Tajemnicza śmierć świadka katastrofy smoleńskiej

Chorąży Remigiusz Muś, który 10 kwietnia 2010 r. lądował w Smoleńsku, nie żyje. Technik pokładowy Jaka-40 nagrywał korespondencję z „Korsarzem” na pokładowym magnetofonie. Był ostatnim rozmówcą mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy tupolewa, który rozbił się na Siewiernym

W nocy z soboty na niedzielę zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach 42-letni technik pokładowy Jaka-40, jedyny świadek korespondencji między wieżą kontrolną Smoleńsk Północny a załogą Tu-154M. Jego ciało o godzinie 22.30 znalazła żona w piwnicy rodzinnego domu, wisiało na żeglarskiej linie. Źona próbowała go reanimować. Jeszcze przed przeprowadzeniem sekcji zwłok policja wykluczyła udział osób trzecich.

Po stwierdzeniu zgonu ciało przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej w Warszawie. Jak informuje Dariusz Ślepokura, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, dziś rano zostanie podjęta decyzja o przeprowadzeniu sekcji zwłok. Sprawę prowadzi Prokuratura Rejonowa w Piasecznie. Śledczy zapewniają, że na ciele oprócz blizny po linie nie stwierdzono innych obrażeń. – Na tę chwilę, na podstawie oględzin zwłok prokuratura nie stwierdziła udziału osób trzecich – stwierdza Ślepokura. Piloci są wstrząśnięci śmiercią kolegi. – Dowiedziałem się o tym dziś rano od kolegów. Przepraszam, nie dam rady rozmawiać – tłumaczą.

To Muś ujawnił, że kontroler z wieży wydał załodze tupolewa komendę zejścia na wysokość 50 metrów. Zeznał, że po lądowaniu na Siewiernym nasłuchiwał korespondencji innych statków powietrznych z wieżą. Według niego, kontroler z „Korsarza” wydał załodze Tu-154M dyspozycję zejścia do wysokości nie mniejszej niż 50 metrów. Takie same komendy usłyszała wcześniej załoga Jaka-40 i Iła-76. Muś nasłuchiwał komunikacji między Tu-154 a kontrolerem, siedząc w kabinie jaka, już na lotnisku, słyszał te słowa w radiostacji pokładowej. W jego ocenie, polskie załogi wiedziały, że na lotnisku w Smoleńsku obowiązuje 100 m jako minimalna wysokość do podjęcia decyzji o lądowaniu (tzw. wysokość decyzji).

Piloci nie mieli prawa zejść niżej i na takiej wysokości decyzję o lądowaniu podjęła właśnie załoga jaka. Dlaczego tupolew znalazł się poniżej 100 metrów i czy miała na to wpływ rozmowa z wieżą na kilka minut przed katastrofą? Muś był ostatnim z członków załogi jaka, który rozmawiał z pilotami tupolewa. Porucznika Artura Wosztyla (pierwszego pilota, który rozmawiał wcześniej z dowódcą Tu-154) nie było już wtedy w samolocie. – Ja też wyszedłem na mniej więcej dwie minuty, na tę ostatnią fazę lądowania, żeby nasłuchiwać, jak lądują. Porucznik Wosztyl rozejrzał się i powiedział: „Nie, teraz to już w ogóle nic nie widać. W tych warunkach to się chyba nie da wylądować. Może lepiej, żeby nie lądowali?”. Mgła wchodziła na lotnisko takimi pasami. Wtedy to był moment, że nie było widać już drzew, które stały obok nas. Ja na to: „Dobra, to wrócę”. Wróciłem i powiedziałem o tych 200 metrach. Odpowiedzieli: „Dzięki” – relacjonował Muś.

Wcześniej, siedząc w kabinie, słyszał, jak kontroler ze smoleńskiej wieży wydał załodze Iła-76 i Tu-154M dyspozycję zejścia do wysokości nie mniejszej niż 50 metrów. – Tak mówiłem kolegom tuż po katastrofie i nadal tak twierdzę. Pamiętam też, że ił również dostał od kontrolera komendę „50 metrów” i „być gotowym do odejścia” – dodał. Jako jedyny z Jaka-40 widział pierwsze nieudane podejście rosyjskiego iła do lądowania. Reszta załogi była wtedy w samolocie. – Skrzydła nad trawą były na wysokości około 3 metrów, i to z dużymi przechyleniami – wskazywał, podkreślając, iż jest pewien tej komendy, jak zresztą komendy „50”, wydanej przez wieżę tupolewowi.

Muś, który razem z por. Arturem Wosztylem i por. Rafałem Kowaleczką stanowił załogę Jaka-40, mówił również, że słyszał odgłosy eksplozji. Według stenogramów z czarnej skrzynki tupolewa, kontroler wydaje po raz pierwszy komendę „101 horyzont” dokładnie w tej samej sekundzie, w której nawigator odczytuje wysokość „50 metrów”. – Słyszałem, jak mówił wcześniej [kontroler z wieży – red.], że najniżej mogą zejść na 50 metrów i być gotowi odlecieć, jeśli nie zobaczą pasa. Nie na 100. Teraz: czy nasze słowa są bardziej wiarygodne, czy stenogram? – dopytywał Muś. Podkreślał, że była tylko jedna komenda dla polskiej maszyny z prezydentem na pokładzie, owo „50” metrów. Był jedyną osobą, poza kontrolerem i dowódcą Tu-154M, który ją słyszał. Podkreślał, że wszystko można sprawdzić, bo zapisy rozmów zostały zarejestrowane na magnetofonie Jaka-40. Deszyfracją tych nagrań zajmuje się obecnie Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Jak informuje płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego, prace trwają. I nie wiadomo, kiedy się zakończą. Instytut opracowuje opinię na potrzeby prokuratury. – Źadnych terminów jeszcze nie znamy, opracowanie jeszcze trwa. Biegli zwracali się o pewne rzeczy, które trzeba było im dosłać. Opinia ciągle jest opracowywana – zapewnia Rzepa.

Świadkowie pod szczególną ochroną

Piloci Jaka-40, którzy 10 kwietnia byli na lotnisku Smoleńsk Północny, zdaniem posłów z sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych powinni zostać objęci specjalną ochroną. Takie prerogatywy ma minister spraw wewnętrznych. Prokuratura prowadząca postępowanie w sprawie katastrofy smoleńskiej może o to wnioskować do MSW. Oczywiście wniosek musi być uzasadniony, że zachodzi podejrzenie zagrożenia życia lub zdrowia danej osoby. – Spodziewam się, że zostaną podjęte właśnie takie decyzje i że świadkowie zdarzenia, którzy byli obecni 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, zostaną objęci specjalną ochroną. Świadków zdarzenia powinno się chronić. Oczekiwałbym od prokuratury złożenia takiego wniosku do ministra Marka Cichockiego, zbyt wiele jest niewyjaśnionych śmierci wokół sprawy Smoleńska – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Jarosław Zieliński, wiceszef komisji. – Coś złego dzieje się w Polsce po katastrofie smoleńskiej z udziałem instytucji niekoniecznie polskich. Przykładem są sprawy związane z zamianą ciał ofiar katastrofy. Rosjanie rozgrywają tragedię smoleńską na swój sposób przy biernej postawie władz polskich – dodaje Stanisław Piotrowicz, były prokurator, członek tejże komisji. Dopytywany o ochronę świadków płk Zbigniew Rzepa nie mógł się do tej kwestii ustosunkować, bo… o niczym nie wiedział. – Nie mam żadnych informacji na temat śmierci Remigiusza Musia – przyznał wczoraj w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” rzecznik NPW.

Anna Ambroziak

Za: Nasz Dziennik, Poniedziałek, 29 października 2012, Nr 253 (4488) – 'Nie żyje świadek z „Korsarza”'

„Samobójstwo”? Nie wierzę

Z gen. bryg. rez. Janem Baranieckim, zastępcą dowódcy Wojsk Lotniczych Obrony Powietrznej w latach 1997-2000, rozmawia Marcin Austyn

Remigiusz Muś, technik pokładowy z samolotu Jak-40, który 10 kwietnia 2010 r. jako pierwszy lądował na lotnisku Siewiernyj, nie żyje. Dlaczego młody żołnierz miałby targnąć się na własne życie?

– Patrząc na to, co dzieje się wokół wyjaśniania katastrofy smoleńskiej, to wersja samobójstwa absolutnie do mnie nie przemawia.

A to, jak rozwiązano specpułk, jak traktowano jego żołnierzy, szkalowano imię pilotów, którzy zginęli w katastrofie, ale i tych, którzy byli w tym czasie w Smoleńsku, to mogło mieć znaczenie?

– Nie sądzę, aby wszystkie te okoliczności, mimo swej dotkliwości, mogły tu przeważyć. Piloci, w ogóle żołnierze, nie załamują się tak łatwo. Chyba że są dodatkowo mocno szykanowani.

Technik prowadził korespondencję z załogą Tu-154M z płyty lotniska, to on twierdził, że smoleńska wieża zezwalała na zejście do 50 m, a nie do 100 m, jak stwierdzono w czasie badań. To nie pasowało do znanego nam obrazu…

– W tym miejscu przypomnę tylko, że w „Naszym Dzienniku” niedawno były rozważane powody, dla których prokuratorzy 10 kwietnia 2010 roku nie wylecieli wojskową CASĄ do Smoleńska. Dla mnie sprawa jest oczywista. Rosjanie im zabronili. A chodziło głównie o to, by nie mieć możliwości do zrobienia z góry zdjęcia rozrzutu części samolotu na miejscu katastrofy. Gdybym dysponował taką dokumentacją z 10 kwietnia 2010 roku, z pewnością byłbym w stanie stwierdzić, czy w tym przypadku można mówić o wybuchu, jak również o tym, czy statek powietrzny rozpadał się w powietrzu. Takiej dokumentacji jak do tej pory jakoś nikt nie widział, a powinna zostać wykonana.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Austyn

Za: Nasz Dziennik, Poniedziałek, 29 października 2012, Nr 253 (4488)

 

Muś – ostatni rozmówca mojego syna

Z Władysławem Protasiukiem, ojcem mjr. Arkadiusza Protasiuka, dowódcy lotu PLF 101 do Smoleńska, rozmawia Marta Ziarnik

Słyszał Pan o śmierci technika pokładowego z Jaka-40 – chorążego Remigiusza Musia?

– Pierwsze słyszę od pani. Wiadomo, jak do tego doszło?

Sprawą zajmuje się prokuratura. Na razie podano jedynie, że zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

– Pani redaktor, tu chyba nie trzeba już żadnego komentarza… Śmierć tego młodego człowieka jest kolejnym dowodem na to, że Polska nie zdała egzaminu ani 10 kwietnia 2010 r., ani nie udało jej się to do tej pory. Doprowadzili do tego nasi rządzący, którzy od ponad dwóch i pół roku za wszelką cenę zdają się robić wszystko, aby sprawa katastrofy smoleńskiej nie została wyjaśniona. I ta nagła, niewyjaśniona śmierć pana Remigiusza jedynie tego po raz kolejny dowodzi.

To znaczy?

– To znaczy, że pan Muś był osobą niewygodną dla tych wszystkich, którym zależy na zamieceniu katastrofy pod dywan. Przecież to był jeden z najważniejszych świadków w sprawie katastrofy. Razem z resztą załogi Jaka-40 wylądował na Siewiernym około godziny przed załogą Tu-154M, którym leciała cała delegacja prezydencka. I wiemy, że był on jedną z ostatnich osób, które rozmawiały przez radio pokładowe z moim synem Arkadiuszem. To przecież m.in. jego zeznania jako pierwsze rzuciły cień na te wszystkie kłamstwa, którymi od samego początku starali się nas zbyć zarówno Rosjanie, jak też pan premier Donald Tusk, Radosław Sikorski i inni. Podważył m.in. kłamstwa „Korsarza”, jakoby wieża wydała mojemu synowi, dowódcy tupolewa, polecenie zejścia do 100 metrów i w razie braku widoczności konieczność odlotu. Dzięki zeznaniom pana chorążego dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę było zupełnie inaczej. Źe wieża zaleciła załodze Tu-154M zejście do poziomu 50 m – tak samo, jak wcześniej zaleciła Jakowi-40 oraz IŁ-owi 76. Czyli że zdając sobie sprawę z coraz gorszych warunków pogodowych, celowo naprowadzała załogę tupolewa na zgubę. Dzięki zeznaniom śp. Musia oraz temu, że po wylądowaniu na Siewiernym został w kabinie jaka i nasłuchiwał korespondencji innych samolotów z wieżą w oczekiwaniu na lądowanie 96-osobowej delegacji z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim na czele, udało się wykluczyć, a być może także zapobiec innym kłamstwom na temat przyczyn katastrofy, której spowodowanie usiłuje się zrzucić na pilotów.

Muś twierdził, że korespondencję z „Korsarzem” nagrywał na pokładowym magnetofonie.

– No właśnie, czyli dysponował dowodami, które podważają wszystkie serwowane nam kłamstwa, które całkowicie przekreślają przekazane nam przez stronę rosyjską rzekome materiały dowodowe w postaci gotowego zapisu czarnej skrzynki Tu-154M, a które stanowiły główny dowód zarówno dla komisji MAK, jak też dla komisji Jerzego Millera. Być może nagrania z magnetofonu znajdującego się na pokładzie Jaka-40 brzmią zupełnie inaczej niż zaprezentowane nam zapisy z czarnej skrzynki. To zaś świadczy o tym, że ktoś kłamie, że udostępnione nam nagrania, bo nie dostaliśmy do tej pory należących do nas czarnych skrzynek, są zwyczajnie sfałszowane.

Taśmy z Jaka-40 w dniu katastrofy zabezpieczyła Źandarmeria Wojskowa, jednak do tej pory nie ujawniono ich zapisu.

– Czyli to tylko potwierdza moje wcześniejsze słowa, że Rosjanie kłamią. Ale kłamie też nasz rząd, skoro nie robi nic, by te nagrania ujrzały wreszcie światło dzienne. Jednak obserwując dotychczasowe działania ekipy pana Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej śmiem twierdzić, że nie tyle nie robi nic, by ujawnić owe taśmy, ile robi wszystko, żeby nie zostały upublicznione. A dlaczego? To już chyba każdy może sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Nie ma Pan wrażenia, że coś bardzo niedobrego dzieje się w ostatnich latach z naszym lotnictwem?

– Pani redaktor, nie mam wrażenia, tylko pewność. Ktoś bardzo zabiega o to, żeby żołnierze ze specpułku stali się pewnym pośmiewiskiem. Najpierw było niszczenie 36. SPLT od środka, poprzez stwarzanie coraz gorszych warunków do pracy i szkolenia, co w swoich raportach podkreślał m.in. gen. Andrzej Błasik i inni, i o czym pisał niejednokrotnie „Nasz Dziennik”. Następnie usiłowano zrzucić winę za katastrofę na niewinnych pilotów, a gdy to się nie udało, wówczas na znajdującego się na pokładzie dowódcę Sił Powietrznych. W międzyczasie rozpoczęto przedziwną nagonkę na pozostałych pilotów. Wiemy, że wielu z nich po katastrofie albo straciło pracę, albo też sami rezygnowali, gdyż nie mogli już znieść takiego traktowania. Docierają też do mnie słuchy, że wielu pilotów, w tym zwłaszcza załoga jaka, żyje w jakimś niezrozumiałym strachu. To o czymś świadczy. Dlatego też nie możemy pozostawać obojętni wobec tej nagłej i niejasnej śmierci pana Remigiusza Musia. Tych dziwnych zgonów mamy już zbyt dużo, by można było mówić o przypadku. Giną świadkowie i ci, którzy mają jakąś większą wiedzę odnośnie do tej strasznej tragedii, która miała miejsce pod Smoleńskiem. Zastanawiam się, ilu jeszcze niewinnych ludzi musi zginąć, by nasz kraj, nasi rządzący, zrobili wreszcie coś, by bronić swoich obywateli i żołnierzy, a tym samym swojego dobrego imienia.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Ziarnik

Za: Nasz Dziennik, Poniedziałek, 29 października 2012, Nr 253 (4488)

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content