Aktualizacja strony została wstrzymana

Polscy eksperci boją się prawdy

We wczorajszym programie Jana Pospieszalskiego „Bliżej” wyemitowano kilkanaście odpowiedzi ekspertów komisji Millera, którzy nie chcieli lub nie mieli odwagi dyskutować z prof. Wiesławem Biniendą. Przypominamy więc, co usłyszeliśmy, kiedy próbowaliśmy porozmawiać na temat ustaleń prof. Biniendy z innymi specjalistami.

Kilka tygodni przed przylotem prof. Biniendy, 27 kwietnia 2012 r., zwróciliśmy się drogą mailową do dr. inż. Macieja Laska i prof. Zdobysława Goraja. Pierwszy jest szefem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, drugi – jest cenionym uczonym z Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej.

Macieja Laska zapytaliśmy:
– Dlaczego dotychczas nie przeprowadzono symulacji komputerowej katastrofy Tu-154M 101 w Smoleńsku?
– Czy jako naukowiec zetknął się Pan w latach 90. w Instytucie Lotnictwa w Warszawie z metodą elementów skończonych w badaniu struktur konstrukcji lotniczych, a jeśli tak, to w jakim zakresie i czy np. posługiwał się Pan tą metodą w swojej pracy badawczej?
– Metoda elementów skończonych, według ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, to bardzo precyzyjne narzędzie analizy, które pozwala odtworzyć, jak przebiegała destrukcja samolotu Tu-154M 101. Czy podziela Pan Przewodniczący tę opinię, a jeśli nie, to dlaczego?
– Metodą elementów skończonych, konkretnie programem LS-Dyna, posłużył się, jak wiadomo, w swoich obliczeniach komputerowych dotyczących katastrofy smoleńskiej prof. Wiesław Binienda, ekspert NASA. Prof. Binienda powiedział, że po każdej katastrofie lotniczej na Zachodzie przeprowadza się wielokrotnie symulacje komputerowe. Jako ekspert komisji ministra Jerzego Millera wypowiadał się Pan w „Naszym Dzienniku”, że nie wierzy w żadne symulacje. Czy nadal tak Pan uważa, a jeśli tak, z jakich merytorycznie powodów, czy np. dlatego, że nie ma w Polsce takich technicznych możliwości?

Przewodniczący Lasek nie odpowiedział na nasze pytania, nie odbierał też naszych telefonów. W sekretariacie PKBWL poradzono nam, by wysłać SMS. Tą drogą zapytaliśmy więc przewodniczącego PKBWL, czy odniesie się do naszych pytań. Maciej Lasek nie odpowiedział i tym razem.

Prof. Zdobysława Goraja zapytaliśmy:
– Czy na Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa istnieje techniczna możliwość przeprowadzenia symulacji komputerowej oraz badań w tunelu aerodynamicznym – pomocnych w odtworzeniu przebiegu destrukcji samolotu Tu-154M 101 w Smoleńsku?
– Jeśli taka możliwość istnieje, czy w Wydziale Mechanicznym Energetyki i Lotnictwa podejmowano takie badania, a jeśli nie, to dlaczego?
– Czy jako wybitny naukowiec podziela Pan zdanie m.in. prof. Wiesława Biniendy, eksperta NASA, że metoda elementów skończonych to bardzo precyzyjne narzędzie analizy, które pozwala odtworzyć, jak przebiegała destrukcja samolotu? Czy zdaniem Pana Profesora są w Polsce techniczne możliwości do przeprowadzenia ww. symulacji komputerowej i czy uważa Pan, że taką symulację powinno się w badaniu rozpadu konstrukcji Tu-154M 101 przeprowadzić?

Na nasze pytania nie dostaliśmy odpowiedzi. Zadzwoniliśmy więc do prof. Goraja. W rozmowie telefonicznej profesor powiedział, że nie odpowie na pytania. Jego zdaniem uczelnia jest miejscem badań naukowych, a nie uprawiania polityki, i odesłał nas do rektora Politechniki Warszawskiej. Zapytany, czy metoda elementów skończonych może być pomocna w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy, odpowiedział, że nie będzie wypowiadał się w sprawie katastrofy smoleńskiej. Prosił też, by więcej do niego w tej sprawie nie dzwonić.

Niezależna

Gdzie się podziali krytycy Biniendy?

Z możliwości bezpośredniej konfrontacji z tezami prof. Wiesława Biniendy nie skorzystał żaden z wielokrotnie i uporczywie podważających je publicznie parlamentarzystów koalicji rządowej czy „ekspertów” epatujących swoimi mądrościami widzów TVN24

Symulację dotyczącą przebiegu ostatniej fazy lotu rządowego Tu-154M zaprezentował wczoraj na posiedzeniu parlamentarnego zespołu smoleńskiego prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu w Akron.

Sejmowa sala pękała w szwach, przyszli posłowie opozycji: PiS i Solidarnej Polski, były rodziny ofiar (Ewa Kochanowska, Małgorzata Wassermann, Dariusz Fedorowicz, Andrzej Melak). Zabrakło parlamentarzystów koalicji rządowej i lewicy. – Nie należę do zespołu, poza tym mam posiedzenia komisji – tłumaczy się Eugeniusz Kłopotek (PSL). – Ale nawet gdyby Sejmu nie było, to też bym nie był, bo pracuję zawodowo – dodaje, tłumacząc przy tym, że nic o posiedzeniu zespołu nie wiedział. Szkoda, bo informacja o tym znajdowała się na stronie internetowej Sejmu. Dostępnej dla wszystkich, więc i dla parlamentarzystów. – Myśli pani, że ja przeglądam strony internetowe? – odburkuje Kłopotek, który jeszcze niedawno zapewniał, że będzie popierał każdą propozycję zmierzającą do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. – Nie jestem członkiem tego zespołu – mówi z kolei Marek Wójcik (PO), wiceszef sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych, dopytywany o powód absencji. Zdziwiony takimi tłumaczeniami jest Stanisław Piotrowicz, członek prezydium zespołu smoleńskiego. – Informacja o posiedzeniu zespołu była dostępna. Posiedzenie nie jest zamknięte, każdy może wziąć w nim udział, wystarczy chcieć – zaznacza. – Zawsze jesteśmy dumni z Polaków, którzy za granicą potrafią być ambasadorami Polski, którzy są ekspertami i od których możemy czerpać pewną wiedzę – mówiła Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS), która na posiedzenie zespołu przyszła.

Milczenie ekspertów Millera

Profesor Binienda po raz kolejny wskazał, dlaczego teoria o utracie jednej trzeciej panelu skrzydła po zderzeniu z brzozą jest niespójna, nieprawdopodobna czy wręcz nierealna. Z analizy raportu MAK i komisji Jerzego Millera wynika, że po tym zdarzeniu maszyna gwałtownie wznosi się do góry. Źeby nabrać wysokości, musiałaby w tym momencie osiągnąć duże przyspieszenie pionowe: 10 g lub 8 g. – Takiego manewru nie jest w stanie wykonać żaden samolot tego typu – tłumaczył prof. Binienda, który kilka dni wcześniej swoją symulację numeryczną prezentował wykładowcom z Politechniki Warszawskiej. Jej wyniki w kwietniu przedstawiał też na specjalistycznej sesji w Pasadenie (USA). – Na tej konferencji było ponad 200 ekspertów. Zaprosiłem na nią również ekspertów komisji Millera oraz ekspertów MAK, by przedstawili swoje wyniki badań. I byśmy mogli się podzielić swoimi konkluzjami. Niestety, nikt ani nie przyjechał, ani nic nie przysłał. Po tej prezentacji nie było ani jednego komentarza, który wskazywałby na jakieś błędy tego modelu – wskazywał wczoraj prof. Binienda. Zaznaczył, że jego wyliczeniom przeciwstawia się jedynie opinie i przypuszczenia. – Nikt nie wystąpił z krytyką merytoryczną moich analiz – zauważył profesor.

Ani szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Maciej Lasek, ani dwóch innych członków komisji Millera: Wiesław Jedynak i Stanisław Źurkowski, nie odbierali wczoraj telefonów. Trzeci potencjalny rozmówca Bogdan Fydrych odmówił z kolei komentarza. – Nie udzielam żadnych odpowiedzi. Dla mnie jest to sprawa zamknięta – powiedział proszony o ustosunkowanie się do tez Biniendy. – Dziwię się takiej postawie. Gdyby ktoś podważał publicznie dorobek mojej pracy, to na pewno zająłbym stanowisko. Nie zrobiłbym tego, gdybym nie miał kontrtezy. Jeżeli liczą na to, że ich milczenie zdeprecjonuje wysiłek pana profesora, to się mylą – ocenia mec. Piotr Pszczółkowski. Sam Binienda przyznał wczoraj, że niedawno próbowała się z nim skontaktować pewna grupa Rosjan, chodziło rzekomo o pomoc w skonstruowaniu silnika odrzutowego. – Kiedy zacząłem sprawdzać tę firmę, okazało się, że nie ma nic wspólnego z silnikami odrzutowymi – mówił. Odnosząc się do pytań posłów dotyczących wyboru drogi prawnej, czyli aneksu 13 do konwencji chicagowskiej, Binienda odpowiedział, że nie może brać poważnie pod uwagę postępowania, w którym złamano praktycznie wszystkie punkty załącznika. Chodzi m.in. o archiwizację dokumentacji wraku, konwencja wymaga sfotografowania każdego elementu wraku i ciał ofiar. Poza tym nakazuje zebranie wszystkich elementów maszyny w zadaszonym hangarze. Powinna też zostać dokonana fizyczna rekonstrukcja wraku samolotu. – Tego, co zostało zrobione, nie można nazywać śledztwem. Dlatego wzywamy do powstania prawdziwej komisji międzynarodowej, która takie śledztwo przeprowadzi – zastrzegł profesor. Czy badanie wraku tupolewa może jeszcze coś wnieść do śledztwa? Na to pytanie prof. Binienda odpowiedział twierdząco. Tak, można dokonać analiz pod kątem środków chemicznych. Można też badać historię odkształceń i zniszczeń. Dokonanie tych analiz byłoby możliwe nawet w sytuacji, gdyby strona rosyjska nie zwróciła nam wszystkich szczątków Tu-154M. Binienda zasugerował, że przetrzymywanie wraku na płycie lotniska Siewiernyj jest działaniem celowym. – MAK jest akredytowaną instytucją w ICAO, która wie, jak przeprowadzać śledztwa prawidłowo. Jednak w tym wypadku MAK naruszał punkty jeden po drugim – wskazał. W ocenie Biniendy, gdyby polski rząd wykazał taką wolę i zainteresowanie, obiektywne badanie mogłyby podjąć amerykańska NTSB lub gremia europejskie, w tym m.in. Europejska Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Anna Ambroziak

Za: Nasz Dziennik, Piątek, 25 maja 2012, Nr 121 (4356)

 

Binienda, brzoza i raport MAK

Nie znam się na samolotach.

Znam się na budownictwie, mogę dyskutować o stadionach czy autostradach, te problemy znam z wieloletniej praktyki zawodowej. Dlatego też dotąd nie zabierałam głosu w sprawach technicznych dotyczących katastrofy smoleńskiej. Natomiast jest jeszcze jeden temat, na którym, z racji wykonywanego zawodu, też dobrze się znam – to wykonywanie prac badawczych opartych na badaniach w terenie czy laboratorium.

Raport MAK to nie jest praca oparta na interpretacji źródeł, tylko wnioski z badań materialnych, gdzie konkluzje końcowe muszą wynikać z załączonych raportów badawczych. I tu mamy ten słynny TAWS 38.

Wg załączonych raportów z badań samolot leci prosto aż do punktu TAWS38. Wg konkluzji końcowej skręca dużo wcześniej z powodu przyjętego z sufitu uderzenia w brzozę.

Ja nie rozważam, czy załączone badania są autentyczne czy sfałszowane – stwierdzam jedynie, że wnioski nie zgadzają się z załączonym materiałem badawczym, a wręcz mu zaprzeczają. Taka praca, gdyby to był artykuł naukowy czy doktorat – leci do kosza przy pierwszej recenzji. Po prostu! Bo to jest fałszowanie wyników własnych badań.

Dlaczego Anodina to zrobiła? To akurat proste – charakterystyczne dla razwiedki sprawdzenie bojem – publikujemy totalną bzdurę i patrzymy na reakcję.

Prawdziwe pytanie brzmi, dlaczego raport Millera, mimo wcześniejszych wątpliwości, w końcu przyjmuje teorie Anodiny. Czyli dlaczego nasza komisja powiela fałszerstwo?

Dlatego uważam, że apele o wznowienie działania komisji Millera są bez sensu – to prokuratura powinna zająć się jej członkami i zadać z urzędu podstawowe pytanie każdemu z jej członków>

Czym się Pan kierował, świadomie fałszując wnioski wynikające z wykorzystywanych przez komisję badań załączonych w raporcie MAK?

Eska

Za: Salon24  – Eska blog (24.05.2012)

Za: Publikacje „Gazety Polskiej” (25.05.2012) | http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/420433,polscy-eksperci-boja-sie-prawdy