- Bibula – pismo niezalezne - http://www.bibula.com -

Komuniści źli i nasi. PiS i reglamentowana dekomunizacja

Ilu Polaków zginęło z rąk komunistów zainstalowanych w naszej ojczyźnie po zakończeniu II Wojny Światowej? Dziesięć tysięcy? Pięćdziesiąt tysięcy? Może więcej… Ilu z nich trafiło do więzienia bądź było represjonowanych? Milion? Dwa miliony? Może więcej… I w końcu – ilu komunistycznych zbrodniarzy i morderców zostało skazanych za swoje czyny w rzekomo „wolnej Polsce” po 4 czerwca 1989 roku? Trzech? Dwóch? A może tak naprawdę żaden… Warto się nad tym zastanowić właśnie teraz – w grudniu 2018, w ostatnim roku kadencji rządów tzw. prawicy.

Jednym ze sztandarowych haseł Zjednoczonej Prawicy przed wyborami parlamentarnymi 2015 była ostateczna dekomunizacja Rzeczypospolitej. Polacy wierzyli, że jedyną siłą polityczną, która może w sposób realny rozliczyć zbrodnie PRL jest ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego, bowiem takie próby podjęło bądź wspierało dwukrotnie w przeszłości – w 1992 roku (jako Porozumienie Centrum) wspierając mniejszościowy rząd Jana Olszewskiego i w latach 2005-2007, kiedy PiS tworzył koalicję rządzącą z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną.

Minęły trzy lata i co? I nic… Komunistyczni aparatczycy, „architekci stanu wojennego”, tzw. nieznani sprawcy i wielu innych „czerwonych zbrodniarzy” nadal jest na wolności i śmieje się w twarz tym, których w PRL prześladowali, bili, torturowali, poniżali i zabijali. Lustracja stała się zapomnianym mitem. Aneks WSI pozostaje tajny. Jaruzelski z Kiszczakiem w dalszym ciągu są generałami. Na patronów warszawskich ulic przywrócono stalinowskich zbrodniarzy. Nadal nie wznowiono śledztwa w sprawie śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki i wielu innych Polaków zakatowanych przez „czerwone morderców”…

Zbrodnia bez kary

Od kilku lat możemy głośno mówić o zbrodniach, jakich komunistyczni oprawcy dokonali po II Wojnie Światowej na Żołnierzach Wyklętych-Niezłomnych i na ludności cywilnej. Dlaczego jednak wszelkie działania w tej sprawie ograniczają się właściwie tylko do mówienia? Jak to możliwe, że do dzisiaj nie potrafiliśmy rozliczyć i potępić stalinowskich zbrodniarzy? Dlaczego ludzie, którzy mają krew na rękach mogli i nadal mogą robić kariery i wieść spokojne życie? Dlaczego 99 proc. z nich nie poniosło żadnej kary? Przecież znamy ich nazwiska i czyny!

Niektórym stawiane są zarzuty (stąd powyższe 99 proc.). Trzeba jednak zwrócić uwagę na jeden, jakże ważny aspekt – dzieje się tak dzięki pracy prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej. Pomimo ogromnych nacisków, jakie są dzisiaj wywierane na tę placówkę zarówno z prawej jak i lewej strony polskiej i zagranicznej sceny politycznej widać, że nadal pracuje w niej kilku „ostatnich sprawiedliwych”, którzy chcą, aby prawda ujrzała światło dzienne, a stalinowscy śledczy, sędziowie, prokuratorzy, oficerowie Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, agenci Informacji Wojskowej i inni, którzy dokonali sądowo-więziennego pogromu polskich bohaterów zostali skazani.

Czy jednak spektakularna akcja związane z wydaniem Europejskiego Nakazu Aresztowania wobec Stefana Michnika – byłego stalinowskiego sędziego wojskowego – to wszystko, na co stać „prawicowy rząd” Rzeczypospolitej Polskiej? A co z innymi, wciąż żyjącymi stalinowskimi prokuratorami, jak np. Zbigniew Domino? Jego i innych już nie należy rozliczać? Jeśli tak, to może lepiej dać sobie spokój z tą całą dekomunizacją i przywrócić standardy z 2014 roku, kiedy to w Koszalinie pochowano z asystą honorową płk. Wacława Krzyżanowskiego – stalinowskiego prokuratora odpowiadającego za śmierć Danuty Siedzikówny „Inki”.

Janek Wiśniewski padł

Wywołany na początku tego tekstu miesiąc grudzień to w ostatnim 50-leciu jeden z najważniejszych i jednocześnie najbardziej krwawych miesięcy w najnowszej historii Polski.

„Jeden zraniony, drugi zabity,

Krwi się zachciało słupskim bandytom.

To partia strzela do robotników,

Janek Wiśniewski padł.

 

Krwawy Kociołek, to kat Trójmiasta

Przez niego giną dzieci, niewiasty

Poczekaj draniu, my cię dostaniem

Janek Wiśniewski padł”

Tak o zbrodni, jakiej w grudniu 1970 roku dokonała ekipa Władysława Gomułki śpiewał Kazik Staszewski. W masakrze sprzed 48 lat zginęło oficjalnie 45 osób, a 1165 zostało rannych. Jedną z ofiar była 16-letnia Jadwiga Kowalczyk – uczennica II klasy Szkoły Przysposobienia Rolniczego. Została ona zastrzelona przez komunistów we własnym mieszkaniu, kiedy podeszła do okna swojego mieszkania przy ul. Korsarzy w Szczecinie, żeby zobaczyć, co się dzieje na ulicy.

Ojciec nastoletniej Jadzi pisał do władz PRL: „Po powrocie do domu znalazłem w ścianie dziury po pociskach, a na tapczanie odstrzelone kawałki głowy mojej córki”. Możemy więc z całą pewnością wykluczyć, że 16-latka była przypadkową ofiarą „pacyfikacji Szczecina”, która została zastrzelona rykoszetem. NIE! Została zamordowana z premedytacją. Nie tylko ona…

Wyobraźmy sobie następującą sytuację:

Poranek 17 grudnia 1970 roku. W kierunku Stoczni Gdańskiej maszeruje tłum robotników, którzy odpowiedzieli na wezwanie władz i postanowili zakończyć strajk. W pewnym momencie pojawia się nad nimi. W jego otwartych drzwiach siedzi wiceminister obrony narodowej PRL Grzegorz Korczyński. Co robi przedstawiciel państwa? Rzuca na stoczniowców granaty z gazem łzawiącym!  Mało tego! Wedle niektórych świadectw strzela do nich również z kałasznikowa.

W nagrodę za swoją wierną służbę Korczyński został wysłany na placówkę dyplomatyczną PRL w Algierii, gdzie zmarł, po czym został pochowany na warszawskich Powązkach.

Jak z kolei zostały pochowane jego ofiary? Niemal dokładnie tak jak ofiary terroru stalinowskiego. Pogrzeby odbywały się pod osłoną nocy i często nie wiedziały o nich nawet rodziny zamordowanych. Bardzo często również musiały one szukać i to przez tygodnie a nawet miesiące grobów swoich bliskich, ponieważ taka była decyzja władzy ludowej. Dopiero w następnych latach groby ofiar masakry na Wybrzeżu zostały oznaczane i pojawiały się na nich tablice. Co ciekawe: treści zawarte na tych tablicach zostały odgórnie narzucone przez komunistów…

Przypomnijmy odpowiedzialnych za tamtą tragedię: Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Ignacy Loga-Sowiński, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski, Alojzy Karkoszka, Zenon Kliszko, Kazimierz Świtała, Tadeusz Pietrzak, Stanisław Kociołek, Tadeusz Tuczapski. Czy którykolwiek z nich został ukarany? Nie, o co postarały się tzw. elity tzw. wolnej Polski.

Zbrodnia, której nie było?

11 lat po mordzie dokonanym na ulicach Gdańska, Gdyni, Szczecina i Elbląga komuniści pod wodzą towarzysza Wojciecha Jaruzelskiego wprowadzili w PRL stan wojenny. Wiemy z dokumentów opublikowanych przez IPN, że przygotowania do tej operacji rozpoczęły się co najmniej kilkanaście miesięcy wcześniej, kiedy to komuniści rozpoczęli tworzenie list osób, które miały zostać internowane. Wiemy również z opublikowanego przez Władimira Bukowskiego fragmentów tzw. Archiwum Mitrochina, że w grudniu 1981 roku nie groziła nam rosyjska inwazja. Pomimo tego Polacy są podzieleni i co najmniej połowa z nas uważa, że Jaruzelski dobrze uczynił wprowadzając stan wojenny.

Ogromną rolę w tej sprawie odegrała „Gazeta Wyborcza”, która w latach 90. XX nie dość, że początkowo miało na swej pierwszej stronie znaczek „Solidarności”, to jeszcze uchodziła za pismo „ludzi na poziomie”. To właśnie redaktor naczelny tego pisma nazwał towarzyszy Jaruzelskiego i Kiszczaka „ludźmi honoru” i to pracujący dla Adama Michnika dziennikarze tłumaczyli Polakom, dlaczego stan wojenny był potrzebny. Najpierw królowała narracja, że Jaruzelski wprowadził stan wojenny, żeby powstrzymać interwencję Sowietów, którzy chcieli wejść do Polski. Kiedy ten mit upadł zaczęto powtarzać, że armia ZSRR nie musiała wchodzić do Polski, ponieważ kilkaset tysięcy jej żołnierzy na stałe przebywało w PRL. Kiedy i ta narracja została obalona w „GW” pojawiły się sugestie, że stan wojenny uchronił Polskę przed rozlewem krwi, do którego mieli dążyć niektórzy antykomunistyczni ekstremiści.

I tak oto w kolejne rocznice wprowadzenia w Polsce stanu wojennego w piśmie z ulicy Czerskiej mogliśmy przeczytać m.in. wywiad z Jaruzelskim (1989, 2005), wywiad z Andrzejem Werblanem – byłym członkiem Biura Politycznego KC PZPR (1995), wywiad ze Stanisławem Kanią (1997), wywiad z Jerzym Urbanem (2002) oraz całą masę tekstów wzywających do ustawienia abolicji dla bliżej nieokreślonych „architektów stanu wojennego” i opowiadających o bliżej nieokreślonym cudzie, jakiego miał dokonać Wojciech Jaruzelski między 13 grudnia 1981 roku a 4 czerwca 1989 roku.

Do „Gazety Wyborczej” dołączyli bardzo licznie ludzie, którzy do dzisiaj są uważani za „legendy opozycji PRL” i mają status „autorytetów moralnych”. Kiedy 6 grudnia 1991 roku grupa 51 posłów z Klubu Parlamentarnego Konfederacji Polski Niepodległej złożyła do Marszałka Sejmu wstępny wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej oraz do odpowiedzialności karnej osób odpowiedzialnych za wprowadzenie stanu wojennego. Wniosek obejmował 26 osób: wszystkich członków Rady Państwa (która z naruszeniem postanowień art. 31. ust. 1 Konstytucji PRL podjęła uchwałę o wprowadzeniu tego stanu) oraz wszystkich członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (która administrowała krajem w okresie stanu wojennego).

Andrzej Szczypiorski nazwał tą propozycję „głupią i absurdalną”. Jan Rulewski powiedział: „Interesuje nas przede wszystkim los ofiar stanu wojennego, sprawa katów jest mniej ważna”. Ks. Bronisław Dembowski (uczestnik Okrągłego Stołu) stwierdził: „Posłowie powinni zająć się formowaniem rządu, nową konstytucją. Po rozwiązaniu tego problemu Sejm może powołać komisję prawno-historyczną, która zajęłaby się oceną moralną stanu wojennego”.

„Oceną moralną”… A co z ludźmi, którzy zginęli? Co z górnikami zamordowanymi w Kopalni „Wujek”: Janem Stawisińskim, Joachimem Józefem Gnidą, Józefem Czekalskim, Józefem Krzysztofem Gizą, Ryszardem Józefem Gzikiem, Bogusławem Kopczakiem, Andrzejem Pełką, Zbigniewem Wilkiem i Zenonem Zającem, którzy zostali zastrzeleni przez ZOMO-wców?

Co z Janem Samsonowiczem, który został znaleziony powieszony na płocie Stoczni Gdańskiej. Wcześniej zdążył on pożegnać się z synem i powiedzieć mu, że szykuje się do dużej akcji antykomunistycznej. Żonie zaś powiedział, żeby nigdy nie wierzyła, jeśli będą mówić, że zginął w nieszczęśliwym wypadku bądź popełnił samobójstwo…

Co ze Stanisławem Królikiem przejechanym przez „niezidentyfikowaną milicyjną Nysę”, który następnie został dobity przez „nieznanych sprawców”…

Co z Piotrem Sadowskim, którego głowę ZOMO-wcy zmiażdżyli na chodniku…

Co z Krzysztofem Struskim i Stanisławem Bulko, którzy „wypadli” z milicyjnego radiowozu wprost pod koła nadjeżdżającego z przeciwka samochodu…

Co z nastoletnią Edytką Hnat, która została zamordowana przez „funkcjonariusza” MO, Krzysztofa Mołonia, który z oficjalnie nieznanych przyczyn zaczął sobie strzelać w kierunku placu zabaw, na którym bawiło się około 150 dzieci…

Co z bł. ks. Jerzym Popiełuszko, którego śmierć jest nazywana zbrodnią założycielską III RP…

Co z setkami innych ofiar stanu wojennego? Kto ma o nich wszystkich pamiętać, jeśli nie „prawicowa władza”?!

Z samym diabłem! Dla Polski!

Poza nielicznymi przypadkami komuniści są w III RP bezkarni i śmieją się w twarz swoim wciąż jeszcze żyjącym ofiarom. Dojście do władzy Prawa i Sprawiedliwości miało to wszystko zmienić dzięki czemu prawda ostatecznie zatriumfowałaby.

Początkowo wiele wskazywało na to, że tak faktycznie się stanie, jednak z każdym kolejnym dniem rządów Zjednoczonej Prawicy można odnieść wrażenie, że w działaniach rządu nie chodzi o pamięć i sprawiedliwość, ale o doraźny interes polityczny, cementowanie elektoratu i pogłębianie polaryzacji społecznej.

Na niewątpliwy plus rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego należy zaliczyć obniżenie emerytur dla byłych pracowników SB, milicji i innych służb PRL. W tym wypadku nie można mieć najmniejszych wątpliwości – komunistyczny aparat represji terroryzował, zaszczuwał i mordował Polaków i absolutnie nikt, niezależnie od tego czy pełnił tam „służbę” jeden dzień czy 20 lat nie miał prawa do otrzymywania emerytury w wysokości kilku, a nawet kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie.

Niestety z dekomunizacją przestrzeni publicznej i polskich placówek dyplomatycznych już nie poszło tak dobrze. Można jeszcze jakoś zrozumieć powolną wymianę pracowników polskich ambasad i konsulatów wynikającą z braku odpowiednich kadr czy też raczej odpowiednio zaufanych ludzi. Nie można jednak zrozumieć braku konkretnych działań dekomunizujących przestrzeń publiczną w przypadku oporu samorządów i sądów. Oto przykład: kiedy Naczelny Sąd Administracyjny uchylił decyzję wojewody mazowieckiego o zmianie nazw kilkudziesięciu ulic Warszawy z „komunistycznych” na „patriotyczne”, co zrobiło Prawo i Sprawiedliwość? Nie przeprowadziło ponownej procedury w tej sprawie, tylko politycy tej partii rozdzielali szaty i opowiadali w mediach, że władze Warszawy i sędziowie nie chcą dekomunizacji. Po co bowiem zmienić nazwy ulic w taki sposób, aby sąd nie mógł się do niczego przyczepić, skoro ważniejsza jest polityczna awantura?

Jeszcze gorzej wygląda sprawa z tzw. ustawą degradacyjną na mocy której wojskowi i żołnierzy rezerwy, którzy w latach 1943-1990 swoją postawą „sprzeniewierzyli się polskiej racji stanu”, tacy jak Kiszczak i Jaruzelski, mieli utracić swoje oficerskie stopnie. Została ona zawetowana przez prezydenta. Co gorsza marszałkowie Sejmu i Senatu stwierdzili po ogłoszeniu decyzji Andrzeja Dudy, że sprawa została zamknięta i Zjednoczona Prawica nie będzie do niej wracać.

Najbardziej porażająco wygląda jednak sprawa związana z rozliczeniem wciąż żyjących komunistycznych zbrodniarzy. Politycy PiS w kampanii wyborczej powtarzali, że mają ogromną wiedzę na temat „złych ludzi”, których korzenie sięgają PRL i podzielą się z nami tą wiedzą, jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego wygra wybory. Przestępcy i wszyscy komunistyczni aparatczycy mieli trafić do więzienia, bądź (w najlepszym wypadku) zniknąć z życia publicznego. Polacy mieli poznać prawdę o operacjach antypolskich jak Poznański Czerwiec 1956, Grudzień 1970, stan wojenny i wiele innych. Aneks do raportu o WSI i archiwa IPN miały stać się powszechnie dostępne. I co? I nic… Komunistyczni bandyci nadal chodzą wolni po polskich ulicach i biorą udział w antypolskich donosach do Brukseli. Sprawa zamordowania bł. ks. Jerzego Popiełuszki nadal nie ruszyła. Stanisławowi Kani – nadal żyjącemu „architektowi stanu wojennego” wciąż nie postawiono zarzutów. Można wymieniać i wymieniać.

Dlaczego tak się dzieje? Po co te wszystkie sprawy są przeciągane, a opinia publiczna mamiona sloganami o potrzebie wymierzenia sprawiedliwości, skoro w tej arcy-ważnej sprawie – rozliczenia się antypolskich zbrodni – od 1989 roku nic się nie zmienia? Jakim prawem wszyscy komunistyczni dygnitarze są wolni a ich procesy są albo markowane, albo w ogóle nie rozpoczynane? Po co ta jedna wielka lipa, maskarada i parodia sprawiedliwości, którą się nam od 29 lat serwuje? Żeby pokazać, że państwo polskie jest praworządne, sprawiedliwe i „wstaje z kolan”? Wolne żarty – gdyby rzeczywiście tak było, to już dawno skutecznie zostaliby osądzeni zbrodniarze i nigdy nie mieliby prawa zostać pochowani z honorami bez żadnego zarzutu.

Musimy powiedzieć wprost III RP jest spadkobierczynią zbrodniczego ustroju, jakim był PRL. Co więcej opozycjoniści, ludzie za których wielu oddało życie dogadali się z przedstawicielami tamtego bandyckiego systemu przy „okrągłym stole” nazywając ich „partnerami”. Dzięki tej operacji komuniści nadal brylują na salonach III RP, a wielu z nich robi za „autorytety moralne” i reprezentuje Polskę na świecie.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt: coraz głośniej się mówi o możliwym sojuszu Prawa i Sprawiedliwości ze spadkobiercą PZPR i kontynuatorem tej partii, czyli Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Dla dobra Polski oczywiście…

Czy ktokolwiek wyobraża sobie, że w państwie rządzonym przez taką koalicję będą mogli zostać skazani komuniści? Nie dziwmy się więc, że rządy Prawa i Sprawiedliwości nie są w stanie walczyć o prawdę, skoro ważniejsze są od niej aktualne kalkulacje polityczne i aktualna mądrość etapu. Komunistów nie można potępić, ponieważ ich spadkobiercy mogą być cennymi sojusznikami w „naprawianiu Polski”. Jak cenni widać na przypadku posła Stanisława Piotrowicza, byłego prokuratora w stanie wojennym, który jest „twarzą PiS” w reformie sądownictwa.

Tomasz D. Kolanek

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

  • [9]
  • [10]
  • [11]
  • [12]