Szmalcownictwo upozowane – Stanisław Michalkiewicz

Czegóż to się nie liczy na tym świecie pełnym złości? Jeszcze w koszmarnych latach 60-tych Beatlesi wylansowali piosenkę informującą, że pewnego ranka w okolicy Glasgow pojawiło się 5 tysięcy dziurek w ziemi. „Policzono je wszystkie”. Skoro liczono dziurki w ziemi, to byłoby dziwne, gdyby nie liczono antysemitów. Więc właśnie w naszym nieszczęśliwym kraju trwa doroczne liczenie antysemitów, przy którym uwijają się rozmaici utytułowani Zasrancen, nie bez słuszności licząc na to, że dzięki swojej aktywności na tym polu dostaną jakieś „granty” – jak dzisiaj w elegancki sposób nazywany jest stary, poczciwy, jurgielt. Właściwie można by na tym poprzestać, bo – jak w poemacie „Towarzysz Szmaciak” twierdzi Janusz Szpotański, Szmaciakowie przekonali się że „z wszystkiego można szmal wydostać – tak, jak za okupacji z Żyda”.

Kojarzy się to w pierwszej kolejności ze szmalcownictwem, ale to tylko jedna z możliwości – o czym zapewnia nas sam Julian Tuwim, pisząc w wierszu „Semi-eros” o rozmaitych sodomitkach i gomorejkach, że „skaczą koło nich Żydki / z Żydków mają pożytki / Żydki dają na zbytki – ale wolą Aryjki”. Dzisiaj szmalcownik umarłby z głodu, bo po pierwsze – nasz nieszczęśliwy kraj okupują bezpieczniackie watahy, które – w odróżnieniu od 1968 roku – obecnie za szmalcownictwo nie wynagradzają („nikt od tej chwili za „kulę” nie wybula”), a po drugie i jeszcze ważniejsze – tak ważne, że właściwie – po pierwsze – na obecnym etapie Niemcy jeszcze nie daję się nikomu wyprzedzić w podlizywaniu się Żydom – o czym świadczy przypadek wyprzedzającego swoją epokę Guntera Grassa. Szmalcownictwo tedy w dzisiejszych czasach zanikło całkowicie, to znaczy – oczywiście nie zanikło, uchowaj Boże – tylko odwróciło się o 180 stopni. Dzisiejsi szmalcownicy próbują denuncjować antysemitów w nadziei na wspomniane „granty” – więc kombinują na potęgę.

Te kombinacje napotykają już na starcie na pewien problem. W jaki sposób rozpoznać antysemitę. W przypadku szmalcowników okupacyjnych, sprawa była jasna; zapraszało się delikwenta do bramy i żądało pokazania ptaka. W większości przypadków ten test okazywał się wystarczający, bo – jak podaje w swojej książce „Poza granicami solidarności” pani Ewa Kurek – 85 procent Żydów zamieszkujących Polskę nie było asymilowanych, niekiedy do tego stopnia, że nawet nie znali języka polskiego. Teraz sytuacja oczywiście wygląda zupełnie inaczej; Żydzi są wybitnymi znawcami języka polskiego, a poza tym – legitymują się znakomitymi, historycznymi, polskimi nazwiskami, więc Żydzi – oczywiście jak sądzę, bo niestety żaden z nich mi się nie zwierza – mogą rozpoznawać się po zapachu, podobnie jak „ludzie przyzwoici” z kręgu „Gazety Wyborczej”. No bo powiedzcie Państwo sami – po czym właściwie jeden przyzwoity może rozpoznać drugiego przyzwoitego, jeśli nie po charakterystycznym zapachu przyzwoitości? W świecie insektów takie chemiczne rozpoznanie jest na porządku dziennym, a głębocy ekologowie, w których imieniu okropnie schłostała mnie na „Nowym Ekranie” jakaś osoba – sugerują, że różnice między gatunkami nie są aż takie duże jak myślimy – zatem nie można wykluczyć, że przyzwoici rozpoznają się po zapachu. A skoro w ten sposób mogą rozpoznawać się przyzwoici, to dlaczego nie Żydzi? W końcu jakieś przywileje muszą być i któż może zabronić Żydom posiadania specjalnego nosa?

No dobrze – ale w jaki sposób współcześni szmalcownicy rozpoznają na ulicy antysemitów? Kiedyś, w koszmarnych czasach sanacji, antysemici byli rozpoznawalni, bo głosili pogląd, według którego Żydzi winni są „wszystkiemu”. Taki pogląd już na pierwszy rzut oka nie wytrzymuje krytyki, bo przecież na świecie zdarzają się trzęsienia ziemi, powodzie, pożary, fale tsunami – a Żydzi nie mają z tym prawdopodobnie nic wspólnego. Prawdziwych antysemitów jest zatem mało, jak na lekarstwo, w odróżnieniu od ludzi spostrzegawczych, których jest znacznie więcej, może nawet – bardzo dużo. Aleksander Fredro wkłada w usta Rejenta Milczka spostrzeżenie: „nie brak świadków na tym świecie”. Świadków – a więc ludzi spostrzegawczych, którzy w razie czego potrafią z dużą dokładnością odtworzyć przebieg różnych wydarzeń. Nie każdy się na świadka nadaje, o czym mogę zaświadczyć osobiście, będąc od co najmniej 6 lat wzywany przez niezawisły sąd w charakterze świadka w sprawie karnej, dotyczącej wydarzeń sprzed lat 12, w których nikt nie został poszkodowany. Nie mam najmniejszego pojęcia o co w tej sprawie może chodzić, a poza tym zupełnie nie pamiętam wydarzeń, będących przedmiotem zainteresowania niezawisłego sądu. Gdyby ktoś 12 lat temu powiedział: Szwejku, zapamiętajcie sobie wszystkie te wydarzenia w najdrobniejszych szczegółach, a najlepiej – zapiszcie je sobie w sztambuchu – to dzisiaj nawet obudzony w środku nocy przez ekipę ABW lub CBA, wyrecytowałbym zapamiętaną wersję przed jakimści surowym panem z dyrekcji policji, a tak, to jedyne, co będę mógł powiedzieć niezawisłemu sądowi, to: nie wiem, nie pamiętam – nawet tego, co zeznawałem 6 lat temu.

Są jednak ludzie spostrzegawczy i wszystko wskazuje na to, iż właśnie ich upatrzyli sobie współcześni szmalcownicy na swoje ofiary. Wskazują na to badania przeprowadzone przez pana profesora Sułka, który – włączając się aktywnie w doroczne liczenie antysemitów w naszym nieszczęśliwym kraju – zaliczył do nich osoby głoszące „antysemicki pogląd”, że Żydzi mają „zbyt duży” wpływ. Informację o badaniach pana prof. Sułka czerpię z „Gazety Wyborczej”, a ta, swoim zwyczajem, nie informuje swoich półinteligentów, w stosunku do czyjego wpływu Żydzi mają wpływ „zbyt duży”. Czy na przykład w porównaniu do sodomitów, czy bezpieczniaków. Możliwe zresztą, że „Gazeta Wyborcza” zrelacjonowała badania pana prof. Sułka rzetelnie, a tylko on, w pogoni za jujrgieltem, czy z jakichś innych, zagadkowych przyczyn zapomniał porównać wpływu Żydów do jakiegoś standardu.

Ale nie wymagajmy zbyt wiele od profesorów socjologii, co do której w ogóle nie wiadomo, czy jest nauką, czy tylko upozowaną na naukę umiejętnością skrytego manipulowania wielkimi masami ludzi przy pomocy prowokatorów i konfidentów. Akurat dzisiaj na kanadyjskiej prerii w powincji Alberta oglądałem miejsce, gdzie Indianie z plemienia Czarnych Stóp urządzali wielkie, można powiedzieć – przemysłowe jesienne polowania na bizony, zapędzając je wysokie na 200 metrów urwisko, z którego spadały, zabijając się na miejscu, a potem całe rozłożone u podnóża urwiska obozowisko oprawiało zwierzęta, zdzierając z nich skóry, porcjując i susząc mięso, albo przerabiając je na pemikan, no i wykorzystując kości do produkcji broni lub świętych obrzędów. Źeby zapędzić stado bizonów na to urwisko, Indianie stosowali zawsze ten sam trick, wyznaczając kilku łowców, którzy przebrani w wilcze skóry wprawiali stado w panikę, podczas gdy pozostali myśliwi tworzyli rodzaj szpaleru ze wzniesionych skór bizonich, których rozszalałe zwierzęta z jakiegoś powodu nie ośmielały się tratować.

Czyż nie identycznie postępują z nami nasi bezpieczniaccy okupanci, pakując nas do lejka z którego już chyba nie ma wyjścia innego, jak właśnie przez lejek – a pomagają im w tym rozmaici profesorowie, tworząc rodzaj szpaleru ze wzniesionych zbrodniczych bredni, z których się doktoryzują i habilitują? Wydaje mi się, że prawdziwy badacz rzeczywistości najpierw sprawdziłby, jakie wpływy mają Żydzi w naszym nieszczęśliwym kraju, a dopiero potem zacząłby je porównywać z równie skrupulatnie zbadanymi wpływami bezpieczniaków, konfidentów, sodomitów, czy gomorytek – i dopiero wtedy mógłby stwierdzić, że opinia, iż Żydzi mają wpływ „zbyt duży” jest prawdziwa, albo nie. Widzimy jednak, że nic z tych rzeczy, że kryterium prawdy w ogóle nie jest tu wzięte pod uwagę, więc wygląda na to, że mamy tu do czynienia ze szmalcownictwem a rebours, tyle, że upozowanym na naukowe badania.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    4 czerwca 2012

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2520

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content