Ormowcy postępowi i konserwatywni – Stanisław Michalkiewicz

Któż z nas nie pamięta ormowców postępowych? Pojawiali się oni z reguły 1 maja, obstawiając trybunę, na której powiatowi partyjni dygnitarze przyjmowali hołdy od spędzonych na tę okoliczność mieszkańców, a zwłaszcza – uczniów. Pamiętam z dzieciństwa zwłaszcza jednego, który z okazji 1 maja, a pewnie i sznapsa, rozkrochmalał się na tle przyjaźni polsko – radzieckiej, która w ORMO z pewnością była egzekwowana jeszcze surowiej, niż dzisiaj wśród tak zwanych narodowców. Rozkrochmalenie owo objawiało się w intonowaniu pieśni: „Tyś się rodził na Uralu, a ja u stóp Tatr; nie przeszkadza mi to wcale cenić ileś wart” – po czym następowała improwizacja, chyba nie do końca zgodna z oryginałem, na temat zwrotki drugiej: „twą dziewczynę zwą Marusia, moją Maryś zwą; nie przeszkadza mi to wcale cenić wartość twą”. Oczywiście tego rodzaju produkcje artystyczne stanowiły margines działalności ormowców, którzy przede wszystkim byli werbowani i wykorzystywani przez Milicję Obywatelską w charakterze donosicieli, a w razie potrzeby – również tak zwanego zbrojnego ramienia partii – głównie zresztą zbrojnego w pałki, wypożyczane na takie okazje z milicyjnych arsenałów. Z tych powodów bycie ormowcem wymagało jeśli nie posiadania to w każdym razie – wykształcenia w sobie pewnych właściwości charakterologicznych. Mój przyjaciel, zajmujący się z dużą pasją obserwowaniem przyrody zauważył kiedyś, że odpowiednikiem ormowca w świecie zwierzęcym jest pies.

I rzeczywiście. Mogłem przekonać się o tym na własne oczy 8 marca 1968 roku, kiedy przypadkowo znalazłem się w Warszawie, gdzie przyjechałem odwiedzić siostrę. Idąc ulicą Marszałkowską na wysokości kina „Luna”, nazwanego tak na cześć Luny Brystigerowej, która zresztą niedaleko mieszkała i miała blisko do Koszykowej, gdzie „u świętej Teresy” była jedna z katowni UB – otóż idąc ulicą Marszałkowską zauważyłem kilkusetosobową grupę z biało-czerwoną flagą. Kiedy ci ludzie zbliżyli się do kina „Luna”, z wnętrza kina runęła na nich wataha milicjantów, którzy zaczęli ich okładać pałkami. Wszyscy runęli do otwartych sklepów, które przytomne ekspedientki natychmiast pozamykały milicjantom przed nosem. Kiedy milicja zniknęła, wyszliśmy na ulicę i poszedłem już z tym pochodem, który wznosząc antykomunistyczne okrzyki, kierował się w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Kilka razy byliśmy rozpraszani przez milicję, ale za każdym razem udało się nam zebrać ponownie i tak dotarliśmy na Krakowskie Przedmieście, w okolice kościoła św. Krzyża. Tam właśnie po raz pierwszy zobaczyłem sprowadzony na tę okoliczność tak zwany „aktyw robotniczy”, czyli właśnie ormowców z biało-czerwonymi opaskami na rękawach cywilnych ubrań i milicyjnymi pałami w dłoniach. Oficerowie szczuli ich na nas, a oni – właśnie jak wściekłe psy, atakowali nas z prawdziwą furią. Wśród nich były psy tresowane specjalnie to znaczy – prowokatorzy. Jeden z nich wdarł się razem z nami do otwartego kościoła i udając wielkie wzburzenie działaniami milicji i ormowców rzucił się do ołtarza w zamiarze chwycenia lichtarza w charakterze oręża. Został natychmiast stamtąd ściągnięty i kopniakami wyrzucony za drzwi, gdzie schronił się w szeregach ormowców. „Lecz tymczasem na mieście inne były już treście” – bo następnego dnia niezależne media napisały, że kościół św. Krzyża został zbezczeszczony.

Przypomniały mi się tamte myśliwskie sceny w związku z deklaracją pana prof. Adama Wielomskiego, który w „Najwyższym Czasie!” napisał, że w przypadku pałowania stanąłby po stronie pałujących. Powiedzmy sobie otwarcie i szczerze, że stawanie po stronie pałujących ma wiele zalet, między innymi również tę, że nie wymaga specjalnej odwagi, a raczej – silnie rozwiniętego instynktu samozachowawczego. Jeśli nawet te właściwości występują u pana prof. Adama Wielomskiego w jakimś szczególnym nasileniu, to oczywiście nic złego, chociaż z drugiej strony specjalnej chwały to też mu nie przynosi. I pan profesor z pewnością jest tego świadomy, bo próbuje taki wybór uzasadnić ideologicznie. Chodzi o to, że każda władza pochodzi od Boga i zaprowadza porządek. Jakby komuś nie wystarczał święty Paweł, to pan profesor, czerpiąc z bezmiaru erudycji, cytuje Karola Maurrasa, według którego „demos zawsze był cywilizowany tylko dzięki batom, które dostawał”.

Ciekawe, kogo pan prof. Adam Wielomski zalicza do „demosu”, który w imię porządku powinien być batożony i w jaki sposób rozpoznaje tych, którzy batożąc, uczą cywilizacji? Sam, o ile mi wiadomo, nie jest jakimś legatem urodzonym, ani nawet szlachcicem; nogi w każdym razie wyrastają mu z tego samego miejsca, co i panu przewodniczącemu Dudzie, więc na podstawie doświadczeń osobistych takiej wiedzy posiąść nie mógł, to rzecz pewna. Mówiąc inaczej, pan prof. Wielomski właściwie zaliczać się powinien do „demosu”, i to w mniej wartościowym, tubylczym wydaniu, który w imię cywilizacji powinien być od czasu do czasu porządnie wybatożony, choćby przez jakichś francuskich ambicjonerów. Czyżby ta natrętna myśl trochę go prześladowała, a instynkt samozachowawczy podpowiadał, że tylko skwapliwe przyłączenie się do batożących może uchroni go przed przeznaczeniem? Wykluczyć z góry tego nie można, chociaż pan profesor Wielomski daje do zrozumienia, że działa z pobudek ideowych, broniąc prawicowego etosu przez zepsuciem przez złych kaczystów. Nie wiem, co takiego Jarosław Kaczyński zrobił panu profesorowi, że prezentowany przezeń światopogląd można już bez specjalnej przesady nazwać kaczocentrycznym. Wszystko u niego obraca się wokół Kaczyńskiego – więc musi w tym tkwić jakaś ważna, sekretna i starannie ukrywana przyczyna.

Jak tam było, tak tam było – ale bez względu na przyczynę, to skwapliwe pragnienie znalezienia się wśród batożących i po stronie pałujących jest charakterystyczne dla ormowców. Co prawda ormowcy sprzed transformacji ustrojowej angażowani byli w zasadzie w obronie socjalizmu i sojuszu ze Związkiem Radzieckim, ale być może są wśród tego gatunku odmiany postępowe i konserwatywne, a pan prof. Adam Wielomski jest wybitnym reprezentantem tej drugiej odmiany. Zresztą – jak powiadają Francuzi – les extremes se touchent, co się wykłada, że przeciwieństwa się stykają, a skoro współczesnych konserwatystów rozpoznaje się przede wszystkim po kulcie generała Jaruzelskiego i nieodwzajemnionej miłości do Związku Ra… – to znaczy pardon – oczywiście po nieodwzajemnionej miłości do Rosji, to może różnice między ormowcami postępowymi i konserwatywnymi nie są aż tak duże, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 30 maja 2012

Za: michalkiewicz.pl

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content