Wojna z narkotykami godzi w Amerykę – David Boaz

Korzystając z zasobów Archiwum Stańczyka, przypominamy tekst sprzed 19 laty, jednak nic nie tracący na aktualności. Jedyne co można dodać to konstatacja, że dzisiejsza rzeczywistość przerosła opisy dokonane przez Autora, który być może nie przypuszczał wtedy, że tzw. wojna z narkotykami zostanie wzmocniona przez instrumenty nowej wojny – tzw. wojny z terroryzmem. Po wydarzeniach 11 września 2001 roku i utworzeniu największej w historii Stanów Zjednoczonych i najbardziej wpływowej represyjnej instytucji w postaci Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego (Department of Homeland Security – DHS) – z osobnym budżetem, który tylko na rok 2011 wyniósł niemal 100 miliardów dolarów – narzędzia totalitarnego państwa stoją do dyspozycji aparatu – oficjalnej i ukrytej – władzy. – Red.

 

Wojna z narkotykami godzi w Amerykę

Grady Mc Clendon, lat 53, jego żona, dwoje ich dorosłych dzieci i dwoje wnuków jechali właśnie wypożyczonym samochodem przez Georgię do domu na Florydzie, kiedy Mc Clendon omyłkowo skręcił w ulicę jednokierunkową. Policja lokalna zatrzymała go, sprawdziła jego tożsamość i uzyskawszy jego przyzwolenie na rewizję samochodu pootwierała walizki i portfele, znajdując biżuterię, rejestrowany pistolet i dziesięć kuponów loteryjnych z Florydy. W końcu policjanci wyciągnęli coś, co uznali za kokainę. McCIendonowie byli następnie przetrzymywani w areszcie przez sześć godzin nim zostali zwolnieni, a policja zarekwirowała znalezione w samochodzie przedmioty: 2 300 dolarów gotówką oraz przedmioty opisane jako „sprzęt służący do narkotyzowania się i narzędzia hazardu” – to jest, kupony loteryjne. Jedenaście miesięcy później prokurator orzekł ostatecznie, że wyniki testów laboratoryjnych przeprowadzonych na rzekomej kokainie „okazały się negatywne”. Prokurator twierdzi, że rewizja samochodu była „właściwym krokiem. Zatrzymani nie posiadali żadnego dokumentu na potwierdzenie miejsca zamieszkania poza prawem jazdy  (kto posiada?). Mieli biżuterię, która mogła być przemycana, choć nie potrafiliśmy udowodnić, że została skradziona. I mieli więcej gotówki niżbym po nich oczekiwał”.

Ta oto historia, ledwie jedna z wielu, opowiedzianych przez Andrzeja Schneidera i Marię Patrycję  Flaherty w „Pittsburgh Press” ukazuje w jaki sposób macki Wojny z  Narkotykami wciągają w jej sieci coraz więcej ludzi, którzy nie mają i nie mieli żadnego kontaktu z narkotykami. Maxine LaPiana straciła dom w Mount Morris (New York) ponieważ okoliczni szeryfowie stwierdzili, że jej 19-letni syn sprzedał w nim (w czasie gdy ona była w pracy) marihuanę utajnionemu oficerowi policji. Policja skonfiskowała 5 000 dolarów gotówką z pewnego sklepu w Detroit, ponieważ część banknotów splamiona była kokainą. Według Schneidera i Flaherty, dwie różne organizacje w wyniku stosownych badań stwierdziły, że od 80% do 96% wszystkich banknotów na terenie Stanów Zjednoczonych zdradza kontakt z kokainą. Osiemdziesięcioletni Bradshaw Bowman stracił farmę w Utah, ponieważ policja odnalazła garść sadzonek marihuany rosnących na terenie jego posesji, opodal szlaku  turystycznego położonego z dala od jego domu.

Wojna z Narkotykami coraz wyraźniej demonstruje daremność wysiłków mających na celu zabranianie ludziom angażowania się w pokojowe i dobrowolne działania. Istnieje  pewien immanentny problem w egzekwowaniu praw kryminalnych, których złamanie nie pociąga za sobą użycia przemocy wobec innej osoby. Nie istnieje dowód przestępstwa, jak w przypadku przestępstw typu gwałt i rabunek – zatem policja zmuszona jest korzystać z pracy tajniaków, przeprowadzać rewizje, stosować testy na obecność narkotyków, instalować podsłuchy i organizować pułapki celem zgromadzenia dowodów.

Co więcej: szanse złapania osobnika łamiącego prawo o narkotykach są tak małe, że jedynie drakońskie kary są w stanie stworzyć znaczący środek odstraszający. Wiadomo  bowiem, że wartość odstraszająca jakiejkolwiek kary równa się w przybliżeniu jej surowości pomnożonej przez szansę jej otrzymania. Stąd, można mówić o swoiście  groteskowej logice ostatniej decyzji Sądu Najwyższego, podtrzymującej prawo stanu Michigan wprowadzające obligatoryjną karę dożywocia (bez możliwości zwolnienia warunkowego) dla każdego oskarżonego, któremu udowodniono posiadanie półtora funta kokainy (ok. 3/4 kg ).

Każdego roku policja dokonuje ponad milion aresztowań mających związek z narkotykami. Ale zażywanie narkotyków nie maleje. W latach osiemdziesiątych zostały podniesione kary; towarzyszył temu wzrost ich stosowania. Wprowadzono obowiązkowe wyroki minimalne. Wszystkie służby policyjne i CIA zwiększyły aktywność w walce z narkotykami. Populacja więzień podwoiła się. Jednakże dla większości z nas, wszystkie te rzeczy najwidoczniej przydarzyły się komu innemu. Amerykanie przerażeni przemocą towarzyszącą handlowi narkotykami oraz ponurymi historiami z telewizji, wydają się witać z ulgą wszystko, co proponują antynarkotykowi wojownicy. W jednym z sondaży „Washington Post” 62% respondentów wyraziło gotowość do rezygnacji „z kilku wolności, jakie mamy w tym kraju”, aby znacząco zmniejszyć nielegalne spożycie narkotyków; 52% przyznało policji prawo rewizji domów podejrzanych o handel narkotykami bez nakazu sądu; 83% oczekiwało od ludzi denuncjowania na policję członków rodziny zażywających narkotyki – dokładnie tak jak w Chinach.

To histeryczne stanowisko pozwoliło biurokratom od polityki i stosowania prawa rozszerzyć Wojnę z Narkotykami na sprawy, które dotyczą nas wszystkich, również tych  niezażywających narkotyków. Coraz więcej pracowników staje wobec konieczności poddania się natrętnemu, poniżającemu testowi na obecność narkotyków, nawet jeśli nie ma żadnego powodu, by podejrzewać ich o to, że je zażywają. Tzw. służbowy rysopis przemytnika narkotyków umożliwia policji zatrzymywanie ludzi w miejscach publicznych, szczególnie na  lotniskach i rewidowanie ich. Niemal wszyscy z tak zatrzymanych są niewinni: w Pittsburgu straż lotniska zatrzymała i zrewidowała 527 osób i aresztowała 49 (liczba skazanych nie jest dostępna); w Buffalo, policja wniosła oskarżenie zaledwie wobec 10 z 600 rewidowanych osób; w Denver, wobec zaledwie 49 z około 2000.

Właściwie nie wiadomo, w jaki sposób uniknąć podejrzenia o bycie podobnym do „służbowego” przemytnika. Na przykład w Tennessee jeden z agentów wydziału  narkotyków wyznał sędziemu, że podejrzewał pewnego mężczyznę o to, że był kurierem, gdyż ten „pospiesznie kroczył przez lotnisko”. Sześć tygodni później, ten sam agent podejrzewał o przemyt innego mężczyznę, gdyż ten – jak powiedział potem agent – „po opuszczeniu autobusu poruszał się z zamierzoną powolnością”. Bywa, że nazwiska pasażerów unikających jedzenia i picia w trakcie długich lotów międzynarodowych są przekazywane drogą radiową policji na lotnisku przeznaczenia,  celem sprawdzenia, czy przypadkiem nie przewożą oni narkotyków w swych żołądkach.

Jedną z gwałtownie rosnących części Wojny jest cywilna konfiskata mienia. W ramach tej procedury (obostrzonej trzykrotnie w latach 1980-tych) urzędnicy mają prawo dokonania konfiskaty własności uwikłanej w nielegalną działalność. Pomysł był następujący: uderzyć dużych handlarzy narkotykami tam, gdzie boli. Tyle że wykonanie  prawa wymknęło się spod kontroli. W istocie, 80% osób, które utraciły własność na rzecz rządu federalnego, nigdy przedtem nie miało nawet styczności z przestępstwem.  Wielu ludzi straciło domy, ponieważ jeden z członków rodziny przypuszczalnie składował tam lub sprzedawał narkotyki bez wiedzy reszty rodziny. Albo dlatego, że znaleziono marihuanę rosnącą na odległym polu, lub dlatego, że ciężko chory hodował marihuanę dla uśmierzenia bólów chemioterapii czy spowolnienia postępów jaskry. Na Uniwersytecie Virginia zajęto domy trzech bractw studenckich, gdyż pewni ich członkowie oskarżeni zostali o sprzedaż narkotyków na ich terenie.

Dlaczego więc urzędnicy stosujący powyższe prawa tak entuzjastycznie odnoszą się do kwestii konfiskaty? Po pierwsze, ciężar dowodu jest mniejszy w sprawach cywilnych.  W sprawie kryminalnej prokurator musi udowodnić winę oskarżonego ponad wszelką wątpliwość. W sprawie cywilnej wymaga się jedynie przewagi dowodów nad wątpliwościami.  Właśnie dlatego policja jest w stanie zatrzymać zawłaszczone mienie, nawet kiedy nie może uzyskać wyroku skazującego (w procesie karnym – tłum.). Po drugie, urzędnicy zyskują na konfiskatach. W latach 1986-1990 Departament Sprawiedliwości USA zgromadził 1,5 mld dol. tytułem konfiskat. Ocenia się, że uzyska kolejne 500 mln dol. w roku 1991. Oddziały policji lokalnej mają w tym swoją część: konfiskaty opłaciły system wentylacji powietrza policji w Filadelfii, a także umożliwiły pierwszemu zastępcy prokuratora w Warren Country (stan New Jersey) korzystanie z zarekwirowanej uprzednio Corvetty.

Możliwe jednak, że najgorszą długofalową konsekwencją Wojny z Narkotykami jest stale rosnąca kontrola rządu nad transakcjami finansowymi. Banki zobowiązane są obecnie  do informowania o wszystkich transakcjach przekraczających 10 000 dol. , a słyszy się wiele o wycofaniu z obiegu dużych banknotów lub wydrukowaniu nowej waluty- wszystko po to, aby, rzecz jasna, przeszkadzać handlowi narkotykami. Ci, którzy chcieliby zachować dla siebie swoje finanse napotykają na coraz większe ograniczenia w tym zakresie.

Amerykanie sądzą, że pomiędzy swobodami obywatelskimi i kontrolą przestępczości możliwy jest pewien rodzaj transakcji (trade-off). Przestępczość związana z narkomanią  dewastuje nasze miasta, a zatem będziemy musieli zrezygnować „z kilku wolności, którymi cieszymy się w tym kraju”,  aby ją powstrzymać. Jeśliby tak było rzeczywiście to  trudno byłoby bronić wolności obywatelskich. Ale to właśnie Wojna z Narkotykami wywołuje przestępstwa powiązane z narkotykami, z których niemal wszystkie mają w rzeczywistości charakter przestępstw związanych z prohibicją. Prawa o narkotykach podnoszą ich cenę i powodują, że uzależnieni zmuszeni są popełniać przestępstwa dla opłacenia nałogu, który byłby tani, gdyby był legalny. I rzecz jeszcze bardziej dramatyczna dzisiaj – konkurujący handlarze narkotyków mordują się wzajemnie (i postronnych obserwatorów) w celu ochrony i rozszerzenia rynków zbytu. Zatem, rezygnujemy z wolności dla zwalczania zbrodni, która jest w istocie powodowana przez Wojnę z Narkotykami. Cynik mógłby może zastanowić się nawet, czy przypadkiem ograniczenie swobód ekonomicznych i obywatelskich, a zarazem rozszerzenie władzy państwa nie jest właśnie tym, o co chodzi w Wojnie z Narkotykami.

Nie powstrzymamy zażywania narkotyków przez rozkręcenie wojny z nimi. Już dziś dokonujemy większej liczby aresztowań i wydajemy dziesięciokrotnie więcej środków niźli  na zaprowadzenie prohibicji alkoholu. Jednym sposobem na ograniczenie przestępczości, korupcji i morderstw związanych z handlem narkotykami jest legalizacja „dobrowolnych aktów wymiany po między dorosłymi i świadomy mi jednostkami” czyli uznanie, że nie jest rzeczą rządu zajmowanie się tym, co jednostki piją, czy spożywają. Dopóki tego nie uczynimy, przestępczość związana z narkotykami prawdopodobnie będzie rosła, a nasze swobody w dalszym ciągu zanikały.

David Boaz

Przeł. Andrzej Maśnica

David Boaz jest wiceprezesem Cato Institute w Waszyngtonie i redaktorem kilku książek, w tym Kryzysu prohibicji narkotyków.

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 18, 1993.

KOMENTARZ BIBUŁY: Zamieszczając powyższy, interesujący tekst, niestety nie zgadzamy się z konkluzją Autora postulującego legalizację narkotyków. Drogą legalizacji nie zlikwidujemy problemu. Myśląc w ten libertariański sposób, należałoby zalegalizować każdą działalność burzącą porządek i wprowadzającą nieład społeczny.

Za: Tomasz Gabiś blog - Archiwum Stańczyka (07.07.12) | http://www.tomaszgabis.pl/?p=1021 | DAVID BOAZ „WOJNA Z NARKOTYKAMI GODZI W AMERYKĘ”

Skip to content