My nie agresory – Aleksander Ścios

Był rok 1945. Polsko-sowiecki patrol prowadził niemieckiego jeńca. Nagle czerwonoarmista zażądał od  Niemca, aby ten go kopnął. Jeniec się wzbraniał. Rosjanin podparł więc polecenie wymownym gestem pepeszy. Zdesperowany jeniec kopnął rozkazodawcę. Ten serią z karabinu natychmiast zabił nieszczęśnika. Zdumiony Polak zapytał, dlaczego sojusznik nie zabił od razu, a kazał się kopnąć. Nu! ty durak! – usłyszał w odpowiedzi – nie znajesz czto my nie agresory.

Przytaczam ten anegdotę, bo w znakomity sposób obrazuje strategię działania reżimu kremlowskiego i opisuje stan dzisiejszych relacji polsko-rosyjskich. Nikt rozsądnie myślący nie może mieć wątpliwości, że zdarzenia związane z obecnością rosyjskich kibiców są rozgrywane według tego skutecznego scenariusza.

Rosyjska prowokacja w praktyce realizowana jest poprzez zainspirowanie określonej sytuacji, a następnie odwrócenie jej skutków w sposób korzystny dla interesów agresora. Wokół celowo wywołanych zdarzeń uruchamiana jest natychmiast  kampania medialna, mająca jasno określone założenia i cele polityczne.

Schemat tych kampanii obejmuje cztery zasadnicze fazy, przy czym ostatnia z nich decyduje głównie o korzyściach agresora. Sposób rozegrania poszczególnych faz wskazuje, że są one inspirowane i koordynowane przez ośrodki służb specjalnych.

 W pierwszej, następuje uruchomienie akcji poprzez wrzucenie w przestrzeń medialną określonego pomysłu-projektu. Autorami pomysłu są zawsze osoby i środowiska formalnie niezależne od władzy, co ma sugerować rodzaj oddolnej, apolitycznej inicjatywy. W przypadku Euro, miał to być przemarsz rosyjskich kibiców-patriotów, uzbrojonych w symbole reżimu komunistycznego. W roli pomysłodawcy wystąpił Ogólnorosyjski Związek Kibiców i jego szef Aleksander Szprygin, w przeszłości członek związanej z FSB partii Źyrinowskiego. – „Polacy muszą zrozumieć, że dla kibiców rosyjskich symbolika sowiecka nie równa się faszystowskiej” – oświadczył rosyjski prowokator i zapowiedział, że jeśli strona polska nie zrezygnuje z zakazu używania „sierpa i młota” podczas turnieju Euro, to 50 tys. rosyjskich kibiców może wyjść na ulice Warszawy w czerwonych koszulkach z tymi właśnie symbolami.

W każdym normalnym państwie, po takiej deklaracji, człowiek ten otrzymałby dożywotni zakaz wjazdu, a grupą młodzieżówki FSB zajęłaby się służba wywiadowcza.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że pomysł organizowania „marszu” z okazji rosyjskiego święta narodowego był głęboko sprzeczny z niedawną deklaracją Władymira Putina. Komentując bojkot Euro na Ukrainie, prezydent Rosji stwierdził: „pod żadnym pozorem nie powinno się mieszać polityki, biznesu oraz innych kwestii ze sportem. należy zostawić sport w spokoju„.

W drugiej fazie do kampanii włączają się agencje informacyjne, rosyjskie gazety i portale internetowe. W ten sposób początkowo incydentalny pomysł przeradza się w główny temat dyskusji i staje w centrum uwagi publicznej. Wokół niego narasta atmosfera zainteresowania i spekulacji, budowane jest poczucie zagrożenia i generowania konfliktu. Na tym etapie do kampanii zazwyczaj włączają się rosyjscy publicyści i niżsi rangą politycy oraz zachodnie ośrodki medialne, tradycyjnie inspirowane przez Kreml. Podgrzewają atmosferę i przygotowują opinię publiczną do przyjęcia określonej postawy. To również czas, gdy aktywizuje się agenturę wpływu oraz rzesze polskojęzycznych żurnalistów, taktujących w rytm rosyjskiej narracji.

Etap ten mogliśmy poznać po licznych rosyjskich publikacjach, w których dramatycznie pytano „czy nasi przejdą przez Warszawę?” (Rossijskaja Gazieta), potępiano zakaz wykorzystywania radzieckiej symboliki, a nawet przypominano stronie polskiej, że „to właśnie pod tymi symbolami radzieckie wojska wyzwalały Polskę od hitlerowskiej armii” (Life News). Atmosferę podtrzymywał sam Szprygin, epatując np. media twierdzeniem, że wrocławscy „stewardzi dostali za swoje”. Do akcji wkroczyli również niżsi przedstawiciele rządu FR, a za charakterystyczną można uznać wypowiedź rosyjskiego ministra sportu Witalija Mutko, który uznał, że „strona polska sztucznie podgrzewa sytuację i prowokuje naszych kibiców do kroków protestacyjnych”. W tej fazie wykorzystano również zaprzyjaźnione media zachodnie, zaś do elementów kampanii należy zaliczyć film BBC o agresji polskich kibiców i rasizmie na naszych stadionach – mający na celu ukierunkowanie przyszłych reakcji społeczeństw zachodnich. Temu również służyły publikacje, w których wyraźnie wskazywano na potencjalnych sprawców: „dużą część tła informacyjnego w Polsce kształtują siły skrajnie prawicowe, które żerują na narodowych fobiach i kompleksach”  – pisały Moskowskije Nowosti na kilka dni przed rosyjskim występem. O politycznym charakterze prowokacji świadczą słowa zawarte w innej publikacji tej kremlowskiej tuby propagandowej: „W świecie, jakim go widzi polska ultraprawica, Polska jest otoczona przez wrogów; liberalne i lewicowe partie składają się ze zdrajców i szpiegów, a Rosja i Niemcy tylko czekają na sprzyjający moment, by zdusić polską niepodległość„.

Oprawa propagandowa fazy drugiej była czynnie wspierana przez rodzimych żurnalistów, przy czym za szczególnie cenne dla interesów agresora trzeba uznać te publikacje, których autorzy mocno podsycali atmosferę, a nawet proponowali polskim kibicom przyłączenie się do rosyjskiego „marszu” – rzekomo w celu odwrócenia jego akcentów politycznych.

Trzecia faza, przypada na okres bezpośrednio po dokonaniu prowokacji. Zmuszony do reakcji jeniec kopnął już sowieckiego żołdaka – trzeba zatem podjąć działania „w obronie własnej”. Do kampanii włączają się natychmiast tzw. czynniki oficjalne: przedstawiciele rosyjskich władz i instytucji państwowych, którzy występując z pozycji zatroskanych (a zawsze obiektywnych) obserwatorów, stają w obronie agresora, nagłośniają  reakcje ofiary oraz różnymi metodami próbują wpłynąć na zażegnanie rzekomego konfliktu, dążąc w istocie do jego eskalacji.

Bez trudu można rozpoznać te elementy w natychmiastowym wysłaniu do Polski Michaiła Fiedotowa, rozmowie telefonicznej Putina z Tuskiem czy komunikacie MSZ Rosji, w którym wyrażono „szczerą nadzieję”, że podobne wydarzenia się nie powtórzą, „a pozostałe mecze staną się prawdziwym świętem dla wszystkich miłośników futbolu”. Jeśli polski MSZ twierdzi, że wizyta Fiedotowa była anonsowana już 8 czerwca, dowodzi to tylko tyle, że mamy do czynienia z działaniem w pełni zamierzonym.  Reakcja rosyjska na tak wysokim szczeblu sugeruje zaś, że reżim kremlowski przywiązuje dużą wagę do rozgrywania zdarzeń wokół Euro.

Ponieważ na tym etapie potrzeby jest zabieg odwrócenia skutków prowokacji, rosyjskie media zmieniły ton i zaczęły perorować, iż „polskie władze nie powinny były zezwalać na marsz rosyjskich fanów” (Moskowskije Nowosti) dając wyraźnie do zrozumienia, że winę ponosi wyłącznie strona polska. Inne z mediów (Sowietskij Sport) wyrażały obawy, że „wydarzenia z 12 czerwca to jeszcze nie koniec”, bo „osiłkowie, którzy napadli na rosyjskich obywateli, pozostaną w Warszawie„. Rządowa rozgłośnia „Głosu Rosji” stwierdziła bez ogródek:  „Był to totalny terror wobec kibiców rosyjskich, i to nie wobec chuliganów, lecz wobec zwykłych kibiców, ludzi, którzy przyjechali tu z rodzinami. Widzieliśmy zdjęcia, które utrwaliły bicie ludzi starszych, ludzi, którzy szli z dziewczynami, nie nastawionych na żadne konflikty”. Jeśli do tego chóru dołączają media zachodnie, rezonując oburzenie Rosjan i przedstawiając ofiarę jako agresora – kampania nabiera rozpędu i można ją poszerzyć o kolejne odsłony, jak np. ponowne wysłanie z „misją pokojową” Michaiła Fiedotowa czy operację wzmocnienia ochrony Ambasady RP w Federacji Rosyjskiej, co miało sugerować, że „polscy napastnicy” muszą liczyć się z kontrą rosyjskich patriotów.

Najważniejsza jest jednak faza czwarta, której skutki odczujemy w perspektywie najbliższych miesięcy. Polega ona na bezwzględnym wykorzystaniu i konsumpcji efektów prowokacji oraz podobnie – jak ma to miejsce w przypadku propagandy historycznej – na włączeniu ich w globalną politykę rosyjską i rozegraniu przeciwko Polakom. 

Faza czwarta ukaże nam nie tylko prawdziwy wymiar obecnych działań Kremla, ale pozwoli zrozumieć, że grupa rządząca Polską jest dziś sojusznikiem w dziele rosyjskiej prowokacji.

Nie ulega wątpliwości, że zgoda na przemarsz putinowskiej młodzieżówki była decydująca dla powodzenia całej operacji. Gdyby – zgodnie z zasadami państwa prawa – akcję zduszono na tym etapie, nie mogłaby sięgnąć udanego finału. Nie ma też wątpliwości, że wasalne wypowiedzi Tuska i jego ministrów oraz farsa „przepraszania” Rosjan przez polskojęzyczne „elity” III RP, były działaniem w interesie prowokatorów. Zachowania tych postaci stanowią integralny element  wrogiej kampanii i wpisują się w plany Moskwy. Nie można ich rozpatrywać, jako reakcji w interesie strony polskiej.

Mylą się zatem ci, którzy sądzą, że rosyjskie prowokacje są skierowane przeciwko rządowi Tuska  lub mają na celu poniżenie polskich decydentów w oczach światowej opinii publicznej. Błędem również byłoby dostrzeganie w nich tematów zastępczych, mających przykryć opozycyjne „marsze milionów”, jakie w tym czasie odbywały się w Moskwie.

Celem obecnej prowokacji jest polskie społeczeństwo, a w niedalekiej perspektywie – polska prawica i środowiska patriotyczne. To one zostały wskazane jako agresor i one mają ponieść konsekwencje moskiewsko-warszawskiej akcji propagandowej.  Ludzi obecnej władzy trzeba natomiast zaliczyć do wspólników  Putina, nie zaś dostrzegać w nich ofiary rosyjskiej prowokacji.

Najpełniejszy wymiar tej wspólnoty znajdziemy w reakcji partii Janusza Palikota. Środowisko to stanowi w istocie przybudówkę Platformy Obywatelskiej i jest opozycją parlamentarną w takim samym stopniu, w jakim ZSL czy SD były opozycją wobec PZPR-u. Lider tej partii jest zaś alter ego Bronisława Komorowskiego i wyraża te wszystkie poglądy, których oficjalnie nie może jeszcze głosić grupa rządząca. Warto przypomnieć, że lokator Belwederu przedstawia swojego przyjaciela jako „polityka zdradzającego postawy propaństwowe”, „skłonnego podejmować ryzyko z tytułu przeprowadzenia reform koniecznych dla Polski”.

Stanowisko partii tego „propaństwowego polityka” przedstawione w  „donosie na Polaków” (jak trafnie nazwano ów akt) jest więc wyrazem autentycznej odpowiedzi na rosyjską prowokację, zgodnej z intencjami grupy rządzącej. Jeśli czytamy w niej o „kilkunastoosobowej grupie bandytów inspirowanych przez środowisko związane z PiS, Radio Maryja i Solidarnych 2010”, która reprezentuje „niewielką część polskiego społeczeństwa o skrajnych poglądach narodowo katolickich”  – mamy do czynienia ze wskazaniem ofiar i wyraźnym wyznaczeniem celów fazy czwartej. Ze stanowiskiem tym w pełni korespondują słowa Donalda Tuska o dokończeniu wojny z „kibolstwem, chuligaństwem i bandytyzmem„, publikacja żurnalisty „Rzeczpospolitej”, w której dywaguje się o „wykorzystywaniu zdarzeń przez politycznych awanturników, którzy być może będą chcieli siać niechęć między nami” czy postulat ministra Sikorskiego skierowany do władzy sędziowskiej, „aby bandyterkę kibolską potraktować odpowiednio”. Z tą ostatnią dyspozycją wiąże się też list Prokuratora Generalnego Seremeta, który zarządził, by prokuratorzy występowali do sądów o sporządzenie uzasadnień wyroków wydanych na kibiców. Polecenie Seremeta zbiegło się z informacją, że Ambasada Rosji chce sprawdzać uzasadnienia wyroków wydanych na Rosjan i udzielać im pomocy prawnej.

W tle tych wypowiedzi rysuje się plan zaostrzenia przepisów ustawy o zgromadzeniach, według projektu zgłoszonego przez Bronisława Komorowskiego oraz dokonania systemowej „reformy” służb specjalnych, pozwalającej na odtworzenie układu byłych WSI oraz poszerzenie uprawnień w zakresie inwigilacji społeczeństwa. Nowe przepisy wzorowane na rozwiązaniach rosyjskich, stanowiłby skuteczną broń w walce z opozycją.

Opinia, jakoby „donos na Polaków” był incydentem niezwiązanym z celami grupy rządzącej, jest głęboko nieprawdziwa. Podobnie, jak postrzeganie rosyjskiej prowokacji w kategoriach działań wymierzonych w Tuska lub podważających jego pozycję. Obie strony wyraźnie dążą, by faza czwarta tej złożonej kampanii wyłoniła wspólnego wroga i stanowiła preludium do ostatecznej rozprawy z opozycją.

Strona rosyjska po raz kolejny próbuje rozgrywać polskie podziały i konflikty i czyni to za przyzwoleniem oraz w interesie grupy rządzącej. Jeśli w niedawnym oświadczeniu rosyjskiego ministra Mutki zawarto opinię, że „agresja na Rosjan nie jest popierana przez większość polskiego społeczeństwa” oraz postulat, by strona polska „dołożyła wszelkich starań w celu przeciwdziałania tej sytuacji i podjęcie jak najdalej idących kroków, mających na celu powstrzymanie bezprawnych działań w stosunku do obywateli FR” – mamy do czynienia z ujawnieniem prawdziwych celów prowokacji.

Wyeliminowanie rosyjskiej drużyny z rozgrywek Euro i konieczność wyjazdu młodzieżówki FSB z Polski z pewnością ograniczy możliwość kontynuowania kampanii. Nie pozbawi jednak jej autorów korzyści wynikających z fazy czwartej. Społeczeństwo o skrajnych poglądach narodowo katolickich – już zostało wskazane jako wspólny wróg, a jego rozgromienie stanie się celem integrującym grupę rządzącą z rosyjskim sojusznikiem  

Cytowany już organ Kremla „Moskowskije Nowosti”, na kilka dni przed rosyjską prowokacją napisał, że „większe lub mniejsze nielubienie Rosji cechuje znaczną część Polaków. Polska kultura jest przepojona opowieściami o oporze przeciwko Rosjanom. A mając na uwadze, że futbol, podobnie jak inne gry zespołowe, jest surogatem wojny, to rosyjscy fani i piłkarze symbolicznie mogą zostać uznani za żołnierzy”. Historia, którą przytaczam na początku tekstu powinna prowadzić do konkluzji, że egzekucja dokonana przez czerwonoarmistę „w obronie własnej” ma szansę stać się fundamentem przymierza z polskim sojusznikiem.

Aleksander Ścios

Artykuł opublikowany w nr 25/2012 Gazety Polskiej.

Za: Bez Dekretu - Aleksander Ścios blog (20 czerwca 2012) | http://bezdekretu.blogspot.com/2012/06/my-nie-agresory.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content