Wojna i pokój – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2018-12-2 6:25 pm

W dniach ostatnich (czyżby zbliżały się zapowiadane „dni ostatnie”?) ukraiński prezydent Piotr Poroszenko ogłosił stan wojenny – najpierw na całej Ukrainie, gdzie miał obowiązywać zakaz zgromadzeń i demonstracji, a także – ograniczenie poruszania się obywateli – ale Najwyższy Sowiet Ukrainy nabrał wątpliwości, czy wszystkie te obostrzenia są na pewno niezbędne – toteż prezydent Poroszenko znacznie złagodził pierwotną wersję swojego dekretu. A przyczyną stanu wojennego był incydent w Cieśninie Kerczeńskiej, między Krymem, a półwyspem Kerczeńskim. Cieśnina ta łączy Morze Czarne z Morze Azowskim, nad którym Ukraina ma ważny port w Mariupolu. Żeby jednak z Morza Czarnego przepłynąć na Morze Azowskie, trzeba przejść przez Cieśninę Kerczeńską, którą Rosja, po zaanektowaniu Krymu w ramach rozbioru Ukrainy, uznała za swoje wody terytorialne. W rezultacie wszystkie statki i okręty przepływające przez tę cieśninę, muszą zawczasu zgłosić Rosji intencję przepłynięcia – i dotychczas również Ukraina to robiła. Tym razem jednak ukraińskie okręty i towarzyszący im holownik nie zapowiedziały się, a w każdym razie tak twierdzą Rosjanie, którzy w związku z tym ukraińskie okręty ostrzelali, a holownik – staranowali. Rannych zostało 6, albo może tylko 3 marynarzy ukraińskich – bo ich liczba waha się w zależności od tego, kto ją podaje – którzy zresztą wzięci zostali do niewoli, podobnie jak i okręty oraz holownik. W odpowiedzi prezydent Poroszenko, który nie mógł przecież nie wiedzieć o rosyjskim wymogu awizowania statków, natychmiast po incydencie ogłosił dekret o stanie wojennym na Ukrainie. Niewykluczone zatem, że właśnie o to mu chodziło. Podobne myśli mogły chodzić po głowach deputowanych do Rady Najwyższej w Kijowie, a niektórzy dziennikarze ukraińscy podają nawet prawdopodobny powód takiej inicjatywy. Chodzi o to, że już wiosną na Ukrainie mają odbyć się wybory prezydenckie, a jesienią – parlamentarne. Prezydent Poroszenko chce kandydować, ale jego notowania są znacznie gorsze od notowań pięknej Julii Tymoszenko, w związku z czym to ona ma szanse na zwycięstwo. To znaczy – miałaby, gdyby w tak zwanym międzyczasie prezydent Poroszenko nie podjąlby skutecznej próby poprawienia swojej reputacji. W tej sytuacji „mała zwycięska” albo nawet i nie zwycięska wojna mogłaby mu się przydać i dlatego nie tylko próbował skorzystać z okazji, ale nawet ją sobie stworzył. Starożytni Rzymianie mawiali: is fecit cui prodest, co się wykłada, że zrobił ten, kto skorzystał – a prezydent Poroszenko ma na widoku co najmniej trzy korzyści. Po pierwsze – poprawa reputacji przed wyborami prezydenckimi, po drugie – podjęcie próby umiędzynarodowienia konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, zainteresowanie którym zaczęło wyraźnie słabnąć, no i wreszcie – po trzecie – wydębienie pod pretekstem wojny od NATO jakichś pieniędzy, przy pomocy których można by, chociaż na kilka miesięcy przed wyborami, stworzyć wrażenie poprawy sytuacji gospodarczej.

Czy mu się to uda – to inna sprawa. Wprawdzie bowiem „wszyscy” Ukrainę popierają, ale raczej werbalnie, bo mało kto jest zainteresowany wojowaniem dla ukraińskich oligarchów, zresztą przeważnie żydowskiego pochodzenia. Najwyraźniej nie byli tym zainteresowani nawet marynarze ukraińskich okrętów, bo nie słychać, żeby one też otworzyły ogień w swojej obronie. Tymczasem zimny rosyjski czekista Putin, którego polscy agitatorzy „dobrej zmiany” mniej więcej co półtora miesiąca skazują na nieuchronny upadek, też mógłby skorzystać z wojowniczych pokrzykiwań prezydenta Poroszenki i ponownie spróbować utworzenia lądowego połączenia Rosji z Krymem, rozpalając na ukraińskim wybrzeżu Morza Azowskiego wojnę „zielonych ludzików”. W takiej sytuacji mogłoby się okazać, że prezydent Poroszenko, niczym uczeń czarnoksiężnika, wypuścił z butelki dżina, nad którym nie potrafi zapanować. Przypomnijmy, że przecież sławny Majdan, urządzony w następstwie zachęty – również finansowej – USA, zakończył się faktycznym rozbiorem Ukrainy, który milcząco został przyjęty do wiadomości przez społeczność międzynarodową. Tylko pan minister Szczerski i pan prezydent Andrzej Duda wymachują – ale oczywiście nie szabelką, bo nasz nieszczęśliwy kraj żadnej szabelki, nawet do wymachiwania, przecież nie ma, tylko gołymi rękami – jak przystało na przykładnych ormowców Europy. Ale mówi się: trudno. Jak ktoś się podjął roli amerykańskiego dywersanta na Europę Wschodnią, to musi walczyć, czym tam ma, za wolność przede wszystkim „waszą”. Prezydent Trump wprawdzie „rozważał” odmowę spotkania się z prezydentem Putinem, ale w końcu ma się z nim spotkać w Buenos Aires. Gdzie kują konie, również żaby podstawiają nogi, toteż z pomysłem odbycia spotkania z Putinem wystąpił Kukuniek, czyli były prezydent naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa. Ma bowiem pomysł, jak „mądrze” rozwiązać sprawę Ukrainy. Jeśli tedy nawet dojdzie na Ukrainie do jakiejś tragedii, to dzięki Kukuńkowi zyska ona również akcenty komiczne.

A tych nie brakuje nawet bez Kukuńka, bo oto naznaczona na ambasadora USA w naszym, chyba już nazbyt nieszczęśliwym kraju, pani Żorżeta Mosbacher, napisała do premiera Morawieckiego list, w którym surowo zabrania mu podejmowania przez rząd jakichkolwiek kroków przeciwko TVN. Chodzi o to, że w kwietniu ubiegłego roku ekipa TVN nakręciła relację z obchodów urodzin Adolfa Hitlera w lasach koło Wodzisławia Śląskiego. Nie bardzo wiadomo, w jaki sposób pan red. Bertold Kittel, co to już niejednego komina wygartywał oraz jego komanda, na tę ukrytą w lasach uroczystość trafili. Pewne światło na tę zagadkę rzuca zeznanie jednego z uczestników imprezy, który dostać miał od tajemniczych nieznajomych 20 tys. złotych na zorganizowanie uroczystości, przy czym tajemniczy nieznajomi nalegali, by wzięła w niej udział dama, która później okazała się dziennikarką TVN. Podejrzewam, że ta stacja została utworzona przez agentów Wojskowych Służb Informacyjnych przy udziale pieniędzy ukradzionych z FOZZ, toteż o tajemniczych nieznajomych tam nietrudno. Nie o to jednak chodzi, tylko o to, że relację tę wyemitowano na początku bieżącego roku, a więc niemal z rocznym opóźnieniem – akurat w momencie gdy w USA trwały prace nad ustawą 447, przeciwko której część Polonii Amerykańskiej podjęła rozpaczliwą próbę zablokowania. Nietrudno zauważyć tu intencję zneutralizowania wysiłków Polonii tym bardziej, że w tym czasie właścicielem TVN był już pan Dawid Zaslaw, z pierwszorzędnymi żydowskimi korzeniami. Okazuje się tedy, że wciągnięcie przez Amerykanów na listę „naszych sukinsynów” starych kiejkutów z komunistycznymi korzeniami, niezwykle ułatwia sytuację nie tylko panu Dawidowi, ale i Żydom drobniejszego płazu. To by też wyjaśniało determinację pani Żorżety w obronie tej stacji i jej funkcjonariuszy. W obliczu takiej determinacji nasi Umiłowani Przywódcy, jak jeden mąż, podkulili pod siebie ogony, więc prawdopodobnie niezależna prokuratura niczego nie wykryje, a gdyby nawet jakimś cudem coś tam wykryła, to sprawę umorzy niezawisły sąd, który już tam będzie wiedział, z jakiego klucza wypada mu ćwierkać. Oznacza to, że pod takim ochronnym parasolem TVN będzie odtąd korzystała z przywileju całkowitej bezkarności. Dlaczego akurat pani Żorżeta tak się zmobilizowała w sprawie „obrony wolności mediów”? Tego ma się rozumieć nie wiem, bo ona mi się nie zwierza, nad czym zresztą wcale nie ubolewam, ale postać pana Dawida Zaslawa, który na pewno nie pochwala żadnych śledztw w bantustanach, gdzie prowadzi swoje interesy, zwłaszcza w mediach, wydaje mi się tu kluczowa. Jest on prawdopodobnie zamożniejszy od pani Żorżety, więc w hierarchii może stać znacznie wyżej od niej, bo nawet Departament Stanu ostentacyjnie stanął po jej stronie, podobnie jak i wcześniej – przy okazji nowelizacji ustawy o IPN. Trzeba powiedzieć, że sowieccy ambasadorowie, którzy kiedyś odgrywali u nas rolę podobną do roli pani Żorżety, jednak starali się unikać takiej ostentacji – no ale niektórzy z nich mogli pochwalić się staranną kindersztubą, podczas gdy w przypadku pani Żorżety wypada bardziej cenić urodę, która najwyraźniej wyprzedza i to znacznie, pozostałe jej zalety.

Stanisław Michalkiewicz

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    2 grudnia 2018

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Tags: , , , , , ,

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=105560 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]