Czas wrócić do czystych źródeł Objawienia: Pisma Świętego i Tradycji!

Aktualizacja: 2020-01-21 1:57 pm

Najogólniej rzecz ujmując w zakres zainteresowania katolickiej nauki społecznej wchodzi całokształt życia społeczno-politycznego, z tym że pojęcie „życie społeczne” należy rozumieć szeroko, a więc wchodzą weń zagadnienia nie tylko społeczne, ale i gospodarcze, kulturalne, prawne itd. KNS interesuje wszystko, co dotyczy życia jednostki w społeczeństwie. Ważny jest przy tym aspekt etyczny, ponieważ korzystając z dociekań nauk szczegółowych KNS formułuje, ostatecznie w oparciu o Objawienie, wskazania natury moralnej. Tak było zawsze, od powstania chrześcijaństwa. Pierwsi teologowie, Ojcowie Kościoła i późniejsi scholastycy czy moraliści badali najrozmaitsze zjawiska, instytucje i warunki życia społeczno-politycznego, aby w konkretnej istniejącej sytuacji sformułować wskazania właściwego moralnie postępowania – mówi Grzegorz Kulik, autor książki Wołanie o prawo i sprawiedliwość. Księgi i apokryfy Starego Testamentu, pisma z Qumran. Rozmawia Janusz Przytuła.

Obecnie panuje powszechne przekonanie, że społeczne nauczanie Kościoła rozpoczęło się od encykliki Leona XIII Rerum novarum. Pan jednak w swojej książce nieco inaczej ujmuje tę kwestię?

Pierwsze zdanie w mojej książce brzmi: „O ile historia katolickiej nauki społecznej sięga swymi początkami pontyfikatu papieża Leona XIII, o tyle dzieje katolickiej myśli politycznej i społecznej są znacznie dłuższe”. Jak zatem widać, nie podważam powszechnie przyjmowanej opinii. Wprawdzie sama nazwa „disciplina socialis catholica” została użyta dopiero przez papieża Piusa XI w encyklice Quadragesimo anno z 1931 r., ale papież ten nieustannie nawiązywał do Leona XIII i jego encykliki Rerum novarum z 1891 r. jako właściwego momentu, od którego rozpoczęło się w Kościele pogłębianie studiów teologii społecznej. Poprzez rozpoczęcie serii „Historia katolickiej myśli społeczno-politycznej” pragnę z kolei wskazać, że katolicka nauka społeczna nie wzięła się znikąd. W całej swej historii Kościół musiał zajmować określone stanowisko wobec pojawiających się różnych zjawisk społecznych czy politycznych. Taką pierwszą kwestią społeczną było np. niewolnictwo. Kościół musiał się do tego ustosunkować. To rodziło potrzebę refleksji nad tym i innymi pojawiającymi się problemami. W całej więc historii Kościoła mamy do czynienia z myślą społeczną i polityczną, która ma charakter teologiczny. Jest to dziedzina wiedzy bardzo słabo znana i niemal nieopracowana naukowo w całości w postaci syntezy. Nawet teolodzy specjalizujący się w KNS zazwyczaj ograniczają się do współczesnych zagadnień, a historia myśli teologicznej dotyczącej spraw społeczno-politycznych jest im bardzo słabo znana. Tymczasem warto ją poznać.

Jakie zagadnienia czy tematy są typowe dla społecznego nauczania Kościoła? Jakie kwestie to nauczenie zarazem szczególnie interesują i są dlań charakterystyczne?

Najogólniej rzecz ujmując w zakres zainteresowania KNS wchodzi całokształt życia społeczno-politycznego, z tym że pojęcie „życie społeczne” należy rozumieć szeroko, a więc wchodzą weń zagadnienia nie tylko społeczne, ale i gospodarcze, kulturalne, prawne itd. KNS interesuje wszystko, co dotyczy życia jednostki w społeczeństwie. Ważny jest przy tym aspekt etyczny, ponieważ korzystając z dociekań nauk szczegółowych KNS formułuje, ostatecznie w oparciu o Objawienie, wskazania natury moralnej. Tak było zawsze, od powstania chrześcijaństwa. Pierwsi teologowie, Ojcowie Kościoła i późniejsi scholastycy czy moraliści badali najrozmaitsze zjawiska, instytucje i warunki życia społeczno-politycznego, aby w konkretnej istniejącej sytuacji sformułować wskazania właściwego moralnie postępowania. Podam kilka przykładów. Wojny towarzyszą dziejom człowieka od niepamiętnych czasów. Badanie zagadnienia wojen i ich przyczyn w kontekście moralności chrześcijańskiej już bardzo wcześnie prowadziło do wypracowania teorii wojny sprawiedliwej, która była rozwijana od św. Augustyna przez kolejne stulecia i dostosowywana do specyficznej sytuacji narodów, także związanej z rozwojem samych sposobów prowadzenia wojny. Z kolei gdy po odkryciu Ameryki rozpoczął się i zaczął wzrastać handel niewolnikami murzyńskimi, teologowie katoliccy zajęli się tym tematem rozróżniając pomiędzy moralnie dopuszczalnymi sposobami zniewalania i niegodziwymi, które uznawano za grzech śmiertelny. Ponadto zajęli się oni określeniem wzajemnych praw, i obowiązków, niewolników i ich właścicieli, co doprowadziło w XVII w. do sformułowania powszechnie przyjmowanego przez teologów katolickich nauczania o godziwym sposobie pozyskiwania niewolników, ich warunkach życia i pracy. W tym podsumowania status niewolników niewiele się różnił od sytuacji zależnych chłopów. Największy wkład do rozwoju tego nauczania mieli Dominik de Soto, Dominik Banes, Ludwik Molina, Tomasz Sanchez, Leonard Lessius, Jan de Lugo, Ferdynand Rebellus i wielu innych. Nauczanie tych teologów nie tylko o kwestii niewolnictwa, ale i o innych problemach życia społecznego jest całkowicie nieznane, stad powstają przeróżne mity i wręcz dezinformacje, którym ulegają nieraz całkiem wybitni współcześni historycy. Badanie dziejów nauczania Kościoła na różne tematy społeczne nie jest dziś popularne, ani mile widziane nawet w samym Kościele. A wynika to z faktu zmian w nauczaniu społecznym, które czasami mają charakter wręcz rewolucyjny, wywracając całe wcześniejsze nauczanie do góry nogami.

Prymas Wyszyński twierdził, że to nie Kościół powinien się przystosować do świata, tylko świat powinien się dostosować do Ewangelii. Jaką Pan widzi szansę, że społeczne nauczanie Kościoła będzie stosowane we współczesnej polityce i życiu codziennym ludzi, społeczeństw, narodów?

W istocie w pytaniu zawarte są dwie kwestie: pierwsza – świat powinien dostosować się do nauczania Kościoła, a nie na odwrót. Druga – jakie są na to szanse. Odpowiem najpierw na pierwsze zagadnienie. Już Chesterton powiedział: „We do not want a church that will move with the world. We want a church that will move the world”. Przez wieki nauczanie Kościoła zmieniało ludzi i świat. Dziś jest odwrotnie. Kościół dostosowuje się do zupełnie nowej sytuacji, jaka powstała wraz z wytworzeniem się społeczeństw masowych. Nie mam nic przeciwko dostosowaniu się strukturalnemu czy w sposobie głoszenia Ewangelii. Problem polega na tym, że Kościół zaczął od czasów Soboru Watykańskiego II dostosowywać także swą doktrynę do zmienionych wymagań obecnych czasów. Najpierw przejawiało się to głównie w zaniku przedstawiania pewnych treści teologicznych, dziś niepopularnych (jak np. nauczanie o Bogu, który za dobro wynagradza, ale za złe karze, w związku z czym po śmierci oprócz życia wiecznego z Bogiem, alternatywą może być wieczne potępienie w piekle), zmienianie pewnych mniej ważnych nauk kościelnych (np. o wolności religijnej), a dziś mamy wręcz praktyczne podważanie przez papieża Franciszka nauczania moralnego Kościoła o nierozerwalności małżeństwa. Już kilka lat po soborze zjawisko to było na tyle wyraźne, że katolicki filozof Jacques Maritain stwierdził, że Kościół znajduje się „na kolanach przed światem” (Wieśniak znad Garonny, „W drodze” 2017, s. 73). Dotknęło to także katolicką naukę społeczną. Odstawiono na bok doktrynę prawa naturalnego i arystotelesowsko-tomistyczne rozumienie sprawiedliwości, a w to miejsce wstawiono doktrynę o godności osoby ludzkiej (której sposób rozumienia znacząco różni się od tradycyjnie nauczanego w Kościele) i prawa człowieka. Takie przeformułowanie samych podstaw nauczania społecznego miało na celu uatrakcyjnienie go w oczach ludzi stojących poza Kościołem, aby ich do niego przyciągnąć, a całemu światu pokazać docenianie przez Kościół znaczenia osoby i jej praw. Jednakże zarzucenie czy też umniejszanie znaczenia nauczania o prawie naturalnym i sprawiedliwości w jej klasycznym rozumieniu spowodowało niespodziewanie nowe kłopoty, już nie tylko w samym nauczaniu społecznym, ale szerzej, także w innych działach teologii. Skutkuje to dalszym rozmywaniem doktryny, a właściwie jej przekształcaniem, tak że dzisiejsze nauczanie wielu teologów jest już pozbawione w dużej mierze katolickości. Kościół powoli przekształca się, rezygnując ze swych funkcji religijnych na rzecz typowych dla organizacji pożytku społecznego, a obecny pontyfikat walnie się do tego przyczynia.

W tym kontekście druga kwestia traci jak gdyby rację bytu. Kościół coraz bardziej przekształca swe nauczanie, aby dostosować je do wymagań świata i przypodobać się mu. Popularne są dziś kwestie ekologiczne i ochrony klimatu. Tą ścieżką podąża też papież Franciszek promując swą agendę ekologiczną. Podejmowanie rozważań teologicznych na tematy ekologiczne samo w sobie nie jest złe, a wręcz powinno zostać należycie docenione i rozwijane. Pytanie tylko, na ile robi się to, aby faktycznie rozwinąć i pogłębić refleksję Kościoła na te tematy, a na ile, aby przypodobać się światu i głosić to, co mu odpowiada.

W Ewangelii św. Łukasza (Łk 12, 13-14) można przeczytać nast. przypowieść: „Wtedy ktoś z tłumu rzekł do Niego: »Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem«. Lecz On mu odpowiedział: »Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?«”. W tym miejscu następuje przypowieść o bogaczu, który w okresie urodzaju miał zamiar zburzyć stare spichrze i zbudować nowe, aby pomieściły zbiory oraz upomnienie Boga, że już tej nocy może umrzeć. Drugi cytat pochodzi z encykliki Piusa XI O odnowieniu ustroju społecznego i dostosowaniu go do normy prawa Ewangelii, gdzie czytamy m.in.: „Mamy prawo i obowiązek sądzenia najwyższą Swoją władzą w sprawach społecznych i gospodarczych” Z kolei w liście św. Pawła możemy przeczytać: „bojownik Boży nie wikła się w sprawy tego świata” (2 Tm 2,4). Jak Pan wytłumaczy sprzeczności między tymi wypowiedziami? Czy opinia wyrażona przez św. Pawła nie podcina fundamentów KNS?

Nie ma tu sprzeczności. Wszakże w innym miejscu w Ewangelii Jezus polecił, aby oddać cesarzowi to, co cesarskie, a Bogu, to co boskie (Mt 22, 21). Ani Jezus, ani potem Kościół nie rozstrzyga w kwestiach szczegółowych zatargów. Natomiast jest oczywiste, że do Kościoła należy określanie tego, co można i nie można czynić, aby uzyskać życie wieczne. W zakres tego wchodzi też etyka społeczna. Ma ona inny charakter niż etyka indywidualna, bo nie odnosi się do poszczególnych jednostek, ale jednostek działających w kontekście społecznym i do całych społeczności. Stąd też trudniejsze jest jej wprowadzenie w życie, gdyż często zależy to dziś od różnego rodzaju ciał sprawujących władzę polityczną, społeczną czy gospodarczą. A w związku z tym, że żyjemy w społecznościach pluralistycznych tym trudniej jest przebić się z postulatami motywowanymi wiarą katolicką i nauczaniem Kościoła. To ostatnie zresztą, jak wcześniej powiedziałem, przeżywa dziś głęboki kryzys.

Badając myśl społeczną Kościoła we wcześniejszych wiekach zauważam jeszcze jedną dodatkową trudność. Współcześnie nauczanie społeczne Kościoła niejednokrotnie ma charakter bardzo ogólny i często stroni od wchodzenia w bardziej konkretne sytuacje życiowe, co jest oczywiście zrozumiałe, gdyż nie sposób wypowiedzieć się o wszystkich poszczególnych kwestiach w zróżnicowanym świecie. Brakuje jednak właśnie tego większego zanurzenia się w rozmaite sytuacje i podania dróg rozwiązywania bardziej konkretnych problemów. Tak właśnie czynili niegdyś teolodzy analizując wiele kazusów. Później skrytykowano ten sposób i teraz mamy same ogólne wskazania, co niestety nie jest też dobrym wyjściem. Potrzebne są bardziej konkretne wskazania w różnych dziedzinach życia społecznego, politycznego i ekonomicznego, ale to wymaga z kolei lepszego przygotowania fachowego, nie tylko teologicznego, teologów katolickich zajmujących się KNS.

Można zatem powiedzieć, że w społecznym nauczaniu Kościoła zawiera się taka koncepcja budowy instytucji życia społecznego i ich samych, by były dla człowieka pomocą, a nie przeszkodą w osiągnięciu przezeń jego celu ostatecznego?

Problem nie jest bynajmniej tak prosty jakby się wydawało. Św. Tomasz w swojej Summa Theologiae napisał: „Finis autem humanae vitae et societatis est Deus” (ST I-II, q. 100, a. 6). Dla człowieka wierzącego jest oczywiste, że jego celem jest Bóg, ale może nie dla każdego jest równie oczywiste, że Bóg jest także celem ostatecznym dla społeczeństwa. Katolicka Nauka Społeczna powinna dostarczać odpowiedzi na pytanie, jak zorganizować życie społeczno-polityczne społeczeństwa, aby mogło ono osiągnąć swój cel ostateczny – Boga. I tu jest problem, o którym wspominałem wcześniej, bo obecnie w Kompendium Nauki Społecznej Kościoła wydanej w 2004 r. przez Papieską Komisję Iustitia et Pax stwierdza się przytaczając słowa Piusa XII, że to człowiek jest podmiotem, fundamentem i celem życia społecznego (nr 106). Czy to oznacza, że Bóg nie jest już celem społeczeństwa tylko człowiek? Być może cenną odpowiedzią jest encyklika papieża Benedykta XVI Spe salvi, w której omawia on m.in. różne nowożytne koncepcje zbudowania „Królestwa Bożego na ziemi”, ale bez udziału Boga, a nawet przeciw Niemu, co swoją kulminację znalazło w marksistowskiej doktrynie rewolucyjnego przewrotu mającego ustanowić na ziemi „Nowe Jeruzalem”. Skończyło się na totalitaryzmie, który pochłonął miliony ofiar. Błąd Marksa polegał na materializmie: „człowiek nie jest bowiem tylko produktem warunków ekonomicznych i nie jest możliwe jego uzdrowienie wyłącznie od zewnątrz, przez stworzenie korzystnych warunków ekonomicznych” (Spe salvi nr 21). A więc może jednak „finis societatis et humanae vitae est Deus”?

Od czasów Monteskiusza dominuje przekonanie, że ludzkość znalazła sposób na zapanowanie nad władzą, dzięki jej podziałowi na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. W praktyce nie jest to wcale proste, czego dziś doświadczamy także w Polsce w związku z dysfunkcjonalnością władzy sądowniczej. Jak problem władzy przedstawiał się w okresie przez Pana badanym i opisanym w książce? Jaki charakter miała ówczesna władza? Czy też ją dzielono? A jeśli tak, to w jakim celu?

Dla starożytnych autorów żydowskich ksiąg religijnych (Stary Testament i jego apokryfy) najważniejsze jest, aby władza polityczna była posłuszna Bogu i Jego prawu. Prawo Boże jest sprawiedliwe, więc jego przestrzeganie przez władzę zapewni sprawiedliwość ludowi Bożemu. Posłuszeństwo nakazom i zakazom Prawa Bożego jest też właściwie jedynym kryterium oceny władzy. Spośród zaś przykazań najważniejsze jest pierwsze: nakaz oddawania czci jedynie prawdziwemu Bogu i zakaz jakiejkolwiek idolatrii. W związku z tym, że niemal wszyscy królowie Izraela i większość władców Judy oddawało część także innym bóstwom, Bóg zgodnie ze swymi zapowiedziami karał ich, a w końcu pozbawił własnej państwowości. Izraelici znaleźli się w ten sposób w niewoli asyryjskiej, a Judejczycy w babilońskiej. Rozważając na obczyźnie przyczyny upadku ich państwa, elita społeczeństwa judzkiego doszła do wniosku, że był to skutek bałwochwalstwa całego narodu, któremu przewodzili królowie. To właśnie królowie – jako przywódcy polityczni i religijni (królowie mieli zwierzchność nad kultem) – byli najbardziej odpowiedzialni za bałwochwalstwo i upadek państwa. W odrodzonym państwie żydowskim należało zatem ograniczyć władzę monarchy tak, aby nowa władza mogła lepiej słuchać Boga i wypełniać Jego nakazy. Stąd też powstała koncepcja czwórpodziału władzy. Jest ona opisana w Księdze Powtórzonego Prawa. Władza miała zostać podzielona na królewską, sądowniczą, kapłańską i prorocką. Najważniejszą władzą miała być władza prorocka. Prorocy zaś byli „ustami Boga” – przekazywali słowo boże, a więc polecenia Boga skierowane do Jego ludu. Osłabienie władzy króla i wysunięcie na pierwsze miejsce proroków miało zapobiec nawrotowi w przyszłości do nieposłuszeństwa wobec Boga, co skutkowałoby karą. W praktyce nie doszło do zrealizowania tej koncepcji, gdyż Żydzi wyzwoleni z niewoli babilońskiej znaleźli się następnie pod panowaniem perskim, a później władców hellenistycznych. Odbudowana w II wieku przed Chrystusem monarchia żydowska pod panowaniem Machabeuszy jednoczyła w ręku monarchy władzę królewską i kapłańską, gdy tymczasem urząd proroków dawno już zanikł.

Szczególnie interesującą wydaje się władza reprezentowana przez proroków. Czy zgodziłby się Pan z tezą, że współcześnie odpowiada jej władza reprezentowana przez media i lobbystów?

Absolutnie nie! Skąd w ogóle ten pomysł? Przecież prorocy starotestamentowi byli przekazicielami słów Boga. Czy współczesne media przekazują słowa Boga? Czy też raczej wszelkimi sposobami je zwalczają? Nie neguję, że istnieją media katolickie, które mają swój udział w funkcji prorockiej Kościoła, jeśli przekazują nauczanie Kościoła. Ale dominują środki masowego przekazu obojętne lub wrogie nauczaniu Kościoła, więc co najwyżej można by je nazwać mianem fałszywych proroków.

Kto zaś dziś pełni funkcje prorockie? Oczywiście Kościół w swym przepowiadaniu pełni tę funkcję. Ale gdybyśmy, posługując się rysopisem starotestamentalnego proroka, spróbowali wskazać, gdzie jeszcze ulokowana jest ta funkcja, to wskazałbym na objawienia prywatne. Wizjonerzy przekazują słowa od Boga, podobnie jak to było w przypadku proroków starotestamentalnych. W orędziach zasadniczymi motywami jest nawoływanie do zaniechania grzeszenia i nawrócenia – tak samo było u proroków. Wizjonerzy zapowiadają, że w przypadku braku nawrócenia nastąpi kara boża – tak samo prorocy. Niekiedy wizjonerzy zapowiadają przyszłe losy osób czy całych narodów i państw – tak jak robili to prorocy. Podają też konkretne wskazówki, co należy uczynić w bieżącej sytuacji – prorocy również wskazywali na konkretne rozwiązania. I w końcu istnieje zawsze problem, czy dane objawienia prywatne są prawdziwe – i tak też było w czasach biblijnych.

Pomysł „obarczenia” mediów i lobbystów funkcjami prorockimi jest być może na swój sposób szalony, ale jego podstawą są – o czym Pan zresztą wspomniał – spotykani w czasach Starotestamentowych fałszywi prorocy oraz, co może jest współcześnie ważniejsze, zastosowanie pojęć o rodowodzie teologicznym w języku współczesnych analiz politologicznych i polityki jako takiej. Obawiam się, że współcześni prorokom mogli mieć trudności z odróżnieniem tych prawdziwych, występujących rzeczywiście w imieniu Boga, od fałszywych, choć twierdzących, że występują w Jego imieniu. Z kolei obecnie, w dobie masowej manipulacji, mamy do czynienia zarówno z ubóstwieniem pewnych form ustrojowych, jak i przypisaniem do ich obrony właśnie mediów i lobbystów… Prorocy, o których dowiadujemy się z kart Starego testamentu i innych pism, powołani byli, by wzmocnić władzę Boga nad swym ludem. Podobnie dziś media i lobbyści uznają się za powołanych, by wzmocnić w społeczeństwie dominację idei, które ludowi prezentowane są jako wypełniające treść pojęcia Boga. Sytuację niejasności pogłębia też zjawisko „przepowiedni samospełniającej się”… W każdym razie W swej książce wspomina Pan o prorokach nie tylko jako o ludziach Bożych, ale także o fałszywych prorokach. Na czym polegała różnica między nimi? Czy była jasna dla im współczesnych? A jak to pańskim zdaniem wygląda dziś w odniesieniu do mediów i lobbingu?

Fałszywi prorocy ogłaszali swe wyrocznie podobnie jak prawdziwi. Jedynym sprawdzianem prawdziwości przekazu proroka było spełnienie się lub niespełnienie zapowiadanych przez niego wydarzeń (Pwt 18, 21-22). Taki przykład znajdujemy w Księdze Jeremiasza, kiedy to fałszywy prorok Chananiasz zapowiedział złamanie przez Boga potęgi króla babilońskiego i przywrócenie w ciągu dwóch lat utraconych świętych naczyń do świątyni jerozolimskiej (Jr 28). W tym przypadku sam Bóg ukarał fałszywego proroka, ale jedynym sprawdzianem jego proroctwa było odczekanie owych dwóch lat, a przecież w tym czasie król judejski musiał prowadzić jakąś politykę. Zaufanie słowom niewłaściwego proroka mogłoby sprowadzić na państwo niebezpieczeństwo.

Odnosząc się zaś do czasów nam współczesnych – jak widzimy w przypadku prywatnych objawień, problem wciąż jest ten sam – nie ma niestety innego, lepszego sposobu weryfikacji prawdziwości objawień. Natomiast w przypadku mediów czy grup nacisku sprawa jest o wiele prostsza – jest nią zwyczajne sprawdzenie, czy głoszone w nich poglądy są zgodne z odwiecznym nauczaniem Kościoła.

Ma Pan rację mówiąc, że dziś mamy do czynienia z manipulacjami wręcz na masową skalę, które dokonywane są w interesie rozmaitych centrów decyzyjnych. Na ich usługach stoją współcześni fałszywi prorocy działający w imię fałszywych bożków ukazywanych ludziom jako namiastka prawdziwej religii.

Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na to, że fałszywi prorocy we współczesnych nam czasach znajdują się już w samym Kościele. Nie jest to bynajmniej wyłącznie mój pogląd. W niedawno opublikowanej książce tak o tym mówi kardynał Roberta Sarah: „Fałszywi prorocy usiłują dzisiaj oczarować i uśpić lud Boży, rozwadniając Ewangelię w dwuznacznym i mętnym języku, zagrażając odebraniem wierze smaku po to, żeby uzyskać życzliwą uwagę świata… Istnieją dzisiaj fałszywi prorocy, którzy z powodów ideologicznych, po to, żeby podobać się ludziom lub uczynić Kościół bardziej pociągającym, fałszują słowo Boże. O nich mówi także Jeremiasz: „Prorocy ci głoszą kłamstwo w moje imię” (Jr 14, 14) (Wieczór się zbliża i dzień już się chyli, Warszawa 2019, s. 158-159). Jeszcze wyraźniej mówi o tym bp Athanasius Schneider w kontekście zadań Kongregacji d/s Doktryny Wiary: „The work of the Congregation for the Doctrine of the Faith is a help to protect the little ones in the Church from the wolves, who frequently today are bishops and priests, and who are promoting heretical or confusing ideas in the Church and are thereby giving scandal to the little ones” (Christus vincit, Angelico Press 2019, s. 168).

Kardynał Sarah i bp Schneider potwierdzają to, o czym wspomniałem wcześniej: od czasów Soboru Watykańskiego II Kościół przeżywa permanentny kryzys przekształcając swoją doktrynę, aby przypodobać się światu. Fałszywi prorocy zajmują dziś niejednokrotnie wysokie stanowiska kościelne i okupują katedry naukowe w katolickich uczelniach. Jedynym sposobem, aby odróżnić ich mętne nauczanie od prawdziwej nauki katolickiej jest zwrócenie się do czystych źródeł Objawienia: Pisma Świętego i Tradycji (nauczanie soborów i papieży z okresu przed zamętem). W serii książek o historii katolickiej myśli społecznej czytelnicy będą mogli zapoznać się z rozwojem teologii społecznej i politycznej Kościoła na przestrzeni wieków i porównać nauczanie Kościoła w tym zakresie z tym, co się głosi obecnie.

Wiele miejsca w swej książce poświęca Pan ideologii królewskiej. Czy jest ona jeszcze w jakikolwiek sposób aktualna dla współczesnego życia politycznego?

Może się to wydać zaskakujące, ale ideologia królewska stworzona na monarszych dworach starożytnych państw Bliskiego Wschodu i Egiptu, a panująca także na kartach Starego Testamentu może także ludziom współczesnym przekazać istotne wartości dotyczące właściwego sposobu postępowania władzy państwowej. Mam tu na myśli takie obowiązki władzy jak stanowienie sprawiedliwego prawa i jego wprowadzanie w życie, dbanie o pomyślność i dobrobyt państwa, i jego mieszkańców, troskę o dobro wspólne i urządzenia użyteczności publicznej, ale i oddawanie właściwej czci Bogu i dbanie o religię. Wszystko to są elementy starożytnej ideologii królewskiej, powstałe przeszło trzy tysiące lat temu! Wielu ludzi z pewnością zgodzi się ze mną, że nie straciły one nic z aktualności i nadal pozostają postulatem zdrowego życia politycznego.

A co ze sprawami społecznymi? Czy autorzy Starego Testamentu mają nam dziś coś ważnego do przekazania, jeśli chodzi o zagadnienia własności czy małżeństwa? Bo m.in. te instytucje życia społecznego opisuje Pan w swej książce.

Co do własności to podjęty w XIX w. spór o formę własności – czy ma być ona prywatna czy też wspólna – znajduje swe rozwiązanie w opisie sposobu obdarowania Izraelitów ziemią przez Boga. Otóż każda rodzina izraelska otrzymała swój kawałek ziemi do uprawy, a rolnictwo było wówczas podstawą utrzymania. Można stąd wyciągnąć wniosek, że ulubionym systemem gospodarczym Pana Boga jest upowszechnienie własności prywatnej środków produkcji. Inną myślą, która stale pojawia się w wielu miejscach Starego Testamentu jest wskazanie na Boga jako zwierzchniego właściciela wszystkiego, co stworzył. Pisarze biblijni często podkreślają, że wszystko, co ma człowiek – także środki produkcji – zawdzięcza Bogu, który pozostaje ich Właścicielem. Z tego wynika jasne wskazanie, że użytkowanie tych dóbr powinno być zgodne z wolą bożą. Własność więc jest człowiekowi niejako „zadana”, aby z niej korzystał dla własnego dobra duszy i ciała, dobra wspólnego i na większą chwałę Boga. Naprawdę wielka szkoda, że te wspaniałe myśli Starego Testamentu są tak rzadko przypominane wiernym, bo nie straciły nic ze swej aktualności.

Stary Testament podaje nam także biblijną myśl o małżeństwie: jest ono ustanowione przez Boga, aby zapobiegać ludzkiej samotności, a jego głównym celem jest wzbudzenie licznego potomstwa, które traktowane jest jak boże błogosławieństwo. Współczesne wygodnictwo i niechęć do jakichkolwiek poświęceń społeczeństw europejskich spowodowało gwałtowny spadek dzietności. Efektem jest starzenie się ludności Europy, na co remedium ma być przyjmowanie imigrantów, co z kolei rodzi kolejne problemy związane z trudnościami w asymilacji obcych przybyszów, często nastawionych roszczeniowo. A przecież wystarczy posłuchać Biblii, która za główny cel małżeństwa uznała właśnie wzbudzenie licznego potomstwa. Dla autorów biblijnych nie do pomyślenia są natomiast jakiekolwiek związki udające małżeństwa, których dziś krzykliwie domagają się organizacje homoseksualistów.

Dziękuję za rozmowę.

   

Grzegorz Kulik, Historia katolickiej myśli społeczno-politycznej, t. 1. Wołanie o prawo i sprawiedliwość. Księgi i apokryfy Starego Testamentu, pisma z Qumran, Wydawnictwo von borowiecky, Warszawa-Radzymin 2019.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2020-01-21)

 


 

KOMENTARZ BIBUŁY: Nie czytaliśmy książki, lecz na pierwszy rzut oka wydaje się interesująca. Odniesiemy się teraz jednak tylko do jednego fragmentu wywiadu. Najpierw pozytywy. Otóż dobrze, że Autor zauważa i podkreśla, że “Problem polega na tym, że Kościół zaczął od czasów Soboru Watykańskiego II dostosowywać także swą doktrynę do zmienionych wymagań obecnych czasów.” To oczywiste, że Kościół w szale soborowej rewolucji zainicjowanej przez jakże świętych papieży, padł na kolana przed światem. Teraz coś dyskusyjnego.

W wywiadzie pada pytanie: “Prymas Wyszyński twierdził, że to nie Kościół powinien się przystosować do świata, tylko świat powinien się dostosować do Ewangelii.” Niestety, nie możemy w pełni zgodzić się na takie zestawienie i przywoływanie jako autorytetu w tym zakresie, postaci kard. Wyszyńskiego. Z całym szacunkiem dla Jego wielu wielkich dokonań i niezłomnej postawy w czasach stalinowskich, to jednak w sprawie wprowadzania Novus Ordo – przyznajmy to szczerze, bo jakoś nikt nie chce tego otwarcie uczynić – po prostu zawiódł. Nawet Jego najwięksi biografowie nie potrafią wskazać na choćby jeden fragment Jego pamiętników czy notatek oraz publicznych wypowiedzi i działań, z których wynikałoby, że próbuje On przeciwdziałać szybkiemu wprowadzeniu reform posoborowych, w tym destrukcyjnej nowej Mszy. Wręcz przeciwnie, z tego co wiadomo, NOM wprowadzany był we wszystkich diecezjach na absolutnie autorytarne i bezdyskusyjne wytyczne Prymasa. Apologeci będą tłumaczyć to jedynie koniecznością wprowadzenia w Polsce tego co płynęło z Watykanu, ale przecież można było zrobić wiele dobrego: spowolnić proces, powołać jakieś komisje mające “długo i wnikliwie” rozpatrywać np. sposób wprowadzania NOM-u na terenie Polski, dać większą swobodę księżom przy zachowaniu nieśmiertelnej Mszy świętej, itd itp. Nic z tego nie ucznił Prymas Wyszyński. A przecież, czytając przedsoborowe kazania kard. Wyszyńskiego jesteśmy pełni podziwu wobec Jego mądrości. Przypomnijmy jedną z wypowiedzi, tutaj dotyczącą muzyki i śpiewu gregoriańskiego.

W pięknym kazaniu do Ogólnopolskiej Pielgrzymki Organistów na Jasną Górę, wygłoszonym 25 września 1958 roku, padają słowa:

“[…] Do Was należy uciszać śpiewem i muzyką burze serc ludzkich. […] Pomyślcie o człowieku, który przychodzi dziś do świątyni i przynosi całą mękę tej ziemi i cały jej niepokój. Ucieka niekiedy od hałasu i krzyku świata, aby schronić się choć na chwilę w cieniu wyniosłych kolumn i sklepień. Ma nadzieję, że w powszechnej niepewności przynajmniej tu znajdzie jakąś odrobinę pewności. Człowiek współczesny jest zmęczony i zgoniony jak zając. Nie jest zdolny skupić się i utrzymać myśli bodaj na moment. Cała organizacja życia współczesnego tym się odznacza, że rabuje człowiekowi resztę pokoju i ciszy. W takiej sytuacji jedynym przybytkiem pozostaje świątynia. […] Wy pierwsi uciszycie i uspokoicie burzę serc delikatnym muskaniem dźwięków organowych. Uśpicie ją tak, jak wyrozumiała matka usypia w swych ramionach spłakane dziecię. Czy nie do Was należy uciszać burze, które miotają się nad głowami ludzkimi i wdzierają się do serc jak sztormy raniące wybrzeże?

Jesteście, Najmilsi, apostołami modlitwy śpiewnej i muzycznej dla udręczonych ludzi! Pamiętajcie o tym. Gdy przykładacie wasze sprawne palce do głosów organowych, to tak, jak gdyby pielęgniarka przykładała swoje delikatne dłonie do ciężkich ran człowieka. […]

Jest tu otwarte wielkie zagadnienie, które trafnie postawił Ojciec św. Pius XII w jednej ze swoich encyklik, poświęconych śpiewowi kościelnemu. Jak wiele przejawów współczesnej sztuki, tak też muzyka i śpiew współczesny przeżywają jakąś mękę, szarpaninę i niepokój. Rzecz znamienna: człowiek dzisiejszy poddaje się tej szarpaninie, szuka w niej nadziei i uspokojenia, ale nie znajduje. Bo gdy do szarpaniny mózgów i nerwów dołączy się jeszcze szarpanina nieskooordynowanych tonów i melodii, które ranią  i kolą, to wówczas szaleństwo może ogarnąć ludzi i świat. Ktoś musi to wszystko uspokoić, uciszyć.

Kościół święty ma wspaniałe narzędzia uspokajania serc ludzkich. Jest nim śpiew gregoriański. […] Ma on w sobie szczególną doniosłość i dostojną powagę spokojnego Kościoła. Ma przedziwną dojrzałość wieków i jakieś wielkie zamodlenie. Dzięki temu uczy nas modlitwy, przywraca umiejętność skupienia, skoncentrowania i skierowania zbolałej duszy ku Bogu. Śpiew gregoriański jest wybitnie wychowawczy, społeczny i uspokajający. Wnosi pokój do serc i do życia społecznego. […]

Ojciec święty ma głębokie zrozumienie dla śpiewu polifonicznego, narodowego i ludowego. Zresztą Kościół święty zawsze i wszędzie, a szczególnie w Ojczyźnie naszej, pielęgnował śpiew ludowy w świątyniach. Świadczą o tym Godzinki i Gorzkie żale, nasze kolędy i śpiewy okresów liturgicznych. Ale obok tych wybitnie doniosłych wartości wychowawczych i modlitewnych, szczególne znaczenie ma dzisiaj, właśnie ze względów wychowawczych i społecznych, niosący pokój śpiew gregoriański. […]

Jeszcze jedną uwagę chciałbym Wam dorzucić: pamiętajcie, że śpiew gregoriański, to jest artyzm duszy, to jest, że się tak wyrażę, kwiat duszy, jakiś szczyt usposobienia duchowego i modlitewnego. Wyrósł on z modlitwy i ze znajomości ducha Kościoła. Dlatego trzeba go pielęgnować w jego wspaniałej, złotej oprawie liturgii Kościoła św. Bez znajomości liturgii i ducha roku kościelnego nie uda się Wam dobrze wykonać śpiewu gregoriańskiego.[…]”

[Podkreślenia jak w tekście oryginalnym.]

Słyszymy w słowach kard. Wyszyńskiego konieczność utrwalania tego, czym Kościół żył przez wieki, co dawało modlitewne ukojenie wiernym – o pięknej kościelnej muzyce i śpiewie gregoriańskim. Nawoływał aby je podtrzymać, kontynuować, pielęgnować. Lecz gdzie podziały się one w posoborowym Kościele? Gdzie są obecne w Novus Ordo? Zostały całkowicie wyrzucone z Kościoła! Czy nie można było przewidzieć losów muzyki kościelnej, która musiała zostać zastąpiona w Nowej Mszy bałaganem kakofonii i światowej muzyki? Musiała, bo sama NOM jest bezładem i bezprawiem i musi otaczać się tymi samymi inspiracjami. Czy nie można było – nie trzeba było! – reagować gdy działo się to wielkie Zło w Ojczyźnie, kiedy to zagościły od razu po wprowadzeniu NOM-u, big-beatowe msze, infantylne msze dla dzieci, kiedy to zaczęły panoszyć się zakonnice ze swoimi gitarami, kiedy porzucano organy kościelne na rzecz gitar,  bębenków i pianinek? Kiedy to w ramach “odrodzenia Kościoła” zainstalowano wszędzie, nawet w najpiękniejszym i najmniejszym wiejskim kościółku koszmarne tablice i rzutniki, aby lud “nauczył się nowych pieśni”?? Można i trzeba było, lecz i w tej materii hierarchia zawiodła, zwiedzona masońskimi hasełkami “odnowy Kościoła”. Gdzie ich mądrość??

A gdy masowo rozwalano piękne marmurowe ołtarze, gdy niszczono dekoracje aby “uprościć” prezbiterium, gdy likwidowano “przestarzałe” ambony, gdy niszczono “bezużyteczne” balaski, gdy przenoszono w “lepsze miejsca” Taberankulum, gdy zaczęto w ekspresowym tempie budować tysiące ohydnych modernistycznych hal nazywanych kościołami – gdzie byli nasi dostojnicy? Po której stronie stali – po stronie niszczycieli czy tych, którzy pragną coś jeszcze zachować? No i pytanie, od którego zaczęliśmy: Gdzie w tym wszystkim był Prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński? Niewątpliwie, w imię błędnie pojętego posłuszeństwa wykonywał wytyczne Pawła VI i jego masońsko-komunistycznych kolegów. Nie sprzeciwił się. Nie zadbał o zachowanie pozostałości. Odrzucił ciszę i piękno architektoniczne kościołów, nie dostrzegł, że w nowym bezładzie nie ma miejsca na cienie wyniosłych kolumn i sklepień. Czy zapłakał? Może, ale tego nie wiemy. Wiemy natomiast to co pozostawił po sobie: piękną postawę i kazania przedsoborowe oraz – niestety – uległość wobec rewolucji w Kościele.

W czasie gdy rozgrzewają się nadzieje na rychłą beatyfikację kard. Wyszyńskiego, taką postawę też trzeba brać pod uwagę. Niestety – tak jak w przypadku kard. Wojtyły i Jana Pawła II, u którego zupełnie nie zainteresowano się jego pro-marksistowskimi inklinacjami, jego zauroczeniami francuskimi księżmi-robotnikami, jego odrzucenia Tradycji i nieśmiertelnej Mszy świętej (Kard. Wojtyła i JP2 po wprowadzeniu NOM ani razu w swym życiu nie odprawił już Mszy świętej!) – tak też i w przypadku kard. Wyszyńskiego, proces beatyfikacyjny jest ślepy na jedno oko.

I jeszcze uwaga ogólniejsza, nie tylko dotycząca kard. Wyszyńskiego czy kard. Wojtyły, ale całej – bez wyjątku! – hierarchii i chyba wszystkich duchownych (nie znamy niestety wyjątków, choć bardzo chcielibyśmy poznać…) Jest doprawdy niezrozumiałe, że kapłani, którzy byli od dziecka wychowani, potem ukształtowani w tomistycznych seminariach, stali się biskupami i kardynałami (a kard. Wyszyński był kardynałem od prawie 20 lat podczas wprowadzania Novus Ordo!), którzy uczestniczyli bądź sami odprawiali Msze święte Wszechczasów w nieśmiertelnym tradycyjnym rycie (a łatwo obliczyć, że kard. Wyszyński do momentu wprowadzenia Novus Ordo odprawił w swym życiu około 20 tysięcy Mszy świętych!), nagle – tak zupełnie nagle, z dnia na dzień, jakby nigdy nic – strząsnęli z siebie ten “bagaż historii” i zaczęli występy aktorskie odwróceni od Boga. To jakieś niepojęte, jak można było bez żadnych oporów – nawet przyjmując naciski z Watykanu – zapomnieć o kilkudziesięcioletniej praktyce, liturgii i nade wszystko, katolickości najpiękniej wyrażonej właśnie w Mszy świętej Wszechczasów. Niestety, nie ma żadnych, ale to żadnych wspomnień, notatek, biografii świadczących o tym, że hierarchowie w Polsce, w tym przede wszystkim kard. Wyszyński, wyrażali swoje obawy, celowo przesuwali terminy wprowadzenia tej zgubnej zmiany, czy zaczęli np. kwestionować prawne podstawy promulgacji Nowej Mszy przez Pawła VI – a już wtedy były i dalej są powody do dyskusji na ten temat – czy wprowadzali z oporami, stopniowo… Nic, absolutnie nic, tylko ślepe, bierne i tępe posłuszeństwo i sprzeniewierzenie się całej Tradycji.

Teraz przyszła kolej na szybkie znalezienie cudów. Jakoś dziwnie się składa, że Pan Bóg upodobał sobie właśnie posoborowych hierarchów i papieży w czynieniu cudów, zupełnie nie zważając na ich odstępstwa.

 


 

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=111719 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]