Znów na drodze UPA

Aktualizacja: 2011-04-13 9:22 pm

W głowie zaczęła kołatać mi myśl – skąd ten łobuz wie o moim ojcu? – Dopiero, jak mu się dokładnie przyjrzałem, zrozumiałem wszystko. Owym sekretarzem był mój sąsiad z Międzyrzecza – Berek Don, który teraz nosił nazwisko Kazimierz Witaszewski…

Przybycie transportu z Wołyniakami do Rzeszowa nie zakończyła tułaczki  rodziny Jamrozów. Miasto nad Wisłokiem stało się dla nich tylko jednym z jej etapów, również obfitującym w dramatyczne momenty.

– Gdy przyjechaliśmy do Rzeszowa okazało się, że miasto jest już zapchane do granic możliwości uchodźcami ze Wschodu i władze podjęły decyzję o jego zamknięciu dla wszystkich przybyszów – wspomina Julian Jamróz. – Nasz transport miał pojechać dalej. Mojej rodzinie udało się jednak w nim pozostać. Zachowałem bowiem w kieszeni trochę srebrnych przedwojennych monet, które posłużyły za łapówkę dla urzędnika podejmującego decyzję. Za nie znalazło się dla niej trochę miejsca w biurowcu wagonowni, gdzie złożyliśmy cały swój majątek, a ojciec zaczął rozglądać się za możliwością skontaktowania się z dziadkami mieszkającymi w Dynowie. W Rzeszowie zastał nas koniec wojny. Dowiedzieliśmy się o tym fakcie zupełnie niespodziewanie. Nie mieliśmy przecież radia. Nagle rozległa się po prostu kanonada. Obawialiśmy się, że znów wybuchły walki, a na miasto napadły bandy UPA, kręcące się w okolicy. Szybko jednak się jednak okazało, że tak właśnie świętowano koniec wojny. Wkrótce po kanonadzie po dworcu i okolicach zaczęły krążyć watahy pijanych krasnoarmiejców, zabierające się do gwałcenia kobiet. Dobijali się też do sali, w której przebywała moja rodzina i jeszcze kilkadziesiąt innych osób , uchodźców ze Wschodu. Wspólnie zabarykadowaliśmy drzwi jakimiś deskami, żeby nie wpuścić rozbuchanych wyzwolicieli. Ci jednak nie chcieli ustąpić. Któryś z nich puścił serię przez drzwi. Ja leżałem na sienniku z babcią Zofią Surowcową na wprost drzwi i kule przeszły dosłownie o kilka milimetrów…Przycisnąłem głowę mocno do poduszki i nie podnosiłem jej aż rozbestwieni krasnoarmiejcy sobie poszli.

Wszystko „trofiejne”

W Rzeszowie Julian Jamróz przebywał jeszcze z rodziną przez kilka dni. Zajmował się wtedy  z nowo poznanymi kolegami sabotażem w wagonowni, mającym utrudnić rabunek jej urządzeń przez „wyzwolicieli”.

– Zaczęli oni traktować je jako „trofiejne” i rabować na potęgę – wspomina Julian Jamróz. – Zauważył to oficer inwalida z Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, który pod Lenino stracił nogę i namówił nas, byśmy wymontowali z maszyn jakieś fragmenty urządzeń odkręcając kilka śrubek, to „ruscy” ich nie wezmą.  Mnie nie musiał do tego specjalnie namawiać. Będąc jeszcze w Równym na własne oczy widziałem, jak Sowieci przywozili zrabowane w Polsce maszyny włókiennicze, które zwalali na kupę traktując niemal jak złom. Rozbieraliśmy więc stojące w hali tokarki, by nie trafiły w łapy złodziei. Jak się z tokarki wyjęło tzw. suport, co nie było specjalnie trudne, to była ona bezużyteczna. „Sowieci” zrobili jednak obławę i złapali nas czterech. Zaprowadzili na wartownię i spuścili porządne lanie. Mnie tłukli parcianym pasem aż się wygiąłem w drugą stronę. Nie pisnąłem jednak ani słowa. W nagrodę ów porucznik, który namówił nas do sabotażu przygarnął do siebie, uścisnął i powiedział – wy jesteście prawdziwi Polacy! – Byłem z tego bardzo dumny, choć nie mogłem się wyprostować, bo tyłek mnie bolał od bicia… Po kilku dniach ojcu udało się zdobyć jakiś rower, pojechać do dziadka do Dynowa i ściągnąć kilka furmanek, które zwiozły nas do rodziny. Gdy wjeżdżaliśmy do tej miejscowości, spotkaliśmy konwój wojsk NKWD prowadzący ujętych w czasie obławy, głównie Ukraińców podejrzewanych o przynależność do UPA. Gdy się przyjrzałem enkawudzistom od razu poznałem, że to ci sami funkcjonariusze, których spotkaliśmy przy torach koło Rawy Ruskiej. Również ojciec poznał, że to są te same Mongoły. Takich twarzy o azjatyckich rysach łatwo się nie zapomina. Ojciec strasznie się przeraził , bo w pierwszym szeregu zobaczył jednego ze swych braci i kilku kolegów ze szkoły pędzonych razem z innymi. Ojciec zeskoczył z wozu, wyjął dokumenty potwierdzające, że walczył w Armii Czerwonej i poprosił, żeby zwolniono z konwoju jego brata i innych kolegów, których zatrzymano przez nieporozumienie. Dowódca kazał zatrzymać kolumnę. Zezwolił, by odłączono od niej mego stryja, czyli Ludwika Jamroza i jeszcze jednego kolegę taty. Gdy ten prosił, by zwolnili jeszcze jednego kolegę, komendant uciął dyskusję krótkim stwierdzeniem – chwatit! – Okazało się, że stryja złapano , gdy orał koniem pole! Później po latach w Brzegu spotkałem się z takim Sieńką, Ukraińcem z Łubnej koło Dynowa, który też szedł w tym samym konwoju. Wywieziono ich na Daleki Wschód pod chińską granicę, gdzie pracowali w kopalni cynku. Ci, co przeżyli, w 1956 r. wrócili do Polski. Sieńko osiedlił się w Brzegu i mieliśmy obok siebie działki i dobrze mogłem go poznać. Wyjaśnił mi, że przeżył, bo zgłosił się do pracy jako elektryk, choć potrafił wkręcić tylko żarówkę.

Nie tylko Pawłokoma

Po przybyciu do Dynowa Julian Jamróz zamieszkał wraz z rodziną w obejściu dziadków. Przebywali w nim do 1946 r., by następnie udać się dalej na Zachód na Ziemie Odzyskane.

Dziadkowie byli biedni i nie bardzo mieliśmy z czego żyć – wspomina. – Spaliśmy w stodole. Dalej w tamtych stronach duże zagrożenie dla Polaków stanowiła UPA. Mieszkaliśmy na terenach, na których Ukraińcy chcieli urządzić swoją republikę i wyrżnąć lub zmusić do ucieczki mieszkających tu Polaków. Sam na własne oczy widziałem płynące Sanem trupy powiązane drutem kolczastym. Słyszałem strzały, a nocami obserwowałem z trwogą łuny nad polskimi wsiami. Wojsko Polskie i milicja pojawiały się w naszych stronach rzadko. Wydawało się, że Ukraińcy są panami życia i śmierci miejscowych Polaków. Ojciec uznał, że musimy z Dynowa jak najszybciej uciekać.

Decyzja ojca pana Juliana była całkowicie uzasadniona. Jeden z pierwszych rozkazów szefa UPA na Zakierzoniu Onyszkiewicza – Oresta brzmiał: „Wytępić Polaków zamieszkałych na terenach południowo-wschodnich i dążyć do ich całkowitego usunięcia. Nie uznawać linii Curzona za granicę polsko-radziecką. Czekać na wybuch trzeciej wojny światowej i tu z utworzonego przyczółka przy sprzyjających okolicznościach politycznych, pójść na Wschód w celu zbudowania wielkiego państwa ukraińskiego”.

„Powstańcza republika”

Z wydanej przez Petro Mirczuka w Monachium w 1953 r. pracy zatytułowanej „Ukrajińska Powstańcza Armija” można się dowiedzieć, że: „od połowy maja do sierpnia 1945 r. istniała w „Zakierzońskim Kraju” tzw. ukraińska powstańcza republika, w której wróg ośmielał się pokazywać jedynie w asyście większych oddziałów wojskowych”. Mirczuk pisze też, że owa republika była świetnie zorganizowana. Miała swoją administrację, system aprowizacji. Powstały w niej nawet: „małe fabryki, które wyrabiały tytoń z etykietami UPA, papierosy, pastę, mydło, skórę. Chłopi warzyli sól, robili smary do obuwia, uprzęży i wozów. Pracowały szwalnie bielizny, mundurów, obuwia, pracownie skarpet, pończoch, rękawic, szalików, swetrów, bandaży, ręczników itd. Wszędzie odbywało się wojskowe przeszkolenie nie tylko młodzieży, lecz wszystkich mężczyzn… Prowadzono sanitarne przeszkolenie dziewcząt. Pracowały kuźnie i ślusarnie, w których reperowano broń, dorabiano potrzebne części. Prowadzono zbiórkę całej broni i amunicji. Przeprowadzono rejestrację ukraińskiej i polskiej ludności. Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni byli zarejestrowani”.

– Z UPA skutecznie walczyło wówczas tylko polskie podziemie, starające się bronić ludności polskiej – podkreśla Julian Jamróz. – Na tym tle doszło m.in. do wydarzeń w Pawłokomie, leżącej niedaleko Dynowa. Ukraińcy zamordowali najpierw pochodzących z niej Polaków, w odwecie oddział polskiej partyzantki wtargnął do wsi rozstrzeliwując kilkudziesięciu żyjących w niej Ukraińców. Była to twierdza UPA. Działała w niej zakonspirowana Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów licząca kilkadziesiąt osób. Wyolbrzymiając fakt polskiego odwetu, niektórzy historycy zapominają, że wcześniej UPA  napadała na wsie: Jabłonica Ruska, Ulucz, Poręby, Siedliska, Kotów, Bachów i Sufczyn. Po naszym wyjeździe w 1946 r. UPA dokonała pogromów innych miejscowości. Gdyby nie polska Samoobrona, UPA wymordowałaby jeszcze więcej Polaków. AK była wtedy głównym obrońcą mieszkańców polskich wiosek. Mnie też wtedy przyszło nosić automat. Gdy udawaliśmy się do jakichś prac polowych, stawał się on niezbędnym wyposażeniem. Bez niego można było z nich nie wrócić. Patrole UPA tylko czekały na łatwy łup… Z automatem i innymi kolegami odwiedziłem m.in. Pawłokomę. W jej okolicach rosło bowiem na ugorach wiele dzikiego chrzanu. Kopaliśmy go, a rodzice czyścili i wysyłali następnie do krakowskich restauracji. Zawsze wpadał z tego jakiś grosz ułatwiający życie.

Znów w drodze

Jamrozowie wyjechali z Dynowa w trzy rodziny. Najpierw kolejką wąskotorową udali się do Przeworska, a stamtąd wynajętym wagonem przez Rzeszów, Łódź, Częstochowę i Kluczbork do Wrocławia, a później do Brzegu.

– Przyszliśmy na Rybacką, gdzie było wiele opuszczonych domów, zapluskwionych bez okien i drzwi, całkowicie wyszabrowanych – wspomina Julian Jamróz. – Urządziliśmy się jakoś w jednym z nich i zaczęliśmy żyć. Ojciec zaczął łatać spodnie dla żołnierzy Wojska Polskiego z miejscowego garnizonu. Szybko o jego umiejętnościach dowiedzieli się też oficerowie radzieccy, stacjonujący w Brzegu i przynosili zniszczone na wojnie mundury, by doprowadzał je do porządku. Rychło wieść o ojcu doszła do Wołyniaków osiedlonych w Olszance, Pogorzelu i Michałowie, którzy zaczęli traktować go jako swojego krawca. Przestaliśmy głodować i życie naszej rodziny ustabilizowało się. Mogłem uzupełnić edukację, kończąc formalnie podstawówkę, a w 1948 r. rozpocząłem naukę w technikum energetycznym we Wrocławiu. Zamieszkałem u stryja na Krzykach pod Kleciną. Niedaleko osiedlił się sierżant Wróblewski, pseudonim „Wacek”, którego pamiętałem z konspiracji w Równem. Gdy pewnego razu ojciec przyjechał do mnie z wałówką i czystą bielizną, poszliśmy go odwiedzić. Jak mnie zobaczył uśmiechnął się i zapytał – jak się masz goniec? – Nauka szła mi dobrze i po maturze postanowiłem zdawać na Wydział Elektryczny Politechniki Wrocławskiej. Musiałem napisać podanie i stanąć z nim przed obliczem sekretarza PZPR wrocławskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej. Technikum, do którego uczęszczałem kształciło bowiem specjalistów dla kolei. Sekretarz po zapoznaniu się z podaniem oceniał, który z nas jest godzien studiować. Razem ze mną przyszło na rozmowę z nim odbywającą się w świetlicy na I piętrze Dworca Głównego we Wrocławiu ze dwustu chłopaków. Moje podanie sekretarz rozpatrywał jako czwarte.

Urodzony w ZSRR

– Wy nazywacie się Julian Jamróz i rodziliście się w ZSRR – zaczął rozmowę. – Odpowiadając potwierdziłem, że owszem nazywam się Jamróz, ale urodziłem się w Polsce, bo wtedy jeszcze na Wołyniu ZSRR nie było. Sekretarz wpadł we wściekłość i zaczął krzyczeć , że wie, co ze mnie za ptaszek. Powiedział, że mój ojciec w Międzyrzeczu był komendantem strzelca i prowadził antysowiecką robotę. Dodał też, że my dzieci takich na studiach nie potrzebujemy. Struchlałem z przerażenia. Nogi się dosłownie ugięły pode mną. W głowie zaczęła kołatać mi myśl – skąd ten łobuz wie o moim ojcu? – Dopiero, jak mu się dokładnie przyjrzałem, zrozumiałem wszystko. Owym sekretarzem był mój sąsiad z Międzyrzecza Berek Don, który teraz nosił nazwisko Kazimierz Witaszewski… Z pogardą popatrzył na mnie i kazał sekretarce wypisać dla mnie nakaz pójścia do roboty. Otrzymałem przydział do kolejowych warsztatów elektrycznych  przy ul. Robotniczej za Dworcem Świebodzickim we Wrocławiu. Tam pracowałem jako brygadzista, umiałem bowiem czytać plany, dokumentacje i wszelkie rysunki techniczne. Nie miałem co prawda praktyki, ale w warsztacie spotkałem starszych panów z poznańskiego, którzy mi sporo pomogli. Pamiętam m.in. Walka Sikorę i kilku innych porządnych kolejarzy. W sumie pracowało nas w tym warsztacie ośmiu. Nie siedzieliśmy oczywiście tylko na miejscu, ale pracowaliśmy w delegacjach na terenie całej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych we Wrocławiu. Ładowaliśmy sprzęt do wagonu i jechaliśmy remontować urządzenia na dworcach, stacjach czy parowozowniach.

Ekshumacja trupów

Prace te mocno zapadły w pamięć Juliana Jamroza. Odbywały się w trudnych warunkach. Niemal zawsze wiązały się z ekshumacją trupów…

– Na Dworcu Głównym we Wrocławiu robiliśmy dźwigi, podobnie w Legnicy i Żaganiu – wylicza. – W Brochowie w lokomotywowni wymienialiśmy instalację elektryczną. To była najgorsza robota, z uwagi  na brud w niej panujący. Chodziliśmy dosłownie czarni jak czarci, którzy wyjrzeli w piekła. Podobne warunki panowały w lokomotywowni Wrocław Główny. Sporo pracy kosztowało nas naprawienie instalacji elektrycznej na dworcu Wrocław Nadodrze. Osobiście najwięcej wysiłku włożyłem w uruchamianie dworca w Głogowie. Miasto to było w czasie walk w 1945 r. strasznie zniszczone. Kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. W piwnicach nastawni znajdowała się masa rozkładających się trupów niemożliwych do rozpoznania, wydzielających straszliwy fetor. Gdy kładliśmy kable pod torami, co rusz napotykaliśmy na zakopane trupy.  Nie wiadomo, czy niemieckie, czy sowieckie. Wszystkie miały na sobie mundury, ale już tak zgnite, że nie do rozpoznania. Tworzyły z ciałami jedną maź. Wszystkie instalacje były w strzępach. Musieliśmy kłaść je od podstaw. Do dziś jeszcze moja instalacja jest na przejściu z peronów do budynku głównego. Tylko lampy się zmieniły…

W 1953 r. Juliana Jamroza powołano do wojska. Oczywiście jako podejrzany element nie mógł trafić do bojowej jednostki. Skierowano go do pułku karnego.

Osiem lat za Katyń

– Przysłużył mi się taki „komsomolec” Malinowski – wspomina. – Doniósł, że mój ojciec mający zakład krawiecki nie chce wstąpić do spółdzielni i trzeba mu dać nauczkę. Rozkazem ówczesnego marszałka Polski i ZSRR Konstantego Rokossowskiego, wcielono mnie do pułku karnego w Szczakowej, zajmującego się kopaniem piasku do kopalń na Pustyni Błędowskiej. Ładowaliśmy piasek do kolib, które następnie pchaliśmy po wąskim prowizorycznym torze na bocznicę przeładunkową przy normalnym torze, skąd piasek transportowano do kopalni „Bytom”. W pułku w Szczakowej nie tylko pracowaliśmy, ale przechodziliśmy także polityczną reedukację. Spotykał się z nami taki chorąży, starający się „naświetlać” nam odpowiednio ważne problemy. Dużo uwagi poświęcał zwłaszcza umacnianiu przyjaźni polsko-radzieckiej. Któregoś dnia zrobił nam wykład na temat Katynia. Starał się przekonać nas, że polskich oficerów w tej miejscowości zamordowali Niemcy i że była to z ich strony celowo zaplanowana prowokacja przeciwko ZSRR. Wszyscy milczeli, choć każdy wiedział, kto naprawdę dokonał zbrodni. Nagle wstał jakiś chłopak i oświadczył, że obywatel chorąży mówi bzdury, bo polskich oficerów w Katyniu zamordowali nie Niemcy, a NKWD. Wtedy rozpętało się prawdziwe piekło. Owemu śmiałkowi urządzono proces pokazowy. Przyjechał do jednostki sędzia wojskowy w polskim mundurze, w stopniu majora, ale o wyglądzie i akcencie podobnym jak miał Berek Don i skazał go na 8 lat więzienia za wrogą propagandę przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Wpadliśmy w panikę. Od tej pory nikt z nas nie zabierał głosu po wystąpieniach owego chorążego. Nawet, gdy zachęcał nas do dyskusji, każdy milczał jak grób. Na szczęście po tym wydarzeniu pułk karny w Szczakowej rozwiązano, a służących w nim żołnierzy skierowano do innych jednostek. Ja trafiłem do Podoficerskiej Szkoły Łączności w Bielsku Białej. W ówczesnym wojsku brakowało bowiem specjalistów mających maturę. Po ukończeniu szkoły zostałem radiotelegrafistą. Nosiłem na plecach oprócz normalnego ekwipunku żołnierza radiostację, ważącą 11 kg. Obok mnie szedł kolega, który dźwigał zasilanie do mojej radiostacji. Z tym sprzętem brałem m.in. udział w wielkich armijnych ćwiczeniach na poligonie w Międzyrzeczu Lubuskim. Przywieźli nas tam na dwa miesiące przed rozpoczęciem manewrów. Zajmowaliśmy się przygotowaniem terenu do ćwiczeń. Budowaliśmy m.in. punkty obserwacyjne dla dowództwa i równaliśmy drogę, po której miał jechać sam marszałek Rokossowski, kopaliśmy transzeje itp. Zanim trafiłem do cywila, wziąłem udział jeszcze w jednych  ćwiczeniach, w trakcie których forsowaliśmy Wisłę k/ Puław…

Czuję się Wołyniakiem

Po opuszczeniach koszar Julian Jamróz wrócił do Brzegu, choć zmienił pracę zwalniając się z kolei. Poznał dziewczynę Halszkę ze Lwowa, która została jego żoną. Podjął pracę w miejscowym zakładzie energetycznym, w którym pracował aż do emerytury. W sumie przepracował 42 lata. Z  żoną dochowali się dwóch synów i dwojga wnucząt.

– Obecnie należę do środowiska 27 Dywizji Piechoty AK – Wrocław, do którego należał mój ojciec i stryj – podsumowuje Julian Jamróz. – Angażuję się w jego działalność, czuję się bowiem wciąż Wołyniakiem.

Marek A. Koprowski

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=36249 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]