Punkty węzłowe

Punkty węzłowe (1)

Niedawno pewna zacna osoba pytała mnie, jakie węzłowe punkty „historii pozytywnej” bym wymienił, jeśli chodzi o 10 Kwietnia. „Pozytywnej” (historii), a więc takiej, która nie jest po prostu negowaniem (oficjalnych) wersji „brzozowo-beczkowej” i „wybuchowo-zamachowej”, lokujących tragedię w pobliżu smoleńskiego Siewiernego, na tamtejszym wysypisku śmieci przylotniskowym (Tam (…) był jeden wielki śmietnik. (…) [T]ych śmieci różnych, puszek i innych elementów było dużo – opowiada przed ZP montażysta S. Wiśniewski[1]). Szczegółowo o tych rozmaitych „węzłowych punktach” pisałem w moich opracowaniach, zwłaszcza w Suplemencie, który (zainteresowanych odsyłam do lektury[2]) stanowi jakby „zwieńczenie” paroletnich analiz oraz dyskusji, jakie na moim blogu się toczą odnośnie do 10-04 – tu zatem będę ogólnie sygnalizował te zagadnienia. Ogólnie i w miarę skrótowo. Dziś trzy z takich „węzłów”. Mają one ten podstawowy walor badawczy, iż można je drążyć „na własną rękę”, jeśli się o tych sprawach wie. Można też, to dodatkowy walor, weryfikować te kwestie „u źródeł” – tj. pytać o nie na publicznych spotkaniach (tudzież przy innych okazjach) ekspertów, specjalistów, znawców, katastrofologów, analityków i syntetyków, zarówno tych spod znaku najwybitniejszych na świecie uczonych zebranych wokół min. A. Macierewicza, jak i tych, którym wybitności się w szkole Macierewicza odmawia (ze względu na niebadanie „wątku trotylowego” itp.), a zebranych w „komisjach” min. J. Millera i dr. M. Laska.

Komunikacja „Ziętas”-„Korsaż”

Każdy, kto czytał „stenogramy CVR”, bez względu na to, w której ich wersji – wie świetnie, że nawigator PLF 101 kpt. A. Ziętek podczas lotu z 10-04 komunikuje się radiowo z „Mińskiem” i „Moskwą”, ale już nie ze „Smoleńskiem”. Tymczasem por. A. Wosztyl, dowódca jaka-40 (PLF 031), znający przecież osobiście członków załogi „prezydenckiego tupolewa”, wedle tego źródła[3], miał zeznać przed wojskowymi prokuratorami (10 Kwietnia po powrocie do Polski), że to właśnie Ziętek prowadził rozmowę radiową z kontrolerem prawdopodobnie wieży w Smoleńsku. Śladu po tej rozmowie radiowej, na pierwszy rzut oka nie ma w żadnych „stenogramach”, ale gdy się głębiej w nie wejdzie, to coś ciekawego się znajdzie, o czym za chwilę.

Nie wiem, czy po latach Wosztyl potwierdziłby to zeznanie, a nawet gdyby potwierdził, to czy by nie tłumaczono tego oficjalnie jakąś kolejną „pomyłką” podczas słuchania radiowej komunikacji 10 Kwietnia. Tak samo, jak wyjaśniano „pomyłkę” z dosłyszanym przez załogę PLF 031 komunikatem o zgodzie „Korsaża” na zejście na wysokość 50 metrów (Tam słychać 100 metrów – twierdzi min. A. Seremet w jednym z wywiadów sprzed dwóch lat. – Gdy odtworzyliśmy im [członkom załogi „Wosztyla” – przyp. F.Y.M.] nagranie, dostrzegli sprzeczność i przyjęli to do wiadomości[4]). Jest to, nawiasem mówiąc, niezła logika rozumowania ze strony prokuratury – przedstawianie świadkom spreparowanego materiału dowodowego jako bardziej wiarygodnego aniżeli zeznania świadków, tak by przekaz z tego „materiału” potraktowali oni jako „obowiązujący” w rekonstrukcji zdarzeń z przeszłości. Ale mniejsza z tym, nie z takimi wszak cudami na kiju mamy w przypadku „śledztw i badań” do czynienia ([Kiedy brzoza była badana?] Prokuratorzy oglądali ją bezpośrednio po katastrofie[5]).

Jakie ślady komunikacji „Ziętas”-„Korsaż” można by wskazać (zakładając, że Wosztyl trafnie wskazał na Ziętka jako inicjatora korespondencji PLF 101-XUBS)? Nawigator PLF 101, porozumiewając się z „Mińskiem”, konstruuje w pewnym momencie „dwujęzyczny” komunikat: Minsk-Control, Polish Air Force 1-0-1, dobroje ranieco, flight level three-three-zero, over Mińsk [w wersji z CVR-3 jest: dobre rance – przyp. F.Y.M.]. I takie „dwujęzyczne” komunikaty, anglo-ruskie znajdujemy też w wypowiedziach płynących z „Korsaża” (przykładowo: Polish Foxtrot one-zero-one, ostatok topliwa. Topliwa skol’ko u was? albo: Papa-Lima-Foxtrot one-two-zero-one, na Korsażie tuman, widimost’ czietyrjesta mietrow. (…) Four-zero-zero meters)[6]. Pojawiają się one, zgodnie z oficjalną narracją, podczas korespondencji mjr. A. Protasiuka z wieżą szympansów, ale nie pasują one do niej. Czemu? Z tego powodu, że Protasiuk posługuje się biegle ruskim i konsekwentnie używa określenia polskij sto odin – ani razu nie wypowiadając żadnego zwrotu/oznaczenia/liczebnika/znaku literowego etc. po angielsku. Konstruktorzy „zapisów CVR” upchali więc to, co zapewne było fragmentem korespondencji „Korsaż”-„Ziętas”, upchali pośród tego, co w „stenogramach” przyjęło postać rozmowy radiowej Protasiuka z „wieżą”/„wieżami” XUBS. (Na nienaturalność i nielogiczność różnych elementów tej rozmowy już zwracałem w moich analizach uwagę – przypomina ona czasem „gadanie dziada z obrazem”, tj. „wieża” mówi jedno, Protasiuk drugie – lub odwrotnie.)

Zauważmy też, że tuż po korespondencji Ziętka z „Moskwą”, a tuż przed nawiązaniem łączności ze „Smoleńskiem”, ppłk R. Grzywna, czyli drugi pilot, wypowiada uwagę: Pamiętaj, w metrach – na co „Ziętas” odpowiada: Tak, tak, tak – jakby właśnie szykował się do kolejnego (po wcześniejszych z „Moskwą” i „Mińskiem”) radiowego połączenia. (Po czym, jak wiemy z oficjalnej narracji, mówić do „Korsaża” zaczyna ni stąd ni zowąd, tj. bez żadnej informacji do pozostałych członków załogi, bez żadnej zapowiedzi[7], Protasiuk). Ta uwaga Grzywny o metrach, kierowana ewidentnie do Ziętka, jest zupełnie zrozumiała w kontekście tego, jak chwilę temu, w komunikacji z „Moskwą”, nawigator podał m.in.: at 3900 feet over ASKIL (tak jakby tupolew był na wysokości ca. 1300 m[8]), na co zresztą „Moskwa” nie zareagowała prośbą o powtórzenie/skorygowanie wypowiedzi, a więc, czy na pewno podana została prawidłowa wysokość przelotu nad punktem ASKIL, czyli granicą białorusko-ruską. Grzywna więc przypomina Ziętasowi, by ten posługiwał się metrami, a nie stopami w komunikacji ze „Smoleńskiem” – ale…, no właśnie, ale tej komunikacji w „stenogramach” brak. Nie ma też jakiejkolwiek prośby nawigatora, by to Dowódca przejął korespondencję radiową – ani nawet jakiejkolwiek nieudanej próby tej komunikacji „Ziętas”-„Korsaż”, próby, która tłumaczyłaby to, że właśnie Protasiuk bierze na siebie porozumiewanie się z „kontrolerami”.

Ale jest jeszcze jeden ślad oprócz tych wymienionych wyżej w samych „stenogramach CVR”. Istnieją bowiem – upublicznione z dużym opóźnieniem (strona polska miała nagrania już w drugiej połowie kwietnia 2010, lecz nie opublikowała „stenogramów” wraz z tymi z rozmowami z kabiny pilotów PLF 101) – „zapisy z wieży” Siewiernego. W nich zaś pojawiają się dwie zaskakujące, jeśli się je zestawi ze sobą, uwagi „kierownika lotów” z XUBS P. Plusnina. Pierwsza dotyczy tego, że polski pilot ma w ogóle nie znać ruskiego języka (żeby on był gotów do odejścia na zapasowe, no, dowiedzieć się, ile ma paliwa, dlatego, że on po rosyjsku praktycznie nic nie rozumie– godz. 9:54 rus. czasu), druga – że polski pilot jak najbardziej zna ruski (Ja zaraz (…) słyszałem, że (…) tego, Polak, dobrze mówi po rosyjsku – godz. 10:13 rus. czasu). Nie trzeba wielkiego psychologa ani nawet takiego pomniejszego psychoanalityka specjalizującego się w odtwarzaniu zawartości świadomości pilota w „końcóweczce” (z takimi badaniami z kręgu parapsychologii lotniczej mieliśmy do czynienia w „raporcie MAK”), by spostrzec, że te dwie uwagi Plusnina nie mogą odnosić się do jednej osoby, lecz do dwóch. Pomijam już w tym miejscu to, że oba te komunikaty Plusnina pojawiają się w „zapisach z XUBS” zanim, tak, zanim (oficjalnie) dojdzie do korespondencji PLF 101-„Korsaż” (ta bowiem o 10:23 ma się zacząć). To, że Ziętas słabo znał ruski, nie jest tajemnicą – (nawet w „stenogramach CVR” można znaleźć na to potwierdzenie, gdy nawigator pyta o jakieś „słówka” Protasiuka) – i pasowałoby to do pierwszej uwagi Plusnina. Druga zaś mogłaby się odnosić do Protasiuka. Tym niemniej chwile, w których Plusnin wypowiada te swoje opinie o nieznajomości/znajomości ruskiego, całkowicie się kłócą z oficjalną narracją – wtedy bowiem „nie ma” jeszcze PLF 101 nad Smoleńskiem i „nie nawiązała się łączność” radiowa między załogą a „Korsażem”.

Kurs lądowania – „posadocznyj”

Każdy, kto oglądnął z uwagą ten wywiad z Macierewiczem (http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=HHlOFkDaKAI od 8’57’’ materiału) z maja 2011, a więc na parę miesięcy przed zakończeniem prac KBWLLP, pamięta, że pojawia się tam problem kursu lądowania PLF 101. Prowadzący rozmowę stwierdza, całkiem słusznie, że ruscy „kontrolerzy” właściwie nie podają załodze PLF 101, jakim kursem, z jakiego kierunku ma ona podchodzić do lądowania. Gwoli ścisłości należałoby tu wtrącić, że Plusnin przekazuje Protasiukowi komunikat: kurs 79 (co mogłoby znaczyć, że chodzi o zachodni kierunek podejścia na Siewiernyj), ale mniejsza teraz z tym. Co jednak powiada wtedy szef ZP na uwagę dziennikarza? Otóż konstruuje on zupełnie bałamutne wyjaśnienie, mające rzekomo dowodzić, że załodze musiano zaproponować wschodni kierunek podejścia: Ale jest pogłos tego – jest reakcja na to. Rzeczywiście, nie ma takiego meldunku ze strony wieży, a przynajmniej nie jest nam znany, ale jest odpowiedź ze strony drugiego pilota, który mówi kapitanowi Protasiukowi: „Byłoby lepiej, gdybyśmy lądowali z drugiej strony”, czyli dostali informację, że mają lądować z tej. Więc musiała być jakaś taka wymiana, wymiana zdań, że nakierowano ich właśnie na ten, na ten próg, na tak zwaną… podejście z 26-go… pasa.

Jeśliby faktycznie „kontrolerzy” otwarcie poinformowali załogę PLF 101, tak jak zawiadamiali załogi „Wosztyla” i „Frołowa”, że „posadocznyj” to właśnie „2-5-9”, czyli, iż należy podchodzić do lądowania na smoleńskie Siewiernyj ze wschodu – to nie byłoby żadnego powodu do „wycinania” takich komend z zapisów rozmów (w postprodukcji). Idealnie bowiem wzmacniałyby oficjalną narrację. Problem w tym, że ani Protasiuk, ani „kontrolerzy” w żadnym komunikacie w trakcie radiowej korespondencji PLF 101-„Korsaż” nie używają słowa „posadocznyj” – ani oznaczenia „2-5-9”. Co gorsza, dla wywodu Macierewicza, wedle „stenogramów” wypowiedź Grzywny: Tu jakby było dwa-pięć-dziewięć, byłoby nawet lepiej, bo by było nie pod słońce, pojawia się ponoć o 10:20 rus. czasu, a więc na 3 minuty przed połączeniem PLF 101-„Korsaż” i na 2 minuty przed połączeniem z „Moskwą”. Nie ma więc mowy (przynajmniej wedle oficjalnych danych), by uwaga drugiego pilota odnosząca się do możliwego wschodniego kursu podejścia, pojawiła się w trakcie korespondencji ze „Smoleńskiem”. Gdyby i tego było mało, to świadczy ta wypowiedź Grzywny o tym, że lecąc, mają dobrą pogodę i ze względu na nią (tj. by nie lądować „pod słońce”, czyli z zachodniego kierunku), woleliby podchodzić od wschodu.

„Priwod”[9] i „zaginiona” karta podejścia z zachodnim kursem lądowania

Tym, w czym wyjątkowo zgodne są wszystkie „raporty”, specjalistyczne opracowania, „książki śledcze”, bumagi, „komisje katastrofologiczne” etc. (a propos wydarzeń, które miały się rozegrać 10 Kwietnia w okolicach lotniska Siewiernyj), a co wciąż uchodzi uwadze opinii publicznej, jest to, iż przedstawiana jest w nich wyłącznie jedna strona ruskiego medalu. Akurat właśnie wschodnia – tak więc w żadnym „raporcie” nie jest podawany schemat/karta podejścia na Siewiernyj od zachodniej strony (a więc kursem 79) mimo że – o czym pisze i MAK, i KBWLLP – polscy piloci dysponowali kartami podejścia uwzględniającymi i kierunek 259, i 79, a nie jedną, tą z 259. Wschodni kurs smoleńskiego wojskowego lotniska to zarazem ten, na który, zdaniem szefa ZP „naprowadzano” PLF 101 „na śmierć”. Wprawdzie w rozmowie „niezależnej” linkowanej wyżej tenże Macierewicz twierdzi, że od zachodu mógł podchodzić tupolew wiozący D. Tuska 7-go kwietnia, od zachodu lądowały 10-go samoloty „po katastrofie” – ale nie bierze szef ZP pod uwagę takiego możliwego scenariusza, że skoro zachodni kierunek był bezpieczniejszy (ze względu choćby na ukształtowanie terenu) i skoro 7-go drugim pilotem Tu-154M był Protasiuk, to i z tego kierunku załoga PLF 101 mogłaby dokonać kontrolnego zajścia również 10-04. Taka opcja nie wchodzi, naturalnie, w grę, bo nijak nie wprasowuje się w katastrofologiczną narrację – ani tę autorstwa KBWLLP, ani tę ZP. Nie po zachodniej stronie wszak „spadł tupolew” – zachodniej strony więc się „nie bada” – tam „nic nie ma”[10].

A przecież kilka przesłanek za rozwiązaniem z zachodnim zajściem PLF 101 przemawia, choć tego typu scenariusza nie znajdziemy w oficjalnych egzegezach. Wśród „danych FMS-a”, co ujawniał jako pierwszy już „raport MAK”, którego autorzy przytaczając to, pukali się w czoło, punktując „nieprzygotowanie polskich pilotów”, była dana wskazująca na wklepanie do nawigacyjnego komputera współrzędnych dalszej zachodniej radiolatarni Siewiernego (oznaczanej jako DRL1 – nie mylić z łudząco podobnym oznaczeniem DRL, czyli dalszej wschodniej NDB). Ta zachodnia miała być usytuowana w odległości niespełna 4 km od zachodniego progu pasa[11] (nie muszę przypominać, że PLF 101 także leciał z Polski od zachodu, w stosunku do XUBS). Jak uważni czytelnicy „stenogramów” w ich wersjach KBWLLP i NPW wiedzą zaś (w wersji pierwszej tego nie ma), Protasiuk po komunikacie „kontrolera Ryżenki” mówiącym, że podchodzą do dalszej radiolatarni i są na kursie, ścieżce w odległości 6 km od progu pasa – odpowiada po rusku: Czietyrje[12] – jakby korygował „kontrolera”, podając właściwą odległość, i zarazem w ten sposób – właściwy kierunek, zachodni.

Cytowana wcześniej wypowiedź Grzywny (interpretowana na opak przez Macierewicza) także może być śladem (planowanego) zajścia od zachodu: Tu jakby było dwa-pięć-dziewięć, byłoby nawet lepiej (…). Po pierwsze: jakby było, mówi 2P, a więc załoga oczekuje na to, że taki komunikat ze strony „wieży” dostanie. Po drugie: jakby było – a więc: nie jest. Jeśliby bowiem iść za przywołanym wyżej rozumowaniem Macierewicza (które wprowadza w błąd), lecz je „naprostowując”, czyli jeśliby przyjąć, że wypowiedź Grzywny pojawia się już podczas korespondencji z „kontrolerami” smoleńskimi (mamy wtedy odpowiednio wcześniejszy przylot PLF 101 w okolice XUBS i istotną modyfikację całości „zapisów” oraz „historii smoleńskiej”[13]), to by znaczyło ni mniej ni więcej tylko to, że już polscy piloci dostali od „kontrolerów” polecenie zajścia na Siewiernyj od zachodniej strony. Co więcej, byłoby takie polecenie całkowicie uzasadnione, gdyż widok z kokpitu i/lub kabiny pasażerskiej szczątków tupolewa na polance samosiejek przed lotniskiem postawiłby wszystkich na pokładzie na równe nogi.

Poza tym, co można wywnioskować z (momentami niemalże histerycznych) zachowań szympansów, ci ostatni mogli się obawiać, że załoga PLF 101 wyląduje brawurowo, jak piloci PLF 031 (stąd też kursu lądowania 2-5-9 załodze „prezydenckiego tupolewa” nie podano), wtedy zaś trudno byłoby uruchomić inscenizację „katastrofy lotniczej” przy XUBS. Ktoś może powiedzieć, że przecież o 10:30 rus. czasu Ziętas komunikuje: Kurs lądowania 2-5-9 jest ustawiony. Owszem, taka wypowiedź jest w „stenogramach” – ale też zaraz po niej, także o 10:30, pojawia się polecenie Plusnina: polskij odin-nol’-odin, kurs siem’diesiat diewiat’. Protasiuk kwituje: Kurs siem’diesiat diewiat’. Polskij sto odin. I co jeszcze ciekawego się dzieje wtedy? Ktoś w tle w kabinie pilotów sobie powtarza: siem’diesiat diewiat’ (por. CVR-2, Zał. 8, s. 93; w CVR-3 i CVR-1 brak tej wypowiedzi). Może to właśnie Ziętek korygujący wcześniejsze ustawienie? Później wszak, jak wiemy, Plusnin nie podaje załodze żadnych dodatkowych komend dotyczących kursu, zresztą kurs 79 to ostatnie polecenie (tego typu) przekazane załodze PLF 101 (5 minut wcześniej jest kurs 40[14]) – zaś po tymże poleceniu Protasiuk oznajmiać ma w kabinie: Podchodzimy do lądowania. W przypadku nieudanego podejścia odchodzimy w automacie. Przypomnę zaś, że załodze PLF 031, czyli jaka-40, „kontrola” przekazuje kolejno[15] kursy: 30, „posadocznyj 2-5-9”, 60, 10, 79[16], które każdorazowo załoga kwituje. Ktoś powie, może piloci PLF 101 po prostu wiedzieli od początku, jak należy lecieć, a w związku z tym nie trzeba im było „wszystkiego mówić” tak jak ich kolegom z „Wosztyla”. Może. A może po prostu załoga PLF 101 leciała w inny sposób aniżeli podaje to oficjalna narracja.

Ktoś może nieustępliwie twierdzić: a co w takim razie z „trzecim zakrętem”, o wykonywaniu którego komunikuje Protasiuk (Wypołniajem trietij, polskij sto odin), kwitując polecenie Plusnina? Zakładając, że nie jest to zbitka wypowiedzi uzyskana z montażu komunikatów Protasiuka z 7-go kwietnia (kiedy to właśnie on, jako 2P, prowadził korespondencję z „Korsażem”[17]) i z 10-go (polskij sto odin) – to czy komunikat ten musiałby oznaczać podejście od wschodniej strony? Czy PLF 101, lecąc np. od południowego wschodu, czyli od lotniska Jużnyj (punkt RALOT był wpisany do planu lotu[18]), nie mógłby wykonać podejścia, okrążając Siewiernyj od północy, kierując się na zachód, a następnie podchodząc z zachodu na wschód? Niezmordowany doc. S. Amielin, który zjadł zęby na badaniu drzewostanu smoleńskiego po wschodniej stronie XUBS, w swej bezcennej, fachowej książce zamieszcza – zgodnie oczywiście z oficjalną ruską wykładnią – schemat podejścia na Siewiernyj od wschodu, dla ułatwienia wszystko rozpisując potencjalnemu czytelnikowi/laikowi, na czerwono. Tak by ten ostatni nie miał wątpliwości, gdzie co jest/co jak ma być. Widzimy zatem, co unaoczniają nam czerwone strzałki[19], w jaki sposób „po kręgu” XUBS można by lecieć, by podejść od wschodniej strony, a przylatując z punktu ASKIL. Amielin jednak nie zaznacza zapobiegliwie, że „zwrot czerwonej strzałki” można zmienić, a więc, że po tymże kręgu nadlotniskowym XUBS można lecieć także w przeciwnym kierunku – tak, by podchodzić (np. przyleciawszy od punktu RALOT) od zachodniej strony. W takim scenariuszu „trzeci zakręt” byłby tu, gdzie Amielin zaznaczył „2” na czerwono, zaś czwarty zakręt prowadziłby na prostą od zachodniej strony Siewiernego. Niby drobiazg, a robi różnicę.

Ktoś powie: ale przecież „wiemy na pewno” z „badań”, że PLF 101 leciał z ASKIL prosto/od razu na XUBS, a nie kierował się na żadne smoleńskie Jużnyj, ni punkt RALOT. No, może „wiemy na pewno”, lecz to właśnie wcale nie jest „na pewno, na pewno” przesądzone. Nie przypominam sobie żadnej relacji z Katynia, by słyszano lecącego tupolewa nad chmurami (a tym bardziej widziano)[20]. Ale nawet, jeśliby załoga „prezydenckiego tupolewa” zrezygnowała z przelotu z ASKIL do RALOT (w żaden sposób tego w kabinie nie komunikując ani sobie, ani żadnym „kontrolerom”), to i tak – zgodnie z „danymi FMS-a” – po ASKIL miała wklepać do komputera pokładowego punkt DRL1[21], a więc… zachodnią dalszą radiolatarnię – priwod na kursie 79. Nie powinienem na koniec przypominać tego, jak Plusnin po trzykroć dopytuje PLF 101 o wysokość 500 metrów (czy już zajęli), jakby miał problemy ze zlokalizowaniem „prezydenckiego tupolewa” – ani tego, że parokrotnie coś się dzieje z „radarami” w wieży szympansów (Plusnin: Gdzie on, kurwa, teraz jest? (…) kurwa, gdzieś tu powinien być. (…) na razie nie widzę. (A) – Nie widzisz go, tak? (Plusnin) – Tak, zniknął). Ale warto przypomnieć, że kiedyś przed laty (w maju 2010) Nasz Dziennik dotarł do „apokryficznej wersji”… końcóweczki „stenogramów CVR”[22], w której miało się pojawić stwierdzenie Protasiuka: Nie. Nie siadamy. Ciekawe, czy odnajdzie się ono w wersji CVR-4, nad którą prace rozpoczęto pod auspicjami NPW.

Free Your Mind

[1] http://freeyourmind.salon24.pl/416196,posiedzenie-z-udzialem-moonwalkera-1

[2] https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf

[3] http://rebelya.pl/post/2798/zeznania-por-wosztyla-mowi-do-nich-zeby-nie-sch

[4] http://wyborcza.pl/1,76842,11576169,Prokurator_Seremet__Wybuchu_w_tupolewie_nie_bylo.html

[5] http://wyborcza.pl/1,76842,11576169,Prokurator_Seremet__Wybuchu_w_tupolewie_nie_bylo.html

[6] Takie hybrydowe komunikaty pojawiają się na linii: PLF 031 – „Korsaż”, ale w tym wypadku są one uzasadnione, bo zarówno piloci mówią anglo-ruszczyzną, jak i „kontrolerzy” takim łamańcem im odpowiadają.

[7] Takiej choćby: „chłopaki, może ja pogadam, bo Ziętas może mieć problemy ze zrozumieniem poleceń”. Nie ma żadnej reakcji zdziwienia załogi na to, że Protasiuk podejmuje/podjął się konwersowania z „Korsażem”. Nawet gdyby załoga się umówiła (np. przed lotem), że taki będzie scenariusz, a więc, że przed Smoleńskiem to pierwszy pilot przejmie radiowe obowiązki nawigatora – to powinien być ślad takiej umowy podczas rozmów w kabinie.

[8] Zwracała na to uwagę w swej pierwszej książce „komisja płk. Latkowskiego”.

[9] http://freeyourmind.salon24.pl/541428,priwod

[10] http://freeyourmind.salon24.pl/565166,problem-faktycznej-trasy-plf-101

[11] Wedle wyliczeń „komisji płk. Latkowskiego”, której przedstawiciele byli w Smoleńsku, mierząc niemal każde drzewo z okolic Siewiernego, była to odległość 3,6 km.

[12] Na uwagę zasługuje to, że w „stenogramach MAK”, które prezentują „dialogi szympansów”, wypowiedź Protasiuka jest podana jako… polskie Cztery, które słychać w „wieży”. Por. pdf open_micr, s. 38. Natomiast w Zał. 8 do „raportu Millera” (s. 202), po Protasiukowym Czietyrje jeszcze dwukrotnie w wieży jest powtórzone przez kogoś (jedną lub dwie osoby) Czietyrje…

[13] Zgodną z hipotezą wcześniejszego wylotu PLF 101. Pisałem o niej sporo w Suplemencie.

[14] Protasiuk jednak, zauważmy, nie kwituje tu, że chodzi o polskij sto odin.

[15] Jeśliby wierzyć „zapisom z XUBS”, bo żadnych „stenogramów rozmów z kokpitu PLF 031” nigdy nie opublikowano, choć mogłyby być znakomitym materiałem dowodowym w ramach śledztwa związanego z 10-04. Sprawa „wykasowania się” (o ile faktycznie do niego doszło, tj. o ile nie zabezpieczono szpuli z rejestratora fonicznego PLF031 i nie założono innej w drodze powrotnej z XUBS na EPWA) zapisu czarnej skrzynki jaka-40 jest o tyle intrygująca, że przecież prokuratura wojskowa prowadziła śledztwo przeciwko załodze PLF 031, która miała „wbrew poleceniom wieży” („zakazującym lądowania”) przyziemić na Siewiernym. Zapis z CVR jaka-40 byłby więc materiałem, który wiele mógłby pomóc w wyjaśnieniu sprawy „złamania przepisów” i „pogwałcenia zasad bezpieczeństwa”.

[16] Tu zapewne 79 jako tzw. trawers lotniska, jeśliby PLF 031 nie podchodził od zachodu.

[17] Jakiś diabeł smoleński sprawił, a może tylko pech, że nie upubliczniono żadnych „stenogramów z wieży” XUBS z dnia 7-04-2010, które obrazowałyby i pracę „kontrolerów”, i komunikację z załogami. I pozwoliłyby porównać to z „zapisami” z 10-04.

[18] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/plan-lotu.html

[19] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/08/karta-podejscia-z-ksiazki-s-amielina.html

[20] To, że PLF 101 miałby lecieć w okolicach Katynia, to nie jest mój wymysł. „Obrazuje” to ruska mapka z „czerwoną trajektorią” zamieszczona w „raporcie MAK” (por. ilustr. na s. 156 w pol. wersji; por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/08/plf-101-w-okolicach-katynia-wg-raportu.html). Na wysokości Katynia PLF 101 miałby być koło 10:28 rus. czasu, co gdyby było prawdą, powinien odnotować P. Prus z TVP, wchodząc o 8:30 pol. czasu na antenę telewizji podczas porannego serwisu i opowiadając o przygotowaniach do uroczystości katyńskich. Mapka w „raporcie MAK” jest tak sprytnie skonstruowana, że polecenie Plusnina z godz. 10:30 rus. czasu: Polskij 101, kurs 79 – pojawia się już, gdy „samolot” zbliża się do „drugiego zakrętu” nadlotniskowego kręgu. W ten sposób „konstruktorzy” mapki nadają frazie kurs 79 (powiedzianej i przez Plusnina, i przez Protasiuka) jednoznaczną interpretację, a więc, że chodzić może wyłącznie o trawers lotniska, o lot kursem przeciwnym do wschodniego kierunku lądowania. Mała rzecz (w dezinformacji), a cieszy. Gdyby bowiem piloci taki komunikat usłyszeli będąc dużo niżej „na mapce” – np. na południowy zachód od lotniska, to mogliby po takim poleceniu po prostu skierować się na XUBS na DRL1, czego, rzecz jasna, moskiewska legenda „nie przewiduje” – w żadnej „wersji”.

[21] http://freeyourmind.salon24.pl/546341,raport-problem-danych-fms-a-plf-101

[22] http://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/08/04/apokryficzna-wersja-cvr-naszego-dziennika-z-konca-maja-2010/

Za: FYM (18 sie 2014)



Punkty węzłowe (2)

Przypomnę hasłowo, o jakich elementach „smoleńskiej łamigłówki” pisałem w notce[1] rozpoczynającej cykl pt. Punkty węzłowe. Były to 1) „zniknięta” z „zapisów CVR” korespondencja nawigatora kpt. A. Ziętka ze „smoleńską wieżą”, 2) brak korespondencji radiowej (między PLF 101 a „Korsażem”) na temat wschodniego kursu lądowania, czyli „posadocznego 2-5-9”, 3) „zniknięta” z oficjalnej dokumentacji (MAK, KBWLLP etc.) karta z zachodnim kierunkiem podchodzenia do lądowania na XUBS[2]. Karta „zniknięta” mimo że, po pierwsze: załoga PLF 101 miała do FMS-a wklepać punkt nawigacyjny DRL1, tj. namiary na zachodnią dalszą NDB (po wklepanym punkcie ASKIL), mimo że, po drugie: Plusnin podaje kurs 79, mimo że, po trzecie: załoga „prezydenckiego tupolewa” dysponowała kartami podejścia zarówno z KM 259, jak i 79[3]. Ktoś jednak mógłby spytać – co chciano by w ten sposób, tj. poprzez „zniknięcia” czy „braki” ukryć? Odpowiedź: odmienny (od oficjalnego) przebieg wydarzeń z 10-04. Taki np., że przylot PLF 101 w okolice PLF 101 zaszedłby dużo wcześniej (w stosunku do moskiewskiej legendy), a załoga po wykonywaniu holdingu i oczekiwaniu na dalsze polecenia „kontroli”, przeprowadziłaby w końcu kontrolne zajście od zachodniej strony – i skierowałaby się na „zapasowe lotnisko”[4]. Zrazu zresztą, jak wiemy, sytuowano w relacjach medialnych czasowo przylot PLF 101 i „katastrofę” niedługo po odlocie „Frołowa”[5]. Podejrzewano nawet, iż mogło dojść do kolizji tych dwóch samolotów w strefie lotniska[6]. Dopiero na przestrzeni tygodni (po 10-04) odcinek czasowy między „Frołowem” a „Protasiukiem” się zdecydowanie wydłużył.

Dziś kolejny, pokaźny „węzeł” – z nieco innego niż poprzednio zestawu „smoleńskich” osobliwości, choć także z „lotnictwem smoleńskim” związany. Jaki?

Brak grozy na filmie S. Wiśniewskiego z „miejsca katastrofy”

Każdy, kto ten film oglądał w wersji „bez zagadywania” antenowego (chłodnym okiem[7]), powinien dostrzec brak grozy na wideo polskiego montażysty, przedstawiającego się zresztą „strażakom” jako rieportier (ja rieportier, eto moja robota)[8]. Znamy na pamięć wypowiedzi SW z moonfilmu, ale być może znając je „aż za dobrze”, nie dostrzegamy ich niezwykłości lub nawet egzotyczności. Oderwijmy się na chwilę od montażysty i jego księżycowego wideo. Spróbujmy się zastanowić nad jedną kwestią. Jeślibyśmy weszli na teren jakiejś rzeczywistej katastrofy lotniczej (niedługo po upadku samolotu), to jak byśmy się zachowywali, spotkawszy tam ratowników, strażaków etc.? Nawet, jeśli mielibyśmy możliwość filmowania, to pytalibyśmy od razu: co się stało? Co z ludźmi poszkodowanymi? Czy ktoś może jest ranny? Jak do tego wszystkiego doszło? Kto samolotem przyleciał? Co więcej – natychmiast staralibyśmy się zawiadomić jak najwięcej osób o wypadku – jeśli mielibyśmy przy sobie telefon[9], zwłaszcza jeśli bylibyśmy pracownikami publicznej telewizji, której wozy transmisyjne, dziennikarze i operatorzy, zjechali gremialnie do danego kraju, by transmitować/relacjonować poważne państwowe uroczystości, a ów wypadek z tymi uroczystościami byłby związany.

Wiśniewski nic takiego, spośród wyżej wymienionych rzeczy, nie czyni. Do nikogo nie telefonuje po stwierdzeniu, że to polski samolot. Nikogo nie powiadamia. Źadnego z powyższych pytań, będąc na „miejscu katastrofy”, nikomu SW nie stawia. A przecież nie jest „gapiem”, co się przypadkowo zaplątał w okolicy (akurat z kamerą). Jest nie tylko montażystą, który z pasji dokumentalisty miał filmować mgłę smoleńską[10] – i akurat na niego jakoś „wypadło”, że się znalazł w pobliżu „miejsca wypadku”. SW ma być przede wszystkim, jak sam twierdzi, świadkiem – świadkiem wprawdzie we mgle gęstej jak mleko, ale naocznym świadkiem tej właśnie „lotniczej katastrofy”, na której miejsce przybywa. I właśnie do swojego „świadkowania” SW wcale na pobojowisku nie nawiązuje. Wcale. Nie mówi „strażakom” ani FSO/FSB/OMON-owcom, że właśnie widział, jak samolot nadlatuje i spada, a następnie się rozbija. Nie mówi Ruskom, że z okna swego hotelowego pokoju obserwował „zdarzenie”, że spostrzegł, iż coś się niepokojącego dzieje z samolotem – i dlatego zaraz przybiegł ze swej montażowni, porzucając pilne telewizyjne obowiązki związane z szykującą się transmisją katyńską. Stanowiłoby to wszak znakomite wytłumaczenie pojawienia się rieportiera na „miejscu katastrofy”, jeśli (jak sam zaznacza) nie zabrał ze sobą żadnych dokumentów, nawet prasowej akredytacji[11] – i mogłoby mu pozwolić nawet dłużej pozostać na miejscu. Z wrażenia nie wziąłem paszportu ani nic – ale tu w komórce są numery do ludzi z redakcji TVP, mógłby się usprawiedliwiać przed mundurowymi. Brzmiałoby to całkiem naturalnie – reporter w nerwach jedynie złapał rutynowo za kamerę i pognał z pobliskiego hotelu filmować.

Tak więc Wiśniewski, wynurzywszy się z lasku po „wędrówce przez stawy”[12] (lasku, którego poszycie, co słychać po stąpaniu, jest wyjątkowo suche, jak na mgłę jak mleko),po prostu filmuje „wrakowisko”. Nie inicjuje z nikim konwersacji, choć wokół jest sporo osób. Nie pyta: Czto słucziłos’? – mimo że jest przez „strażaków” i innych funkcjonariuszy widziany, jeśli nie obserwowany (Kto tam snimajet?). Ba, jeden ze „strażaków” mija Wiśniewskiego, kierując się w stronę wozu, nadarza się więc znakomita okazja do rozmowy o „zdarzeniu”[13]. A tu nie. Krótka wymiana zdań między „strażakiem” a SW dotyczy tylko samego filmowania (Nie snimaj nicziego…), nie zaś tego, co mogło się stać i komu. Tenże montażysta ponadto, będąc na polance samosiejek pośród szczątków, nie ma zielonego pojęcia, „co to za samolot”. Wie tylko, że „to polski samolot”, co zresztą słychać na moonfilmie (z dodatkowym: ja p…lę, to nasz). Twierdzenia te (tj. o niewiedzy świadka, co był/mógł być to za samolot) pojawiają się w wielu publicznych wypowiedziach montażysty/operatora[14], nie tylko tych przed marsowym obliczem ZP.

Ale, uwaga, SW nie pyta też nikogo na „miejscu katastrofy”, czy nie jest to np. prezydencki samolot Albo czy nie są to szczątki samolotu z prezydencką delegacją. Nie pojawia się w dialogach z Ruskami na pobojowisku słowo „prezydent” ani „prezydencki”, a powinno. Tak jakby… nie był to dzień przylotów statków powietrznych prezydenckiej delegacji. Jakiż bowiem polski samolot mógłby się pojawić w Smoleńsku rano/przedpołudniem w dniu 10 Kwietnia, który nie byłby z prezydencką delegacją związany? Jakiż polski samolot – skoro SW siedzi w pokoju hotelowym (wedle jego relacji) jeszcze nim nastał świt, by godzinami wyczekiwać na przyloty z Polski[15]? Owszem, gdyby na polance samosiejek leżał ruski statecznik – to faktycznie SW mógłby nie wiedzieć, co to za szczątki/jakiego samolotu i kto nim przybył. Jeśliby jednak moonwalker waciował w hotelu od świtu, chcąc sfilmować przyloty prezydenckiej delegacji, jeśliby (po katastrofie) z kamerą wpadł na miejsce, gdzie znajdowałyby się fragmenty polskiego samolotu – jeśliby wreszcie to był faktycznie 10 Kwietnia – to musiałyby być zupełnie inne reakcje i SW, i ludzi, których spotkał, filmując. Musiałoby być bardzo nerwowo. I o wiele bardziej naturalnie. Nawoływania, bieganina, szukanie rannych, wydzwanianie za kimś, sprowadzanie pogotowia, próby reanimowania kogoś, wyciągania spod fragmentów wraku itd. A nie taki leniwy spokój.

Wiśniewski wprawdzie mógłby nie wiedzieć, który z samolotów prezydenckiej delegacji, „spadł” (przyjmując na moment, że byłby świadkiem tego upadku i że dysponowałby informacjami, iż polska delegacja zostanie podzielona na różne statki powietrzne[16]) – ale nie mógłby nie mieć świadomości, z jakim polskim samolotem ma do czynienia. Nie mógłby nie wiedzieć, że to któryś z samolotów z kimś z delegacji[17]. O resztę zaś powinien dopytać Rusków, znalazłszy się na miejscu. Moonwalker jednak właśnie o nic tam nie pyta. Nawet na zupełnie prostej, ludzkiej zasadzie gdybania, jak mogło dojść do wypadku: piloci za nisko zeszli? Może jakaś awaria była na pokładzie? Gdyby poza tym było to autentyczne miejsce i czas realnej katastrofy, to widać byłoby pokiereszowane ciała, rozsypane rzeczy, fotele z pasażerami do nich przypiętymi, eleganckie ubrania, mundury (członków załogi, Dowódców), sutanny itd. – już nie mówiąc o tym, że pożar byłby o wiele większych rozmiarów. A przy tym żaden z uczestników akcji na takim terenie nie stałby z papierosem przy strażackim wozie.

A propos mundurów polskich wojskowych – uczestników delegacji prezydenckiej z 10-04. Płk dr E. Klich, który owego dnia przybywa jakiem-40 (bn. O45[18]) na Siewiernyj i wieczorem, po dwóch godzinach siedzenia w samolocie[19], zostaje wraz z paroma jeszcze osobami zaprowadzony do „czarnych skrzynek” – opowiada następująco o tym, co widział: Tak, Morozow nas do nich zaprowadził. Na szczęście w samolocie założyłem kalosze, bo półbuty zostawiłbym na pierwszych metrach. Tam było straszne bagienko i do tego ten widok, wyjątkowo przygnębiający: rząd trumien, porozrzucane mundury, niektóre w dobrym stanie. Pamiętam, że widziałem jeden porucznikowski, prawdopodobnie nawigatora Artura Ziętka. Idąc, musiałem patrzeć pod nogi, bo bałem się, by nie nadepnąć na jakieś ciało. Wreszcie dochodzimy do rumowiska, Morozow pokazuje nam ogon samolotu i dwa rejestratory.[20] Klich, przypomnę, z prokuratorami wojskowymi i innymi ludźmi, idą wtedy do „zony Koli” od strony „przebitego muru” lotniska. 

Konia z rzędem temu, kto jakikolwiek mundur pośród „lotniczych szczątków” jest w stanie znaleźć na filmie Wiśniewskiego. Albo też jakikolwiek rzeczowy ślad pozwalający na przyporządkowanie danej rzeczy – prezydenckiej delegacji. Tego typu śladów nie ma właśnie nawet w „zonie Koli”, do której trafia SW[21], wywijając już kamerą na różne strony podczas „zatrzymania” przez FSO, FSB, OMON etc., nie mogąc filmować. Nigdzie nie ma ani niczyjego (polskiego) munduru, ani sutanny, ani garnituru, ani płaszcza, ani wieńca, ani książek, ani torebek damskich, ani „dyplomatek”, ani laptopów, ani reklamówek z upominkami, ani telefonów komórkowych – ani wielu innych charakterystycznych przedmiotów, które przecież (chaotycznie rozproszone po takim, jak głosi oficjalna narracja, upadku samolotu połączonym z całkowitą dezintegracją kadłuba) „rzucałyby się w oczy” jako swoiste konkrety pozwalające mówić, że to prezydencki tupolew – że to jego są szczątki. I że to 10-04.

Min. J. Sasin, który na posiedzeniu ZP zapewnia, że obszedł całe „miejsce katastrofy” (po swym przybyciu z borowcami z Katynia), twierdzi, że nie widział 96 ciał, lecz kilka (może kilkanaście, powie potem). I nie był w stanie ich zidentyfikować[22]. Zakłada on też wtedy, że pozostałe ciała „są w samolocie”, tzn. przykryte lotniczymi fragmentami. Ale, co zastanawiające, nikt z ZP nie pyta Sasina, czy widział jakiekolwiek przedmioty należące do ofiar „katastrofy” – ubrania, rzeczy osobiste itd. – sam Sasin też nic na ten temat nie wspomina[23]. Nie pamięta? Czy może nie widział? Czyżby wszystko to także „skrywało” się, jego zdaniem, pod wrakiem tudzież „w samolocie”? Możliwe – legenda oficjalna jest jak worek z gumy i wszystkie nonsensy można w niej upychać. Jednakże i to, co miało być widoczne dla osób przybyłych na polankę samosiejek, nieco, a może bardzo, odbiega w swym opisie od tego, co widać na materiale wideo Wiśniewskiego. Sygnalizowałem to w Suplemencie, ilustrując to tam zdjęciami. Napomknę tu o jednym makabrycznym elemencie, o którym mówi A. Kwiatkowski, adiutant Sasina, który nadbiega w okolice „miejsca katastrofy” od tej strony, co jakiś czas wcześniej, M. Wierzchowski[24].

Od tej, dodajmy, od której SW „nie mógł” już filmować, a gdzie miał być – jak obrazowo stwierdziła na posiedzeniu ZP pos. M. Zuba, która 10 Kwietnia „nie zdołała” odwiedzić Siewiernego po mszy w Katyniu – „plac usypany zwłokami”. Kwiatkowski opowiada w książce Mgła[25], że widzi tam (wraz z Sasinem?) bezgłowy „korpus ludzki w jakimś swetrze” leżący na szczycie rumowiska[26]. Uważny widz, który przeanalizował kadry znajdujące się na wideo Wiśniewskiego, wie, że „korpus w swetrze” widoczny jest jako leżący za rumowiskiem, po stronie, po której wędruje moonwalker[27]. Teleportacja „korpusu”? Czy może podczas przemarszu montażysty (słynne potem na cały świat) „miejsce katastrofy” dopiero było w fazie aranżowania, dopracowywania szczegółów (gdzie co dać, by zadziałało na przybywających niczym straszydło w „gabinecie grozy”)? Musiano wszak bardzo precyzyjnie zaplanować, od której strony, którędy, kto – będzie mógł dobiec (np. z urzędników czekających na delegację na lotnisku[28]) i co będzie mógł ów ktoś zobaczyć – by zadziałał na niego efekt „pierwszego wrażenia”[29]. Ale zarazem, by miejsce było dostatecznie dobrze przesłonięte, by mogący się zbliżyć od drugiej strony fotoreporterzy, operatorzy, dziennikarze, mogli dostrzec głównie „odwrócone koła” wśród drzew itp. „ikony katastrofy”.

W mało znanym wywiadzie z 10-04 (który już linkowałem[30]), kiedy to montażystę otacza kwiat polskiej żurnalistyki[31], pojawia się taka uwaga kierowana do SW: Podobno on krążył nad Moonwalker odpowiada zaś krótko: Bardzo możliwe. I dodaje: Bo ja słyszałem, że… myślałem, że to inny samolot, bo to trudno powiedzieć, ja nie jestem znawca, nie potrafię określić po dźwięku silnika, czy to jest ten sam, czy inny. Najważniejszy wydaje się ten początek: Bardzo możliwe. Bardzo możliwe, że PLF 101 krążył nad (lotniskiem? Smoleńskiem?). Tak jakby SW wtedy jeszcze sam dokładnie nie wiedział, jaką wersję wydarzeń ma on, jako „naoczny świadek katastrofy smoleńskiej”, głosić/potwierdzać[32]. Czy tę ze wcześniejszym przylotem PLF 101 nad XUBS i parokrotnym podchodzeniem do lądowania[33]? Czy może tę ze spóźnionym (o godzinę w stosunku do zgłoszonej clarisem godziny startu) przylotem i „katastrofalnym nurkowaniem w zdradliwym jarze”(nurkowaniem w gęstej mgle, bo jakżeby inaczej)? SW mówi dziennikarzom o fotelach i rzeczach osobistych (tam fotele, nie fotele, rzeczy jakieś osobiste, jakieś tam, powiedzmy, zeszyty, kartki, ubrania, to tak), a przy bramie do kamery[34] opowiada, że sądził, iż to jakiś pusty samolot – tak jakby foteli i rzeczy osobistych nie widział…

Na koniec uwaga a propos bramy i najsłynniejszego wywiadu SW. Moonwalker zdaje się go udzielać wtedy, gdy stoi już kordon funkcjonariuszy uniemożliwiający dziennikarzom dotarcie w pobliże „miejsca wypadku”. Po czym można tak stwierdzić? Np. po tym, jak Wiśniewski mówi reporterce (najprawdopodobniej wtedy Superstacji), wskazując ręką na okolice stacji benzynowej (i odpowiadając na pytanie: Czy służby tutaj na miejsce szybko przybyły?): Nic, no, podejrzewam, że oni byli zaraz za mną, bo zobaczyłem, że jakaś blokada, to wiesz, biegiem przez to, a tu, wiesz, się nie da przejść, bo tu jest błoto, mokradła, to... Pytanie zasadnicze: jaką blokadę miał/mógł widzieć montażysta, skoro wypadł z hotelu z kamerą chwilę po katastrofie, której miejsca nie mogła zrazu znaleźć ani straż pożarna, ani pogotowie, ani tym bardziej FSB, FSO, OMON-owcy wraz z innymi mundurowymi tworzący „zwarte zabezpieczenie”, gdy zjechali dziennikarze z Katynia?

Free Your Mind

[1] http://freeyourmind.salon24.pl/601328,punkty-wezlowe-1

[2] Można ją wciąż znaleźć pod wywiadem z chor. R. Musiem na tej stronie: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/dostalismy-zgode-na-50-metrow-tu-154-i-il-tez,138702.html

[3] O tym informują dokumentacje katastrofologiczne MAK i KBWLLP.

[4] Po szczegóły takiego scenariusza odsyłam do lektury Suplementu (https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf).

[5] http://wyborcza.pl/1,105743,7752603,Odradzano_ladowanie.html

[6] http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100428&typ=po&id=po01.txt

[7] Można by zresztą przeprowadzić kiedyś „eksperyment”: zaprezentować film SW komuś, kto go nigdy nie widział i kto nie wie o „katastrofie smoleńskiej”. Reakcje takiej osoby mogłyby być interesujące. Trudno jednak byłoby taką (dorosłą) osobę znaleźć, wszak media całego świata ten materiał pokazywały. Jeśli ktoś chce sobie go odświeżyć, tu jedna z wersji moonfilmu: https://www.youtube.com/watch?v=iQ_5PrVDl9g (z dołączonym „drugim początkiem”, tym zarejestrowanym do „strzału drzewa”, ale z wyciętym fragmentem ścieżki dźwiękowej zawierającym zdanie: Ja p…lę to nasz! – wypowiedziane na wcześniejszej wersji podczas filmowania statecznika i okolic).

[8] W książce P. Kraśki (Smoleńsk. 10 kwietnia 2010, s. 214) znajdują się podziękowania za udostępnienie materiałów (zdjęciowych) dla montażysty i operatora TVP Sławomira Wiśniewskiego. Tym niemniej, gdy SW szamocze się z OMON-owcami (jak i wcześniej, gdy rozmawia ze „strażakiem”), nie mówi, że jest reporterem polskiej telewizji. Nie powołuje się na instytucję, na którą chyba powinien się powołać w takiej sytuacji. Zwłaszcza jeśliby miał stosowną akredytację. Warto dodać, że do rangi „reportera Telewizji Polskiej” awansowała go (Wiśniewskiego, bo kogóż by innego) „komisja Laska”, powołując się na niego przy delikatnym kwestionowaniu teorii maskirowki: Już w pierwszych minutach po katastrofie na miejscu wypadku był obecny reporter Telewizji Polskiej, który filmował miejsce upadku samolotu, por. https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf (screen na s. 255). Wprawdzie w rozmowie z A. Klarenbachem (http://www.tvp.info/1658974/opinie/wywiady/gdybym-wiedzial-co-sie-stalo-usiadlbym-i-plakal/) Wiśniewski twierdzi, że pułkownikowi FSB tłumaczył, że jest z polskiej telewizji – ale, niestety, rozmowa z tym pułkownikiem nie została przez SW zarejestrowana w żaden sposób.

[9] SW na posiedzeniu ZP przyznaje, że miał telefon komórkowy z możliwością filmowania. Poza tym, to właśnie drogą telefoniczną (ściślej, SMS-em) miał się moonwalker dowiedzieć, jakiej katastrofy był świadkiem. Ale to nie SW zawiadamia TVP o „katastrofie smoleńskiej”, lecz TVP informuje o niej tegoż SW. Ktoś „sceptyczny” może przywołać jednak scenę sprzed bramy Siewiernego, kiedy wyłania się w kapturze SW i mówi do red. W. Batera: Na pewno samolot się rozwalił, bo tam byłem (http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-zamiast-trailera-lotc3b3w-do-katynia.pdf) – tym niemniej nigdzie (w żadnym z wywiadów ani wystąpień publicznych) SW nie wspomina, by po pobycie na „miejscu katastrofy” zatelefonował/zaesemesował do kogokolwiek z informacją, że spadł prezydencki samolot albo nawet spadł polski samolot.

[10] Na ile realna jest na materiale SW ta mgła (a nie np. uzyskana w postprodukcji), pisałem w opracowaniu: https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-timebreaker.pdf

[11] http://freeyourmind.salon24.pl/599119,akredytacja

[12] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/wedrujac-przez-stawy.html

[13] Na posiedzeniu ZP pojawia się wprawdzie opowieść o jakiejś rozmowie SW z jakimś strażakiem „na temat wypadku” – nie słyszymy jej jednak na materiale zarejestrowanym na „miejscu katastrofy” (http://freeyourmind.salon24.pl/416196,posiedzenie-z-udzialem-moonwalkera-1 [P]óźniej pytałem tego strażaka [SW nie precyzuje, niestety, którego i kiedy, skoro zaraz po zatrzymaniu wyprowadzono go z pobojowiska – przyp. F.Y.M.] – bo oni myśleli, że się wydarzył wypadek na szosie. Tam jest zaraz szosa wylotowa ze Smoleńska. I ta straż jechała tą szosą, a tam nie da się po prostu zjechać, bo jest dość wysoki (…) nasyp. (…) I musieli zawrócić i pojechać od strony lotniska.

Jak pamiętamy, SW przywołuje tę (domniemaną) rozmowę w kontekście spóźnionego przyjazdu „straży” (Dlaczego oni przyjechali tak późno, mimo tego, że byli tak blisko?) – ale jest to zgoła absurdalne postawienie sprawy. Trudno mówić o spóźnieniu „straży”, skoro na moonfilmie od pierwszych kadrów „wóz strażacki” w głębi polanki samosiejek spokojnie stoi (a nie np. dojeżdża) i krzątają się już „strażacy” po pobojowisku (w wywiadzie pod bramą lotniska SW mówi: zaraz chwilę przyjechała jedna straż, ale bardzo miernie im to szło – tak jakby filmował jeszcze przed pojawieniem się straży, co jest nieprawdą). Można więc spokojnie założyć, iż od jakiegoś czasu na „miejscu katastrofy” są – a nie że przyjechali tak późno. Właśnie z wideo SW nie możemy się dowiedzieć, kiedy dokładnie „strażacy” przyjechali tym pierwszym wozem – ani więc, czy przyjechali tak późno – czy może… tak wcześnie. Innymi słowy, czy „strażacy” nie byli czasem na „miejscu katastrofy” jeszcze zanim ją ogłoszono za pomocą, dajmy na to, wycia jakiejś syreny. A propos, SW w żadnym z wywiadów nie wspomina o tym, by słyszał lotniskowe syreny, które niby miały zawyć zaraz po „upadku samolotu”. Piszę niby, gdyż o wyciu syren wspomina por. Wosztyl w majowym (2010) ekskluzywnym wywiadzie dla Czerskiej Prawdy: Akurat z wieży wyszedł jakiś człowiek. Zapytaliśmy, gdzie jest tupolew. – Odleciał – odpowiedział. Byliśmy w szoku. Jak to? Nie słyszeliśmy silników odlatującego tupolewa! [Nie wiedział, że samolot prezydencki się rozbił?] Nie wiem. Dosłownie kilka sekund potem zawyły syreny alarmowe (http://wyborcza.pl/1,76842,7913721,Tupolew_wcale_nie_ladowal.html?as=3) – ale nie wspomina o wyciu syren amb. J. Bahr (po „ruchach na płycie” miał się zorientować, że „coś się stało”) ani M. Wierzchowski (miał sądzić, że „chyba wylądowali”). Ten ostatni, jak zapewnia na posiedzeniu ZP, ma jednak słyszeć „syrenę leśną” już… na „miejscu katastrofy” (http://freeyourmind.salon24.pl/482537,syrena-lesna), lecz z kolei tej „syreny leśnej” nie usłyszymy na księżycowym filmie Wiśniewskiego. Moonwalker zaś, w wywiadzie zamieszczonym w książce Musieli zginąć (s. 90), klaruje (dziennikarzom śledczym szkoły Macierewicza) ‘zagadnienie syreny’ taką ezopową mową: O 8:56 włączono syreny alarmowe, ale straż przyjechała wcześniej – remiza jest 200-300 m od miejsca katastrofy. Na moim materiale filmowym słychać taki dziwny dźwięk, to właśnie syrena straży pożarnej. Ja i straż pojawiliśmy się na miejscu w zbliżonym czasie. [Na filmie Andrieja Mendrija słychać taki przeciągły odgłos, jakby sygnał pociągu.] To właśnie odgłos syreny straży pożarnej.

Już pomijając to, że „odgłos syreny pożarnej” na moonfilmie to nie jest „jakby sygnał pociągu” z filmiku Koli, zauważmy, że SW mówi: o 8:56. Gdyby to była prawda, co do 10-04 i gdyby SW filmował owego dnia na „miejscu katastrofy”, to przecież dźwięk syren alarmowych powinien się zarejestrować na moonfilmie, skoro o 8:55:22 moonwalker jest jeszcze z kamerą w pobliżu „ogona tupolewa” (por. http://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/04/15/kadr-sw/).    

[14] W opracowaniu Elementarz smoleński proponowałem określenie leśny operator: http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/es-fym.pdf

[15] W wywiadzie dla Rzeczpospolitej (http://www.rp.pl/artykul/460798.html) SW twierdzi nawet, że sądził, iż nasza delegacja wylądowała już bezpiecznie [„godzinę wcześniej” – przyp. F.Y.M.], gdyż miał słyszeć jakieś lądowanie.

[16] Por. http://freeyourmind.salon24.pl/326062,z-tego-co-pozniej-widzialem Pamiętając, że tutaj schodzą te samoloty rządowe, mówię, to zrobię sobie zdjęcia jako dokumentację – opowiada SW na gorąco dziennikarzom przybyłym z Katynia. I dodaje: Akurat stałem w oknie, mówię: „Kurde, taka mgła, to ja nic nie zrobię, d… blada.” Nagle widzę… znaczy przede wszystkim głównie słyszę, bo to mgła jako gęste środowisko lepiej dźwięk roznosi… Słyszę taki typowy dźwięk lądującego samolotu, ale jak na mój gust, to jest coś nie tak.

Nie wchodząc w dalsze szczegóły barwnej opowieści moonwalkera z 10-04, warto zwrócić uwagę na to, że SW nie wspomina tu o zdjęciu i wyłączeniu kamery stojącej dotąd na parapecie. Na końcóweczce mgielnego sitcomu, czyli parapetowego „dokumentowania mgły”, jak wiemy z prezentacji w sejmie przed ZP (por. też http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2013/03/blacharze-i-inne-osobliwosci-godziny.html), nie słychać też żadnego: Kurde, taka mgła, to ja nic nie zrobię, d… blada. Jest to jeszcze jeden z dowodów na to, że SW konstruuje swą legendę smoleńską na przestrzeni dłuższego czasu. Na 10 Kwietnia nie jest ona w pełni przygotowana, co do wszystkich detali. Dodatkową ciekawostką z tymże mało znanym wywiadem SW z 10-04 jest to, iż – uwaga – dziennikarze nie zwracają się do polskiego montażysty przez ty. Używają grzecznościowej formy pan (np. A jak pan dobiegł na to miejsce, to samolot płonął? Albo: No, dobrze, dobrze, niech pan…), co w środowisku ludzi mediów należy do rzadkości, zwłaszcza gdyby to miał być ktoś „z branży” (wśród pytających słychać J. Olechowskiego z TVP Info). Byłoby raczej: weź, Sławek, opowiedz dokładnie, co widziałeś, jak tam było – albo byłyby głosy niedowierzania: Co ty pitolisz, stary, że ciał nie było widać – to niemożliwe! Por. też wywiad A. Klarenbacha (TVP Info) z SW, który też zwraca się do montażysty per pan (http://www.tvp.info/1658974/opinie/wywiady/gdybym-wiedzial-co-sie-stalo-usiadlbym-i-plakal/). Zwróćmy też uwagę na relację J. Mroza (pozaantenową, w TVN24), o której wspominałem w notce: http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/07/top-secret.html – Mróz nie mówi swoim ówczesnym kolegom z redakcji, że np. jakiś facet z TVP był świadkiem „katastrofy”. Natomiast na filmie Kruczkowskiego Na własne oczy (od 20’11’’ materiału wideo) SW w zarzuconym na głowę kapturze podchodzi przy głównej bramie XUBS do Batera, przedstawiając się jako ktoś z… Wiadomości TVP (moonwalker mówi: Na pewno się samolot rozwalił, bo tam byłem. Wiśniewski, „Wiadomości”, panie redaktorze Bater (i wyciąga rękę do uścisku). Jest to warte odnotowania w kontekście tego, co SW opowiada na posiedzeniu ZP, że nie mówił „strażakom” i ruskim bezpieczniakom, że jest „montażystą” telewizyjnym, bo „mogliby nie zrozumieć” i z tego względu przedstawiał się jako rieportier. Bater zresztą po tym krótkim przywitaniu z Wiśniewskim, mija go, nie wchodząc z nim w rozmowę, zapewne wziąwszy go za wariata i zaczyna się wykłócać z funkcjonariuszami FSB ubranymi na czarno. Przy czym SW może zostaje wzięty przez dziennikarzy za wariata, ale jego film wcale jako wariacki nie zostaje przez media potraktowany. Nadawany jest z całkowitą powagą jako reportaż „powypadkowy” – bez jakiejkolwiek weryfikacji.

[17] Zakładając, że nie wiedziałby ile samolotów miałoby przylecieć (dwa, trzy etc.) ani że nie wiedziałby, iż „dziennikarski jak-40” już wylądował na Siewiernym (bo np. mgła byłaby już tak wielka, iż nie można było tego stwierdzić z oddali, a nikt z redakcji TVP nie wysłałby do Wiśniewskiego żadnego SMS-a z taką wiadomością) – to musiałby SW wiedzieć, że polski samolot to statek powietrzny z grupą osób z prezydenckiej delegacji.

[18] Tym, który rankiem 10 Kwietnia ma na Okęciu „awarię” i nie mogą nim odlecieć dziennikarze: http://freeyourmind.salon24.pl/346023,samoloty-zastepcze-i-inne

[19] Rosjanie kazali nam czekać w samolocie – opowiada w książce Moja czarna skrzynka, s. 22. – Wszyscy się niecierpliwiliśmy, ale co mogliśmy zrobić? Miałem przedrzeć się przez Rosjan i sam chodzić po lotnisku, żeby jeszcze mnie tam zastrzelili? W końcu to wojskowy teren.

[20] Moja czarna skrzynka, s. 23.

[21] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/moonwalker-w-zonie-koli.html

[22] On [A. Duda z KP telefonujący do JS – przyp. F.Y.M.] mówi do mnie: „Jacek, czy widziałeś ciało Prezydenta?” Więc ja mówię, że nie widziałem. On mówi: „Rozejrzyj się, czy znajdziesz ciało Prezydenta?” Więc ja zacząłem tam trochę chodzić tak pomiędzy tymi częściami, ale stwierdziłem, że tak naprawdę nie jestem w stanie tutaj ani nikogo zidentyfikować, ani (…). Wiedziałem, że na pokładzie było 96 osób [tej wiedzy nie przekazał JS od razu po „katastrofie” do mediów, które jeszcze przez parę godzin 10 Kwietnia nie mogły ustalić konkluzywnie, ile osób (i kto dokładnie) było na pokładzie „prezydenckiego samolotu” – przyp. F.Y.M.], a widziałem zaledwie kilka ciał (…) które były rozrzucone, więc stwierdziłem, że tak naprawdę większość ciał znajduje się gdzieś tam w, prawda, w samolocie, prawda, czy (…) pod tymi częściami samolotu (…) (http://freeyourmind.salon24.pl/404659,2-przesluchanie-sasina-cz-1).

[23] Chyba że weźmiemy na serio przedziwną opowieść Sasina z filmu Syndrom katyński, gdzie mówi on o dzwoniących komórkach na „miejscu katastrofy”, kiedy „wynoszono ciała”. Ta opowieść Sasina okraszona jest w ruskim filmie fragmentem wideo Wiśniewskiego z… dzwoniącymi komórkami.

[24] Por. parę ujęć tu: http://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/04/17/rus-zdjecia-z-xubs/

[25] Pamiętam moment, w którym zorientowałem się, że to chyba to miejsce. Tam byli różni ludzie, byli strażacy, którzy jeszcze dogaszali takie jakby niewielkie ogniska. Nie było widać śladów żadnych wybuchów, ale jeszcze tu i tam się paliło. Byli ludzie z jakichś służb ratowniczych, medycznych… nie wiem, może mieli nosze, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie oni opuszczali już ten teren. Na wprost mnie było jakieś rumowisko i tam na szczycie zobaczyłem coś dziwnego… to była taka postać… korpus ludzki w jakimś swetrze… bez głowy… i wtedy zawróciłem. I pomyślałem sobie, że tak naprawdę nie jest możliwe, żeby po tych wszystkich miejscach chodzić. Tam była woda, błoto, były porozrzucane szczątki, jakieś pościnane brzózki. Wycofałem się również dlatego, że tak naprawdę nie było gwarancji, że nie chodzę po szczątkach ludzkich, że nie chodzę po moich koleżankach i kolegach. (Mgła, s. 96-97).

[26] W książce Mgła (s. 48) Sasin opowiada: Te ciała, które leżały, nie były w stanie umożliwiającym rozpoznanie. Widziałem ciała w nienaturalny sposób powykręcane czy z pourywanymi głowami na przykład. To mnie uderzyło bardzo mocno, widziałem kilka ciał, które miały urwane głowy, więc to było… coś takiego, co było wspólną cechą.

[27] Por. https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf ilustracje zamieszczone na s. 249-251.

[28] Przypomnę, że Bahr i jego kierowca G. Kwaśniewski, jak też M. Wierzchowski (twierdzący, że z nimi jechał autem, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że pojechał z T. Turowskim, skoro Bahr z Kwaśniewskim ostatecznie szli od ul. Kutuzowa na pobojowisko) udają się na „miejsce katastrofy” zaRuskami. To ci ostatni niejako „wskazują, którędy” się należy kierować, tzn. „gdzie spadł prezydencki tupolew”. Czemu tak się dzieje? Czemu niezbędni są „przewodnicy” na tych „drogach do wypadku”? Bo nie widać z oddali żadnego wielkiego, czarnego dymu, jaki powinien się pojawić po (niedawnym) rozbiciu się pasażerskiego samolotu. Wierzchowski na posiedzeniu ZP zaprzecza, by widział dym ani jakiekolwiek inne oznaki katastrofy ([AM] (…) nie widział pan, nie wiem… [MW] Nie. [AM] …kłębów dymu, czegokolwiek, błysku? Nic? [MW] Nic. (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska). Jest to rzecz o tyle zdumiewająca, że mimo tylu wtedy świadków w okolicy, nikomu nie udało się (ani z okien hotelu Nowyj, ani z ul. Kutuzowa, ani z żadnej innej strony) sfotografować z oddali dymu wskazującego miejsce, gdzie „spadł samolot”. No bo do tego, że nikt w Smoleńsku nie zdołał złapać w obiektyw „prezydenckiego tupolewa” (przed „katastrofą” i w jej trakcie), się zdążyliśmy przyzwyczaić.

[29] Z punktu widzenia ruskiej psychologii wojskowej zapewne „widok trupa” ma działać tak piorunująco. Elementem dodatkowo „zniechęcającym” przybyszy do „penetrowania terenu” („powypadkowego”) i „niezdrowej ciekawości” mają być połacie głębokiego błota, w którym elegancko ubrani, by nie rzec, wypicowani od stóp do głów, urzędnicy państwowi („panowie z Polski” w nomenklaturze sowieckiej) nie będą chcieli brodzić. Półgębkiem wspomina o tej ostatniej kwestii Wierzchowski (por. http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska: Ja poszedłem za nimi [osobami w białych fartuchach biegnącymi na „miejsce katastrofy”, tzn. wskazującymi Wierzchowskiemu „drogę” – przyp. F.Y.M.], znaczy, pobiegłem. Ciężko to nazwać biegiem. [AM: No tak, ja wiem. Przy takim terenie, to jest…] Trudno, no. Przy tym… Każdy gdzieś tam, mimo wszystko, ma odruch tego, żeby będąc w garniturze). Niemniej jednak, jak pamiętamy, tenże Wierzchowski, wpadłszy w okolice pobojowiska, ma wołać, może to nie ten samolot? oraz może to nie oni? To z kolei mogłoby świadczyć o tym, że „efekt pierwszego wrażenia” nie został dopracowany w stu procentach. Jednak obszar tego, co faktycznie jest widoczne na „miejscu”, pozostanie utajniony (nie licząc wypowiedzi „ujawnionej” po trzech latach od tragedii: Co to za manekiny? E. Jasiuk z ambasady – por. http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,Tomasz-Turowski-o-Smolensku-trzy-osoby-dawaly-bezwarunkowe-odruchy-zycia,wid,16073713,wiadomosc.html?ticaid=1134c0). Od czego jednak są media, które epatując widza „widokiem odwróconych kół za drzewami” dopowiedzą resztę o „katastrofie”, a nawet o jej „miejscu”. No i od czego będzie makabryczny cyrk z trumnami „załadowywanymi” przez pół dnia? Nikt chyba nie sądzi, że skoro zwieziono tyle trumien, to na „miejscu wypadku” nie byłoby tylu ciał.

[30] http://freeyourmind.salon24.pl/326062,z-tego-co-pozniej-widzialem

[31] Scenki te pewnie fragmentarycznie pokazał J. Kruczkowski w filmie Na własne oczy – por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-zamiast-trailera-lotc3b3w-do-katynia.pdf s. 28-29.

[32] SW nie mówi w odpowiedzi ani: Tak, oczywiście, że krążył – słyszałem jak dwukrotnie/trzykrotnie/czterokrotnie podchodził do lądowania ani też: Ależ skąd, wcale nie krążył – w ogóle nie krążył, tylko przyleciał gdzieś o 8:56/8:40/8:38 i od razu się rozwalił podczas lądowania.

[33] Por. infografiki tu: http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-lego-smolensk.pdf s. 59.

[34] https://www.youtube.com/watch?v=yifz6Se52kE od 2’15’’ materiału wideo.

Za: FYM (20 sie 2014)



Polski wkład w „raport MAK” (punkt węzłowy (3))

Widzę, że pan jest światowym ekspertem. Może by pan opracował przyczyny do naszego raportu?, miała w czerwcu 2010 r. zaproponować „akredytowanemu” płk. dr. E. Klichowi legendarna nie mniej od niego gen. T. Anodina[1]. Światowy ekspert jednak odmówił, jak twierdzi, lecz, jak z kolei zauważa M. Krzymowski w trakcie wywiadu-rzeki z Klichem, dwie kluczowe tezy raportu MAK-u – obecność gen. Błasika w kabinie i podatność załogi na naciski – tak naprawdę Rosjanom podsunęli Polacy[2]. To wszelako stanowczo za skromne podsumowanie „polskiego wkładu” w „raport MAK”. Ruska katastrofologiczna bumaga nie byłaby możliwa do opracowania bez przeprowadzonego przecież także przez Polaków – tu: ppłk. S. Michalak, płk. Z. Rzepa i ppłk. W. Targalski (plus gościnnie ppłk. B. Stroiński) – chałupniczego[3] „odsłuchu” zaszumionych „zapisów CVR” przypisywanych załodze PLF 101 i „gościom w kokpicie”. Bez „stenogramów rozmów w kabinie”, do których „MAK” mógł się wielokrotnie odwoływać, nie dałoby się uruchomić „na dobre i na złe” całej moskiewskiej narracji dotyczącej „prezydenckiego tupolewa”. A ściślej bez tego „kamienia węgielnego” (na który wskazywałem w Suplemencie[4]), jaki stanowią rozmowy załóg PLF 031 i PLF 101.

Ich treści zaś okazują się moskiewskim „badaczom” znane już w połowie maja 2010 (a więc na dwa tygodnie przed oficjalną publikacją „stenogramów” przez polskie MSWiA), jak można sądzić, skoro upublicznia je 19 maja 2010 tzw. wstępny „raport MAK” (w całości przedrukowany potem przez forpocztę moskiewskich katastrofologów, smoleńskiego fotoamatora i specjalisty od analiz smoleńskiego drzewostanu, doc. S. Amielina w jego książce Ostatni lot. Spojrzenie z Rosji) – wykazując jakby, że to właściwie załoga „Wosztyla” sprawowała niejako „kontrolę lotu” na XUBS, a nie szympansy[5]. To piloci PLF 031, którzy, jak potem odkryli Ruscy[6] (bo zrazu nikt o tym nie opowiadał), wylądowali na XUBS bez zgody „wieży”, mieli w kilku rozmowach podawać załodze PLF 101, jakie są (dynamicznie zmieniające się) warunki na smoleńskim wojskowym lotnisku oraz, co się na XUBS dzieje (vide „manewry iła-76”[7]). Mimo że „wstępny raport MAK” nie podaje literalnie treści tychże rozmów, a tylko je omawia, to od razu podane są dokładne godziny połączeń. Te zaś są zsynchronizowane w moskiewską osią czasu, na której uporządkowano „zdarzenia smoleńskie” – zgodnie z jej „punktem zero”, a więc tym, do którego się dostosowuje potem całą ofic. narrację, czyli z „godziną Morozowa” (a nie np. z „godz. Szojgu” (10:50[8]), „godz. Bastrykina” (10:40 rus. czasu[9]), „godz. Antufjewa” (10:38 rus. czasu[10]), „godz. Amielina” (10:39 rus. czasu – zerwanie się linii enrgetycznej przy XUBS), „godz. Wosztyla” (około 8:35 pol. czasu[11]), ani tym bardziej „godz. Pyzy” („około 10-tej” rus. czasu[12]), tudzież „godz. Bodina” („około 10-tej” rus. czasu[13]).

Wprawdzie legendarnego por. Wosztyla, jak sam przyznawał kiedyś, bodajże w rozmowie z red. Pyzą (w dniach „afery trotylowej”, gdy Wosztyl pojawił się na krótko na posiedzeniu ZP[14]), obowiązywał ze strony przełożonych zakaz udzielania wywiadów[15], ale chyba zakaz ten nie był taki do końca precyzyjny (tzn. nie dotyczył wszystkich mediów), skoro dla Czerskiej Prawdy[16] już dwa dni po „wstępnym raporcie MAK”, 21 maja 2010, czas na taki exclusive interview można było znaleźć[17]. I w tejże eleganckiej rozmowie, w której pewne rzeczy Wosztyl mówi, pewnych „nie może wyjawić”, A. Kublik z W. Czuchnowskim, świeżo upieczeni wtedy, wybitni znawcy lotnictwa i katastrof, światowi eksperci, można rzec (odwołując się do spostrzeżenia Anodiny odnoszącego się do Klicha), odwołują się właśnie do moskiewskich „ustaleń godzinowych”, jeśli chodzi o połączenia między PLF 031 a PLF 101. Są to, według nich, odpowiednio 8:25, 8:30 i 8:37, choć dalibóg Ruscy podają na konferencji ruskie namiary czasowe (stosownie do 10:41:06 jako „godziny katastrofy”). Domyślamy się jednak, że bystrzy redaktorzy Czerskiej Prawdy wiedzą w maju 2010, w jaki sposób „uporządkować zdarzenia” na polskiej osi czasu, choć 10 Kwietnia – od zawsze najlepiej poinformowana – Czerska Prawda podaje w nadzwyczajnym wydaniu nawet „8:57 polskiego czasu” jako „godzinę katastrofy”[18] – i wiedzą jaką zastosować „różnicę czasów”, by się w „zegarach smoleńskich” nie pogubić.  

Wosztyl, indagowany przez Czerską Prawdę o godziny połączeń PLF 031-PLF 101 (podawane przez „MAK” we „wstępnym raporcie”), odpowiada krótko: Nie spoglądałem na zegarek. I po sprawie. Choć wydawać by się mogło, że rozmaite „zegarki” i „zegary” należą do najczęściej używanych przez pilotów urządzeń. Nasuwa się tymczasem fundamentalne pytanie, wracając do „ustaleń MAK-u” (podanych 19 maja 2010): skąd miano by wiedzieć, kiedy dokładnie zachodzą połączenia radiowe między PLF 031 a PLF 101 w dn. 10-04[19]? Chyba nie z samego odsłuchu zapisów CVR, skoro tam, na tychże właśnie „nagraniach”, ani członkowie załogi jaka-40: chor. R. Kowaleczko, ani por. Wosztyl, ani chor. R. Muś, ani też drugi pilot PLF 101 ppłk. R. Grzywna – nie podają, o której godzinie/minucie zachodzi dana radiowa korespondencja (załoga PLF 031 nie podaje nawet pory swojego lądowania[20] ani też godzin/minut manewrów iła-76). Skąd mogliby te dokładne chwile połączeń PLF 031-PLF 101 znać owi odsłuchujący zapisy CVR, skoro (ruchomą) „godzinę katastrofy” ustalono na drodze „negocjacji” albo, mówiąc ściśle, zupełnie arbitralnie?

Można podejrzewać, że „godziny połączeń” radiowych między dwiema polskimi załogami – w ruskiej, zakrzywionej czasoprzestrzeni – zostałyby ustalone… na podstawie „zapisów z XUBS” zgranych chałupniczą metodą i – dodajmy dla porządku – nieopublikowanych, tak, nieopublikowanych 1 czerwca 2010 (wraz z „zapisami CVR” na stronie polskiego MSWiA). Jak jednak mógłby zauważyć w tym kontekście jakiś kompletny paranoik – najwyraźniej treści rozmów między PLF 031 a PLF 101, jak i godzin połączeń nie ustalano by na podstawie drobiazgowych przesłuchań członków załogi PLF 031 (np. przeprowadzonych 10 Kwietnia po powrocie jaka-40 bn. 044 do Polski). To byłoby przecież najprostszym, także ze względów technicznych, zabiegiem do wykonania, niewymagającym ani chwili żmudnych „badań fonoskopijnych”. Co więcej, treści tychże rozmów (między polskimi załogami) oraz poszczególne (choćby orientacyjne) godziny połączeń z 10-04, można by upublicznić już nazajutrz po „katastrofie”. A jeśli nie nazajutrz, to w poniedziałek, 12-04-2010, zanim cokolwiek w tej materii orzekłby „MAK”.

Na to najprostsze rozwiązanie jednak jakoś „nikt nie wpadł” nad Wisłą, choć tu takie tęgie głowy od tylu strategii i sytuacji kryzysowych pracują non-stop – a zwłaszcza głowy od zabezpieczania taśm najprzeróżniejszych. Jakimś „zrządzeniem losu”, dodatkowo, nadpisuje się 10 Kwietnia taśma CVR tegoż „Wosztylowego” jaka-40 w drodze ze Smoleńska do Warszawy, taśma, która, nie ma co kryć, winna być bezwzględnie zabezpieczona przez polskie służby już w Smoleńsku[21]. Jakimś przypadkiem też „taśmy jaka-40” mające rejestrować połączenia radiowe załóg lecących na Siewiernyj (tu, wedle legendy, „Frołowa” oraz „Protasiuka” wyłącznie[22]) trafiają na długie lata do wojskowego depozytu. Jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności „zapisy CVR” PLF 101 okażą się tak zaszumione, zabuczone buczeniem ruskiego prądu etc. i wymagające tak wielu filtracji[23], że powstanie kilka odmiennych wersji „odsłuchanych”[24], a jeszcze więcej wersji „apokryficznych”, zasłyszanych od kogoś „zbliżonego do” źródła słuchającego[25]. Jakieś fatum zaś sprawi, że „zapisy z XUBS” [26], czyli dialogi szympansów mundurowych, ujrzą światło dzienne dopiero po opublikowaniu „końcowego raportu MAK”, a więc w styczniu 2011. Nie wcześniej, mimo że polska strona posiada kopie „rozmów na wieży” w drugiej połowie kwietnia 2010.

Zapisy rozmów „kontrolerów”, podane do publicznej wiadomości odpowiednio wcześnie, pozwalałyby po pierwsze: skonfrontować to, co dałoby się „odsłuchać” z „rozmów w kokpicie PLF 101”, jak i to, w jaki sposób wyglądały inne korespondencje radiowe na linii XUBS-załogi – (skonfrontować) z tym, co zeznają piloci PLF 031 (gdyby tych ostatnich szczegółowo przesłuchano). Po drugie, pozwalałyby ustalić, jak miała wyglądać łączność „Korsaż”-PLF 031, którą „wstępny raport MAK” z 19 maja 2010 pomija milczeniem. Tak jak i pomija milczeniem sprawę niewydania zgody na lądowanie PLF 031 na XUBS[27], o których to (niewydaniu zgody i lądowaniu) należałoby wspomnieć na (majowej) konferencji „MAK-u” jako o incydencie lotniczym poprzedzającym w Smoleńsku cały ciąg „incydentów” typu: „katastrofalne przeloty iła-76” oraz „katastrofa smoleńska prezydenckiego tupolewa”. Patrząc zresztą na unikatowy „zapis mgły” dokonywany z parapetu hotelu Nowyj przez polskiego montażystę, prezentowany fragmentarycznie w styczniu 2011 przez KBWLLP wraz z wycinkami „zapisów z XUBS”, a następnie przedstawiony w „większych całościach” na posiedzeniu ZP, jakiś baran mógłby zadać pytanie: jak to się stało, że w tak gęstej mgle (widzimy ją, zgodnie z „zegarem kamery” już o 7:19 pol. czasu) 10 Kwietnia nie dochodzi do „katastrofy jaka-40” lecącego nad zdradliwym jarem po wschodniej stronie lotniska, jarem, nad którym „głupieją wysokościomierze”? No bo, że załoga „Frołowa” niejako „ociera się o katastrofę”, to wiemy z relacji świadków z jaka-40 – ale z kolei i „Frołowa” zapisy CVR jak i inne dane okazały się „niepublikowalne” dla „MAK” i KBWLLP.

Historia z „zapisami z XUBS” (dialogi szympansów w „wieży”) jest intrygująca jednak nie tylko dlatego, że nie zostają one upublicznione równolegle z „zapisami CVR” PLF 101 (te ostatnie, przypomnę, wychodzą w dn. 1-06-2010, te pierwsze zaś, mimo że do ich „deszyfracji” nie trzeba było wielomiesięcznego odbuczania, dobre pół roku później dopiero). Przede wszystkim intryguje ona z tego powodu, że oba „nagrania” opublikowane są w wersjach „stenogramowych” – nie udostępnia się ich w całości w wersjach audio. Nigdzie i nigdy. Wprawdzie zarówno „MAK”, jak i KBWLLP posługują się w swych prezentacjach/na konferencjach fragmentami zapisów dźwiękowych, ale nie istnieje żadne oficjalne źródło, z którego można by pobrać pełną kopię „nagrań” (czy to „rozmów z kokpitu PLF 101”, czy dialogów „kontrolerów”). To w rezultacie skutecznie uniemożliwia przeprowadzenie jakiejkolwiek niezależnej analizy tychże magnetofonowych zapisów i porównania ich ze „stenogramami”. Przypadek to taki, jak ze „zniknięciem” karty z zachodnim podejściem do lądowania na XUBS – „zniknięciem” i z „dokumentacji MAK”, i z tej KBWLLP.

I na koniec warto wrócić do… pominiętych i pomijanych systematycznie przez katastrofologów przesłuchań członków załogi PLF 031. Zeznań pilotów „Wosztyla” (ani stewardessy) nie opublikowano w jakimś oficjalnym dokumencie, a przecież obfitują one w liczne zagadki. Zagadka goni w tych relacjach zagadkę – nawet, a może zwłaszcza, w tych przeciekach dot. protokołów zeznań, które pojawiły się w mediach – ba, również na posiedzeniu ZP z udziałem Wosztyla. Oczywiście ZP skoncentrowany usilnie na „eksplozji tupolewa w przestworzach” nie dostrzega tych wielu zagadek w zeznaniach członków załogi PLF 031, ale my możemy na nie zwrócić uwagę. Nie chodzi o „zgodę kontrolerów na zejście do 50 metrów” – tę kwestię obtrąbiono w mediach i „wyjaśniono”, że piloci jaka-40 musieli się przesłyszeć, a poza tym słabo znali ruski. Nie chodzi również o to, że wg Wosztyla (zeznania z 10-04) mieli wylądować jakiem-40 o 9:25 rus. czasu[28], co by znaczyło, że na mgielnym sitcomie widać „zarys jaka”, a nie „zarys iła” :).

Chodzi o to, że 1) Wosztyl zeznaje (10 Kwietnia, zaznaczam, na długo nim „stenogramy CVR” PLF 101 się zmaterializują), że korespondencję ze smoleńską wieżą prowadzi zrazu nawigator por. A. Ziętek – i o to, 2) że Muś zeznaje 23 czerwca (2010) (co przypomina ZP na swym historycznym posiedzeniu z Wosztylem): w końcowej fazie lotu kontroler zapytał się, czy chcą lądować. Załoga odpowiedziała, że warunkowo podejdziemy. Kontroler wyraził zgodę na podejście.  

Otóż ani korespondencji Ziętka nie ma w „zapisach CVR” PLF 101 (tę ma prowadzić od razu mjr A. Protasiuk), ani nie ma pytania żadnego „kontrolera” z „Korsaża”, czy załoga „prezydenckiego tupolewa” chce na Siewiernym lądować. Nie ma też odpowiedzi polskich pilotów na takie pytanie – sformułowanej w postaci: warunkowo podejdziemy. I nie ma wypowiedzianej zgody na lądowanie ze strony „kontroli” XUBS. Ponadto, przypomnę, co wielokrotnie sygnalizowałem, „kontrola” nie przekazuje załodze PLF 101 kursu lądowania (posadocznyj 2-5-9) ani też załoga PLF 101 nie deklaruje, że będzie wykonywać lądowanie (posadku); nie prosi także o kurs lądowania ani o zgodę na wykonanie lądowania.

Czy dlatego „kamień węgielny” (oficjalnej narracji) w postaci korespondencji między polskimi załogami rzeźbiono tygodniami z zupełnie innego kruszcu aniżeli zeznania pilotów PLF 031, z których to relacji wyłania się zupełnie odmienny obraz zdarzeń z 10-04 od tego, który aż za dobrze znamy? Ktoś może tu powiedzieć: zaraz, ale czy Protasiuk nie ogłasza „kierownikowi” Plusninowi: jeśli można, to spróbujemy podejścia, ale jeśli nie będzie pogody, to odejdziemy na drugi krąg? Owszem, takie, powiedzmy, zgłoszenie, się pojawia w „stenogramach” – tyko że nie w końcowej fazie lotu, jak to miał słyszeć Muś – a (trzymając się czasu „stenogramów”) zaraz po nawiązaniu łączności z „Korsażem” i… po wypowiedzi Plusnina: warunków do lądowania nie ma. Tak więc, po pierwsze, Protasiukowi (jeśli faktycznie byłaby to autentyczna odpowiedź na komunikat płynący z „Korsaża”) nie chodzi o lądowanie, a o kontrolne zajście (podchod). Po drugie – (i to chyba ważniejsze, jeśli bierzemy pod uwagę ewidentny aspekt manipulowania „zapisami CVR”) – nie wiadomo, czy Muś mógłby tę korespondencję w ogóle słyszeć, a nawet jeśliby jakoś słyszał, to czy by na nią zwracał uwagę, skoro równocześnie (wedle „zapisów”) z rozmową Protasiuk-Plusnin toczyłaby się rozmowa Grzywny i Wosztyla przez radio. 

Jeśli więc Muś słyszał to, o czym zeznawał, to jest to kolejny dowód na to, iż „kamień węgielny” moskiewskiej legendy wykonany został z paskudnej podróbki i zarazem wyjaśnienie, dlaczego zdeponowane „taśmy jaka” z wolna pokrywają się zielonkawym mchem. Zwłaszcza że do ich odzyskania wcale nie potrzeba „sprowadzania wraku” ze Smoleńska.

Free Your Mind

[1] Moja czarna skrzynka, s. 119.

[2] j.w., s. 132. „Gruzińska opowieść” z „raportu MAK” wskazywałaby także na jakiegoś polskiego ghostwritera.

[3] O warunkach, w jakich dokonywano „odsłuchu” wspomina i Rzepa (http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora) i Targalski (http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110827&typ=po&id=po03.txt). O przesłuchaniach Wosztyla w Moskwie przez ruskich prokuratorów wspomina zaś chor. R. Muś (6 lipca 2010, więc już po publikacji CVR-1); mogły one posłużyć do „ustalania szczegółów” tego, co się miało (10 Kwietnia) „zapisać na taśmach” http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/dostalismy-zgode-na-50-metrow-tu-154-i-il-tez,138702.html.

[4] https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf

[5] Cytuję za Amielinem (s. 161-162), punkt 6 „wstępnego raportu” określony jako: Po poinformowaniu załogi o tym, że pogoda na lotnisku docelowym jest gorsza od ustalonego minimum: a) W trakcie lotu załoga była niejednokrotnie informowana o tym przez kontrolerów Mińska [por. na ten temat: http://freeyourmind.salon24.pl/583527,kotwica-smolenska – przyp. F.Y.M.], Smoleńska [jak widać, nie Moskwy – przyp. F.Y.M.], a także przez załogę Jaka-40Sił Powietrznych Polski, który dokonał lądowania na lotnisku o 9:15, czyli w przybliżeniu 1 godz. 30 min przed katastrofą. b) Gdy około 27 minut przed katastrofą samolot podczas schodzenia przekroczył wysokość 7500 metrów, kontroler z Mińska zawiadomił załogę, że na lotnisku docelowym jest mgła, widoczność 400 metrów. c) Po nawiązaniu łączności z lotniskiem Smoleńsk Siewiernyj załoga dwukrotnie otrzymała informację, że na lotnisku jest mgła, widoczność 400 metrów, nie ma warunków do lądowania. d) W tym samym czasie (około 16 minut przed katastrofą) od załogi polskiego samolotu Jak-40 załoga Tu-154M otrzymała informację, że widoczność wynosi 400 metrów, a widoczność pionowa 50 metrów. e) Około 11 minut przed katastrofą załoga Jaka-40 poinformowała, że załoga rosyjskiego Iła-76 wykonała dwa podejścia do lądowania i odleciała na lotnisko zapasowe. f) Cztery minuty przed katastrofą załoga Jaka-40 poinformowała, że ocenia widoczność na 200 metrów.

[6] http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/kontroler-jak-40-nas-zignorowal,136232.html

[7] Zauważmy, że o „Rosjan” załoga PLF 101 pyta pilotów PLF 031, a nie „kontrolerów”. Ci ostatni w ogóle o przelotach „Frołowa” nie informują załogi „prezydenckiego tupolewa” – nie podają jej nawet wiadomości, gdzie ił-76 odleciał.

[8] Podawaną przez Szojgu Putinowi podczas wieczornego spotkania 10 Kwietnia przed kamerami telewizyjnymi w namiocie na Siewiernym (por. Biała księga (ZP), s. 150: Szanowny Włodzimierzu Włodzimierzowiczu, dziś o godz. 10:50 przy podchodzeniu do lądowania na lotnisku Smoleńsk-„Północny” zniknął z radarów [propał s radarow – przyp. F.Y.M.] samolot Tu-154 M wykonujący przelot na trasie Warszawa-Smoleńsk.).

[9] http://freeyourmind.salon24.pl/416196,posiedzenie-z-udzialem-moonwalkera-1 Macierewicz podaje: Jak państwo świetnie pamiętacie, przez długi czas żyliśmy w przekonaniu, że tra-, że katastrofa wydarzyła się o godzinie 8:56. Utrzymywano blisko miesiąc społeczeństwo polskie i nie tylko w takim przekonaniu, w sytuacji, w której prokuratorzy rosyjscy w obecności prokuratorów polskich już o godzinie 23. wieczorem 10-04 ocenili, że katastrofa miała miejsce o godzinie 8:40.

Por. też Biała księga (ZP), s. 160-161.

[10] http://freeyourmind.salon24.pl/286838,bilokacja-o-8-38

[11] http://freeyourmind.salon24.pl/577126,zegarek-por-wosztyla

[12] http://freeyourmind.salon24.pl/297779,zakrzywienie-czasoprzestrzeni

[13] To było 10 kwietnia około godziny 10 rano. Była taka gęsta mgła. Akurat wracałem z daczy. Patrzę, a tu samolot leci bardzo nisko. Myślę: co on, zamierza lądować? A potem – to był moment, a on był już tu – dokładnie nade mną. Ja się schowałem pod płotem, a jego silniki zaryczały. Wtedy chyba oni zauważyli brzozę – relacja Bodina z filmu dok. Smoleński lot (por. też: http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-wl3.pdf s. 15).

[14] https://www.youtube.com/watch?v=Ii0IJin9s_Q od 11’29’’. Na tymże posiedzeniu nie poproszono (mocno zdenerwowanego) Wosztyla o odtworzenie 1) sytuacji na Okęciu przed wylotami, 2) przebiegu lotu PLF 031 i korespondencji radiowej z „Mińskiem”, „Moskwą” i „Smoleńskiem”, 3) tego, co się działo na Siewiernym po wylądowaniu PLF 031, 4) czy ruskie służby w żaden sposób nie ingerowały w pobyt załogi podczas oczekiwania po wylądowaniu itd. No ale ZP takimi kwestiami nie musi się zajmować, eksplorując od lat jedynie „końcóweczkę” lotu PLF 101.

[15] Wosztyl stwierdza to też na wstępie swej wypowiedzi na posiedzeniu ZP: będąc jeszcze, żałuję, że w czynnej służbie, dostaliśmy zakaz wypowiadania się na ten temat (…) gdybyśmy złamali zakaz, czego żołnierzowi nie wolno robić, być może zostałoby to przedstawione w zupełnie innym świetle. Wosztyl wtedy nie przypomina sobie, by PLF 031 dostał 10 Kwietnia komendę dot. 50 m jako wysokości decyzji (być może mi umknęła). Twierdzi ponadto, że nie słyszał korespondencji „Frołowa” z „Korsażem”. Potwierdza natomiast zeznania Musia (co do 50 m jako proponowanej przez „kontrolę” smoleńską wysokości decyzji – załodze PLF 101), dlatego też zdziwiło mnie, że pewnego elementu nie było w stenogramie. Nie wiem, z jakiej przyczyny, nie chcę się wypowiadać, nie chcę dywagować na ten temat. Wosztyl dodaje jedną istotną informację a propos Musia: Po lądowaniu w Warszawie (…) on był jednym człowiekiem z naszej załogi, która jeszcze raz przesłuchała taśmy na miejscu, dlatego być może on coś jeszcze dodatkowo wyłapał. I tutaj nie chcę się rozwodzić nad tym (…) w dłuższej wypowiedzi. Tak że na razie mam tyle do powiedzenia. Dziękuję. Na pytanie Macierewicza (dot. komunikatu o 50 m skierowanego do załogi PLF 101) Wosztyl odpowiada: Tak, słyszałem taką komendę i wielokrotnie to powtarzałem podczas przesłuchań w prokuraturze, czy nawet, jeżeli chodziło o pytania ze strony rosyjskiej o pomoc prawną. Wielokrotnie się na ten temat wypowiadałem, podtrzymuję swoje zdanie. Natomiast nie jestem w stanie wyjaśnić, skąd się biorą te rozbieżności [ze „stenogramami” – przyp. F.Y.M.].

[16] http://wyborcza.pl/1,76842,7913721,Tupolew_wcale_nie_ladowal.html?as=3

[17] W filmie A. Gargas zobaczymy go (jako udzielającego specjalnego wywiadu do kamery) dopiero w Anatomii upadku 2. Jak pamiętamy, krótkiego interview zakończonego „uśmiechem Giocondy” udziela też Wosztyl w maju 2010 dla rządowego TVN24: https://www.youtube.com/watch?v=AzMgBbTW95Y.

[18] https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-timebreaker.pdf s. 4.

[19] Ani „badacze” z Moskwy, ani ci z Warszawy nie byli na XUBS 10 Kwietnia w godzinach porannych i przedpołudniowych.

[20] Na pytanie Grzywny: A wyście wylądowali już? (świadczące, że załoga PLF 101 nie nawiązywała łączności z pilotami PLF 031, gdy ci lecieli) Wosztyl odpowiada enigmatycznie: No, nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować. Jak zwracałem uwagę w Suplemencie (s. 33), gdzie obszernie analizowałem rozmowy pilotów obu załóg (https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-suplement.pdf), Wosztyl nie podaje tu ani konkretnej godziny lądowania (Wylądowaliśmy o tej a o tej), ani nawet przedziału czasu, jaki upłynął od momentu wylądowania do nawiązania łączności przez PLF 031 z PLF 101 (Wylądowaliśmy 10/20 minut/pół godziny/godzinę temu).

[21] Naturalnie to założenie wynikające z analizy ofic. przekazu medialnego. Nigdy nie pojawiła się informacja (przynajmniej ja sobie nie przypominam), jakoby polskie służby zabezpieczyły zapisy rejestratora fonicznego jaka-40 bn. 044, nim wrócił on z urzędnikami prezydenckimi i kilkoma dziennikarzami ze Smoleńska do Warszawy. Było zaś na takie zabezpieczenie mnóstwo czasu, zważywszy na fakt, iż przez kilka godzin „jaczek” stał bezczynnie na płycie XUBS.

[22] Swoją drogą, ciekawe, czy zapisał się na „taśmie jaka” dialog z godz. 10:27/10:28 rus. czasu między ruskimi załogami dotyczący zrzutu i zniżania na wschód, który odnotowany jest w „stenogramach CVR” PLF 101. Muś (zapewne, jak Wosztyl, objęty zakazem udzielania wywiadów) w lipcowym (2010) ekskluzywnym interview dla rządowej telewizji przyznaje, iż włączali i wyłączali magnetofon zainstalowany na pokładzie: na naszym (JAK-a) magnetofonie, który miałem okazję raz później przesłuchać w obecności żandarmów, nagrana jest cała korespondencja Iła z wieżą. Po tym jak Rosjanie odeszli na inne lotnisko magnetofon, tak jak wiele innych odbiorników, wyłączyliśmy. Byliśmy tam bez akumulatorów a nie wiedzieliśmy, czy dojedzie zasilanie lotniskowe. Później włączyliśmy już tylko naszą radiostację, bez magnetofonu. Szkoda. http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/dostalismy-zgode-na-50-metrow-tu-154-i-il-tez,138702.html.

[23] Na temat filtracji „zapisów CVR”, por. „raport MAK”, s. 70: W celu poprawy „zrozumiałości” mowy zastosowano różnego rodzaju metody filtracji.

[24] http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport-cvr.pdf „Raport MAK” podaje, że już 17 czerwca (zaledwie 16 dni po opublikowaniu pierwszej wersji przez MSWiA) sygnowana jest druga wersja „stenogramów” (rozmów w kokpicie PLF 101), na której z kolei opiera się „raport MAK” (s. 71): niniejsze sprawozdanie opracowano z uwzględnieniem wersji 2 transkrypcji (protokołu) rozmów, podpisanej przez rosyjskich i polskich specjalistów 17 czerwca 2010 roku. Jak jednak wiemy, żaden „stenogram CVR” nr 2 nie jest dołączony do „raportu MAK”.

[25] Przy czym do dziś (sierpień 2014) nie wiadomo, czy te „odsłuchane” również nie są „apokryficzne”.

[26] Gruntownie je omawiałem w opracowaniach: http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_zapisy_z_xubs-1.pdf, http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_zapisy_z_xubs-2.pdf i http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_zapisy_z_xubs-3.pdf

[27] http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/kontroler-jak-40-nas-zignorowal,136232.html

[28] http://rebelya.pl/post/2798/zeznania-por-wosztyla-mowi-do-nich-zeby-nie-sch

Za: FYM (28 sie 2014)



Punkt węzłowy (4) – zawiła historia KBWLLP

W poprzednich trzech notkach z tego cyklu poruszałem zagadnienia: 1. „Znikniętej” komunikacji kpt. A. Ziętka z „Korsażem”, 2. Kursu lądowania – (rus. „posadocznyj”), o którym nie rozmawia załoga PLF 101 z „kontrolą” Siewiernego, 3. Zaginionej (w dokumentacji oficjalnej) karty podejścia z zachodnim (tu KM 79) kursem podchodzenia na XUBS[1], 4. Braku grozy na filmie S. Wiśniewskiego z „miejsca katastrofy”[2], 5. Pominięcia zeznań członków załogi jaka-40 (PLF 031) w rekonstrukcji przebiegu rozmów między PLF 031 a PLF 101[3]. Teraz „węzeł” (niekoniecznie gordyjski), który można by określić lakonicznie jako:

Pseudobadania pseudokomisji

Nie chodzi o „MAK”, bo tę moskiewską komedię omówiono w wielu miejscach. Chodzi o polską komisję, która, jak zaznaczałem, winna się zwać „komisją Klicha-Grochowskiego-Millera”. Potocznie przyjęło się mówienie o „komisji Millera”, więc ja również tego skrótu myślowego używam, choć nie jest on precyzyjny. 10 Kwietnia powinna powstać/zadziałać „komisja Grochowskiego”[4]. To płk M. Grochowski był wtedy szefem „inspektoratu bezpieczeństwa lotów” MON, a „katastrofa” miała spotkać/spaść na/dotknąć etc. samolot 36 SPLT. Jeśli więc już miałaby powstać jakaś nadzwyczajna komisja (wojskowa), analogiczna jak KBWLLP powołana do zbadania katastrofy CASY (w styczniu 2008)[5], to pod kierownictwem Grochowskiego i on winien być ewentualnym „akredytowanym” nr 1. Jednak wcale nie leci on do Smoleńska w dniu „katastrofy” (i w ostateczności nie on stanie na czele KBWLLP, a ówczesny szef MSWiA, min. J. Miller niemający nic wspólnego z lotnictwem[6]).

O godz. 15:30 jakiem-40 wraz z kilkuosobową ekipą ekspercko-prokuratorską wybiera się na Siewiernyj płk dr E. Klich (późniejszy „akredytowany”, ale zarazem osoba niezaliczana oficjalnie do KBWLLP[7]), do którego w godzinach przedpołudniowych telefonuje sam „menażer”[8] A. Morozow z „MAK-u”[9], mimo że Klich jest wtedy szefem komisji badającej wypadki cywilnych samolotów, zaś statek powietrzny wojskowego specpułku za cywilny samolot pasażerski raczej nie mógł być uważany[10]. Klich z towarzyszącymi mu przedstawicielami polskiej strony po wylądowaniu na Siewiernym spędza 2 godziny w samolocie, po czym zostają oni odwiezieni autokarem pod namioty stojące nieopodal muru lotniska (gdzie zrobiono wyłom). Stamtąd spacerem odbywają króciutką[11] wycieczkę po księżycowym krajobrazie polanki samosiejek, ograniczoną do zony Koli i okolic „ogona”, przy którym okazane zostają Polakom „czarne skrzynki”[12].

„Badania” na polance samosiejek, przy brzozie i w zdradliwym jarze po wschodniej stronie XUBS, trwające „cały dzień, do nocy”, jak ujmie Grochowski w wywiadzie dla Naszego Dziennika[13], odbywają się więc nazajutrz po „upadku tupolewa”, w niedzielę, 11-04-2010 (gdy pobojowisko jest już od kilkunastu godzin w trakcie „sprzątania”). Z tym „całym dniem” to pewna przesada; ekipa Grochowskiego przybywa do Smoleńska w godzinach popołudniowych – jak pisze Klich[14]. Ale jeśliby doliczyć terenowe prace Klicha i jego ekipy tego dnia[15], to „cały dzień” by się może uskładał[16]. Rzecz jasna, z pominięciem czasu na uroczystości „pożegnania ciała Prezydenta” uniemożliwiające ekspertom poruszanie się po lotnisku i w okolicy[17]. Klich tego popołudnia „przekazuje kierowanie Grochowskiemu”[18] (jak się jednak wnet okaże, to Klich zostanie mianowany przez Moskwę dyrygentem polskiej orkiestry na jej występach w Smoleńsku i Moskwie; potem zaś zostanie „zdetronizowany” przez Millera)[19]. I właściwie na tych „całodniowych pracach” na „miejscu katastrofy” kończą się „terenowe badania” przyszłej KBWLLP[20]. Już od poniedziałku (12-04-2010) prace sprowadzają się do „egzekutyw” z radzieckimi wojskowymi i uczonymi. „Miejsce katastrofy smoleńskiej” zostaje w ciągu paru dni doprowadzone do porządku buldożerami, spychaczami i koparkami, z wydatną pomocą setek „ratowników”, aczkolwiek „ziemia będzie oddawać” jeszcze tygodniami i miesiącami rozmaite szczątki na polance samosiejek – akurat wtedy, gdy w tamtych okolicach będą się pojawiać wycieczki z Polski – zwłaszcza z mediów związanych ze szkołą Macierewicza wyspecjalizowaną w znajdowaniu dowodów „katastrofy”.

Ale nie tylko wtedy. Zrazu bowiem, podczas wielkiego sprzątania pobojowiska przy Siewiernym, „ziemia oddaje” przede wszystkim różne ważne urządzenia lotnicze, choć niekoniecznie „oddaje” je wtedy, gdy są w pobliżu polscy eksperci lub wojskowi. Przykładowo w poniedziałek podczas narady u „gen. Bajnietowa” (12-04) „okazany zostaje” przedstawicielom polskiej strony słynny rejestrator szybkiego dostępu, czyli ATM[21] cudownie znaleziony na „miejscu katastrofy” (przewieziony do Warszawy już 17-04-2010[22], a więc zaledwie tydzień po „zdarzeniu”, a 5 dni po „okazaniu”). Zachodzi to „komisyjne okazanie” wprawdzie dopiero dwa dni po „katastrofie”, ale to i tak bardzo szybko w porównaniu z losem tych urządzeń, których smoleńska ziemia już „nie odda”, jak np. rejestratora K3-63[23] czy większych fragmentów „prezydenckiego tupolewa”, jak choćby kokpitu[24]. Dzień lub dwa dni później po ATM-ie „ziemia odda” szczątki cudownie ocalałego rejestratora KBN-1-1, który zostaje dostarczony 14 kwietnia 2010 do Moskwy[25]. Kiedy dokładnie zachodzi „oddanie” przez „ziemię” komputera pokładowego PLF 101, czyli FMS-a[26] oraz TAWS-a – nie jest jednak w żadnej dokumentacji podane. Nie ma to zresztą większego znaczenia, tak jak i to, gdzie dokładnie i kiedy „znaleziono czarne skrzynki” – ponieważ oryginały tych urządzeń i tak nie zostaną przekazane polskiej stronie. I jako takie okażą się w „badaniach” KBWLLP w ogóle niepotrzebne[27].

Katastrofologom znad Wisły wystarczają znakomicie wykonane radzieckie kopie oraz owocne narady w Moskwie. Nie przeprowadzają oni nie tylko szeroko zakrojonych „badań terenowych”, ale i żadnych szczegółowych „badań wraku”[28] (co zrozumiałe, skoro Klich wie już 10-go Kwietnia w drodze do Smoleńska, jakie są „przyczyny katastrofy”[29]). Co więcej, pojawia się też drobny problem ze zbadaniem pracy „kontrolerów”. Diabli smoleńskie sprawiają, że 10 Kwietnia „nie działa” sprzęt wideo w „wieży”[30]. Potem zaś wyłaniają się trudności z prześledzeniem pracy „wieży” podczas „oblotu” na XUBS[31]. Ponadto mnóstwo radzieckich dokumentów nie może się, w ferworze poszukiwań, znaleźć (por. polskie Uwagi). Te zaś, które się odnajdują, wykazują się pewnymi drobnymi usterkami[32]. I tak dalej, i tak dalej.

To wszystko bynajmniej nie zniechęca badaczy z KBWLLP, którzy potrafią zbadać Zdarzenie nawet bez materiału dowodowego. Malkontenctwem jednak byłoby twierdzenie, że NIC owi badacze nie mają, tudzież, że mają wyłącznie to, co „Moskwa” niezbyt hojną ręką „dała/przekazała/udostępniła/skopiowała” – i że w ten jedynie sposób, tj. łatając, czym się da[33], konstruują swoją rekonstrukcję Zdarzenia. Mają oni wszak np. bezcenne „taśmy z XUBS” zgrywane chałupniczą metodą kilka dni po „katastrofie” (bo przecież „w dniu katastrofy” się nie dało). Mają też, co warte odnotowania, własne źródła – jak choćby materiał poglądowy w postaci mgielnego sitcomu, czyli filmowania pogody zaokiennej z parapetu przez S. Wiśniewskiego, który przypadkiem[34] miał wystawić kamerę w smoleńskim hotelu akurat na wschodnią ścieżkę podejścia na tamtejsze wojskowe lotnisko. Premierowa prezentacja fragmentu tego materiału zachodzi w styczniu 2011, kilka dni po „zakończeniu prac” przez „MAK”.

KBWLLP ma poglądowe materiały, do których nie odwołuje się „MAK”. Mgielny sitcom Wiśniewskiego należy tu do „perełek” gdyż, jak wiemy z lektury Uwag, Ruscy nie udostępniają polskiej stronie danych dotyczących operacji lotniczych w strefie lotniska Siewiernyj w dniu 10-04. Także danych dot. iła-76[35], typu zapisy CVR etc. Tylko paranoik mógłby się doszukiwać tu jakiegoś drugiego dna i sądzić, że Ruscy coś ukrywają – aczkolwiek jakiś inny paranoik mógłby wskazać na to, że i polska strona nie upublicznia danych dot. z kolei „Wosztyla” (zapisy CVR itd.), co do którego nie wiadomo, kiedy dokładnie wylądował „w dniu katastrofy”, jaką trasą leciał i jak komunikował się z białoruską i ruską „kontrolą”. Ktoś rozsądny – z tych, co świetnie rozumieją funkcjonowanie instytucji katastrofologicznych dysponujących wybrakowanym i/lub spreparowanym materiałem dowodowym – mógłby rzec, iż działania „Frołowa” i „Wosztyla” nie miały nic wspólnego z „katastrofą smoleńską”. To nieprawda. Wiemy, że komunikacja PLF 101-PLF 031 to kamień węgielny oficjalnej narracji (pojawia się on już w drugiej połowie maja w tzw. wstępnym „raporcie MAK”), a poza tym załoga „prezydenckiego tupolewa” dopytuje pilotów jaka-40 o „przylot Rosjan” (do dziś nie wiadomo, jakich/jaki) – tak jakby był on skorelowany z przylotem PLF 101. (Co więcej, informacja o wylocie „Frołowa” (ponoć o 6:33 pol. czasu), podawana na „wieży” XUBS, mogłaby sugerować, iż ił-76 zostaje poderwany i skierowany na Siewiernyj w związku z ówczesnym wylotem PLF 101.)

Mgielny sitcom okazuje się unikatowym materiałem KBWLLP „wypełniającym lukę” w postaci braku zapisów związanych z iłem-76, a szczególnie ze „smoleńską mgłą”, która już o 7:19 pol. czasu (zgodnie z „zegarem kamery”) ma być taka jak o 8:37, kiedy montażysta S. Wiśniewski „zdejmuje kamerę” po nadejściu „blacharzy”[36]. Przypadek sprawia, iż SW „nie zdąża” sfilmować podejścia do lądowania „Wosztyla” (choć o 7:19, jeśliby się trzymać „zegara kamery” i ofic. danych, winno być słychać z hotelowego okna końcówkę kołowania PLF 031 po płycie lotniska)[37]. Wiśniewski „zdąża” natomiast z rejestrowaniem „Frołowa”, do którego katastrofy też nie dochodzi, mimo że świadkowie twierdzą (załoga i pasażerowie jaka-40), jakoby skrzydłem niemal o ziemię zahaczał. Pilot „Frołowa” ma dać pełną moc silników, podrywając samolot w ostatniej chwili[38], lecz nie słychać tego gwałtownego skoku obrotów na mgielnym sitcomie. Tak jakby nagrał się tam… jakiś inny „przelot”. Może nie ten pierwszy? Jeśli zaś „nie-pierwszy”, to który? To pytanie do SW.

Niemniej jednak, jako pierwszy właśnie, czyli z godz. 7:25, przedstawiany jest ten przelot (rzekomo iła[39]) oficjalnie przez KBWLLP i ppłk. R. Benedicta w styczniu 2011[40]. KBWLLP prezentuje wtedy (i w swej finalnej dokumentacji) tylko jedno „podejście iła-76”[41]. Ściślej, podejście „widma samolotu” – równie dobrze mógłby być to przelot smoleńskiego UFO, ale nie wybrzydzajmy. Nie zostaje, podkreślam, przedstawione „drugie podejście”, choć warto by oba porównać. Chyba że z tym drugim coś jest „nie tak”[42]. Co? To np., jak niedawno wskazywałem[43], iż „za drugim razem” nie jest już zarejestrowany „Frołow”, tylko taki samolot-widmo, którego ów montażysta („godzinę wcześniej” w stosunku do „chwili katastrofy”) – słysząc, jak podchodzi do lądowania, a potem odlatuje – pomylił z „prezydenckim tupolewem”[44]. SW ma swój plik z mgielnym sitcomem oznaczony m.in. jako 7:38[45]. To oficjalnie „godzina drugiego przelotu” iła-76, ale też czas „godzinę wcześniej” w stosunku do słynnej 8:38[46], która miała być chwilą, gdy gubernator S. Antufjew słyszał: ten nierealny, nienaturalny dźwięk silników samolotu i nagle zrobiło się cicho. 8:38 to już też czas po „zdjęciu i wyłączeniu” przez SW parapetowej kamery w hotelu Nowyj.

Sama KBWLLP, napotykając nieprzewidziane trudności ze strony radzieckich badaczy i mundurowych, przygotowując swoją dokumentację końcową, radzi sobie jako się rzekło, własnymi oryginalnymi metodami. Nie mogąc brać udziału w ocenie pracy radaru na XUBS – ocenia pracę radaru na lotnisku… Mirosławiec[47]. Czy tam również przeprowadzane są uchod experiments mające wykazać, że tupolew nie mógłby odejść zszedłszy zbyt nisko[48]? Gdyby tego było mało w dokumentacji KBWLLP brak jakichkolwiek danych o poprzednich lotach polskich tupolewów na XUBS czy do Smoleńska – a więc i brak danych, jaką trasą/jakimi trasami latano, jak wyglądała komunikacja między załogami a kontrolerami oraz szczególnie, jak wyglądały loty smoleńskie Protasiuka. Nie ma nawet zapisów dot. prac „kontrolerów” w dn. 7-04-2010, tak by można było porównać ich pracę z tą (nagraną) z 10-04. KBWLLP nie zamieszcza też danych dot. lotniska Jużnyj (ślad po locie 101-ki z tego lotniska znajduje się nomen omen wśród „danych FMS-a”), prac tamtejszej obsługi. Można postawić proste pytanie, czemu nie wykonano po prostu technicznego lotu z W-wy do Smoleńska 102-ką, tak by mieć materiał poglądowy (także odnośnie do pracy załogi w kabinie, checklisty, komunikacji z kontrolerami, funkcjonowania TAWS-a, FMS-a) – chyba o wiele bardziej stosowny do okoliczności rzekomego wypadku przy Siewiernym aniżeli lot do Mirosławca?

Można by też pytać, czy dokumentacja KBWLLP została wydana papierowo jako dokumentacja urzędowo-państwowa i jest np. dostępna w jakichś bibliotekach akademickich do prac choćby z dziedziny prawa? Zwłaszcza że, jak zwracał kiedyś w swej notce uwagę Polaczok, sprawa badań prowadzonych przez KBWLLP znalazła intrygujący finał w Ustawie Prawo Lotnicze (http://poljaczki.salon24.pl/506280,szczesliwa-trzynastka-platformy-obywatelskiej) – taki, że badania wraz z badaczami z „komisji Millera” zostały przesłonięte wojskowym kordonem. W takim bowiem kontekście, kiedy to w gestii sądu wojskowego pozostaje sprawa tego, co/komu/z jakiego powodu można by ujawnić z zebranej przez KBWLLP dokumentacji, zagadnienie tego nieskomplikowanego przecież wypadku lotniczego (CFIT), którego przebieg E. Klich znał jeszcze zanim wylądował z ekspertami i prokuratorami w Smoleńsku – jakoś się niesamowicie komplikuje. Komplikuje się do tego stopnia, że trzeba będzie nadzwyczajnych decyzji, by tę dokumentację odtajnić.

Free Your Mind

[1] http://freeyourmind.salon24.pl/601328,punkty-wezlowe-1

[2] http://freeyourmind.salon24.pl/601607,punkty-wezlowe-2 Por. też w ramach uzupełnienia: http://freeyourmind.salon24.pl/602240,co-wycial-s-wisniewski-filmujac-z-parapetu

[3] http://freeyourmind.salon24.pl/602677,polski-wklad-w-raport-mak-punkt-wezlowy-3

[4] Na „finałowej konferencji” KBWLLP, na której podsumowano wszystkie „badania”, jest mowa o „inspektoracie bezpieczeństwa” MON i o tym, że już o 9:12 tam dotarła informacja o „katastrofie”. Już o 9:12, czyli 32 minuty po – licząc od „godziny Bastrykina”, czyli tej zaproponowanej przez Rusków w godzinach wieczorno-nocnych podczas „narady” prokuratorskiej na XUBS.

[5] Por. odtajniony raport: http://www.gp24.pl/assets/pdf/GP810945.PDF (oraz http://www.gp24.pl/assets/pdf/GP811045.PDF). Kilka osób z KBWLLP pracującej w 2008 pojawi się w KBWLLP pod kierownictwem J. Millera (por. „raport końcowy”, s. 11-12): B. Biernat, L. Filipczyk, D. Majewski, M. Milanowski, J. Niczyj i M. Wierzbicki.

[6] Jego zastępcą zaś będzie Grochowski.

[7] Por. http://www.komisja.smolensk.gov.pl/kbw/sklad-komisji/8446,Sklad-Komisji-Badania-Wypadkow-Lotniczych-Lotnictwa-Panstwowego.html i skład w „raporcie końcowym” (s. 11-12).

[8] Por. http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/375125,rozmowa-dwoch-klichow [S]potkałem go w Montrealu na takiej konferencji 10-dniowej, ale jest to człowiek… bardzo wysoki poziom, ja się od niego wiele uczę, to jest po prostu menażer. A my jesteśmy przygotowani do biurokracji. My robimy biurokrację. (…) On mówi: „Źadnych pieczątek. Podpis, data, trzeba sobie wierzyć”. I tak jest.

[9] „MAK” rozpoczyna „badania” dopiero w godzinach wieczornych 10-04 (por. „raport MAK”, s. 12: Grupa [specjalistów – przyp. F.Y.M.] przystąpiła do pracy na miejscu zdarzenia lotniczego o 19.15 tegoż dnia), ale chodzi pewnie o wycieczkę gen. Anodiny et consortes po polance samosiejek, nic więcej.

[10] To, że nie mógł być uważany nie znaczy, że nie był uważany. Tak go potraktował „MAK”, określając lot PLF 101 jako międzynarodowy, nieregularny (jednorazowy) lot w celu przewozu pasażerów („raport MAK” s. 147) i tak w gruncie rzeczy traktuje go, wzorem radzieckich ekspertów, KBWLLP (por. wypowiedź Millera przytaczaną w artykule NDz: samolot wojskowy Tu-154M wykonywał przelot pasażerskihttp://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100609&typ=po&id=po31.txt).

[11] Jak wspomina płk. Z. Rzepa: nie obszedłem całego tego terytorium (…), nie byłem na terenie całego… miejsca katastrofy. Poruszanie się po terenie katastrofy, po terenie miejsca katastrofy, przepraszam, wymagało zgody Rosjan. http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora

[12] To, że „czarne skrzynki” leżą w pobliżu „ogona”, a nie „statecznika”, dziwić może tylko paranoików od maskirowki twierdzących bezczelnie, że moonfilm Wiśniewskiego mógł być kręcony np. 9 kwietnia 2010.

[13] http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/jak-nie-powstala-wspolna-komisja/ Już pierwszego dnia poszliśmy na miejsce zdarzenia i rozpoczęliśmy czynności pomiarowe. Spędziliśmy na tym cały dzień, do nocy. Obeszliśmy całe miejsce katastrofy, udaliśmy się także jak najdalej po trajektorii ostatniej fazy lotu, szukając śladów, które mogłyby świadczyć, że coś się działo z samolotem w powietrzu. Od razu zwróciliśmy uwagę na brzozę, niedaleko której leżała końcówka skrzydła. Doszliśmy do drzewa przy bliższej radiolatarni, gdzie było widać, że jest ścięcie, i do wąwozu. Eksperci doszli więc do bliższej radiolatarni, ale nie dotarli wtedy do dokumentacji przechowywanej ani w bliższej, ani w dalszej radiolatarni po wschodniej stronie Siewiernego (por. Uwagi do „raportu MAK”, s. 6, 8 i 23). Zachodnia strona XUBS, jak wiadomo, była poza kręgiem zainteresowań ekspertów, mimo że, jak sam Grochowski przyznaje, ani MSZ, ani 36 SPLT nie miał żadnych informacji od Rusków o „wyłączeniu z użycia” zachodnich radiolatarni, a z nimi zachodniego kierunku podejścia: Na pytanie naszej ambasady w Moskwie, czy w kartach podejścia z 2009 r. coś się zmieniło, strona rosyjska odpowiedziała, że są one aktualne. Okazało się, że to nie do końca prawda, bo np. w międzyczasie NOTAM-ami (depeszami lotniczymi) zniesiono jeden kierunek podejścia, a rosyjskie wojskowe NOTAM-y do nas nie docierają. Załoga opierała się na tym, co dostarczyli im Rosjanie.Warto dodać, że i „kontrolerzy” z XUBS nie mówią nic polskim załogom 10 Kwietnia o tym, że zachodni kierunek podejścia jest nieczynny. Gdyby tego było mało, to Grochowski przypomina: Nawet załoga rosyjskiego Iła-76 o nich nie wiedziała, bo pytała o możliwość lądowania z drugiego kierunku. Odpowiedziano jej, że tam nic nie ma! – co dobitnie świadczy, że ruskie wojskowe NOTAM-y dotyczące smoleńskiego Siewiernego były tak „utajnione”, że nawet do ruskich wojskowych załóg nie docierały. Albo też, że pojawiły się w toku „powypadkowych prac MAK-u”    .

[14] Moja czarna skrzynka, Dokumenty, s. 3: W godzinach popołudniowych przybyła duża delegacja wojskowa, z Inspektoratu MON do spraw bezpieczeństwa lotów, około dwudziestu osób bez tłumacza [podkr. F.Y.M.].

[15] Oglądanie wraku – dokumentowanie miejsca, zdjęcia, co na początku wiadomo, że najlepiej uchwycić jest te pierwsze efekty (Moja… (Dokumenty), s. 3).

[16] Poza tym ppłk. R. Benedict twierdzi, że on spędził nawet 11 dni na badaniach terenowych: Każdy z 18 członków komisji obecnych w Smoleńsku spędził na miejscu katastrofy i przy wraku dziesiątki godzin. Ja sam chodziłem po tym obszarze przez 11 dni (por. http://www.polskatimes.pl/artykul/433806,pplk-benedict-udalo-nam-sie-okreslic-precyzyjnie-szczegoly-katastrofy-smolenskiej,2,id,t,sa.html), co z pewnością należałoby uznać za swoisty rekord, szczególnie, że już po paru dniach na pobojowisku „nie ma nic” poza koleinami po buldożerach. Kwestię tego, kto faktycznie i jak długo był w Smoleńsku, drążył kiedyś, w maju 2012, NDz (http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120529&typ=po&id=po07.txt).

[17] Jak wspomina Klich (Moja…, s. 25): przy brzozie spotkałem jednego z rosyjskich badaczy, Georgija Jaczmieniewa, jak się później okazało, zastępcę Morozowa – doświadczonego pilota tupolewów. W tym samym czasie na Siewiernym wylądowali już nasi wojskowi: Mirosław Grochowski i jego zespół, razem z nimi Bogdan Fydrych, który dzień wcześniej nie zdążył na samolot. Nie mogliśmy się jednak spotkać, bo trwało pożegnanie ciała prezydenta i rosyjskie służby zablokowały przejście. Z kolei Grochowski (w linkowanym wyżej wywiadzie dla NDz) twierdzi, że Ruscy stosowali system „przepustkowy”, jeśli chodzi o możliwość zbliżania się do „wraku” – co zapewne dodatkowo ograniczało możliwości „zbadania” na miejscu czegokolwiek. Podczas narady 12-04-2010 z „gen. Bajnietowem”, jak wspomina Grochowski: Pan generał zanotował nasze propozycje i powiedział, że będzie się konsultował z Moskwą. Rozmowa była rzeczowa, ze strony rosyjskiej nie czułem żadnej niechęci. Zawsze trzeba wybrać jakiś wariant działania, żeby obie strony były usatysfakcjonowane. Przedstawiłem nasze potrzeby. Chodziło o zgodę na używanie naszych krótkofalówek, o przepustki do wraku. Już wtedy prosiłem też o możliwość zgrania rozmów z wieży i jeszcze kilka innych spraw. Powiedział, że się tym wszystkim zajmie. O „przepustkowym systemie poruszania się” na XUBS wspomina i Klich w Mojej czarnej skrzynce (s. 26): Prosiłem Rosjan o przepustki, żebyśmy mogli swobodnie poruszać się po lotnisku, w końcu to wojskowy teren. Morozow od razu odpowiedział, że nie będzie chodzenia samopas. Jeśli gdzieś chcemy iść, mamy to zgłaszać, i będziemy chodzić z miejscowymi oficerami.

[18] Moja… (Dokumenty), s. 3.

[19] Do czasu, kiedy ostatecznym szefem „komisji badającej” nie zostanie min. J. Miller, ówczesny szef MSWiA. W międzyczasie zaś, jak odkryje „akredytowany” Klich po nocnej telefonicznej rozmowie z B. Klichem (15-04-2010), to gen. K. Parulski jest tym „numerem 1” w Smoleńsku: Minister krzyczał na mnie i nie dawał mi dojść do słowa. (…) Mówił, że brak tłumacza to moja wina, bo trzeci dzień kieruj[ę] pracami polskiej grupy i niczego nie załatwiłem. Ale co ja mogłem? Faks z decyzją o akredytacji i powołaniu na przewodniczącego KBWLLP dostałem dopiero dzień później. Głównie chodziło mu jednak o mój konflikt z Krzysztofem Parulskim. Minister mówił, że jest on najważniejszą osobą w Smoleńsku i wszyscy mu podlegamy (Moja…, s. 60; na temat pracy prokuratorów wojskowych jeszcze będę pisał w jednym z „punktów węzłowych”).

[20] Jeśli ktoś uważa, że „jeden dzień badań terenowych” to mało, to jest to o wiele dłuższy okres czasu w stosunku do „badań terenowych” uczonych, którzy zgrupowali się wokół „komisji Macierewicza”, czyli katastrofologicznego „Zespołu Parlamentarnego”, którzy nie tylko (tak jak parlamentarzyści z ZP) nie postawili stopy w okolicach lotniska Siewiernyj, ale też „badali wrak” bezdotykowo, na odległość. Co, naturalnie, wcale ekspertom ZP nie przeszkadzało w uzyskaniu znakomitych naukowych wyników dających się przedstawić na niejednej konferencji i w niejednym „raporcie” ZP. Należy też pamiętać, iż nie wszyscy członkowie KBWLLP byli osobiście w Smoleńsku (np. dr M. Lasek, który tak wiele miał do powiedzenia w filmie National Geographic (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-lego-smolensk.pdf), mgr A. Kaczyńska itd.). Zaznaczam: w Smoleńsku. Część ludzi z KBWLLP prowadziła „badania katastrofy” jedynie w Moskwie: narady plus „odsłuch zapisów CVR”. Pozostaje otwartą kwestia, czy z tych „odsłuchów” sporządzano protokoły, notatki w trakcie prac, czy rejestrowano na wideo prace z tym związane etc. (z wywiadu z Targalskim, który z ppłk. S. Michalakiem i płk. Rzepą udał się 10 Kwietnia z zapakowanymi rejestratorami do Moskwy, wynikałoby, że nie: wszystko robili Rosjanie. My nawet nie mieliśmy aparatów (…) jasne, że powinniśmy mieć tę dokumentację. Ale nie wie, czy pozwoliliby nam na fotografowanie, na wniesienie aparatu w ogóle (…) (http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110827&typ=po&id=po03.txt).  

[21] Jak odnotowuje Klich: Pokazano urządzenie podobne do rejestratora ATM na którym były oznaczenia ATM. Urządzenie częściowo zniszczone. (…) Kapitan Woźniak i [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] rozpoznał rejestrator ATM. Oświadczył również, że dane na nim będą takie same jak w katastroficznym (Moja… (Dokumenty), s. 4). To, że dane „zapisane” przez rejestrator szybkiego dostępu, są „takie same jak w katastroficznym”, było oczywiste i należy się tylko cieszyć, że „kapitan Woźniak” miał tego świadomość jeszcze zanim „katastroficzny” zdeszyfrowano w Moskwie. Na s. 61 „raportu końcowego” KBWLLP figuruje „zdjęcie rejestratora ATM-QAR na miejscu wypadku”, lecz jest ono zrobione w trudnych do ustalenia warunkach – szczątki urządzenia rozłożone są na niebieskiej folii i być może błoto pokrywające te szczątki ma być dowodem na to, że jest to „miejsce wypadku”. Nie wiadomo, kto jest autorem zdjęcia i kiedy je wykonano. Należy przy tym zaznaczyć, iż ani w „raporcie MAK”, ani w „raporcie komisji Millera” nie ma zdjęć dokumentujących znalezienie na „miejscu wypadku” obu czarnych skrzynek, które miały być w okolicy „ogona” okazane przedstawicielom polskiej strony wieczorem 10 Kwietnia – i sfotografowane. KBWLLP posiłkuje się w tej materii (s. 64 „raportu końcowego”) fotomontażem kadrów z moonfilmu S. Wiśniewskiego; „raport MAK” (s. 69-70) pokazuje zabłocone rejestratory po ich przewiezieniu do Moskwy.

[22] „Raport MAK”, s. 80. Legenda głosi, że moskiewscy uczeni nie mogli odczytać zawartości ATM-a, stąd niezbędna była pomoc nad Wisłą (por. też http://atmavio.pl/wp-content/uploads/2014/08/Odczyt-Czarnych-Skrzynek-w-ATM.pdf s. 2; niestety link z niegdysiejszym opisem technicznym ATM już nie działa, por. http://atmavio.pl/pl/prod_lot021.htm). Problem jedynie w tym, że ATM-y montowano od wielu lat w wielu samolotach, także ruskich (por. http://lotniczapolska.pl/Rejestrator-Tu-154M-z-polskiej-firmy,12841 i http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_problem-danych-fms-a-plf-101.pdf s. 44 przyp. 42), ale pewnie nie zorientowano się, jak one działają. Wracając zaś do ATM-a PLF 101, to „odczyt zapisów” zostaje przeprowadzony 20-04-2010 (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_problem-danych-fms-a-plf-101.pdf s. 47 przyp. 45).

[23] „Raport MAK”, s. 80: brak rejestratora K3-63 nie miał wpływu na jakość badań.

[24] Jedynie znakomicie zorientowany w „sprawach smoleńskich” szef ZP dysponującego dziesiątkami tysięcy unikalnych zdjęć, czyli min. A. Macierewicz, widział fotkę kokpitu transportowanego przez helikopter wywożący tę część, jak się możemy domyśleć, „prezydenckiego tupolewa”, w niewiadomym kierunku. Były szef SKW informował o tym publicznie podczas „rozmowy niezależnej” w maju 2011, na niedługo przed zakończeniem prac „badawczych” przez „komisję Millera”, lecz nie przekazał jej tej niezwykłej fotografii – tak jak i innej zdjęciowej dokumentacji kokpitu (z polanki samosiejek), której tak brakuje w „powypadkowej” dokumentacji KBWLLP (https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=HHlOFkDaKAI od 5’24’’: Kokpit był przynajmniej przez cztery godziny, są jego zdjęcia – jest nawet zdjęcie, jak jest transportowany przez helikopter, gdzieś wywożony, ten kokpit – tak że to tak nie jest, że, że on zupełnie wyparował). Na przestrzeni ponad 4 lat także sam ZP nie opublikował tego unikalnego zdjęcia w żadnym ze swych „raportów”. To o tyle dziwne, że przecież mógł przewodniczący Macierewicz przekazać to zdjęcie, jeśli już nie KBWLLP (ze zrozumiałych względów), to choćby któremuś z dziennikarzy śledczych ze szkoły Macierewicza, którzy z pocałowaniem ręki wrzuciliby fotkę na okładkę niejednego tygodnika, a może nawet i „gazety codziennej”. Dziwne jest również to, że nikt z dziennikarzy śledczych wyspecjalizowanych w analizowaniu „końcóweczki” PLF 101 i „miejsca katastrofy” (tudzież „stanu wraku”) nigdy o ten sfotografowany kokpit nie dopytywał szefa ZP w żadnym wywiadzie.

[25] „Raport MAK”, s. 72-73. Radzieccy autorzy nie podają, kiedy dokładnie znaleziono KBN-1-1 i zamieszczają zdjęcie zabłoconego urządzenia już znajdującego się w „laboratorium MAK” (por. też „raport Millera”, s. 60-61; kopie zapisów rejestratorów MŁP-14-5 i KBN-1-1 oraz MARS-BM strona polska otrzyma dopiero 31 maja 2010 (j.w., s. 61, 64)).

[26] http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-raport_problem-danych-fms-a-plf-101.pdf

[27] Sprawę wyjaśnia ppłk. R. Benedict już po zakończeniu prac KBWLLP w wywiadzie z 1-08-2011: Praca na kopiach to powszechnie przyjęty sposób działania. Nigdy podczas badania zdarzeń lotniczych nie pracuje się na oryginałach rejestratorów. Rejestrator otwiera się tylko raz, by materiał skopiować. Potem przez cały czas pracuje się na kopiach. Tak było i w tym wypadku. Po wykonaniu kopii rejestratory trafiły z powrotem do sejfu i zostały zaplombowane przez stronę polską i rosyjską. Komisja korzystała z kopii zapisów z rejestratorów (http://www.polskatimes.pl/artykul/433806,pplk-benedict-udalo-nam-sie-okreslic-precyzyjnie-szczegoly-katastrofy-smolenskiej,2,id,t,sa.html). Z takim dictum właściwie nie należałoby się spierać, pod warunkiem, że ma się stuprocentową pewność, iż nikt nie ingerował w zawartość rejestratorów do czasu kopiowania zapisów oraz że kopiowanie zapisów przebiegło bez jakiejkolwiek manipulacji. Można by wspomnieć przy tej okazji słynną sprawę z „dogrywaniem końcóweczki” właśnie „kopii zapisów CVR”, ale to rzecz znana. Skoro jednak zwrócił na siebie uwagę Benedict (niezapomniany ze styczniowej (2011) prezentacji fragmentu mgielnego sitcomu oraz „zapisów z XUBS”), to w tymże wywiadzie twierdzi on, a propos rejestratorów i 10 Kwietnia, co następuje: Natychmiast po naszym przylocie do Smoleńska około 17 dostaliśmy od Rosjan szczegółowe informacje, gdzie znaleziono rejestratory. Wspólnie tam pojechaliśmy, każdy z rejestratorów został podniesiony z ziemi, włożony do osobnej skrzyni i podwójnie zaplombowany. Przez nas i przez Rosjan. Wspólnie z Rosjanami przeanalizowaliśmy wtedy możliwości odczytania ich zawartości. Następnie rejestratory zostały zabrane do Moskwy i złożone w sejfie. Razem z Rosjanami ustaliliśmy godziny rozpoczęcia prac przy zgrywaniu danych z rejestratorów rosyjskich. O ósmej rano komisyjnie otworzyliśmy sejf i rozpoczęło się zgrywanie. Tymczasem płk. Rzepa w rozmowie z Gargas (http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora) powiada, że rejestratory były zapakowane w kartony, a nie skrzynie: AG: Mieliście ze sobą czarne skrzynki, tak [podczas transportu ze Smoleńska do Moskwy – przyp. F.Y.M.]? ZR: Tak, czarne skrzynki były na… w samolocie. AG: Widział pan je fizycznie? ZR: Widziałem kartony, w które zostały zapakowane, w których one były zapakowane. AG: A jak wylądowaliście w Moskwie, to co się działo? ZR:  Zostały zabrane przez przedstawicieli MAK-u do, do siedziby MAK-u. AG: I wtedy się pan z nimi rozstał. ZR: Na kilka godzin tak. Następnego dnia rano stawiliśmy się wraz z przedstawicielami komisji do siedziby MAK-u, rejestratory zostały wyjęte, taśmy zostały założone na specjalny magnetofon, z którego zostały zgrane na twarde dyski komputerów. Po czym o… taśmy zostały zabezpieczone i zaplombowane w sejfie, który sam plombowałem razem z przedstawicielem MAK-u. AG: Co to za plomba? ZR: …To był kawałek papieru z pieczątkami, z moim nazwiskiem, na którym się podpisałem. AG: Kawałek papieru przyklejony do tego sejfu czym? ZR (po chwili): Klejem.

[28] Z tego, co wiem, w Smoleńsku nie było nikogo, kto w tej dziedzinie [chodzi o konstrukcję tupolewa 154M – przyp. F.Y.M.] byłby specjalistą – opowiada Klich (Moja…, s. 42). [Czy to znaczy, że Polacy w ogóle nie chodzili do wraku?] – Jeśli chodzili, to niewiele z tego wynikało. W czerwcu zrobiłem odprawę w Moskwie, na której omawialiśmy wyniki pracy. Wierzbicki przedstawił na niej tylko tyle, ile przekazali mu Rosjanie (Moja…, s. 43). Wcześniej zaś Klich wspomina: Poszedłem do szefa naszego zespołu technicznego Mirosława Wierzbickiego (…), prosząc o przygotowanie badania wraku. On mówi, że czeka na propozycje rosyjskie. Na to ja, że lepiej przygotować własny plan działania i wymagać od Rosjan uczestnictwa w tych badaniach. Nie, on będzie czekać. Mówię o tym Grochowskiemu, a on go popiera. Następnego dnia sytuacja się powtarza. Pytam o plan, Wierzbicki mówi, że nie ma. Płk Grochowski znowu go popiera i grozi mi wyjazdem ze Smoleńska. Poprosiłem, by zgłosił swoim przełożonym w Sztabie Generalnym, że jego człowiek chce czekać na Rosjan. W dzienniku zapisałem sobie nawet: „Wierzbicki nie ma żadnej inicjatywy. Chodzi i się dziwi.”

Nie muszę dodawać, że w Mojej czarnej skrzynce nie znajdziemy „dziennika” Klicha. Pytanie jednak, dlaczego Targalski (były pilot Tu-154M, związany kiedyś z 36 SPLT) nie został w Smoleńsku po przylocie z Klichem (choćby do „analizowania wyglądu wraku tupolewa”), tylko odesłano go do „odsłuchiwania zapisów CVR”, na czym się kompletnie nie znał, jak sam przyznaje (w linkowanym już wywiadzie: http://stary.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110827&typ=po&id=po03.txt)?

[29] Por. Moja…, s. 16-17. Z tego zresztą, co opowiada Klich, w Smoleńsku nie ma (z polskiej strony) nikogo, kto znałby się na konstrukcjach tupolewów. Jedyny Targalski, jak wspomniałem w przypisie wyżej, urzęduje w Moskwie przy „zapisach CVR”. KBWLLP nie zaprosi do współpracy ani płk. R. Latkowskiego, ani płk. T. Pietrzaka, ani kpt. J. Więckowskiego – długoletnich pilotów tupolewów 154M – choć (owa KBWLLP) „bada katastrofę tupolewa 154M”. Piloci tutek pojawiają się tylko w utajnionym uchod experimencie, czyli „badaniach” dot. tego, czy tupolew może odejść z wysokości parudziesięciu metrów (por. http://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-uchod-experiment-1.pdf, s. 2, 12-13).

[30] „Raport MAK”, s. 82.

[31] Rosjanie od razu powiedzieli, że nas nie dopuszczą [do oblotu – przyp. F.Y.M.]. My chcieliśmy być i w samolocie, i na wieży. Oni, że nie, absolutnie nie ma mowy, to są obiekty wojskowe, zakaz wstępu. (…) „Trudno, to chociaż – mówimy – wpuśćcie nas na wieżę.” Nie, nie ma mowy. (…) Mówili, że wieża jest wojskowa, a poza tym będziemy zakłócać pracę kontrolerów. (…) W tej sytuacji zaproponowaliśmy wynos. (…) Obok wieży stawia się namiot i robi takie same stanowiska jak w środku. Trzeba tylko podłączyć się do urządzeń w wieży (…). Niestety na to Rosjanie też się nie zgodzili. [A mogliście przynajmniej obserwować oblot z boku?] Tu też próbowali nas ograć. Umówili się z nami na konkretną godzinę, a potem przyspieszyli wszystko o prawie pół godziny. Przez to nasi przyszli w rejon lądowania spóźnieni i nie widzieli pierwszego zajścia do lądowania. Na szczęście następne już obejrzeli. Dzięki temu złapaliśmy Rosjan na kolejnym kłamstwie. Dwa miesiące później zaproszono nas na omówienie oblotu. Przygotowali wizualizację, ale lot doprowadzili tylko do odległości półtora kilometra od progu pasa. Twierdzili, że samolot ze względów bezpieczeństwa odszedł na drugie zajście. A to nieprawda, bo pogoda była bardzo dobra i nasi widzieli, że lądował. (…) [P]owiedziałem, że jeśli chcą z nas idiotów zrobić, to my nie będziemy w żadnym omówieniu uczestniczyć. (Moja…, s. 38-40).

[32] Jak np. instrukcja lotniska. Klich wspomina: „Brak wiersza lub fragmentu tekstu” – pisze tłumacz. Wracam do oryginału i rzeczywiście: rozdział się urywa, a następne zdanie zaczyna się od połowy. Dokument jest pocięty i to jeszcze nieudolnie, to ksero dwóch nałożonych na siebie kartek. Jeśli się przyjrzeć, widać nawet odcięcie (Moja…, s. 115).

[33] Przykładem takiej łataniny może być przedstawianie zdjęć pracy radaru, który nie jest tym, którego używano na Siewiernym, ale ma być taki jak tamten z XUBS (por. „raport Millera”, s. 257, 259, 261, 263-265). Nie jest to jednak radar „byle jaki”, a ponoć z lotniska w Mirosławcu, nad którym wykonano na potrzeby KBWLLP lot specjalny tutką bn. 102 w kwietniu 2011 (por. http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/09/lot-specjalny-102-ki-na-potrzeby-kbwllp.html).

[34] S. Wiśniewski na posiedzeniu ZP zapewnia, że nikt go nie informował w żaden sposób, iż „z tej strony” będą podchodzić 10 Kwietnia samoloty.

[35] http://freeyourmind.salon24.pl/460465,frolow

[36] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2013/03/blacharze-i-inne-osobliwosci-godziny.html

[37] Na posiedzeniu ZP nikt nie zadaje Wiśniewskiemu banalnego pytania: ile minut/jak dużo czasu upłynęło od wylądowania jaka-40 do chwili, kiedy włączył pan kamerę na parapecie?

[38] Por. relację P. Ferenca-Chudego w Misji specjalnej z 5-05-2010: https://www.youtube.com/watch?v=BMURfqY2n4c od 6’18’’ materiału wideo: No i w pewnym momencie nagle pełen gaz z wszystkich czterech silników – wyrwał prawie pionowo w powietrze, przechylając się maksymalnie tak na prawą stronę, że o mało skrzydłem nie zawadził, dosłownie też kilka metrów, skrzydłem prawym, nie zawadził pasa startowego. [I odleciał?] I odleciał, tak.

[39] Por. też „raport Millera”, s. 251. Pod kadrem z mgielnego sitcomu (z godz. 7:25:28) wyraźnie napisano: Samolot Ił-76 podczas pierwszego podejścia do lądowania – brak zdjęć drugiego podejścia. Nie widać na filmie Wiśniewskiego np. reflektorów iła-76 włączonych podczas tego przelotu. W „stenogramach” obejmujących dialogi szympansów z XUBS zaznaczone jest, że słychać huk przelatującego samolotu nisko nad wieżą – ale tylko przy pierwszym podejściu (por. pdf „MAK-u” ozn. jako open_micr, s. 15. Na konferencji KBWLLP w styczniu 2011 jest ten fragment „nagrań” zaprezentowany: https://www.youtube.com/watch?v=IkyX6-Rx4jk od 4’11’’ materiału wideo).

[40] Na posiedzeniu ZP w lutym 2011 okaże się, iż plik z mgielnym sitcomem oznaczony jest datą 24.4.2010 – co, jak pisałem w innym miejscu (https://yurigagarinblog.files.wordpress.com/2014/02/fym-timebreaker.pdf s. 31) – może mieć związek z zakończeniem prac nad „zapisami z XUBS”, w których zostają m.in. „ustalone” godziny/minuty podejść iła-76. Przypomnę, że Klich w swej notatce skierowanej do D. Tuska (15-04-2010) pisze, iż zrazu nie można ustalić precyzyjnych godzin podejść „Frołowa”.

[41] Podobnie tylko to jedno podejście prezentuje A. Gargas w 10.04.10.

[42] Można zresztą i to „pierwsze” problematyzować. Na s. 251 „raportu Millera” kadr ma przedstawiać „Frołowa” o godz. 7:25:28, podczas gdy w „stenogramach” zaprezentowanych przez „MAK” 18 stycznia 2011 (por. open_micr, s. 15) o godz. 9:25:19 (rus. czasu) Plusnin mówi: Dwa. (poprawiając Ryżenkę). Ryżenko o 9:25:22 podaje: Omyłkowo, dwa, a o 9:25:32: Jeden, na kursie, ścieżce (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/08/jaki-samolot-sfilmowa-s-wisniewski-o.html). Ryżenko zaś miał z wyprzedzeniem podawać załogom odległość od progu pasa.

[43] http://freeyourmind.salon24.pl/602240,co-wycial-s-wisniewski-filmujac-z-parapetu

[44] http://www.rp.pl/artykul/460798.html

[45] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/mga-0.html

[46] http://freeyourmind.salon24.pl/286838,bilokacja-o-8-38 Por. też http://poljaczki.salon24.pl/284729,wywiad-z-por-a-wosztylem

[47] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/09/lot-specjalny-102-ki-na-potrzeby-kbwllp.html

[48] http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2014/09/uchod-experiment-czyzby-nad-lotniskiem.html Por. też http://poljaczki.salon24.pl/298438,odejsc-albo-odejsc-eksperyment-tu154m-102

Za: FYM (14 wrz 2014)



Punkt węzłowy (5) – NPW albo „brzoza warszawska”

Jeśliby ktoś spytał mnie, który z punktów węzłowych historii związanej z tragedią z 10-04, jest tym największym „supłem”, który na razie nie został ani przecięty, ani rozwiązany, to odrzekłbym: praca polskich prokuratorów wojskowych (tudzież instytucji z nimi związanych, szeroko rzecz ujmując), którą możemy określić kryptonimem „warszawska brzoza” (analogicznie do „brzozy smoleńskiej”). Na stronie NPW mamy czarno na białym podane, że: W pierwszych dniach po katastrofie przebywający na miejscu zdarzenia polscy prokuratorzy wojskowi nie prowadzili samodzielnie żadnych czynności procesowych[1]. Koresponduje to zresztą intrygująco z tym twierdzeniem prok. gen. A. Seremeta, który w wywiadzie dla Czerskiej Prawdy (kwiecień 2012) stwierdził (a propos „brzozy smoleńskiej”), iż prokuratorzy widzieli ją bezpośrednio po katastrofie. Niestety bowiem, nie tylko Seremet „bezpośrednio po katastrofie” nie widział żadnej brzozy w Smoleńsku, ale też żaden z prokuratorów wojskowych z Polski.

Nawiązując zaś do tego enigmatycznego cytatu ze strony NPW należałoby powiedzieć po prostu, nieco go korygując, iż 10 Kwietnia „na miejscu zdarzenia” prokuratorzy wojskowi z Polski nie prowadzili żadnych czynności procesowych – nawet niesamodzielnie. Jak pisałem w notce o KBWLLP[2], płk dr E. Klich, z którym paru prokuratorów wojskowych zabrało się owego dnia do Smoleńska na Siewiernyj jakiem-40 (045; tym, co rankiem miał mieć „awarię” na Okęciu) ponoć o godz. 15:30, wspominał, że z delegacją znad Wisły musiał najpierw przeczekać na pokładzie po wylądowaniu dwie godziny. Tak długo trwały „formalności”. Następnie zaś delegacja ta udała się na krótką wieczorną wycieczkę po polance samosiejek z gospodarzami, gdzie przy „ogonie tupolewa” zostały polskim przedstawicielom przez tychże gospodarzy „okazane czarne skrzynki”. Te zaś potem nocą, jak opowiadał z kolei płk Z. Rzepa, poleciały w kartonach do Moskwy (i płk. Rzepą między innymi też)[3]. I tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek „oględziny” po „katastrofie” na „miejscu zdarzenia”.

Tym niemniej to nie byłby pełny obraz sytuacji z 10-04, ponieważ, przynajmniej wedle poczynionych w 2010 r. ustaleń P. Nisztora i K. Galimskiego, (którzy już od bardzo długiego czasu nie zajmują się „sprawą”, tak jak i inni przedstawiciele mediów zależnych i niezależnych, pokornych i niepokornych), prokuratura wojskowa w godzinach popołudniowych 10-04 wysyła ludzi na Okęcie[4]. Lotnisko to wprawdzie oficjalnie „miejscem zdarzenia” żadnego nie było, ale akurat od niego jakieś „czynności procesowe” się zaczynają. Pewnie dlatego że Wojskowy Port Lotniczy był o te kilkaset kilometrów bliżej niż np. XUBS, ktoś może powiedzieć. Albo też dlatego, że na stołecznym lotnisku było więcej do zabezpieczenia, prawda. Tak się bowiem złożyło, jak już historia „smoleńsko-warszawska” nam pokazała na przestrzeni minionych lat, że o ile zdjęć wschodniej części Siewiernego (rzecz jasna „po katastrofie”, bo z czasem „sprzed” niej jest nieco gorzej i z zachodnią częścią tego lotniska w dn. 10-04 także) upubliczniono sporo – o tyle zdjęć WPL z czasów wylotów delegacji jest tyle co nic. Z tego ostatniego wynika, że fotosy WPL zabezpieczono tak dobrze, że aż za dobrze. I ktoś niegramotny mógłby podejrzewać, że NPW coś ukrywa przed ludźmi, jakby cokolwiek do ukrycia mogło być. Mimo upływu czasu zresztą „wątek okęcki” pozostaje pilnie strzeżony nie tylko przez NPW, ale i zaprzyjaźnione media z lewej i prawej strony oraz wszystkie środowiska polityczne, zarówno rządowe, jak i opozycyjne. Uwaga „wszystkich” niezmiennie spoczywa na „końcóweczce” oraz polance samosiejek.

Hipnoza społeczna trwa w najlepsze, aczkolwiek, i samą polankę samosiejek z popołudniowych (lokalnego czasu) godzin 10-04 okrywa mgła tajemnicy wojskowej, ponieważ do dziś nie wiadomo, kto, jakie i ile zdjęć pobojowiska wykonał – wraz z ewentualnymi fotografiami ciał podczas „ewakuacji” prowadzonej rzekomo od godz. 15-tej rus. czasu (za pomocą czerwonych i fioletowych trumien). Prawdopodobnie byli to borowcy (z Katynia), lecz – znów zgodnie z ustaleniami Galimskiego i Nisztora – ich materiały utajniono[5] (tak jak wiele innych dokumentów, ustaleń etc.[6]). Co w takim razie z kłębiącymi się w okolicach remizy strażackiej i bocznej bramy Siewiernego żurnalistami i operatorami, którzy mogliby zrobić mnóstwo zdjęć aparatami, komórkami, kamerami etc.? Legenda głosi, że nie mogli oni o własnych siłach dotrzeć do polanki samosiejek, tak szczelny był kordon ruskich mundurowych wokół „miejsca katastrofy”. Ale przecież nie jest to do końca prawda, bo, jak pamiętamy, kamery – także polskiej telewizji – towarzyszyły politykom (zarówno rządowym, jak i opozycyjnym) na pobojowisku i, co należy zdecydowanie podkreślić, kamery te były w pobliżu ciał. Przynajmniej tych trzech, które w jakiś sposób, „wyeksponowano” (R. Kaczorowskiego, L. Kaczyńskiego i K. Putry), a nie „ewakuowano” w godzinach popołudniowych. Czy w takim razie nie mogły te telewizyjne kamery – zwłaszcza na potrzeby czynności procesowych – dokładnie sfilmować wyglądu i stanu tychże ciał? Czy też ktoś, np. krzątający się owego wieczoru w Smoleńsku P. Kowal, dopilnował, by operatorzy nie dokumentowali tego? To pytania, które czekają na odpowiedzi.

Wracając jednak na polską ziemię i podchodząc do sprawy „czynności procesowych” i ich utajniania nieco naokoło (a tylko takie drogi zawiłe funkcjonują w przypadku historii z 10-04 – te najprostsze bowiem są zabarykadowane i zabetonowane przez instytucje „badawczo-śledcze”) na koniec. Musimy się przenieść nieco w czasie, do marca 2012. Podczas posiedzenia ZP z udziałem M. Badena, amerykańskiego specjalisty z dziedziny medycyny sądowej, którego NPW nie dopuściła do udziału w czynnościach procesowych związanych z poekshumacyjnym badaniem paru ciał ofiar, sen. B. Gosiewska wspomina taki, zaskakujący nie tylko dla niej, jak sądzę, epizod (związany z jednym z wojskowych prokuratorów):

powiedziałam, że to jest nieludzkie postępowanie prokuratury, jeżeli teraz, po dwóch latach, z urzędu zarządza ekshumację i nie pozwala mi do zespołu biegłych włączyć nawet jednego biegłego na mój wniosek. Tylko zespół jest ustawiony od początku do końca przez biegłych prokuratury[7]. Prokuratura stwierdziła, że ona ma wszystkich biegłych, wszystkich specjalności i nie jest możliwe włączenie kolejnego biegłego ze Stanów Zjednoczonych. Natomiast ta wypowiedź moja [telewizyjna – przyp. F.Y.M.], szefa i z-cę szefa prokuratury doprowadziła do tzw. szewskiej pasji. W momencie, kiedy pojawiłam się z tym ostatnim wnioskiem, w momencie, kiedy ciało było już ekshumowane – z prośbą o wykonanie badań, tak naprawdę rozmowa po kilku minutach kurtuazyjnych zamieniła się w dosyć, czy w bardzo emocjonalne ze strony panów prokuratorów przesłuchiwanie mnie, co i dlaczego ja mówię w mediach. I tutaj panowie stwierdzili oczywiście, że wykonanie badań sekcyjnych prywatnie jest niemożliwe, że jeżeli ja coś będę robić na własną rękę bez ich zgody, to będzie to przestępstwo, natomiast na moje pytanie do szefa prokuratury, który stwierdził, że on musi strzec prawa – zapytałam, dlaczego nie pociągnął do odpowiedzialności tych, którzy nie dopilnowali solidnych badań w Moskwie bądź w Polsce po przylocie trumien. Usłyszałam odpowiedź, która mnie naprawdę zdumiała. Pan prokurator stwierdził: „przecież pani wie, że Rosja to suwerenne państwo” i po pewnym momencie wahania stwierdził: „muszę, ja muszę to powiedzieć: to jest mocarstwo”. I myślę, że to jest w świetle jeszcze wypowiedzi wcześniejszych premiera naszego rządu, który mówił o tym, że nie ma powodu do tego, żeby nie ufać Rosjanom – jeżeli połączymy te fakty, jeżeli po katastrofie smoleńskiej były takie głosy, żeby palić znicze poległym bolszewikom, bardzo szybko pomnik wybudowano, w krótkim czasie…

[I teraz najistotniejsze – przyp. F.Y.M.]

I jeszcze to, co mnie zszokowało – to w pewnym momencie z-ca prokuratora, który tak naprawdę tam jest od początku, bo pan prokurator jest przez krótko – dosyć emocjonalnie wykrzyczał, że „ja wiem, że wy mnie uważacie na… mnie za zdrajcę, ale… i człowieka, który działa na zlecenie obcego mocarstwa, ale tak nie jest!” Ja się zastanawiałam, dlaczego człowiek niepytany, sprawa zupełnie inna, porusza takie kwestie? Ja nigdy nie posądzałam żadnego z prokuratorów o to, że jest zdrajcą, nie używałam takich słów (…). 

Można odnieść wrażenie, że rozmowa ta prowadzona jest na różnych poziomach, sama Gosiewska zauważa zresztą, iż prokurator mówi o czymś, o co go nie pytała ani nie posądzała – tak jakby nie do końca kierował swoje słowa do samej Gosiewskiej. Tak jakby trochę mówił do… nas, tj. tych ludzi poza, by tak rzec, kręgami wtajemniczonych. Pytanie jednak, kiedy „brzoza warszawska” zostanie przełamana – kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę z Delegatami stało. Jeszcze bowiem parę miesięcy, a upłynie 5 lat od „zdarzenia”. A może scenariusz (rozpisany ponad politycznymi podziałami) jest taki, że następne 5 lat będzie to samo, co widzieliśmy/słyszeliśmy/czytaliśmy do tej pory? Czyli scholastyczne, choć gasnące z roku na rok z racji „zmęczenia materiału”, spory między smoleńskimi „wypadkowcami” a „wybuchowcami”? Z węzłami w „węzełkowej” historii związanej z 10-04 jest tak, że niektóre z nich to rozmaite „zbiegi okoliczności”, a niektóre to sploty celowych działań różnych instytucji i środowisk dbających o to, by hasło „ludziom nic nie mówimy” pozostało jak najdłużej aktualne. Pytanie, kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę 10 Kwietnia stało, jest też w istocie pytaniem o to, o czym wspomniał przed dwoma laty ów prokurator wojskowy w powyższej rozmowie z Gosiewską – bo przecież rzecz nie sprowadza się wyłącznie do samej tragedii Delegatów i jej ujawnienia, ale właśnie też do zdrady, która z tą tragedią (i tuszowaniem prawdy o niej) jest związana. I pytanie, kiedy zdrada ta zacznie wychodzić na jaw, jest chyba najpoważniejsze.

Free Your Mind

[1] http://www.npw.gov.pl/491-Czynnociprocesowenamiejscukatastrofy.html

[2] http://freeyourmind.salon24.pl/605527,punkt-wezlowy-4-zawila-historia-kbwllp

[3] http://freeyourmind.salon24.pl/489924,gora-z-gora

[4] Kto naprawdę ich zabił?, Warszawa 2010, s. 107: Pierwszymi czynnościami prokuratury po katastrofie było zlecenie Źandarmerii Wojskowej zabezpieczenia m.in. dokumentacji rozbitego Tu-154M, znajdującej się w 36.SPLT. Między 13:45, a 17:50 na terenie 1 Bazy Lotniczej i 36. pułku pracowała ekipa dochodzeniowo-śledcza z Źandarmerii Wojskowej wraz z ambulansem kryminalistycznym. W tym samym czasie ok. 14:00 zabezpieczono też listę pasażerów i zaczęto przesłuchiwać świadków. Zaczęto od żołnierzy 36. SPLT, którzy przygotowywali samolot do wylotu do Katynia oraz funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu zabezpieczającego lotnisko, z którego wystartował prezydent. W dniu katastrofy przesłuchano także kontrolerów lotu z Polskiej Źeglugi Powietrznej oraz pilotów Jaka-40, który 10 kwietnia z dziennikarzami na pokładzie wylądował na lotnisku Siewiernyj.

W tym cytacie wyjątkowo ciekawie wygląda informacja o zabezpieczeniu listy pasażerów „ok. 14:00”. Czyżby dopiero o tej godzinie ta lista była „gotowa”? To znaczy, „zweryfikowana”. Galimski z Nisztorem, jak widać, nie wspominają też, by NPW przesłuchała 10-04 A. Kołacz-Sarnowską z prezydenckiej kancelarii, która miała lecieć z dziennikarzami, a która chyba w KP pracuje do dziś. Nie wygląda też na to, by NPW zabezpieczyła rejestratory właśnie pochodzące z jaka-40 044, a jaka jest historia wciąż nieupublicznianych „taśm z jaka” (zarejestrowanej na magnetofonie korespondencji radiowej innych załóg już po wylądowaniu „Wosztyla”), to też już aż za dobrze wiemy.

[5] Do pierwszych raportów funkcjonariuszy BOR z miejsca katastrofy dołączone były wykonane przez nich telefonem komórkowym zdjęcia oraz film. Materiałom nadano klauzulę „tajne”. Jeden z nich wykonał również fotografie czarnych skrzynek odnalezionych przez Rosjan. „W mojej ocenie wyglądały na nieuszkodzone. Zdjęcia te później wieczorem pokazałem Ministrowi Obrony Narodowej i Ministrowi Sprawiedliwości.” (Galimski, Nisztor, Kto…, s. 106).

[6] Mgła tajemnicy wojskowej okrywa nawet prace KBWLLP, zaś wojsko posyłało psychiatrę wojskowego do E. Klicha (o czym on wspomina M. Krzymowskiemu w Mojej czarnej skrzynce) podczas „badań katastrofy”.

[7] Jak ujawni sam A. Macierewicz pod koniec tego posiedzenia (co też warto przypomnieć): prokuratura nie wyznaczyła ani jednego biegłego mającego choćby jednorazowe doświadczenie w badaniu ofiar tragedii lotniczych – chociażby jednego (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/08/posiedzenie-z-udziaem-prof-michaela.html). Oczywiście Macierewiczowi nie przejdzie przez usta taki wniosek, że może to niewłączanie ani jednego biegłego od katastrof lotniczych ma związek z tym, iż w katastrofie lotniczej dana osoba, której ciało poddawano medyczno-sądowym badaniom, nie zginęła – o czym nie tylko NPW, ale i ZP może doskonale wiedzieć. No ale „ludziom nic nie mówimy”.

Za: FYM (4 paź 2014)

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content