Zwiastun nowego etapu – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2010-04-7 1:57 pm

Antoni Słonimski wspomina, jak to w koszmarnych czasach stalinowskich rzeźbiarz Ksawery Dunikowski zwiedzał wystawę rzeźby socrealistycznej w warszawskiej „Zachęcie”. Miał on zwyczaj powtarzania po kilka razy każdego słowa, a nawet – sekwencji słów. Przyglądając się wystawionym rzeźbom powiedział: „widziałem już rzeźby w glinie, w marmurze, w brązie. Pierwszy raz widzę w wazelinie. W wazelinie – pierwszy raz”.

Ten pierwszy raz zawsze kiedyś musi być – i dlatego wreszcie ukazała się książka profesora Andrzeja Friszke o Jacku Kuroniu i Karolu Modzelewskim „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi”. Książkę bardzo pochwalił sam red. Adam Michnik mówiąc, że nie wyobraża sobie lepszego bukietu na grobie Jacka Kuronia, natomiast prof. Friszke, z właściwą sobie skromnością zwrócił uwagę, że z materiałów Instytutu Pamięci Narodowej można skomponować również taką książkę. Zapewne chciał w ten sposób jeszcze raz schłostać tych historyków, którzy na podstawie materiałów IPN piszą książki takie, jak na przykład „Sprawa Lecha Wałęsy”. Takie książki nawet bez czytania można poddać surowej krytyce, bo wiadomo – „czy może być co dobrego z Nazaretu”? Profesor Friszke, to co innego. Swoje książki tak komponuje, żeby było dobrze. Jeśli bowiem będzie dobrze opisywanym bohaterom, kiedy będą ładnie się prezentowali, jako postacie ze spiżu, a w ostateczności – niechby i z wazeliny, to będzie dobrze wszystkim, a zwłaszcza – jemu samemu. Podobnie musiał myśleć ów malarz Jan, z bajki autorstwa pozbawionego złudzeń księdza biskupa Ignacego Krasickiego, kiedy malował wprawdzie nie podobne, ale za to – piękniejsze twarze. Dlatego właśnie był bogaty, w odróżnieniu od malarza Piotra, który wprawdzie lepiej potrafił uchwycić podobieństwo, ale właśnie dlatego był biedny. No i słusznie – bo cóż wynagradzać w tych smutnych i zepsutych czasach? Czy niezdrowe upodobanie do podglądania, a zwłaszcza – odwzorowywania nagiej prawdy, czy też takie jej przystrojenie, takie przyozdobienie, żeby każdemu było przyjemnie na nią popatrzeć? Jasne, że to drugie – i dlatego nic dziwnego, że taki dr Sławomir Cenckiewicz, czy Paweł Zyzak nie tylko nie może znaleźć pracy w swoim zawodzie i wydłubuje kit z okien, ale w dodatku jeden i drugi jest pryncypialnie potępiany – również na odcinku moralnym – nie tylko przez byłego prezydenta naszego państwa Lecha Wałęsę i jego wrażliwą córkę, ale także – przez niezawisłe sądy, no i – przez patentowany autorytet moralny w osobie mego faworyta, JE abpa Józefa Życińskiego, ordynariusza lubelskiego, co to „bez swojej wiedzy i zgody” został zarejestrowany przez SB w charakterze tajnego współpracownika o pseudonimie „Filozof”. Trudno się dziwić Jego Ekscelencji, bo wiadomo, że nic tak nie gorszy, jak prawda, a chyba nie można wymagać, żeby ksiądz arcybiskup pochwalał zgorszenie.

Kiedy więc już wyjaśniliśmy sobie te pryncypia, możemy trochę sobie powspominać, czym to Jacek Kuroń i Karol Modzelewski tak narazili się Władysławowi Gomułce, że aż wpakował ich do kryminału. Napisali oni mianowicie w 1964 roku „List otwarty do Partii”, krytykujący PZPR za to, że odchodzi od pryncypiów komunizmu. Janusz Szpotański w „Towarzyszu Szmaciaku” z właściwym sobie sarkazmem scharakteryzował tę krytykę, wkładając ją w usta „komunisty starej daty” niejakiego Wardęgi. Wardęga narzekał na Gomułkę, „że chłopom daje on nawozy, zamiast powsadzać ich do kozy, przez co nasz główny cel – kołchozy – w odległą przyszłość się oddala, że kapitalizm wręcz utrwala (…) w dodatku, jak się stale słyszy, tępi szlachetnych towarzyszy, bo Berman oraz Minc Hilary, ludowej władzy dwa filary, leżą strzaskane Gnoma ręką i nawet im nie wolno jęknąć!” W rzeczywistości „List” był znacznie nudniejszy, bo autorzy próbowali Władysławowi Gomułce pokazać, jak to partia pogrąża się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych, operując językiem marksistowskich mełamedów. Ale nie to, jak sądzę, sprawiło, że Kuroń z Modzelewskim poszli do ciupy. Rzecz w tym, że w październiku 1964 roku Leonid Breżniew obalił Nikitę Chruszczowa, który – mniejsza o to, czy słusznie, czy nie – utożsamiany był z tak zwaną „odwilżą”, która w 1956 roku przywróciła władzę również Gomułce. Tymczasem 14 listopada 1964 r. bezpieka przechwyciła obszerne fragmenty „Listu”, co mogło w Gomułce wzbudzić podejrzenia, że jego autorzy wykonują zlecone przez jakichś ruskich stalinowców zadanie, którego finałem będzie przewrót pałacowy i w Polsce – bo przecież tak właśnie zawsze bywało. Jak tam było, tak tam było, w każdym razie Jacek Kuroń, który dostał od niezawisłego sądu 3 lata (Karol Modzelewski otrzymał 3,5 roku), wyszedł na wolność dopiero w 1967 roku.

Lecz tymczasem na mieście inne były już treście”. Okazało się, że Gomułkę próbuje wysadzić w powietrze ktoś zupełnie inny, mianowicie Mikołaj Diomko, czyli Mieczysław Moczar. Moczar, zmartwiony starczym uwiądem komunizmu, podjął próbę zaszczepienia go na ciągle żywym pniaku nacjonalizmu. Problem w tym, że nacjonalizm musi mieć wskazanego nieubłaganym palcem wroga. Taki wróg oczywiście był, ale wskazać go nie było można w obawie przed nieuniknionym obcięciem nie tylko nieubłaganego palca, ale nawet – całej ręki razem z głową. Ponieważ jednak Moskwa postawiła na wyzwalanie Arabów, można było nieubłaganym palcem wskazać na Żyda, co Moczar uczynił tych skwapliwiej, że z Żydami, a właściwie z „Żydami” miał, jako uczestnik frakcji „Chamów”, zadawnione porachunki. Wróg zatem już był, zaś zaszczepka komunizmu na pniaku nacjonalistycznym wymagała pewnych koncesji dla AK-owców, którym Moczar pozwolił na kombatanckie wspominki – oczywiście pod ścisłym nadzorem bezpieki. Tak oto powstała grupa „partyzantów”, a w tej sytuacji „Żydom” nie pozostało już nic innego, jak stanąć na nieubłaganym gruncie demokracji. Ulepszanie marksizmu straciło w tych warunkach wszelki sens, zwłaszcza w latach 70-tych, kiedy to po podpisaniu Aktu Końcowego KBWE w Helsinkach, na Zachodzie pojawił się eurokomunizm, odrzucający prymat Moskwy i „drogę Lenina”. Od tej chwili było jasne, że jedynie słuszna droga do komunistycznego raju prowadzi przez czyściec socjaldemokracji. Zdemenciałej Carycy Leonidzie nie mogło zmieścić się to w głowie, wskutek czego cały soc pogrążył się w „zastoju”, z którego wyrwał go dopiero „mineralnyj siekrietar”, czyli Michał Gorbaczow – ale wtedy już Ronald Reagan zdążył zazbroić Sojuz na śmierć.

Nie ma przypadków, są tylko znaki – a tak się szczęśliwie złożyło, że książka prof. Andrzeja Friszke ukazała się niemal równocześnie z uchwaleniem przez Sejm ustawy zmieniającej status Instytutu Pamięci Narodowej. Ta zmiana wymaga oczywiście rewolucji kadrowej, bo już Ojciec Narodów zauważył, że to „kadry decydują o wszystkim”, a taka rewolucja musi przebiegać od góry do dołu. Od góry – czyli od prezesa. Prezes Janusz Kurtyka ma bardzo niedobrą reputację i w razwiedce, i w salonie, i wśród autorytetów moralnych z Jego Ekscelencją moim faworytem abpem Józefem Życińskim (co to „bez swojej wiedzy i zgody”) na czele, toteż nic dziwnego nie będzie w tym, że rewolucja kadrowa rozpocznie się właśnie od niego. No dobrze – ale kim go zastąpić? A kimże – jeśli nie profesorem Andrzejem Friszke, który nie raz i nie dwa udowodnił, że w każdej sytuacji można na nim polegać? I jak średniowieczni majstrowie, którzy swoje umiejętności musieli potwierdzić majstersztykiem, prof. Friszke taki majstersztyk wykonał w postaci pomnika z wazeliny. To zwiastun nowego etapu i w sztuce monumentalnej i w naukach historycznych.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   Gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)   7 kwietnia 2010

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=20106 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]