O II RP krytycznie – Tomasz Gabiś

Wiele środowisk politycznych w Polsce podkreśla mocno ciągłość Drugiej i Trzeciej Rzeczypospolitej uważając, że takie podkreślenie będzie miało zbawienny wpływ na dzisiejsze stosunki polityczne. Zamysł to chwalebny, lecz nie pozbawiony pewnych pułapek. Trzeba bowiem usilnie zważać na to, aby ta ciągłość nie objęła zjawisk i obyczajów, które trudno, przede wszystkim człowiekowi prawicy, uznać za pozytywne. Dlatego warto przytoczyć kilka opinii krytycznych na temat tamtej epoki.

W połowie lat trzydziestych XX w. ukazała się książka F. Müllera Błędy gospodarki polskiej (tł. M. Iwanowski, Gdynia 1935). Niemiecki autor poddał w niej krytycznej analizie niektóre negatywne zjawiska występujące w polskiej gospodarce. Jego uwagę zwróciły np. „niezliczone przepisy i zakazy stojące kością w gardle obywatelom polskim”. Müller cytuje „Echo Morskie” (1934, nr 75), które pisało: „Niepokojące jest atoli zbiurokratyzowanie naszej państwowości. Biurokracja ujęła wszystko w swoje ręce”. Nastąpił przerost kompetencji biurokracji, a przytłaczająca lawina formalistyki, nakazy i zakazy „depopularyzują samą istotę państwowości”. Niezrozumiałym jest, pisał Müller, umieszczenie w nowym preliminarzu budżetowym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na rok 1935/36 pozycji 40000 zł na zorganizowanie VI Kongresu Nauk Administracyjnych, podczas gdy nie wykonano dotąd rezolucji poprzedniego kongresu „O potrzebie usunięcia labiryntu ustaw i rozporządzeń”. Jednym z nich było rozporządzenie z 9 grudnia 1932 roku o dozorze nad mlekiem i jego przetworami, na mocy którego trzeba by zamknąć wszystkie obory i zlikwidować cały handel mlekiem w Polsce. Aby zapobiec psuciu nawierzchni dróg bitych, wydano rozporządzenie o tym, jakiej wysokości hacele mogą być stosowane w danym miesiącu. Na targowiskach więcej było nadzorujących niż kupujących. Przepisy meldunkowe były tak uciążliwe, że ich po prostu nie przestrzegano.

Inne zjawisko to mania organizowania konferencji: „W ostatnich latach napadła biurokrację polską jakaś psychoza konferencyjna na wszystkich szczeblach drabiny urzędniczej. Nie tylko odbywają się konferencje w ministerstwach (znaną jest cyfra konferencji, bo aż 130, które odbyły się w celu ustalenia punktacji handlowej umowy angielsko-polskiej), ale cała brać urzędnicza wciąż po Polsce jeździ od miasta do miasta na konferencje”.

Inny problem to prowadzona na bardzo szeroką skalę we wszystkich powiatach tzw. akcja popierania rolnictwa. Ważną rolę odgrywają w niej inspektorzy rolni. O tym, co robią ci inspektorzy, poinformował „Ilustrowany Kurier Codzienny” (1935, nr 90): „Piszą! Zestawiają wykazy, zbierają różne daty dla tych wykazów, sporządzają raporty, sprawozdania, układają programy prac itd.”. W ramach akcji popierania rolnictwa przeprowadzano zakup owiec za granicą. Koszt takiego zakupu w jednym powiecie wyniósł 2000 zł. Odbywało się to w ten sposób, że za granicę wyjeżdżało kilka osób: inspektor rolniczy, lekarz weterynarz, delegat Izby Rolniczej i właściwy referent z ministerstwa. Ten ostatni bawił za granicą dłuższy czas. Koszt całej wyprawy okazał się wyższy niż cena owiec. Wiele negatywnych zjawisk występowało również w gospodarce, np. zawarty przez władze polskie w 1931 roku kontrakt z Fiatem okazał się kontraktem fatalnym, do którego społeczeństwo polskie dopłacało wiele milionów złotych.

Po opisaniu tych bolączek polskiego życia społeczno-gospodarczego, autor, aby podnieść Polaków na duchu i natchnąć do wzmożonego wysiłku stwierdza: „Trzeba iść pod hasłem, które wygłosił Marszałek Józef Piłsudski, pod hasłem »Wyścig pracy«”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że F. Müller jako Niemiec miał uprzedzenia do Polaków i dlatego tak czarno przedstawił stan niektórych dziedzin naszego życia państwowego w tamtym okresie. Sięgnijmy więc po Książkę moich rozczarowań Stanisława Cata-Mackiewicza opublikowaną w Warszawie w 1939 roku. Również Mackiewicz przypomina „piękny aforyzm o wyścigu pracy” wypowiedziany przez Marszałka Piłsudskiego i losy tegoż aforyzmu. Umieszczono go mianowicie w poczekalniach starostw. I słusznie, gdyż „Wyścig pracy” był często wyścigiem o pracę na państwowej posadzie. Pisał Mackiewicz, że od momentu odzyskania przez Polskę niepodległości trwa mobilizacja całej polskiej klasy oświeconej do armii urzędniczej. Naród urzędniczy, biurokracja polska jest dziś tak liczna i tak »rozbudowana«, że można ją porównać do rusztowań, które obległy zewsząd gmach wznoszony”. Stąd „wiadomo, jak duża jest u nas ilość ludzi żyjących z podatków w stosunku do ilości ludzi płacących podatki”. Zwracał też uwagę Mackiewicz na inne zjawisko: „Oto jedna z knajp w mieście prowincjonalnym, o dwie godziny autem od Warszawy, jest modna. Przed nią stoją szeregi aut… nie prywatnych, a należących do przedsiębiorstw, zakładów, przynależnych różnym dygnitarzom z tytułu zajmowanego stanowiska”.

Krytykował też Mackiewicz nadmierną liczbę zniżkowych biletów kolejowych, które stanowiły 86% wszystkich sprzedawanych biletów. W innym miejscu pisał:

Jeśli dziś ktoś zabierze dzieci, aby pokazać im Włochy, zapłaci za paszport, ile się należy, opłaci bilety kolejowe w 100%, to będzie się to nazywało, że jest burżuj i wywozi pieniądze za granicę. Ale jeśli ten sam ktoś wsiądzie do pociągu „Słońce łączy narody” i pojedzie na Riwierę, albo okrętem Batory na wycieczkę do Maroka, a zwłaszcza jeśli będzie to połączone ze wspólnym położeniem wieńca na grobie Nieznanego Źołnierza w Senegalu, to będzie się to nazywało „reprezentacją Polonii za granicą”, `imprezą o charakterze kulturalnym` czy jakim innym frazesem ze słownika ministra Świętosławskiego i wtedy otrzyma się darmowy paszport, zniżkę na kolejach, błogosławieństwo patriotyczne, a przy minimum energii nawet stypendium na wyjazd.

Na przykładzie ministra Świętosławskiego wyśmiewał Mackiewicz ówczesną nowo mowę, którą posługiwała się klasa polityczna. Minister Świętosławski powiedział np. „O ile chodzi o szkolnictwo mniejszościowe, zaznacza się ostatnio poprawa w kierunku urealnienia możliwości znalezienia wspólnej płaszczyzny porozumienia”. Cytował też Cat premiera: „I dlatego między innymi na tych dwóch wielkich płaszczyznach, na płaszczyźnie walki o podniesienie i poprawienie stanu gospodarczego i na płaszczyźnie zdecydowanej akcji o podniesienie i rozszerzenie pracy kulturalnej, widzę naturalne ujście dla energii i ambicji całego społeczeństwa i dla aktualnych prac rządu”.

Mackiewicz piętnował również ówczesną manię przyznawania orderów. Ale czy na order za śmiały pomysł reformatorski nie zasłużył na przykład b. minister i b. premier J. Jędrzejewicz, który zaproponował rozpisanie otwartego konkursu na nowy tekst hymnu polskiego? Uważał on bowiem, że „entuzjazm negatywny słów »Jeszcze Polska nie zginęła« powinien być zastąpiony entuzjazmem afirmatywnym, sławiącym Polskę, która jest i będzie po wieczne czasy”.

Reforma hymnu państwowego nie doszła do skutku, ale nie była to jedyna reforma podjęta w tamtych czasach. Mackiewicz krytykował „konwulsyjne ustawodawstwo spadkowe” zwrócone, jego zdaniem, przeciw samej istocie własności prywatnej, suchej nitki nie pozostawił na reformie rolnej „niszczącej najlepiej u nas funkcjonujący warsztat produkcji i eksportu” i oznaczającej „przesunięcie granic Bolszewji na zachód”. Jego najwyższe oburzenie budziło wyrzucanie pieniędzy na cele nie mające nic wspólnego z zadaniami państwa, wyjaławianie sił produkcyjnych przez śrubę podatkową, budowanie niedołężnego aparatu urzędniczego przewyższającego liczebnie wojsko przy równoczesnym tolerowaniu, a nawet popieraniu zawodowych związków urzędników państwowych, które grożą strajkami… państwu.

Głos Cata-Mackiewicza nie był odosobniony. Podobne opinie wyrażał Ksawery Pruszyński w swoich przedwojennych reportażach i artykułach (zob. Wybór pism publicystycznych, Kraków 1966). Przytacza on m.in. rozmowę z inspektorem ochrony przeciwlotniczej, któremu opowiadał o swoim pobycie w Hiszpanii. Inspektor zdziwiony był faktem, że w Hiszpanii nie znano syren sygnalizujących zbliżający się nalot. Przecież, stwierdził, ludność nie mogła się dowiedzieć o nalocie. Pruszyński wyjaśnił, że o nalocie dawała znać strona przeciwna zrzucając bomby. Na to inspektor: „Bałagan u tych Hiszpanów, bałagan. U nas nie śmie tak być! Widział pan? Plakaty porozlepiane wszędzie, przepisy, zarządzenia, okólniki. Nie śmie być inaczej! Wtedy dopiero może być nalot”.

Pruszyński na wielu przykładach pokazuje przejawy mentalności owego inspektora, krytykując zbiurokratyzowanie państwa i tendencje zmierzające do regulowania i reglamentowania różnych dziedzin życia społecznego. W artykule z 1935 roku pisze Pruszyński, że dwa lata wcześniej po polskich drogach jeździło 4000 prywatnych autobusów. Autobusy były tanie i robiły konkurencję kolejom. Kolej była przedsiębiorstwem państwowym, więc poskarżyła się państwu. Państwo wzięło się na sposób i nałożyło na autobusy wysokie podatki. Ale autobusy jeździły nadal. Państwo utworzyło więc linie autobusowe Polskich Kolei Państwowych (późniejszy PKS). Rezultat: liczba autobusów zmniejszyła się do ośmiuset. Ubyło autobusowych podatników, którzy płacili nieregularnie, ale płacili wszyscy. Teraz z tych ośmiuset płaciło tylko 350. Pozostałe 450 autobusów to wielkie i kosztowne autobusy PKP. Parę tysięcy przedsiębiorców, pracowników i szoferów powiększyło liczbę splajtowanych i bezrobotnych.

Inny przykład to realizacja reformy rolnej w Poznańskiem. Wszyscy parcelacyjni osadnicy musieli przymusowo budować w drewnie (chata z gankiem, stodoła i obora). Oczywiście za drewno musieli zapłacić w ratach 6000 złotych. Po to, aby, jak pisze Pruszyński, Przedsiębiorstwo „Lasy Państwowe” mogło pozbyć się drewna, które nie znajdowało nabywców. No i po to, aby w czasie najbliższej debaty nad budżetem Przedsiębiorstwa „Lasy Państwowe” móc wykazać się trochę lepszym rezultatem niż zeszłoroczne 2 złote 18 groszy uzyskiwane przeciętnie z hektara.

W artykule Wieś marzy o karierze (1936) Pruszyński ze smutkiem stwierdza, że ambicją młodzieży wiejskiej jest stanowisko urzędnika gminnego, który, zdaniem chłopów, „nic nie robi, a pensję bierze”. Przed wojną w gminie było dwóch urzędników, dziś jest ich ośmiu. Kiedyś chłopi buntowali się przeciw biurokracji i wysokim podatkom. Dzisiaj zmienili taktykę: każdy chce mieć na urzędzie siebie, brata, krewniaka, bo jak nie można złego usunąć, to trzeba samemu z niego korzystać.

Krytykuje też Pruszyński bezustanne organizowanie „żebraczych zjazdów”, na których inteligencja, przedsiębiorcy, urzędnicy, młodzi z Legionu Młodych żądają od państwa łask, kredytów, pożyczek, ulg, zapomóg, posad i wsparć. Inne negatywne zjawiska to zdaniem Pruszyńskiego: rozdawanie państwowych subwencji dla różnego rodzaju stowarzyszeń, spółdzielni, organizacji, Izb itd., restryktywny system wydawania paszportów odcinający obywateli od zachodniej Europy, obsadzanie urzędów ludźmi „przywożonymi w teczce”, haracz podatkowy, jakim obkładano np. miasta na Wołyniu, aby pieniądze podatnika marnować na różne „akcje”, tzw. reformę rolną, czyli „chaotyczne rozparcelowanie milionów hektarów”, które rozbiło warsztaty pracy i zwiększyło bezrobocie na wsi.

Pokazuje Pruszyński, jak to polski ruch spółdzielczy kierowany przez byłego posła PSL „Wyzwolenie” Stanisława Thugutta mógł istnieć tylko dlatego, że cieszył się tanimi kredytami rządowymi. Warto przeczytać u Pruszyńskiego historię budowy „Murowańca” na Hali Gąsienicowej. Budowę zainicjowało Towarzystwo Tatrzańskie w 1924 roku. Kompania saperów ociosywała granity zwożone później specjalną kolejką spod Kościelca, stawał gmach jak forteca, budowę odwiedzali prezydent i ministrowie, a prasa zwalczała góralskich „paskarzy” i „wyzyskiwaczy” oferujących miejsca turystom w swoich drewnianych schroniskach. Tych góralskich „wyzyskiwaczy” nie „wygryziono” metodami administracyjnymi tylko dlatego, że sądzono, iż nie wytrzymają konkurencji granitowego rywala. A po dziesięciu latach, pisał Ksawery Pruszyński, „Murowaniec” jest w gestii instytucji społecznej – Towarzystwa Tatrzańskiego, które ani o wyzysku a nawet o zysku nie myśli, bo ma na uwadze jedynie „pożytek turystów”. Ale i tak jeden dzień pobytu u „filantropów” kosztuje tyle samo, co u góralskich wyzyskiwaczy, których schroniska pomijane są celowo w przewodnikach tatrzańskich. Tymczasem w „Murowańcu” pustawo, a u góralskich „wyzyskiwaczy” pełno, jeszcze pełniej niż kiedyś. Tak to, konkluduje Pruszyński, Hala Gąsienicowa jest zapewne najwyżej położonym w Polsce punktem, gdzie rozegrała się walka między dwoma teoriami gospodarczymi.

W innym artykule pisał Pruszyński o udzielaniu koncesji na sprzedaż wódki czy tytoniu. Po 1920 roku obdarowywano nimi inwalidów wojennych, nieco później – mniej wybitnych działaczy niepodległościowych, a w końcu tzw. urników, czyli ludzi, którzy mieli pewne zasługi w przeprowadzeniu wyborów zgodnie z dobrem ojczyzny, tj. zgodnie z wolą starosty, ale których zasługi nie były jednak aż tak wielkie, żeby nagrodzić ich od razu rejenturą czy fotelem w radzie nadzorczej.

Warto też sięgnąć po wydawane przez Jana Bobrzyńskiego pismo „Nasza Przyszłość”, aby zapoznać się z dyskusjami na temat ówczesnej reformy ubezpieczeń społecznych i reformy służby zdrowia – Bobrzyński jest autorem wiekopomnej myśli: „Niechaj krowa zbuduje teleskop, a wówczas powiem, że doktryna socjalizmu jest słuszna”.

W „Naszej Przyszłości” przeczytać możemy m.in., że państwowe ubezpieczenia społeczne „stają się źródłem nadużyć i ucisku i ułatwiają pośrednią drogą bolszewizację stosunków”. We wrześniowym numerze „Naszej Przyszłości” z 1934 roku czytamy:

Państwo stanowczo nie powinno być zakładem przymusowej dobroczynności, bo taka sprawa w ręku obojętnego biurokraty-polityka, a co gorsza biurokraty-fiskalisty, musi wypaczyć się w nieznośną karykaturę swojego własnego założenia. Groźna i bolesna tragikomika całej koncepcji przymusu ubezpieczeń społecznych wszelkiego rodzaju leży dzisiaj przede wszystkim w tym, że (…) nikt nie ma na tyle odwagi cywilnej i zdrowego obiektywizmu, aby całą tę koncepcję na wskroś demagogiczną i dla państwa bezspornie szkodliwą, wyrzucić tam, gdzie należy, to jest – na śmietnik.

Już prawie 70 lat temu „Nasza Przyszłość” wiedziała, jaka będzie nasza przyszłość:

Nie usprawnienie więc instytucji ubezpieczeń społecznych stanowi w pierwszym rzędzie najpoważniejszy problem w tej dziedzinie, ale zniesienie – bez zastrzeżeń – wszelkiego ubezpieczeniowego przymusu i, co za tym idzie, powszechnego ubezpieczeniowego podatku. Bo wszak nie może dzisiaj już ulegać najmniejszej kwestii, że wszelkie przymusowe świadczenie ubezpieczeniowe, wymyślone swego czasu sprytnie przez socjalistów i innych radykałów dla rzucenia masom piaskiem w oczy, nadkruszenia większych warsztatów pracy i zdobycia sobie w ten sposób dochodów partyjnych, są obecnie w głębszej swej istocie po prostu podatkiem państwowym. I w tym leży przede wszystkim wielka niemoralność ubezpieczeniowego przymusu; praktycznie biorąc, pod hasłem dobrodziejstwa społecznego chodzi tu o podatek państwowy, a głoszone dobro społeczne traktowane jest bezwzględnie na drugim planie.

Jakże aktualnie brzmi zdanie z „Naszej Przyszłości”, że w „kasach chorych nie można się leczyć na serio”, lub stwierdzenie, że lekarz, sanitariusz czy urzędnik ubezpieczeniowy nie mają w państwowym systemie ubezpieczeń (będącym „małpowaniem cudzych wzorów i obcych agentur” oraz „odstraszającym przykładem demagogicznej i biurokratycznej psychozy”) żadnych bodźców, aby jak najlepiej pełnić swoje obowiązki. Natomiast trudno dziś rozstrzygnąć, czy nie było demagogiczną przesadą ze strony „Naszej Przyszłości” obarczanie państwowego systemu ubezpieczeń odpowiedzialnością za demoralizację ludu, coraz większą plagę pijaństwa, bandytyzm, ubóstwo, włóczęgostwo, żebractwo etc., etc.

Jak widać z powyższego, obserwatorzy stosunków społeczno-gospodarczych i obyczajów politycznych II Rzeczypospolitej, w tym tacy przedstawiciele konserwatywnej prawicy, jak Cat-Mackiewicz i Ksawery Pruszyński, widzieli wiele rzeczy, które budziły ich sprzeciw. Dlatego tradycje II Rzeczypospolitej należy poddać starannej selekcji tak, aby IV Rzeczypospolita nie przejęła z nich tych akurat składników, które negatywnie zaciążyły nad ówczesną „młodą polską demokracją”.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na Prawo” 2005, nr 12

Za: tomaszgabis.pl | http://www.tomaszgabis.pl/?p=53

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content