Zabawa w chowanego

Aktualizacja: 2013-08-2 7:56 am

W Anatomii upadku – co każdy widz może osobiście sprawdzić – wątek „uderzenia prezydenckiego tupolewa w brzozę” schodzi na tak daleki plan, że właściwie przestaje być w ogóle istotny, ponieważ ówczesny stan badań „komisji Macierewicza” i jej niezawodnych ekspertów, lokuje „katastrofę smoleńską” w przestworzach. O ile więc, jak pamiętamy (w Wizji lokalnej starałem się poddać analizie odkrywkowe prace ekipy A. Gargas w ramach tworzenia 10.04.10; linki tu: http://freeyourmind.salon24.pl/393348,komplet) w poprzednim „filmie śledczym” brzoza stanowiła zupełnie niepodważalny element narracji, zaś Gargas robiła sobie przy niej pamiątkowe zdjęcia, o tyle w Anatomii brzozą mało kto się już przejmował. Uznano bowiem (za niezawodnymi ekspertami ZP), że skoro „prezydencki tupolew” w ogóle z brzozą się nie mógł zderzyć, to należy raczej szukać dowodów na „rozpad w powietrzu”, zanim „samolot upadł”. I temu właśnie służyła Anatomia – ów mityczny upadek poddawano szczegółowej rekonstrukcji zgodnie z najnowocześniejszą myślą badaczy z wszystkich kontynentów, myślą wspartą wizualizacjami zapierającymi laikowi dech w piersiach.

Innymi słowy, ekipa Gargas wcale nie udała się na kolejną „wizję lokalną”, by (w takim razie, tj. skoro niezawodni eksperci mówią o „eksplozji w powietrzu”) szukać alternatywnego wyjaśnienia uszkodzeń brzozy (podawanych wszak z powagą w oficjalnej dokumentacji jako przyczyny „katastrofy smoleńskiej”), tylko po to, by znaleźć potwierdzenia nowej hipotezy ZP. I rzecz jasna zaraz się pokazali świadkowie sensacyjnie głoszący to, co pasowało akurat do nowej mądrości etapu myśli badawczej „komisji Macierewicza”. Nie wiadomo, czy pech, czy może „los” tak chciał, iż byli to leśni dziadkowie już znani z wcześniejszych „smoleńskich opowieści”, a więc np. 1) „kierowca autobusu” Nikołaj Szewczenko (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/ruskie-kino.html) (http://freeyourmind.salon24.pl/480342,pocztowka-dzwiekowa-od-nikolaja-szewczenki-do-a-gargas), który swój debiut ekranowy miał w niezapomnianym Syndromie katyńskim, gdzie złotousty min. J. Sasin opowiadał o dzwoniących komórkach na „miejscu katastrofy”, zaś na unikatową ścieżkę dźwiękową księżycowego wideo S. Wiśniewskiego nałożony został przez jakiegoś zdolnego montażystę dźwięk właśnie „dzwoniących komórek”, 2) „lekarz pogotowia” Nikołaj Bodin (http://freeyourmind.salon24.pl/517996,wizja-lokalna-3), którego nawet na klatkę schodową nie mogła się Gargas doprosić, kręcąc 10.04.10 czy wreszcie 3) tajemniczy Rustam machający łopatą pod hotelem Nowyj, Rustam, którego ukrytymi kamerami sfilmowano w 10.04.10, co „sam ogon” widział z warkoczem komety.

Naturalną koleją rzeczy więc, część świadków, którym tyle czasu poświęciła ekipa śledczo-propagandowa „komisji Macierewicza” w 10.04.10, już w Anatomii nie zagrzała miejsca na planie filmowym, tak jakby zeznania tychże osób przestały być ważne i/lub wiarygodne (jeśli tak, to na jakiej podstawie należy uznać, że zeznania innych świadków mówiących do kamer/mikrofonów dziennikarzy ze szkoły Macierewicza ważne/wiarygodne są?). Tymczasem przetrącona brzoza jak stała, tak stoi i jej sprawa przez żadnych „niezależnych badaczy” nie została wcale wyjaśniona, mimo że istnieją zdjęcia pochodzące z kilku źródeł (zarówno polskich: np. F. Klimaszewski, J. Gruszyński, jak i ruskich, np. S. Amielin), ewidentnie świadczące, iż „metalowe odłamki” przedstawiane w „raporcie MAK” (por. zdjęcie na s. 14: http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2013/06/FYM-WL3.pdf), znalazły się w „drewnie brzozy” na pewno nie w „dniu katastrofy” (tym samym nie mogą stanowić żadnego materiału dowodowego).

Wystarczyło zatem nieco bardziej się zainteresować Bodinową brzozą, a już na tym poziomie mogłyby się ukazać jakieś niezwykłe kulisy smoleńskiego makabrycznego przedstawienia z 10-04. Zresztą w samej Anatomii Bodin wprost przyznaje, iż znosił pod brzozę kawałki lotnicze, które „leżały na drodze” (Małych elementów było dużo – różnych, małych. Leżały na drodze, jak potem biegłem. Szedłem w dół do samochodu i kiedy już podchodziłem do swojego auta, to w tym momencie samolot przeleciał nad moją głową. I wtedy spaliny silnika, zbiły mnie z nóg. Chwyciłem się za koło samochodu. (…) I potem już pobiegłem po tej drodze w stronę upadku samolotu. Jak wracałem też dużo elementów leżało. (…) Tam kawałki aluminium były. (…) Jak biegłem z powrotem, to na drodze koło brzozy leżały jakieś części od samolotu podniosłem je i położyłem pod brzozą) – tak więc ekipa Gargas miała na wyciągnięcie ręki iście sensacyjny wątek, który mogła z powodzeniem pociągnąć – wątek aranżowania „terenu powypadkowego” (i świadka ponoć biorącego w tym udział). Wystarczyło zacząć drążyć sprawę okoliczności aranżowania i ewentualnych jego uczestników.

Jeśliby bowiem udało się ustalić, w jaki sposób (i kiedy dokładnie) uszkodzono brzozę i kto, w jakiej skali, się zajął preparowaniem jej (oraz jej otoczenia) do celów „badawczo-śledczych”, to przecież takie ustalenie zachwiałoby oficjalną narracją skuteczniej aniżeli jakiekolwiek próby dowodzenia, iż „prezydencki tupolew” eksplodował kilkanaście/kilkadziesiąt metrów nad ziemią (po której to eksplozji, nie uwiecznionej przez nikogo, nie doszło ani do pożaru, ani do stłuczenia szyb w okolicznych budynkach). Jeśli zaś ktoś zadaje sobie trud konstruowania materiału dowodowego (odłamki w brzozie), to tym bardziej będzie preparował „dokumentację badawczo-śledczą”, wraz z „ekspertyzami biegłych”. O tym zaś, że w przypadku brzozy i odłamków mamy do czynienia z podejrzaną sprawą mówiono przecież na I Konferencji Smoleńskiej (vide referaty: P. Witakowskiego i M. Czachora zamieszczone w księdze pokonferencyjnej), a poza tym jedną z „ikon” tejże konferencji był montaż zdjęć dowodzący, że doszło do fałszerstwa materiału dowodowego. Ekipa Gargas, odwołująca się do tejże konferencji, miała więc na patelni ewidentny ślad (w znaczeniu kryminalistycznym) i w swym dochodzeniu tego śladu nie podjęła. Nie poszła tym tropem.

Dlaczego? Dlaczego wybrano specyficzną zabawę w chowanego – zabawę zarówno z „MAK” jak i „komisją Millera”? Dlatego że nagle mogłoby się okazać, iż fikcyjne, medialne zdarzenie z 10-04 wymaga całkowitej rewizji śledztwa – także tego „niezależnego”. Zabawę w chowanego, tj. chowanie śladów, które mogłyby prowadzić w „niewłaściwym” dla oficjalnej (katastrofologicznej) narracji kierunku, zaczęto już od pierwszych godzin i dni po „smoleńskiej katastrofie”). Ekipę Gargas z jej umiejętnością selekcjonowania danych (tak by prezentowane były wyłącznie dane przydatne propagandowo) pioniersko wyprzedziły bowiem inne dziennikarskie teamy, zajmujące się (tak jak i szkoła Macierewicza) kreowaniem Zdarzenia w wyobraźni społecznej odbiorców przekazu medialnego, nie zaś rekonstruowaniem faktów związanych z losami Delegatów (poczynając od precyzyjnego odtworzenia sytuacji związanej z wylotami). Uwagę widzów/słuchaczy/czytelników kierowano na XUBS i tamtejszych mniej lub bardziej egzotycznych „ocziewidców” aniżeli na świadków z Okęcia na przykład. Ale, co ciekawsze, nawet koncentrując się na XUBS, polance samosiejek i barwnych relacjach smoleńskich leśnych dziadków, selekcjonowano dane w taki sposób, by „słoń w menażerii” pozostał niezauważony. O jakiego słonia może chodzić?

Jeden z polskich świadków z 10-04, red. P. Kraśko, autor pierwszej książki „o Smoleńsku”, tak ją zaczyna, przypomnę (s. 8):

Wozy strażackie. Stare, wielkie, zakurzone i ubłocone wozy strażackie. To dla mnie początek wszystkiego, co się stało 10 kwietnia. Przy tej drodze nie było krawężnika ani chodnika, tylko pas ubitej ziemi. I to po nim jechali strażacy, żeby przebić się przez korek, a ich wozy wzbijały tumany kurzu. Nie miałem wtedy pojęcia, dokąd jadą. Pomyślałem, że był jakiś wielki karambol. Ta droga nie prowadziła na lotnisko, tylko do naszego hotelu. Wracaliśmy z centrum miasta. Gdy zobaczyłem sznur samochodów, przyśpieszyłem. „Jeśli są takie korki i coś się stało, lepiej wcześniej wyjechać do Katynia. A najlepiej od razu”.

 

Wozy strażackie, opowiada nam Kraśko. Wozy strażackie, powtórzmy. A, chciałoby się spytać, gdzie zaś pożar lub choćby dym, sygnalizujący pożar, do którego te wozy strażackie by się udawały? Jest straż, owszem, a gdzie ogień, który miałaby ona do pilnego ugaszenia? Nie miałem wtedy pojęcia, dokąd jadą, wspomina polski dziennikarz – z czego by wynikało, iż nigdzie w jego zasięgu wzroku nie widać było jakiejkolwiek oznaki (lotniczego) wypadku. Jeśli więc nie widać było pożaru/dymu, to po jakiego gwinta jechało tyle wozów strażackich? Do czego jechały?

Moonwalker Wiśniewski podczas sejmowego posiedzenia ZP stwierdza w pewnym momencie (http://freeyourmind.salon24.pl/416196,posiedzenie-z-udzialem-moonwalkera-1) a propos „wozów strażackich”:

Dlaczego oni przyjechali tak późno, mimo tego, że byli tak blisko? Rzecz w tym, że prawdopodobnież i była sy… później pytałem tego strażaka – bo oni myśleli, że się zdarzył wypadek na szosie. Tam jest zaraz szosa wylotowa ze Smoleńska. I ta straż jechała tą szosą, a tam nie da się po prostu zjechać, bo jest dość wysoki, wysoki jest nasyp.

Innymi słowy – strażacy również nie widzieliby zrazu żadnego ognia ni dymu. Ale skoro już mowa o czołowym polskim naocznym świadku „smoleńskiej katastrofy”. Jak wiemy z emocjonującej konwersacji, do jakiej dochodzi na posiedzeniu ZP, gdy się okazuje, ku zdumieniu parlamentarzystów, a zwłaszcza przewodniczącego „komisji Macierewicza”, że „końcóweczka” mgielnego sitcomu, tj. parapetowego „rejestrowania pogody”, nie obejmuje przelotu w mgielnej rozwiewce „spadającego samolotu skrzydłem pionowym w dół” (por. http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2013/03/blacharze-i-inne-osobliwosci-godziny.html,  http://freeyourmind.salon24.pl/495284,fenomen-mgielnego-sitcomu,  też http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2013/05/FYM-Lego-Smolensk.pdf od s. 70) –  polski montażysta zdjąwszy kamerę z parapetu, jedynie „własnymi głazami” obserwuje „upadek”, nie zdoławszy go „złapać w obiektyw”. Jak zresztą świadek wyzna wcześniej:

W ogóle mi się skojarzyło z jakimś filmem fan-, powiedzmy, wojskowym, typu, że samolot wojskowy się rozbił, buch, czy śmigłowiec. I dlatego też była taka nie-, właśnie moja reakcja i ta niepewność, co ja zobaczę [na „miejscu katastrofy” – przyp. F.Y.M.]. Ale głównie… biegłem z przekonaniem, że to jest prawdopodobnie samolot wojskowy, jakiś niewielki  i stąd właśnie szukałem drogi ewakuacji w przypadku, gdyby się zrobiło np. niezręcznie, żeby tam były jakieś służby wojskowe czy techniczne, które mogłyby mi zrobić, nie będę oszukiwał, krzywdę.

Wiśniewski podczas wymiany zdań z Macierewiczem po „końcóweczce” mgielnego sitcomu, wydaje się twierdzić, iż Zdarzenie za oknami hotelu Nowyj zaszło tak szybko, tak błyskawicznie, iż SW zwyczajnie nie zdążył go zarejestrować za pomocą swej legendarnej SONY miniDV. Możliwe. No ale, czy Wiśniewski nie mógł włączyć kamery, by sfilmować dym unoszący się nad drzewami po upadku samolotu? Czy też i „słup ognia”, i „słup dymu”, trwały tak krótko, dosłownie mgnienie oka, że te „słupy” widziałby tylko moonwalker – nikt inny? Na s. 102 w „raporcie MAK” czytamy wszak, iż „likwidacja otwartego ognia” na polance samosiejek nastąpiła dopiero o 8.59 (pol. czasu; a od 8.49 zaś ma się zaczynać moonfilm Wiśniewskiego, aczkolwiek Czerska Prawda zamieściła kiedyś kadr z tego wideo opisując go godziną… 8.41: http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2013/03/ES-FYM.pdf s. 34), a „pełna likwidacja pożaru” o 9.03. Stojąc więc w oknie hotelowym już od godz. 8.37.34 (por. zdjęcia: http://freeyourmind.salon24.pl/522137,tajemnica-filmu-z-7-04) montażysta TVP miał jeszcze całkiem sporo czasu, by „nagrać dym”, choćby przez chwilę, nim SW ubrał się i spakował do wyjścia (zwłaszcza że wtedy, tj. nim udał się ze swego pokoju na pobojowisko – jak wspominał w sejmie – sprawdził w kamerze, czy się nagrywa: to chwilę musiało potrwać, zanim zmieniłem kasetę, zanim włożyłem drugą – przy okazji sprawdziłem, czy się nagrywa. Mam taki zwyczaj. Dopiero przygotowałem ten sprzęt – pamiętam to jak dziś – i dopiero później, będąc… musiałem się ubrać, jakoś sprawdzić… Nie wiem, czy to trwało dwie, trzy minuty, ale z tego, co… ale… (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2013/03/blacharze-i-inne-osobliwosci-godziny.html )). Jeśliby bowiem dym w mgnieniu oka SW zniknął za oknami, to skąd ów SW wiedziałby, gdzie dokładnie „upadł samolot” (w warunkach gęstej mgły i sporego zadrzewienia wokół lotniska)? Nawet strażacy przecież zrazu myśleli, że „wypadek wydarzył się na szosie” – tak schowane  było „miejsce katastrofy”.

Ba, problem ze znalezieniem tego wyjątkowego miejsca mieli też, jak wiemy, ludzie oczekujący na delegację na smoleńskim wojskowym lotnisku. Prezydencki urzędnik M. Wierzchowski, przykładowo, nic nie widział (http://freeyourmind.salon24.pl/401203,tajemnice-smolenska):

(Posłanka Kruk): Osiemset metrów, kilometr – gdzie oczekiwaliście, a tam, gdzie rozbił się tupolew, załóżmy.

MW: Mhm.

(Pos. Kruk): I pan nie słyszał poza świstem silników…?

MW: Nie.

AM: Ani nie widział pan, nie wiem…

MW: Nie.

[MW jeszcze nie wie, o co padnie pytanie, ale już zaprzecza :) – przyp. F.Y.M.]

AM: kłębów dymu, czegokolwiek, błysku? Nic takiego?

MW: Nic.

(Pos. Kruk): Bo to jest odległość, którą  ja sobie nie mogę wyobrazić, że nie słychać uderzenia samolotu o ziemię, tak? To już, przepraszam, moje takie…

MW:  No ja nic nie słyszałem, no.

AM:  Jest jak jest. Jest pana relacja. Ona jest tutaj najważniejsza, więc to…

Jak zaś relacjonuje kierowca amb. J. Bahra, G. Kwaśniewski (http://polska.newsweek.pl/smolensk-nieznana-relacja-oficera-bor,68588,2,1.html ):

Jest zimno, dwa stopnie, siedzimy w samochodzie, działa ogrzewanie. Nagle widzę, jak z lewej strony rusza rząd samochodów z kolumny prezydenckiej. Są dokładnie przed nami, 30-40 metrów. Nagle kolumna się zatrzymuje, z samochodów wysiadają ludzie z rosyjskiej Federalnej Służby Ochrony i nasłuchują. Coś nietypowego! Wysiadam. Czego nasłuchiwać ”” samolot wylądował albo nie. Potem powiedzieli, że usłyszeli wycie silnika, potężny huk i ”” cisza. Mgła ma to do siebie, że trochę tłumi dźwięki. My nic nie słyszymy, ale oni się dziwnie zachowują, więc szybko wracam do samochodu. „Panie ambasadorze, coś jest nie tak”. Jak dojechaliśmy do Rosjan, oni już odjeżdżali. „Co jest?” ”” krzyczę. „Tutka przejechała pas!”. Tak powiedzieli ”” przejechała pas. Znaczy ”” nie wyhamowała.

Ani słowa o tym, by ktokolwiek widział unoszący się dym, który pozwoliłby z oddali określić, gdzie „spadł samolot”. Czy zatem nikt nie widział żadnego dymu po upadku „prezydenckiego tupolewa”? Tak twierdzić mogliby tylko paranoicy od maskirowki mącący ludziom w głowach. Oczywiście, że była, jak najbardziej była, medialna relacja o dymie w oddali – autorstwa Magdy Kazikiewicz i Jarosława Sulikowskiego na łamach specjalnego wydania Faktu z 11-04-2010 (cytowałem ją i prezentowałem na screenach tu: http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/06/FYM-Aneks-3.pdf s. 16).

Mija godzina 9. Już powinien wylądować. Zza mgły unosi się szary dym. Do dziennikarzy docierają pierwsze informacje, że to dym palącego się wraku prezydenckiego samolotu. Nikt nie chce w to wierzyć. Część dziennikarzy biegnie za pas startowy, przedostają się poza rejon lotniska i z przerażeniem widzą płonącą maszynę z biało-czerwoną szachownicą. A właściwie tylko jeden z ocalałych jej fragmentów, bowiem przed ich oczami roztacza się zaorane pole z rozrzuconymi częściami samolotu.

Pomijając brak zdjęcia tego unoszącego się szarego dymu zza mgły, to jedyny problem z tą sensacyjną relacją byłby taki, że zapewniani jesteśmy od lat, iż na XUBS nie było żadnych polskich dziennikarzy, gdy doszło do „smoleńskiej katastrofy”. Czyżby bawili się w chowanego?

Free Your Mind

Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=69683 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]