Dwa oblicza rozdawnictwa

Program 500+ choć krytykowany z uwagi na rozdawnictwo publicznych pieniędzy, nie jest przejawem rozrzutności „najgorszego sortu”. Lepiej bowiem choć tak wesprzeć rodziny łupione podatkami, niż finansować kolejny niepotrzebny urząd, program, czy budzącą moralny sprzeciw procedurę medyczną. A tych niestety wciąż nie brakuje.

Na sztandarowy program 500+ partii rządzącej można spojrzeć na wiele sposobów. PiS był tu już krytykowany za nadmierny socjalizm, rozrzutność i niepotrzebne rozdawnictwo prowadzące a to do kryzysu na rynku pracy, a to znów do szerzenia wszelakiej patologii. Z czasem krytyka nieco ucichła. Słychać głosy o ożywieniu gospodarczym, a także o rodzinach, które chętniej decydują się na potomstwo.

To oczywiście nie zmienia podstawowego faktu, że rząd – co tu ukrywać także dla uzyskania celu wizerunkowego – praktykuje niemałe rozdawnictwo publicznych środków. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że dotąd w Polsce nie było programu, który tak wspierałby rodziny. Nie ma wątpliwości, że lepiej byłoby dla tych rodzin, gdyby rząd nie zabierał im ich dochodów, a nie rozdawał publiczne (odebrane wcześniej) pieniądze. Lepsze jednak 500+ niż nic. Szczególnie, że państwo polskie najwyraźniej stać na działania, których efekty nie przynoszą korzyści ani rodzinom, ani państwu. To kosztowne programy, rządowe lukratywne funkcje, czy finansowanie najdziwniejszych programów, zabiegów medycznych, a nawet urzędów.

Skoro jednak mowa o polityce prorodzinnej, na myśl od razu przychodzą cieszące się niezbyt dobrą sławą sądy rodzinne. Jak się okazuje, już samo podsumowanie kosztów ich funkcjonowania graniczy z cudem, a efekty… Rozdzielone rodziny, odebrane dzieci – do niedawna przecież także tylko z powodu biedy (!) A ile to kosztuje? No właśnie dokładnie nie wiadomo. Departament Budżetu i Efektywności Finansowej w Ministerstwie Sprawiedliwości nie posiada danych dotyczących kosztów utrzymania sądów rodzinnych. Bowiem dane, którymi resort dysponuje, dotyczą „bezpośrednich kosztów związanych z prowadzeniem spraw z zakresu prawa rodzinnego i nieletnich”. Jak ustaliliśmy, wydatki tylko z tego tytułu w 2015 roku wyniosły 349 mln zł, a w tym roku jest to już kolejne 250 mln zł (do września).

„Przedmiotowe wydatki obejmują w szczególności wynagrodzenia i pochodne od wynagrodzeń sędziów, asystentów sędziego, urzędników realizujących sprawy z zakresu prawa rodzinnego i spraw nieletnich, znaczną część kosztów postępowań sądowych w tych sprawach, jak również tę część innych wydatków bieżących, które sądy są w stanie w prowadzonej ewidencji bezpośrednio przypisać do omawianej kategorii postępowań” – poinformowało nas Ministerstwo Sprawiedliwości.

To jednak nie jest pełen koszt funkcjonowania sądów rodzinnych. „Wydziały rodzinne i nieletnich funkcjonują bowiem w ramach poszczególnych sądów powszechnych, których utrzymanie i bieżące funkcjonowanie obejmuje wiele innych wydatków, zarówno majątkowych, jak i bieżących, których nie można bezpośrednio przypisać do poszczególnych wydziałów czy rodzajów spraw, a które są niezbędne do funkcjonowania sądu jako całości oraz jego poszczególnych wewnętrznych komórek organizacyjnych” – doprecyzował resort.

Do listy śmiało można dopisać dość drogi urząd utrzymywany przez podatników – Trybunał Konstytucyjny, którego roczny budżet sięga kwoty 30 mln zł. Niewątpliwie organ sprawujący funkcję sądu konstytucyjnego jest potrzebny, to jednak tocząca się polityczna batalia o TK spowodowała wrażenie, że w aktualnym kształcie jest to urząd do cna upolityczniony, a zatem i zbędny.

Na co jeszcze – wedle władz – stać podatników? Na Urzędy Pracy, które doczekały się ze strony Najwyższej Izby Kontroli surowej oceny za niską skuteczność. Zresztą głosów o ich małych szansach w starciu z agencjami pracy nie brakuje. Urzędy aktualnie podlegają samorządom, ale są pomysły, by je scentralizować. To tylko rodzi kolejne pytania o koszty. Kolejny milion złotych rocznie przeznaczano na działalność pełnomocnika rządu ds. równego traktowania. Nie sposób pominąć także urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich, którego roczny budżet sięga kwoty ok. 40 mln zł, a jego działalność budzi sporo kontrowersji z uwagi na wspierany światopogląd.

Kolejny przykład? Finansowanie zabiegów in vitro z budżetu państwa, rozpoczęte 1 lipca 2013 roku. Program został zakończony, ale w ciągu dwóch lat swojego działania objął ok. 17 tys. par, które doczekały się ok. 3,6 tys. dzieci. Koszt? Bagatela 150 mln zł (średnio ok. 40 tys. zł na urodzone dziecko – o „kosztach moralnych” nie wspominając). Program miał być kontynuowany w kolejnych latach, a od lipca 2016 do 31 grudnia 2019 roku miał pochłonąć ponad 300 mln zł. Decyzją ministra zdrowia, program został zamknięty. Na tym jednak nie zakończyło się wydatkowanie publicznych pieniędzy na refundację in vitro. Wciąż bowiem takie programy – w mniejszej skali – oferują niektóre samorządy.

Czy naprawdę nie można było lepiej spożytkować tych pieniędzy? Wydaje się, że w sytuacji, gdy państwo już godzi się na politykę socjalną i rozdawnictwo, to niech przynajmniej te środki finansowe będą dobrze wydane. Rodzina jako fundament państwa z pewnością zasługuje na dodatkowe wsparcie. Szczególnie, że – wedle ekspertów – jeśli chodzi o dochody przypadające na gospodarstwo, to statystycznie najlepiej w naszym kraju żyje się dziś emerytom.

Marcin Austyn

Za: PoloniaChristiana - pch24.pl (2016-11-07) | http://www.pch24.pl/dwa-oblicza-rozdawnictwa,46948,i.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content