzistów. W Kijowie rozebrano nas wszystkich do gaci i zapędzono razem z banderowcami do łaźni. Gdy się wykąpaliśmy, z powrotem chciano nas zapędzić do wagonów dołączonych do transportu z banderowcami. Powiedzieliśmy lejtnantowi, który na wojnie stracił oko i chodził z przepaską, że przecież jesteśmy Polakami, jedziemy do wojska i nie chcemy jechać w jednym transporcie razem z członkami formacji mordującej naszych rodaków. Lejtnant pomyślał, uznał nasze racje i załatwił, że odłączono nas od banderowskich wagonów. Wkrótce dotarliśmy do Sum. Tam zastałem ojca już umundurowanego. Nam kazali jeszcze maszerować piechotą do lasów pod Sumy. Szliśmy bite 45 km. W lasach stała artyleria i był urządzony obóz wojskowy. Tam całej naszej grupie kazano rozebrać się do naga, zrzucić całe nasze odzienie na kupę. Oblano je benzyną i podpalono.”

 

W kompanii fizylierów

„Następnie z samochodów przyniesiono nam nową bieliznę, mundury, obuwie, płaszcze, pałatki i inne wojskowe wyposażenie. Tam też nas nakarmiono. Spędziliśmy również Święta Wielkanoce, które wtedy przypadały. Pamiętam, że na śniadanie zgodnie z polską tradycją podano nam jajka. Stamtąd przewieziono nas z powrotem w okolice Przebraża. Skierowano nas do Sławatycz, w których zgrupowano wiele jednostek wojskowych. Tam czekali na nas tzw. „kupcy”, czyli oficerowie zajmujący się uzupełnianiem szeregów. Mnie zabrano do kompanii fizylierów uzbrojonych w broń automatyczną, czyli w pepesze. To była dobra broń, która właściwie używana znakomicie sprawdzała się na polu walki. Przeszliśmy następnie krótkie wojskowe szkolenie i następnie pomaszerowaliśmy na Zachód. Pamiętam, że szliśmy piechotą. Byliśmy strasznie zmęczeni i potrafiliśmy iść śpiąc. Jeden drugiego tylko dotykał, by sprawdzić czy jego sąsiad jeszcze idzie. Jak była zarządzona dziesięciominutowa przerwa, to każdy padał tam, gdzie mógł, żeby chwilę odpocząć. Maszerując w ten sposób dotarliśmy w okolice Warszawy.

Cdn.

Marek A. Koprowski

Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=51398 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]