Burzenie smoleńskiego Matrixu

Prezentujemy poniżej rozmowę z blogerem Free Your Mind, autorem opracowania pt. „Czerwona strona Księżyca”, będącego – jak do tej pory – najbardziej przenikliwym traktatem o zagadnieniach tzw. katastrofy smoleńskiej.

Wywiad przeprowadziła blogerka Amelka222.

 

Książka Twoja – jest zarówno historią rosyjsko-polskiej opowieści o „smoleńskiej katastrofie”, z jej wszystkimi fazami, zmiennymi danymi, często wzajemnie się wykluczającymi, jak i dogłębną dyskredytacją tej opowieści. Dyskredytacją, która krok po kroku, teza po tezie, podważa jej ustalenia. Podstawowym, stosowanym przez Ciebie argumentem merytorycznym, jest porównywanie obrazu „zdarzenia smoleńskiego” (z wszystkimi elementami, które na ten obraz się składają) – ze znanymi powszechnie podobnymi wypadkami, z wymaganymi i stosowanymi wówczas procedurami, z rutynowym postępowaniem lotniczych służb ratowniczych na całym świecie…

Ta metoda była nieunikniona z czterech powodów. Po pierwsze: dlatego, że „fachowcy wojskowi” od razu, tj. od pierwszych dni po tragedii, zaczęli nas zapewniać, iż wypadków lotniczych nie należy ze sobą porównywać, „bo są nieporównywalne”. (Do absurdalności tego argumentu nawiązywałem w rozdziale „Czerwonej strony Księżyca” dotyczącym radzieckich ekspertów zajmujących się „katastrofą smoleńską”). Po drugie: dlatego, że „fachowcy wojskowi” z miedzianym czołem zapewniali nas, że Zdarzenie mogą wyjaśnić tylko „fachowcy wojskowi” (przerasta ono ramy pojęciowe i możliwości intelektualne przeciętnego zjadacza chleba – sprawa tragedii więc jest wyłącznie dla grona „wtajemniczonych”). Po trzecie: dlatego, że właśnie na tle porównania z autentycznymi katastrofami lotniczymi (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/08/trzy-katastrofy.html) i autentycznymi badaniami tych katastrof zaczęło się wyłaniać „odrealnienie” tego, co miało się wydarzyć w Smoleńsku i ukazywać w szczegółach to, jak to odrealnione Zdarzenie „zbadano”.

Po czwarte: dlatego, że Zdarzenie było w olbrzymiej mierze „teatrem telewizji”. Pisałem pod koniec mojej książki o, by tak rzec, doświadczeniu telewizyjnym, w którym wszyscy zostaliśmy 10-04 zanurzeni. Zwykły, szary człowiek (ale też olbrzymia większość bliskich ofiar) tamtego tragicznego, sobotniego, wiosennego dnia, niespełna tydzień po Świętach Wielkiej Nocy – wszelką wiedzę o Zdarzeniu, a tym samym i Obraz Zdarzenia – mógł zdobyć tylko z masowych środków przekazu. Nie było innej możliwości dotarcia do wiedzy o tym, co się stało (nie było też dla większości z nas możliwości dotarcia na miejsce, obejrzenia etc.). Jeśli więc weźmiemy pod uwagę ten podstawowy stan rzeczy – iż nie dysponowaliśmy absolutnie żadnymi możliwościami zweryfikowania informacyjnego przekazu, to właściwie „skazani byliśmy” na „przyjęcie do wiadomości”, iż… „doszło do katastrofy”. Nikt z nas wtedy – ogłuszony wieścią o śmierci tylu wybitnych osób z polskiej elity – nie był w stanie „na zimno” podjąć się analizy tego przedziwnego medialnego strumienia danych. Potem już było za późno. Ten zafałszowany obraz zaczął bowiem „urabiać” wyobraźnię i świadomość społeczną i zwykli ludzie – zdani wyłącznie na promoskiewską propagandę – nie byli w stanie wypracować sobie „alternatywnego obrazu” tego, co się stało, „bo żałoba”, „bo pogrzeby”, „bo dajmy szansę śledczym”…

Tak więc droga blogerów do tego „alternatywnego obrazu” musiała prowadzić poniekąd poprzez skrupulatną, krok po kroku, krytyczną analizę tego, co wytworzyły media, służby, „fachowcy wojskowi”, instytucje etc. w ramach „oprawy” Zdarzenia. Błędem byłoby jednak przypisywanie wyłącznie mnie wypracowania tejże drogi (do „alternatywnego obrazu”) – to – co starałem się wyraźnie powiedzieć w „Czerwonej stronie Księżyca” – wspólny śledczy sukces wielu osób, które w blogosferze stawiały pytania, nie zadowalały się prostymi, zwykle propagandowymi odpowiedziami, „szukały dziury w całym”, zestawiały zdjęcia i zeznania, drążyły i drążyły rozmaite kwestie zamataczone przez „eskpertów” do granic możliwości itd. To patrzenie z różnych stron przez różne osoby na, podkreślmy: wykreowane medialnie Zdarzenie – pozwoliło „przełamać falę” totalnej dezinformacji. Podkreślam: uczynili to zwykli ludzie w blogosferze – reprezentujący rozmaite zawody i wykazujący się niesamowitą wprost determinacją w wyjaśnianiu sprawy tragedii z 10-04.

Moim zdaniem jest to wydarzenie bezprecedensowe i zarazem dowodzące (słabnącej, ale miejmy nadzieję, że wciąż żywotnej) polskiej racjonalności. Tak jak za peerelu Polacy nie dali się totalnie ogłupić mediom, tak i za neopeerelu Polacy w pewnej mierze byli w stanie po pewnym czasie „wyrzucić telewizor za okno”. Wymagało to, rzecz jasna, uznania, że Oni aż tak kłamią (bo wcześniej wydawało się nam, że „aż tak kłamać nie mogą”, skoro „komunizmu nie ma”). Tak już na marginesie dodając, to może kiedyś ktoś zajmie się analizą neokomunizmu jako specyficznej „nowoczesnej” formuły kulturowej, w której sowietyzacja przeprowadzana jest nie metodą „sierpa i młota”, lecz z uśmiechem na ustach i w luksusowej, polukrowanej oprawie – z wydatnym udziałem high technology.

W przypadku Smoleńska – nie zgadza się nic: prawa fizyki działają inaczej, czas przestaje być wiarygodnym punktem odniesienia dla większości zdarzeń, nadesłane przez stronę rosyjską dokumenty nie zawierają gwarancji ich autentyczności, śledztwo prowadzone w Warszawie okazuje się być postępowaniem, które każdorazowo niemal musi uwzględniać procedury rosyjskie…

W tej Twojej uwadze jest jednak pewne uproszczenie :) – otóż tylko niektórym osobom (takim jak Ty, ja, inni „paranoicy smoleńscy”) „nic się nie zgadza”. Problem w tym, że jednym ludziom „niezgodności” wcale nie przeszkadzają (na zasadzie – jakoś to musiało być – brzoza nie brzoza, ale się rozwalili w tej mgle), innych to zupełnie nie interesuje (zamierzchła sprawa sprzed dwóch lat – „zmęczenie Smoleńskiem”), jeszcze inni „boją się pomyśleć”, co się naprawdę 10 Kwietnia stało (trzeba żyć dniem dzisiejszym i nie wychylać się), a jeszcze inni uważają, że jeśli na Siewiernym nie doszło do wypadku, to musiało dojść do zamachu. Nieliczni wciąż, nieliczni (za sprawą intensywnego i wielopłaszczyznowego – choć przemilczanego nawet przez niezależne media – śledztwa) uważają, że mogło być tak, iż na Siewiernym nie doszło ani do wypadku, ani do zamachu.

Podejmując problem Smoleńska wkraczamy w jakiś matrix – nie tylko wydarzeniowy, kreślony rosyjską narracją, ale również prawno-ustrojowy, trudny do zrozumienia i niemożliwy do zaakceptowania…

Nie jestem pewien, czy matrix dotyczy tylko kwestii tragedii z 10-04. Jakąś urojoną, iluzoryczną, fantasmagoryczną, a więc nierealną, jest cała polska państwowość doby „transformacji”. Nie ma winnych zbrodni komunistycznych, komunizmu zresztą też już „nie ma” – nie ma więc też i dekomunizacji, skoro sam komunizm okazał się widmem, które było i sobie poszło, bo komuniści odwiesili sowieckie mundury i włożyli garnitury, zamieniając się w biznesmenów oraz socjaldemokratów, a nawet… wolnomyślicieli „walczących o prawa” przeróżnych „mniejszości”. Państwo skonstruowane na niesprawiedliwości, bezprawiu i zakłamaniu nie może przybrać w pewnym momencie jakiejś normalnej formy, tylko karłowacieje, deformuje się coraz bardziej. Kończy się to tragicznie. I skończyło się 10 Kwietnia.

Ale to jest też tak, że ludzie (nie tylko w Polsce, ale o niej głównie mówimy) nie chcą słuchać. Po II wojnie światowej ludzie (nie tylko nad Wisłą) nie chcieli słuchać o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą sowietyzacja. Potem zaś, gdy terror był taki, iż szary, żyjący w sowieckim terrorze, obywatel bał się głośno powiedzieć, a nawet samodzielnie cokolwiek pomyśleć, co sprzeczne byłoby z tym, co nakazywała czerwona władza – było już „pozamiatane”. Niestety, nawet wtedy w Polsce sądzono, że ktoś taki jak np. J. Mackiewicz przesadza – że „aż tak źle”, jak on głosi, to być nie może. Ludzie nie chcieli też słuchać, gdy „oszołomy” ostrzegały w latach 80., iż nie należy zasiadać do negocjacji z czerwonymi. Ludzie nie chcieli słuchać, gdy Z. Herbert mówił (w latach 90.) o neokomunizmie, zapaści semantycznej i neopeerelu. Ludzie nie chcą słuchać, bo „wiedzą swoje” – i niestety zwykle się mylą.

Wiele można powiedzieć o czerwonych, lecz jednego nie można im odmówić: znakomitego rozpoznania podlejszej części natury ludzkiej. Oczywiście takie rozpoznanie nie wiąże się z jakimiś szeroko zakrojonymi badaniami psychospołecznymi, bo na to czerwoni są za tępi (sowietyzm nie jest w stanie wytworzyć żadnej autentycznej kultury ani nauki – tak samo jak w obozie pracy niemożliwa jest normalna wytwórczość czy produkcja), lecz ze zwykłą obserwacją ludzkich zachowań w opresji, terrorze, zbydlęceniu, sponiewieraniu, skoszarowaniu, złagrowaniu etc. Oni uważają, iż jeśli się człowieka sprowadzi do warunków egzystencji zwierzęcia, to będzie się zachowywał jak zwierzę – zwierzę zaś, przy odpowiednich środkach kar / nagród, da się odchować i wytresować. Człowiek potrzebuje przede wszystkim pożywienia i bezpieczeństwa – jeśli więc (myślą czerwoni) odbierze mu się pożywienie i bezpieczeństwo, będzie się on starał przede wszystkim osiągnąć ten najbardziej prymitywny (niezbędny do przetrwania) stan, nie zaś zajmował jakimiś dyrdymałami, jak konstruowanie teorii, pisanie melancholijnych poematów, marzycielstwem w „wieży z kości słoniowej” etc. Jeśli człowiek nie ma co jeść, to dąży do tego, by zdobyć coś do zjedzenia. Jeśli człowiek żyje w poczuciu zagrożenia, to cieszy się z chwil, kiedy może bezpiecznie odsapnąć.

I do tego sprowadza się cała „rewolucja” – bolszewicka agentura zamienia społeczeństwo w stado, a następnie poddaje je hodowli i tresurze. Tak właśnie postępują czerwoni – całymi dziesięcioleciami, na dziesiątkach milionów ludzi. Mają do tego sprawny aparat przymusu (bez niego wisieliby zamiast liści, rzecz jasna), mają media, mają system edukacji, mają pseudokulturalne instytucje, a więc dysponują zastępami inżynierów dusz. Czerwoni jednak są elastyczni – o ile w pierwszym pokoleniu niezbędny jest terror totalny (i za kawały o Stalinie można pójść do ziemi lub na tortury), o tyle w drugim już działa „mała stabilizacja”. Jak ta zawodzi, to znowu się sięga po terror, a jak ten jest niepotrzebny, to znowu jest „odwilż” i zabawa w „poszerzanie swobód obywatelskich”. Taka kołomyja się nazywa w nowomowie czerwonych: wesołym barakiem. Czerwoni bowiem nie kryją się specjalnie z tym, iż tworzą totalny, ogólnonarodowy (a nawet międzynarodowy) obóz koncentracyjny, zaznaczają jednak, że w czerwonym obozie „żyje się lepiej, żyje się weselej” i domagają się tylko jednego: akceptacji danego stanu rzeczy (ewentualnie zobojętnienia na tenże stan). Nie trzeba być entuzjastą rządów agentury – wystarczy akceptować „konieczność dziejową” – to czerwonym w zupełności wystarcza.

Dlaczego tyle teraz opowiadam o czerwonych? Dlatego że różowi są ich przedłużeniem – czasami pokoleniowym, czasami tylko ideowym, ale bardzo wyraźnym. Różowi najwyraźniej są zafascynowani siłą (i właściwie nieograniczonymi w żaden sposób możliwościami) władzy nad ludźmi, jaką daje komunizm, choć zarazem wzdragają się przed totalnym terrorem. Różowi to zatem mieńszewicy w stosunku do bolszewików, można powiedzieć (jeśliby usytuować obie grupy w kontekście „rewolucyjnego myślenia” o państwie). Część różowych zresztą to dawni czerwoni, więc tym bardziej porównanie ich do mieńszewików jest uzasadnione.

O co chodzi różowym? O to, żeby nie tyle „sierpem i młotem”, co nieco subtelniejszymi metodami (pseudoedukacja, permisywizm moralny i popkultura) dokonywać społecznego chowu i tresury. Różowi bowiem, tak jak czerwoni, mają postawę „gnostyków” – ludzie władzy to elita wtajemniczonych, w związku z tym są predestynowani do sterowania „masami” (innymi słowy: procedury obywatelskiego wyłaniania struktur władzy są OK, o ile wyłaniają właściwych „przedstawicieli” czy „reprezentantów” ludu).

Różowi jednak brzydzą się morzem krwi, jakie pozostawia po sobie komunizm i wolą „nowy ustrój”, w którym chów / tresura dokonują się na nowych zasadach. Obywatele pozostają w kołchozowych boksach, jak za komuny, lecz mają większy wybieg, nieco lepszą karmę, no i sporo świeżego powietrza. O ile czerwoni wychodzą z założenia, iż „bez bata ani rusz”, o tyle dla różowych filozofia polityki sprowadza się do konstruowania złotych społecznych klatek – tak by uwięziony nie tylko nie widział problemu w tym, że nie ma wolności, lecz też chwalił sobie taki stan rzeczy i nie chciał go zmieniać (bo „zawsze może być gorzej”). Przełom kulturowy, jaki niesie ze sobą neokomunizm jest więc taki, iż obywatele przyjmują kierat jako nie tyle konieczność, co przyjemność – rozrywkę, fun. Społeczne więzienie jest OK – zresztą, jakie to więzienie, skoro czujemy się wolni?

Ten zgoła apokaliptyczny styl myślenia (radośnie godzącego się z niewolą) widać w kontekście tragedii z 10-04. Tu faktycznie matrix jest ekstremalny, ale też siła perswazji wiąże się z mocą narzędzi technologicznych biorących udział w upowszechnianiu i utrwalaniu fałszywego obrazu Zdarzenia w umysłach obywateli. Matrix jest tak wielki, że spora część Polaków myśli: a dajmy sobie z „tym Smoleńskiem” spokój.

Dlaczego tak się dzieje? Co w Twojej ocenie należy przedsięwziąć, by można było przebić tę szklaną ścianę (pozornej i celowo wytworzonej) pułapki niemożności dotarcia do prawdy o tragedii z dnia 10 Kwietnia? Czy to przebicie szklanej ściany od wewnątrz, własnymi siłami, w ogóle jest możliwe?

Trzymając się tej Twojej metafory, rzekłbym, że „szklana ściana” została już przebita. Ona nie tylko ma pęknięcia, ale i dziury – problem jednak w tym, że część środowisk, część osób, część instytucji woli do tych dziur się nie zbliżać, bo obraz, jaki wyziera przez nie, jest „nie do przyjęcia”.

Co to znaczy: „nie do przyjęcia”? To znaczy, że fałszywy obraz wytworzony przez ruską i niestety także nadwiślańską propagandę – fałszywy obraz Zdarzenia (mimo że jest fałszywy!) tak się już utrwalił w umysłach wielu ludzi, iż oni nawet (wiem, że zabrzmi to okropnie) już „dla świętego spokoju” wolą myśleć o tragedii w kategoriach katastrofy aniżeli w kategoriach zbrodni dokonanej z zimną krwią na niewinnych ludziach. Innymi słowy, wielu ludziom łatwiej jest „przyjąć do wiadomości”, że te 96 osób zginęło w wyniku działań „ślepych sił fizycznych” niż w taki sposób, że… do żadnej katastrofy nie doszło, tylko np. do terrorystycznego ataku.

A może nie mamy tutaj absolutnie do czynienia z żadnym niewytłumaczalnym zjawiskiem, tylko z jak najbardziej logicznym i wewnętrznie spójnym kreowaniem przez władze nowego, pozamachowego porządku w państwie? „Pozamachowego”, czyli możliwego do wprowadzenia jedynie w efekcie przeprowadzonego realnie w dniu 10 Kwietnia w Polsce krwawego zamachu stanu?

Polska bez wątpienia jest krajem „pozamachowym”, przy czym określenie „zamach” należy rozumieć wieloaspektowo – nie tylko bowiem chodzi o zamach na samą delegację, lecz i zamach na polską państwowość oraz na obywatelskie wolności (i tak mocno ograniczone w neokomunizmie). Określenie „pucz” by tu się nasuwało („zamach stanu” jest nieadekwatne mimo wszystko – ciemniacy już od paru lat rządzili, gdy doszło do ataku na polską delegację, nie musieli więc „odzyskiwać” czy „przejmować” władzy), lecz i ono nie do końca się sprawdza – po puczu to zwykle wojskowi biorą się za rządzenie – po 10. Kwietnia władza de facto pozostała w rękach ciemniaków (zwłaszcza w służbach), choć nabrała nowego, absolutystycznego wymiaru, ponieważ uległa dalszemu rozszerzeniu.

Absolutyzacja władzy zaszła nie tylko dzięki obsadzeniu „ośrodka prezydenckiego”, BBN etc., nie tylko przez „zmianę warty” na wysokich stanowiskach w armii, ale też dzięki geopolitycznemu przewrotowi – resowietyzacji na szczeblu państwowym. Polska po 10-04 weszła na okołomoskiewską orbitę i jeśli nie dojdzie do radykalnego sprzeciwu wobec tego stanu rzeczy – resowietyzacja przyjmie formę taką, iż Polska będzie taką „republiką” jak Białoruś. Całkowicie zależną od neo-ZSSR. Wtedy też amerykańska administracja będzie traktować Polskę jako już tylko państwo buforowe, tj. „stracone” dla wolnego świata.

2.

Chciałabym poprosić o bardziej szczegółowe scharakteryzowanie przyjmowanej przez Ciebie metodologii badawczej, która stanowi podstawę analiz prowadzonych zarówno w „Czerwonej stronie Księżyca”, jak i we wszystkich Twoich notkach.

Zacznijmy może od tego: czym jest badanie jakiejś sfery, jakiegoś obszaru rzeczywistości etc.? Nie będę chyba odosobniony, jeśli powiem, iż powinno ono spełniać dwa podstawowe warunki: (systematyczne, konsekwentne, metodyczne) dążenie 1) do prawdy i 2) do ustalenia realnego stanu rzeczy. Co to jednak znaczy? To znaczy przede wszystkim to, iż nie podchodzi się dogmatycznie do tego, co się robi, ale się jest otwartym na pewne wskazówki, jakie niesie ze sobą badana sfera (por. też moje uwagi tu http://freeyourmind.salon24.pl/369534,rolexowi-w-odpowiedzi).

Rzecz naturalna – musimy podchodzić do badań z jakimiś wstępnymi założeniami, lecz nie możemy podchodzić w taki sposób, że jeśli to, co badamy, kłóci się z tym, co założyliśmy, to uważamy, iż z naszymi założeniami jest wszystko OK, tylko „tym gorzej dla faktów”. Jeśli ktoś jest dogmatykiem, to nie jest żadnym badaczem. Może oczywiście, np. z racji pewnego treningu zawodowego, jaki przeszedł, wykorzystywać przeróżne metody, może wprost popisywać się jakąś specjalistyczną wiedzą (co na osobach nieznających się na danej dyscyplinie może robić wrażenie), ale jeśli nie jest otwarty na weryfikację swojej koncepcji pod wpływem faktów, to żadnego badania nie prowadzi. Jeśli natomiast nie zmienia swojej koncepcji nie tylko ze względu na fakty, lecz także ze względu na to, że konkurencyjną koncepcję uznaje za „wrogą”, to zamienia się w propagandzistę, nie zaś badacza.

W taki właśnie sposób „uprawiali naukę” czerwoni. Nie przejmowali się faktami (każdy potrafili „wyjaśnić” po swojemu), zaś „wrogie koncepcje” zwalczali w prostacki sposób, zarzucając „burżuazyjne”, „imperialistyczne”, „idealistyczne” itd. odchylenie ewentualnie przechodząc wprost do ataków ad personam na danego autora (na zasadzie: bo on jest przedstawicielem „klasy burżuazyjnej”). Czerwoni głosili, że tylko oni mają rację, a reszta świata pogrążona jest w mrokach i nawet szczególnie się nie trudzili drobiazgowymi analizami innych koncepcji, tylko od razu przedstawiali je w zdeformowany sposób, by „ułatwić sobie” ewentualną ich „krytykę”. Generalnie wychodzili z założenia, że „myśl” Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina etc. jest tak głęboka, że samo jej zgłębianie to już robota dla paru pokoleń „radzieckich naukowców”, nie warto zatem zgłębiać myśli innych.

Porządnego badacza poznaje się po tym, że nie wpada ani w furię, ani w panikę, ani w jakieś inne histerie, tylko ze spokojem testuje różne hipotezy, gdy się zajmuje jakąś dziedziną. Jeśli dany badacz w punkcie wyjścia uznaje, że tylko ta teoria, którą on głosi, jest prawdziwa – jest dogmatykiem i zasługuje na politowanie – nie na szacunek. Każdy, kto ma choć powierzchowną wiedzę właśnie o rozwoju nauki, wie dobrze, iż ścieranie się konkurencyjnych teorii prowadzi zwykle do owocnych rezultatów, zaś bezkrytyczne trwanie przy jakimś jednym „jedynie słusznym” rozwiązaniu prowadzi zwykle do atrofii. Co by to zresztą było w myśli ludzkiej, gdyby nie śmiałe hipotezy „burzące pewien zastany porządek”, prezentujące jakiś nowy punkt widzenia na rzeczywistość?

Tyle o generaliach :) Mówimy jednak nie o „badaniach jako takich” – lecz 1) o badaniu największej powojennej tragedii polskiej. Mówimy 2) o jej badaniu w specyficznym i niezwykle skomplikowanym kontekście. Tworzą go środki masowego przekazu dostarczające fałszywej wizji Zdarzenia. Tworzą go instytucje głoszące i kultywujące moskiewską narrację. Tworzą go „fachowcy wojskowi” bijący w bębny propagandy. Tworzą go prokuratury zachowujące się jak muchy w smole. Tworzą go publikacje zakłamujące to, co się stało – publikacje „eksperckie” (pseudoraporty komisji Burdenki 2 i „komisji Millera”) i „popularyzatorskie” (książki dziennikarzy czy „pasjonatów lotnictwa” a la doc. Amielin).

To nie jest zatem tak, iż np. spokojnie siadasz sobie do mikroskopu i dokonujesz jakiejś obserwacji, by potem spisać jej wyniki. Tu mamy do czynienia ze zbrodnią, ze śmiercią blisko 100 osób i jednocześnie z tym zarysowanym wyżej kontekstem, a więc zwykłe, standardowe podejście badawcze musi być wzbogacone o podejście śledcze, kryminalistyczne, zmierzające najpierw do ustalenia: co się stało, w jakim miejscu, o jakiej porze, jak przebiegało, kto był sprawcą itd.

Gdy zaś pojawia się kwestia kryminalistycznego dochodzenia, to mimo jego metodyczności, ma ono zgoła odmienny charakter niż klasyczne podejście badawcze, ponieważ wymaga ono np. krytyczno-porównawczej analizy zeznań świadków oraz myślenia „redukcyjnego” (ze śladów odtwarzającego to, co się mogło stać). Nieuniknione jest zestawianie przeróżnych wersji tego, co zaszło (włącznie z wersjami zakłamanymi przez tychże świadków), po to, by ustalić: 1) kto mówi prawdę, kto nie, 2) dlaczego ktoś ukrywa prawdę (czy jest zastraszony czy raczej tuszuje swój współudział w zbrodni), i co chyba najważniejsze 3) co dany świadek ukrywa (wiedzę o jakich faktach). Nieuniknione jest też chodzenie po różnych śladach (np. celowo pozostawionych, by wprowadzić śledczych w błąd) i sprawdzanie przeróżnych poszlak. Nieuniknione jest więc także błądzenie w ślepych uliczkach, do których prowadzą np. zakłamane zeznania świadków.

Na tym jednak nie koniec – ponieważ i tu (tj. na poziomie dochodzenia kryminalistycznego) ujawnia się dodatkowy, specyficzny i skomplikowany kontekst. Kiedyś napisałem w jednym z postów stanowiących polemikę z Rolexem (http://freeyourmind.salon24.pl/369534,rolexowi-w-odpowiedzi), iż w przypadku 10-04 mamy do czynienia z sytuacją przypominającą „czarne kryminały”, a więc tego typu, że policja prowadzi dochodzenie ws. zbrodni dokonanej przez policjanta – prowadzi je jednak wyłącznie po to, by dowieść, że nie doszło do zbrodni, tylko do wypadku. Jak to jednak zwykle bywa z metaforami, nawet ta powyższa nie oddaje w pełni skali tego, czego jesteśmy świadkami od dnia tragedii. Gdyby bowiem posłużyć się tą metaforą, to należałoby ją zmodyfikować: policja nie tylko prowadzi takie dochodzenie „przykrywające sprawę”, lecz pojawia się na spreparowanym przez specsłużby „miejscu wypadku” i uruchamia działania, które mają obrazować „oględziny wypadku” (relacjonowane potem w mediach) – zaś miejsce prawdziwej zbrodni pozostaje ukryte. To jest dopiero galimatias.

W dyskusjach, jakie przetoczyły się przez blogosferę od razu po opublikowaniu książki, często pojawiał się, wzięty z „sufitu”, zarzut o rzekomym braku naukowego warsztatu analitycznego w Twoich pracach. Dyskusje były o tyle trudne, że dość szybko okazało się, że niemal każda z osób podnoszących ten zarzut kompletnie inaczej rozumiała terminy – było nie było – podstawowe, takie jak: „warsztat naukowy”, „naukowa analiza krytyczna”, „metody weryfikacji źródła”, czy też określenie „metody ustalenia stanu rzeczywiście mającego miejsce”. Przypuszczać jedynie mogę, że również samo pojęcie „źródło informacji”, czy „stan faktyczny”, nie dla wszystkich jest dostatecznie jasne i wymaga dodatkowych doprecyzowań… Tym bardziej w sytuacji, kiedy zarówno ilość, jak i rodzaj źródeł wykorzystanych przez Ciebie w pracy jest przeogromna… Od początku twierdzę, że bibliografia Twojej książki stanowi „książkę w książce” i wymaga oddzielnych studiów…

Szczerze mówiąc, nie śledziłem żadnych tych „dyskusji”, doskonale wiedząc, jaki mogą one mieć przebieg, zarazem nie mając już czasu ani ochoty na lekturę rozemocjonowanych tekstów ludzi, którzy śledztwem tak naprawdę się wcale nie zajmują, natomiast są pierwsi do rzucania oszczerstw na blogerów pracujących nad koncepcją maskirowki smoleńskiej. Z uwagą przeczytałem recenzję Rolexa, odniosłem się zresztą do niej w osobnym poście (http://freeyourmind.salon24.pl/395591,smolensk-a-sprawa-polska), z radością przyjąłem propagowanie mojej publikacji przez wielu innych blogerów i publicystów (jak J. Jaskólska i P. Jakucki), także przez redakcję „Bibuły” oraz Niepoprawne Radio. Informacja o książce dostępna jest także na podstronie z intrygującymi audycjami J. Mieszko-Wiórkiewicz i zezorro – Radia Wnet. Nawet p. M. Dybowski z zasłużonego antykomunistycznego wydawnictwa „Antyk” pisał do mnie mailowo (wprawdzie zaznaczając, iż nie zgadza się z moimi konkluzjami, ale pytania, które stawiam, są, jego zdaniem, ważne), że książka powinna się ukazać drukiem (jak bowiem już sygnalizowałem, takie wstępne kontakty ws. papierowej publikacji z pewnym wydawcą nawiązałem).

Jeśli zaś chodzi o głosy naukowców, to wydaje mi się, że prof. M. Dakowski (kiedyś ekspert Zespołu przecież) i prof. J. Trznadel, sygnatariusz listu ws. powołania międzynarodowej komisji śledczej dot. tragedii, to są, wg mnie, bardzo miarodajne głosy właśnie za koncepcją maskirowki (http://freeyourmind.salon24.pl/344357,w-odpowiedzi-na-tekst-prof-j-trznadla). Ponadto część blogerów to przecież specjaliści z przeróżnych dziedzin, co widać od razu po ich stylu komentowania, pisania, rozwijania argumentacji, po erudycji, inteligencji i błyskotliwości. To, że wolą publikować swoje myśli pod pseudonimami, jest, wg mnie, wyrazem ich swoistej pokory: ktoś zwyczajnie poddaje pod publiczny osąd racjonalność i koherentność swoich poglądów, nie zaś wyjeżdża od razu ze swoim CV, by pokazać, jakie stoją za nim instytucje, jakimi dyplomami może się pochwalić, jakie fachowe publikacje ma za sobą i jak ewentualni czytelnicy od razu powinni przyklęknąć na jedno kolano po lekturze tegoż CV.

Rozmaite ponure i często żałosne postaci blogosfery natomiast żądają przede wszystkim „odsłonięcia się” tychże specjalistów, „by było uczciwie”, „by było wiadomo, kto to mówi” – ale nie miejmy złudzeń – te żądania są formułowane wyłącznie po to, by następnie móc atakować daną osobę za to, kim jest (za stary (więc zdziwaczały), za młody (więc niedoświadczony), z prowincji (cóż może wiedzieć?) lub ze stolicy (zmanierowany!), nie związany z tymi instytucjami, co trzeba (nie „nasz fachowiec”), partyjny, bezpartyjny, wierzący, niewierzący etc.). Jeśli chce się uderzyć psa, to się kij znajdzie – powiada przysłowie.

Wracając jednak do tego, co zawarłaś w swoim pytaniu, powiem tak – częstokroć za głosami ludzi, którzy posługują się żargonem naukowym (mającym zapierać dech odbiorcom, zwłaszcza laikom), kryje się niebywała wprost arogancja i ciasnota umysłowa. Niebywała. Stwierdzam to ze zdumieniem, ale i ze zgrozą – nie sądziłem bowiem, iż we współczesnej polskiej (szeroko rzecz ujmując) „warstwie inteligencji” może być aż tak źle (łudziłem się, że ta arogancja i ciasnota umysłowa to generalnie przypadłość czerwonych i różowych – niestety, wcale tak nie jest).

Niektórzy ludzie sądzą, że wystarczy podstawić dane do wzorów, a wyniki się ukażą takie jak należy. Jak jednak można dojść do prawdziwych konkluzji drogą podstawiania niewiarygodnych czy wprost sfałszowanych danych do rozmaitych wzorów, to doprawdy nie mam bladego pojęcia. Myślenie, że aparatura formalna i matematyczne wzory załatwią za nas wszystko (w tak poważnej i skomplikowanej sprawie jak tragedia z 10-04) – to kompletny absurd, którego pokracznym, ale dobitnym przykładem są „dendrologiczne badania Amielina”. Facet tam „wszystko wyobliczał” z wyglądu drzew. Tak jak i „badacze z MAK” czy „badacze” z „komisji Millera” naobliczali się wszystkiego jak diabli smoleńscy.

Podkreślam więc: jeśli nie dysponujemy wiarygodnymi danymi, to żadna, ale to żadna formalizacja nam w niczym nie pomoże. Najpierw więc należy ustalić faktyczny stan rzeczy, dojść do odpowiedzi: co, jak, kiedy, gdzie było, a potem dopiero można brać się za precyzyjne modelowanie i wizualizowanie – nigdy zaś odwrotnie. Te uwagi jednak kieruję do Ciebie i do ludzi otwartych na rzetelne myślenie badawcze. To właśnie z „wizualizowaniem” zanim udało się cokolwiek konkretnego ustalić mieliśmy do czynienia od pierwszych godzin po tragedii. Pokazywano nam, „jak to mogło być”, unaoczniano za pomocą rysunków, animacji komputerowych etc. Po co? By utrwalić w głowach odbiorców taki a nie inny obraz Zdarzenia – zatem byśmy zaczęli myśleć o tym, co się stało – w taki sposób, jak chcą dezinformatorzy. Nie wolno więc postępować tak, iż konstruuje się kolejne „przemawiające do wyobraźni” komputerowe „obrazy katastrofy”, jeśli się najpierw nie zebrało (w procedurze dochodzeniowo-śledczej i badawczej) pewnych, sprawdzonych danych o tym, jaki był przebieg wydarzeń z 10-04, a więc także, jeśli nie wie, czy w ogóle na pewno do katastrofy doszło.

Jak więc rozpoznać porządnego badacza? Prawdziwy badacz przede wszystkim nie boi się wyzwań – co więcej, przyjmuje je z ciekawością, po to choćby, by zmagać się z tym, co ma być badane, by sprawdzić swoją teorię, by sprawdzić się samemu jako osoba myśląca i uznająca się za przenikliwą. Pseudobadacz zaś macha ręką na jakiekolwiek wyzwania: nie chce mu się; nie widzi powodu; nie widzi problemu itd. – on „już wie”, on „już nie musi sprawdzać”, on „już nie potrzebuje stawiać dodatkowych pytań”. Pomijam tu zupełnie takich ludzi, którzy w ogóle nie są zdolni do jakichkolwiek badań, gdyż intelektualne możliwości im na to nie pozwalają, za to nie brakuje im tupetu, by tych, co cokolwiek badają, bezczelnie „przywoływać do porządku”.

Przykład „dyskusji” widziałem nie tak dawno pod postem Rolexa (http://hekatonchejres.salon24.pl/399982,co-mowi-fizyka-okiem-albatrosa-co), w którym to ten znakomity publicysta starał się przekazać prostą i od dawna już w kręgach blogerów zajmujących się maskirowką, znaną prawdę, iż silniki „prezydenckiego tupolewa” były zimne „po katastrofie”. Cała „dyskusja” pod tekstem Rolexa skoncentrowała się wokół pseudoproblemu, który można sformułować tak: humanista nie powinien wchodzić na obszar fizyki. Nie była więc istotna pewna kwestia związana z „katastrofą”, lecz to, iż autor ośmielił się „przekroczyć granice humanistyki”. Jak absurdalny, jak niedorzeczny jest ten argument – dość łatwo udowodnić, pytając: a czy min. A. Macierewicz jest fizykiem z wykształcenia? Albo może znawcą lotnictwa? Albo chociaż specjalistą od katastrof lotniczych? No bo jeśli nie, to jako humanista nie powinien wkraczać na tereny fizyki etc., prawda?

Tymczasem jednym z elementów zamachu było „skonstruowanie pseudonaukowej” oprawy Zdarzenia. Miała to być „katastrofa lotnicza” nie tylko z tego powodu, by jej badaniem mogli się zająć wyznaczeni przez Moskwę „specjaliści”, lecz też z tego względu, by „specjaliści” należeli do kręgu wtajemniczonych, którzy będą tłumaczyć „za pomocą żargonu” dziennikarzom i innym laikom: „jak wyglądało Zdarzenie”, zaś w przypadku „dodatkowych pytań” owi specjaliści będą odsyłać do „dalszych badań”.

3.

Wobec występowania nadal tylu niewiadomych dotyczących wydarzeń z dnia 10 Kwietnia, z którymi mamy do czynienia po 2 latach, jakie mijają od tej daty, naturalne się wydaje zjawisko formułowania rozmaitych pytań o podstawowe kierunki śledztwa, badań i dociekań związanych z tragedią, która dotknęła tego dnia cały nasz naród.

Ba! Odsłoniła ona katastrofę w znacznie szerszej skali: pokazała katastrofę całego państwa. W swojej książce stawiasz diagnozę przyczyn tego upadku i pokazujesz jego najboleśniejsze objawy. Rysujesz również warstwy kręgów szczelnie przylegające do Kłamstwa Smoleńskiego i wzmacniające jego informacyjny rezonans, pozbawiające jednocześnie naród instrumentów dotarcia do prawdy…

 

Nie powiedziałbym, że tych narzędzi pozwalających na dotarcie do prawdy nie ma. Co więcej, jestem przekonany, iż istnieje mnóstwo możliwości nacisku – i na gabinet ciemniaków, i na prokuratury. Jedną z nich jest uruchomienie jawnych, publicznych przesłuchań poszczególnych świadków. Tak wielu ich do tej pory nie zostało przesłuchanych, a tak wiele spraw wciąż wymaga wyjaśnienia. Takie publiczne przesłuchania na pewno odbijałyby się szerokiem echem w mediach, co z kolei wpłynęłoby na rozmaite instytucje blokujące badanie tego, jak doszło do tragedii z 10-04. Niewykluczone jednak, iż najnowsze odkrycia po dwóch ekshumacjach (śp. premiera P. Gosiewskiego i śp. prof. J. Kurtyki) spowodują długo oczekiwany przełom w śledztwie nawet na poziomie oficjalnych instytucji. Stwierdzenie bowiem specjalistów zajmujących się medycyną sądową, iż nie sposób po tychże ekshumacjach ustalić przyczyn śmierci dwóch członków prezydenckiej delegacji, jest zarazem przyznaniem, że nie zginęli oni w wyniku „wielonarządowych obrażeń”, jak to nam wciskali Ruscy, a za nimi ciemniacy, za ciemniakami zaś „eksperci” od siedmiu boleści.

Pojawia się zatem pierwszy poważny problem: skoro ciała nie wykazują oznak charakterystycznych dla „wypadku komunikacyjnego”, no to w jaki sposób ci ludzie zmarli? Co spowodowało, że nie żyją? Jak rozumiem (z tych lakonicznych na razie, lecz dość jednoznaczych doniesień prasowych po ekshumacjach Gosiewskiego i Kurtyki), nie ma też na ciałach śladów po materiałach wybuchowych. Jeśliby dalsze ekshumacje przyniosły podobny rezultat, to min. A. Macierewicz głoszący z podziwu godnym uporem hipotezę z rozerwaniem samolotu w powietrzu w wyniku eksplozji, będzie musiał nie tylko mocno zweryfikować swoją dotychczasową (wspartą przecież badaniami zaprzyjaźnionych specjalistów) koncepcję gruntownie zweryfikować, lecz i wziąć pod rozwagę obraną przez siebie dla Zespołu metodologię. Chyba że uzna, iż te poekshumacyjne badania przeprowadzone w Polsce są po prostu niewiarygodne, a więc „hipoteza 15/26 metrów” nic nie straciła na swej aktualności oraz zasadności.

Które-jakie pytania uznałbyś za najbardziej istotne dla zdobycia wiedzy o prawdziwym przebiegu tej tragedii?

W kontekście tego, co powiedziałem wyżej – pierwsze pytanie: kiedy następne ekshumacje oraz kiedy ekshumacja śp. Prezydenta L. Kaczyńskiego, która w obecnej sytuacji wydaje się nieunikniona. Czeka nas, rzecz jasna, niesamowita trauma w związku z tymi nowymi ekshumacjami, ale ona była nieunikniona, skoro zrazu niedopuszczono do (obligatoryjnych) badań sekcyjnych w Polsce oraz „zakazano” otwierać trumien.

Ciemniacy byli pewni, iż uda się odwlec jakiekolwiek medyczno-sądowe badania, potem zaś sprawa się przedawni, odleży, ułoży, może nawet ulegnie zapomnieniu i w końcu Polacy machną ręką na całą „katastrofę smoleńską”, zajęci innymi sprawami (np. „Euro 2012”). Ta strategia okazała się jednak nieskuteczna i wyjątkowo krótkowzroczna. Nie wiem, czy zmiana na stanowisku szefa NPW tak podziałała „ozdrowieńczo” na umysły wojskowych prokuratorów, czy może skala fałszerstw w ruskiej dokumentacji okazała się tak ogromna, że nawet tak dotąd spolegliwa wobec moskiewskich matactw prokuratura stwierdziła, iż należy jednak podjąć się niezależnych, własnych czynności dochodzeniowo-śledczych. Tak czy tak ekshumacje się zaczęły i już przynoszą zaskakujące rezultaty. Pytanie podstawowe zatem: kiedy następne? Te bowiem mogą dostarczyć nareszcie miarodajnego materiału dowodowego w smoleńskim śledztwie.

Które z pytań mogą mieć charakter przysłowiowych „kamieni milowych”, tj. takich ważnych węzłów wyznaczających dalszy tok badań smoleńskich i gdzie – Twoim zdaniem – leży w ogóle sedno prawidłowego formułowania pytań „o Smoleńsk”? Zauważ, że rozmawiamy o tych najważniejszych pytaniach już po zapoznaniu się z Twoją fundamentalną – a określenie to celowo pozwalam sobie tutaj powtórzyć – książką. I nie ma tutaj żadnego zaburzenia porządku rzeczy. Ona bowiem zarówno wiele z tych pytań wywołała, jak i pozostawiając większość z nich bez odpowiedzi – nawet jeszcze je dzisiaj wyostrzyła.

Jesteś dla mnie zbyt łaskawa – mam jednak nadzieję, że może chociaż prokuratorzy wojskowi poczytali moją książkę, a powinna im się przydać. Wracam do meritum. Wiele zależy od tego, kto pytania stawia i komu one są stawiane. Pytania – te najważniejsze – należałoby podzielić na określone grupy.

Po pierwsze: pytania do samej prokuratury. Jak wygląda sprawa elektronicznych nośników (telefonów, aparatów, laptopów), które są w posiadaniu ABW? Kiedy zostaną opublikowane dane na ich temat, kiedy zostaną upublicznione zapisy z tychże nośników? Dlaczego dotąd (a mijają dwa lata) są nieupubliczniane? Jak wygląda prokuratorski wgląd w te materiały? Czy zostały one utajnione? Jeśli tak, to dlaczego, z jakiego powodu, na czyje polecenie?

Po drugie: pytania do rodzin ofiar. Czy rzeczy po ofiarach poddawano kryminalistycznej analizie? Czy proszono o pośredniczenie w takich działaniach pełnomocników prawnych ofiar? Czy usiłowano dotrzeć do zawartości nośników elektronicznych, które cały czas są w „depozycie ABW”? Czy są w posiadaniu rodzin jakiekolwiek dodatkowe, a niepublikowane do tej pory, materiały wizualne lub audiowizualne związane z 10-04 (zdjęcia, filmiki) z Okęcia? Jeśli tak, to czemu nie są upubliczniane? Czy rodziny nie zechciałyby wytypować, np. w osobie p. M. Wassermann, przedstawiciela do współpracy z blogerami? (Ja osobiście chętnie nawiązałbym mailowy kontakt z p. Wassermann).

Po trzecie: pytania do Zespołu. Dlaczego Zespół od ponad roku nie przesłuchuje nowych smoleńskich świadków? Lista nazwisk byłaby bardzo długa. Czy już nie będzie dalszych przesłuchań, czy też planowana jest jakaś nowa ich seria? Jeśli tak, to kiedy i jakie osoby są przewidziane? Proponowałbym takich świadków jak: P. Kraśko, R. Sęp, A. Daniluk-Jankowska, W. Bater, J. Mróz, D. Górczyński, G. Kwaśniewski, G. Cyganowski, G. Wiśniewski, J. Bahr, M. Jakubik, A. Wosztyl, A. Źulińska, T. Stachelski, L. Putka, C. Kąkolewski, A. Kwiatkowski, A. Śmietana, P. Wudarczyk, K. Dacewicz, A. Klarkowski, M. Grodzki, M. Martynowski, P. Świąder i W. Cegielski.

Tę listę oczywiście można by ciągnąć jeszcze długo, wymieniając dodatkowe nazwiska np. z COP, BOR, DSP (np. gen. K. Załęski, autor pierwszego raportu dot. 10-04 i kwestii wylotów), 36 splt (np. B. Stroiński, G. Pietruczuk) lub z ośrodka prezydenckiego (legendarny J. Strużyna choćby, spec od zamawiania statków powietrznych w 36 splt) itp. Czy wszystkie te osoby odmówiły zeznań? Czy do wszystkich osób zwracano się o przybycie na przesłuchanie? Czy może nie?

4.

Zarówno w książce, jak i w bieżących swoich opracowaniach podkreślasz, że wiele na to wskazuje, iż 10 kwietnia mieliśmy do czynienie z potężną operacją militarną skierowaną przez Rosję przeciwko Polsce. Źe nie była to najprawdopodobniej żadna – mniej lub bardziej dyskretnie przeprowadzona – akcja zamachowa na polską delegację, lecz operacja zorganizowana wielotorowo i przy użyciu raczej niemałych sił. Podkreślasz jej złożoność…

Musiała to być potężna akcja militarna, ponieważ (mimo że jej ostrze skierowane było przeciwko polskiemu Prezydentowi, ośrodkowi prezydenckiemu, Dowódcom i innym wysokim dostojnikom) musiała ona brać poprawkę na to, iż atakowana (na terenie kontrolowanym przez Moskwę) delegacja prezydencka reprezentuje państwo należące do Sojuszu Północnoatlantyckiego, który przewiduje działania odwetowe w sytuacjach zbrojnych operacji przeciwko państwom NATO. Jak wspominałem w „Czerwonej stronie Księżyca” Polska na przełomie 2009 i 2010 r. była na etapie poufnych uzgodnień, co do programu Eagle Guardian mającego objąć dodatkową ochroną natowską nasz kraj (jednym z negocjatorów był śp. S. Komorowski). Niemożliwe, by Moskwa o tym nie wiedziała za pomocą swoich kretów w NATO.

„Operacja Smoleńsk” była więc swoistym „rozpoznaniem bojem” możliwości odwetowych NATO w przypadku „nowych członków”. Nie muszę chyba dodawać, że bojem wygranym przez siły Kremla. Przeprowadzona jednak ona została w taki sposób, by sama zbrodnia dokonała się „błyskawicznie”, by miała zarazem charakter czy przebieg bezprecedensowy – tak, by Zachód kompletnie nie wiedział jak zareagować (ta reakcja zresztą była trudna do wykonania, skoro sami ciemniacy uznali, iż doszło do lotniczego wypadku, który badać będzie się pod moskiewską kuratelą). (Przebieg tej operacji starałem się, korzystając z przeróżnych danych, hipotetycznie odtworzyć w rozdziale „W wielowymiarowej ruskiej zonie” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf)).

Cel militarny „operacji Smoleńsk” jednak był jasny: podporządkowanie Polski Moskwie, atak na „mózg” polskiego państwa (czyli elitę państwową), zdobycie natowskich łupów w postaci sprzętu, notatek, danych etc. Pozostaje sprawą otwartą, jak dalece posunięta była współpraca przedstawicieli „strony polskiej” w przygotowaniach do zamachu – kto był wtajemniczony, a kto nie, kto miał pewne procedury zatrzymać, bo wiedział, iż „coś się będzie działo”, a kto z niedbalstwa, niefrasobliwości, tępoty lub rutyny, pewne czynności zaniedbał, pominął, „odfajkował” bez należytej dbałości o właściwy ich przebieg.

Ponieważ była to akcja ruskich mundurowych, to nad Wisłą też szukałbym w środowisku mundurowych, ewentualnych kooperantów zamachu. Przesłanki ku temu istnieją wielorakie: 1) blackout na Okęciu, 2) widoczna gołym okiem nadreprezentacja „fachowców wojskowych” w całej historii smoleńskiej (nawet książki oni piszą „wyjaśniające katastrofę” (http://freeyourmind.salon24.pl/355900,byly-maje-byly-bzy)), 3) zbliżenie wojskowe z ruską i białoruską armią po 10-tym Kwietnia, 4) opór części środowisk wojskowych (wywodzących się z LWP i sympatyzujących z Moskwą) wobec obecności Polski w NATO oraz „amerykanizacji” polskich sił zbrojnych, 5) interes dawnych WSI w „policzeniu się” z ośrodkiem prezydenckim za próbę spacyfikowania wojskówki (na temat „długiego ramienia Moskwy” świetną książkę wydał niedawno S. Cenckiewicz).

„Operacja Smoleńsk” musiała być osłaniana przede wszystkim w powietrzu (choć i na ziemi zadbano o rozmaite elementy maskirowki). Z analiz blogerów wyłoniły się już dziwne zachowania innych załóg i samolotów. Klasycznym przykładem jest to, co robi załoga TSO 331, dopytując o pogodę na Siewiernym podczas rzekomego lotu z Moskwy do Barcelony. Innym przykładem jest dialog ruskich załóg dot. „wybroski” (http://freeyourmind.salon24.pl/381899,pozdrowienia-dla-ies). Śladem ze stenogramów opublikowanych przez krakowski IES z kolei jest obserwowane przez załogę tupolewa zachowanie się jakiegoś obcego samolotu (wg zapisów jest to godz. 8.06 pol. czasu): „Zniża. Czyżby też do Katynia leciał?” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf))). Operacja musiała być zabezpieczana radioelektronicznie etc. – musiała uwzględniać lotnisko zapasowe, maskowaną łączność, analizę zobrazowań radarowych, obserwowanie zachowań służb NATO, podgląd satelitarny etc.

To była kompleksowo opracowana, przygotowana miesiącami, grupa działań. Jak mogła przebiegać? Trudno na razie precyzyjnie ją zrekonstruować z powodu braku wielu dokładnych i sprawdzonych danych (takich np., o której wystartował samolot z Dowódcami? Czy Załoga tupolewa wylądowała wcześniej i czekała na przybycie jaka-40, czy przeczekiwała w powietrzu (możliwe nawet, że nad Siewiernym), nim poleciała do Witebska, by wylądować po Dowódcach?). Jak wiesz, moja hipoteza jest właśnie taka, iż sprowadzono oba samoloty do Witebska – ten z Dowódcami i ten z pozostałymi członkami delegacji – tłumacząc tę decyzję załogom, że lotnisko wojskowe w Smoleńsku zostało zamknięte z powodu mgły, światła są wyłączone, nie ma po co tam się udawać itd. (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf)

Skoro pilotom nie udało się nadać żadnego alarmowego komunikatu, to najwyraźniej lądowanie w Witebsku przebiegło bezpiecznie (no chyba, że taki komunikat był, lecz został utajniony w ramach „śledztwa”). Z góry (czyli na satelitarnym podglądzie) mogło to wyglądać zupełnie „niewinnie”. Dwa samoloty na lotnisku i podjazd „kolumny powitalnej”. Niewykluczone, że Dowódcom (i dodatkowym pasażerom jaka-40) pozwolono wysiąść i skierowano ich do jakiegoś busa. Z tupolewa jednak, sądzę, nikt nie wysiadł. Oba samoloty po akcji specnazu musiały zostać dość szybko ukryte w hangarze lub hangarach. Ciała ofiar zaś zabrano (być może śmigłowcem i ciężarowymi autami), by część przerzucić na Siewiernyj, a część od razu zawieźć do Moskwy (nie wydaje mi się, by na smoleńskim lotnisku były 10 Kwietnia wszystkie ciała 96 ofiar).

W tym kontekście można powiedzieć, że sprowadzanie teatru smoleńskiego do prostej inscenizacji z rzekomym upadkiem na Siewiernym jednego samolotu, jest jakby samo w sobie podwójnym uproszczeniem. Raz – bo określenie „inscenizacja” jest jednak trochę czymś innym, niż znacznie szerszy rosyjski termin wojskowej „maskirowki”, mający tutaj zastosowanie, i o niej właśnie jest Twoja książka; dwa – bo delegacja mogła (a nawet obligatoryjnie powinna) polecieć więcej niż jednym samolotem.

Określenie „inscenizacja” czy „mistyfikacja” katastrofy jest tylko dodatkowym, nieco intuicyjnym, środkiem wyjaśniania tego, co się działo 10-04 na Siewiernym. Część wraku została ułożona jakiś czas wcześniej, część rozsypana (skoro relacje świadków mówią o „wbiciu szczątków w ziemię”), część ciał dowieziona itd. – w tym sensie więc była to makabryczna inscenizacja. Ruscy pokazali Polakom i światu scenerię, która miała obrazować wypadek lotniczy (do którego nie doszło). Coś musieli pokazać, bo przecież 96 osób nie mogłoby zniknąć jakby w przelocie niezidentyfikowanym obiektem latającym nad „Trójkątem Bermudzkim”.

W dzisiejszym świecie katastrofy lotnicze się zdarzają, więc Kreml opracował taki „pomysł” na medialną i teatralną osłonę zamachu. Księżycowa, makabryczna sceneria miała „zamknąć” drogę poszukiwań osób zaginionych 10 Kwietnia. Ruscy wskazali miejsce, gdzie „zakończył się lot”. W wielu załganych książkach zresztą to określenie (za Amielinem) powtarzano: „ostatni lot”. Broń Boże: ostatnie loty. No bo w nieszczęśliwy wypadek (tego samego dnia) dwóch polskich specjalnych samolotów z najwyższymi dostojnikami to chyba nawet A. Michnik z M. Olejnik nie byliby w stanie uwierzyć.

Skonstruowano „miejsce wypadku po ostatnim locie” w paru podstawowych celach: 1) maskowanie zamachu, 2) „wyjaśnienie tragedii” (delegaci zginęli w wypadku), 3) poddanie kontroli proces „wyjaśniania przyczyn wypadku”, 4) wyszydzenie i upokorzenie Polski. Nie było przypadkiem to wywożenie trumny z ciałem polskiego Prezydenta nocą na gruzawiku z Siewiernego. Polacy będą o tym pamiętać przez dziesięciolecia. Niosło ono jednoznaczne przesłanie Moskwy: do takiego poziomu sprowadziliśmy wasze państwo. Prezydent wszak jako głowa państwa nie tylko je reprezentuje, nie tylko decyduje o sprawach państwowej rangi, ale poniekąd i symbolizuje państwo, uosabia je. W tym więc sensie Ruscy dokonali pewnej teatralizacji makabry, a zarazem rytualizacji zbrodni. Nie wystarczyło im bowiem samo zabicie niewinnych i w gruncie rzeczy bezbronnych osób – potrzebne jeszcze było totalne upokorzenie Polski, zelżenie jej, sponiewieranie, rzucenie w to smoleńskie błoto. Na oczach polskich urzędników państwowych.

Potrzeba dzisiaj ogromu osobistej odwagi cywilnej, by w panującym w Polsce klimacie dotyczącym Smoleńska rozważać wylot kilku samolotów do Rosji…

Nie sądzę. To nie jest tak, że ja czy inni blogerzy, mówimy o więcej niż dwóch samolotach, bo tak nam się podoba lub tak nam pasuje do układanki. Istnieją przesłanki za tym, że wyleciały właśnie 3 lub nawet 4 samoloty. Najpierw dwa jaki-40 (dziennikarze oraz jakaś część delegacji z pracownikami KP na czele), potem jak z Dowódcami i tupolew. Oczywiście dokładne godziny tych wylotów są na razie trudne do ustalenia – z oczywistych powodów – wykazanie istnienia choćby jednego z tych utajnionych wylotów poddałoby w wątpliwość narrację wielu znanych nam z historii smoleńskiej osób. Zwłaszcza akustyków prezydenckich, choć nie tylko ich.

Jeśliby prawdą się okazało przypuszczenie, iż (np. tuż przed dziennikarskim jakiem) wyleciał jak z częścią pracowników KP i może jakimiś parlamentarzystami (ewentualnie obsługą medialną Prezydenta) – to, zauważmy, nikt nie mógłby powtarzać jak do tej pory, jak np. Sasin, iż Dowódców nie można było zabrać drugim samolotem. Jeśliby zaś prawdą się okazało przypuszczenie drugie, tj. że Dowódcy polecieli (być może jeszcze z kimś np. szefem BBN A. Szczygłą i ze S. Komorowskim) jakiem-40 (słynnym z 10-04 „prezydenckim jakiem”, który potem w relacjach medialnych „uległ zniknięciu”), to nikt nie mógłby twierdzić, że wszyscy lecieli tupolewem, a poza tym pojawiłoby się pytanie: w takim razie dokąd polecieli pasażerowie jaka-40 i co się z nimi stało?

Przebadanie i potwierdzenie tej hipotezy w bardzo istotny sposób może zmienić całą dotychczasową optykę widzenia Tragedii Smoleńskiej…

Myślę, że gruntowne przesłuchania wielu świadków, mogłoby zmienić tę „dotychczasową optykę”. To zresztą jest zastanawiające, że wydarzeniu takiej rangi więcej mamy relacji jakichś ruskich leśnych dziadków niż polskich świadków. Więcej się nasłuchaliśmy plotącego trzy po trzy Iwanowa-Safonienki czy Fomina niż np. dziennikarzy, którzy lecieli jakiem lub pracowników mediów, co przebywali w hotelu Nowyj 10-04 wraz z moonwalkerem S. Wiśniewskim. Gdzie są filmy śledcze z polskimi uczestnikami „wydarzeń na Siewiernym” – gdzie są obszerne wywiady z borowcami, dziennikarzami, pracownikami ambasady, członkami personelu Okęcia etc.?

5.

Co do „Okęcia”… Tutaj od samego początku mamy same pytania. Pojawiły się one zarówno przy lekturze Twojej książki, jak i po przeczytaniu ostatnich Twoich notek. Zainicjowałeś w nich kolejną wartościową merytorycznie dyskusję o warszawskim porcie lotniczym, którą również bardzo ciekawie kontynuują inni blogerzy (np. Intheclouds). Jedna wielka czarna dziura okęcka – chciałoby się powiedzieć.

Czy widziałaś jakiś wywiad z pracownikami Okęcia? Ja nie. Zdawać by się mogło: cóż prostszego pojechać z kamerą na warszawskie lotnisko i zwyczajnie powypytywać pracujących tam ludzi: co widzieli, jak to wyglądało, kto kiedy przyjechał, o czym rozmawiano etc. A tu nic. Kompletnie nic. Gdy dojdzie do zwykłego zaginięcia lub śmierci pojedynczej osoby, to pierwsze, co się robi (w ramach czynności dochodzeniowo-śledczych), to się gruntownie bada miejsce, gdzie ostatni raz daną osobę widziano, kto ją widział, jak się zachowywała, jak wyglądała itd. Jak więc to możliwe, iż Okęcie po dziś dzień pozostaje „ziemią niezbadaną” przez dziennikarzy (a nawet Zespół smoleński)? Okęcie, wojskowe lotnisko w stolicy środkowoeuropejskiego państwa – jako terra incognita po największej polskiej powojennej tragedii.

Sprawa zaś powinna być arcyboleśnie prosta. Przybywają ekipy telewizyjne i zbierają relacje świadków (włącznie z paniami w bufecie w terminalu) – najpierw o dziennikarskim jaku, potem zaś o „prezydenckim tupolewie”. Jeśli wszystko przebiegało wg takiego właśnie (jak się nam tłucze do głów od dwóch lat) scenariusza, to przecież powinno się znaleźć mnóstwo osób, które tego typu sekwencję faktów pozwolą ludziom mediów szczegółowo odtworzyć. Jeśli więc nie ma tego rodzaju materiałów, to chyba zasadnym jest przypuszczenie, iż scenariusz wyglądał nieco inaczej, tj. oprócz dziennikarskiego jaka i „prezydenckiego tupolewa”, były inne wyloty – lub też już na Okęciu działy się niepokojące rzeczy (vide hipoteza z hangarem drążona obecnie przez kilkoro blogerów).

A miejsce ważne, bo: zaplanowany stąd został odlot delegacji; jest to teren stacjonowania 36 SPL i jego floty transportowej; tu zlokalizowanych jest kilka ważnych jednostek wojskowych obsługujących kontrolę lotów; tutaj mamy główne lotnisko stolicy RP, a więc – z różnych względów – miejsce strategiczne, newralgiczne. I tutaj wszystko powinno być prześwietlone 5 razy i zarejestrowane w 10 kopiach… No i nic nie ma z dnia 10 Kwietnia… Jak to możliwe?

Z tym, że coś powinno być, a tego nie ma, czy też coś powinno być zrobione, a nie jest – to w przypadku neopeerelu rzecz zupełnie normalna. Skoro dokumentacji „nie ma”, to – nie okłamujmy się – znalazła się najpewniej w rękach „fachowców wojskowych”. Nie jest możliwe, by z takich wojskowych obiektów, strzeżonych całodobowo, po prostu „poznikało” coś. Jeśli coś znika, to dlatego, iż przyszli do danej instytucji specjaliści od „znikania” pewnych rzeczy.

Nie sądzę jednak, że jak coś zostało „zniknięte”, to tego „nie ma” w sensie fizycznym. Jeżeli są tam, a możemy przypuszczać, że są, materiały przeczące oficjalnej narracji, a dodatkowo (materiały) dokumentujące jakieś osoby, które nie chciałyby być, powiedzmy oględnie, kojarzone z „katastrofą smoleńską” – np. jakichś „fachowców wojskowych” albo jakichś urzędników wysokiej rangi (a może nawet jakichś ruskich funkcjonariuszy?) – to stanowią one znakomity „kapitał bezgotówkowy”, za pomocą którego można pozyskiwać regularne pensje przez długie lata życia pod stałym warunkiem: trzymania materiałów w bezpiecznym miejscu. Tak samo jak UB/SB miały komprmateriały na różnych ludzi z różnych środowisk i za pomocą tychże materiałów ściągały haracz, tak może być i w przypadku „okęckich zapisów”. Oficjalnie ich nie ma, lecz składowane w bezpiecznym miejscu, procentują na czyichś kontach z samego faktu „leżakowania”. Służby służbami, wojskówka wojskówką, ale pecunia non olet przede wszystkim.

Gdy jednak włączy się któregoś dnia w śledztwo międzynarodowa komisja wsparta majestatem NATO oraz US Army, to wtedy z tych wielkoludów trzymających łapę na przeróżnych prywatnie utajnionych materiałach, leżakujących w bezpiecznych miejscach, zrobią się ludziki, które w obawie przed znalezieniem się za kratkami, zza których świat nie wygląda tak wesoło jak teraz, zaś łatwe pieniądze wydaje się już dużo trudniej na „rozkosze życia”, jako pierwsi zaczną sypać tych, którzy płacili za „magazynowanie”.

6.

W części. 2. książki przywołujesz frapujące, z wielu względów, zjawisko trudne również dzisiaj do jednoznacznego ustalenia, jakim jest CZAS ZDARZENIA… Jakoś dziwnie wcześnie są niektórzy poinformowani (Bater), ukazuje się szokujący nekrolog L. Kaczyńskiego w rosyjskiej prasie z datą 9.04.2010, mamy aluzje do samolotowych katastrof w porannej prasie polskiej w sobotę 10.04., są też inne przykłady… Ale można powiedzieć, że w książce nie podejmujesz się wyjaśnienia różnych zauważanych od samego początku smoleńskich paradoksów czasowych. One są przez Ciebie zarejestrowane – jakby do dalszego wyjaśnienia. Czy pojawiły się jakieś nowe interpretacje, nowe źródła, które umożliwiają powrót do tego ciągle niewyjaśnionego – ale bardzo ważnego – elementu ciągu wydarzeń z dnia 10 Kwietnia?

Wybacz, ale książka jest i tak (jak na moje oko) dość obszerna – nie byłem w stanie drobiazgowo zająć się wszystkimi wątkami. Zwłaszcza tak skomplikowanym jak „czasowy”. Dlaczego? Z prostego powodu: nie ma zbyt wielu dających się analitycznie zestawić zeznań świadków. Gdyby Zespół przesłuchał np. wszystkich dziennikarzy – włącznie z tymi, którzy jak M. Pyza, mówili zrazu, iż do „katastrofy” doszło „koło 10-tej” pol. czasu (a nie koło 9-tej) (http://freeyourmind.salon24.pl/297779,zakrzywienie-czasoprzestrzeni), to być może wyłoniłby się szerszy obraz, pozwalający na jakieś wnikliwe w tej „temporalnej materii” badania. Na razie dysponujemy tylko strzępami relacji rozsiane po Sieci – to wciąż za mało.

Jak doskonale wiesz, polskim urzędnikom państwowym (tym, których relacje znamy, czy to z zeznań przed Zespołem, czy to z wywiadów) do tego stopnia się rozregulowały zegarki, że mogli opowiadać tylko o porach „przed” oraz „po”, z pominięciem jakichkolwiek danych dot. konkretnych godzin (niechby to były chociaż parametry „rus. czasu”). Ponadto olbrzymi zamęt do kwestii czasu wprowadziło podwójne antydatowanie moonfilmu przez S. Wiśniewskiego, o czym pisałem w książce w 7. rodziale poświęconym wyłącznie moonwalkerowi (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf, od s. 91). Podwójne antydatowanie dlatego, że 1) wprowadził on do swojego księżycowego materiału „polskie parametry czasowe” (choć „katastrofa” miała się wydarzyć w rus./moskiewskiej strefie czasowej, więc jako „rieportier” dokumentujący Zdarzenie powinien był trzymać się tamtejszych realiów). Gdyby tego było mało, to, żeby zadowolić „fachowców wojskowych”, to 2) dostosował porę filmowania do „godziny Morozowa”, czyli do „czasu katastrofy prezydenckiego tupolewa” wynegocjowanego, jak wieść smoleńska niesie już 10-go Kwietnia wieczorem podczas „narady prokuratorów” (vide „Biała Księga”) – z takimi zatem danymi dostarczył materiały prokuraturze oraz innym instytucjom, choć, jak twierdzę w książce, swój materiał nakręcił niedługo po 8.30 pol. czasu, kiedy rozpoczęła się maskirowka na Siewiernym.

Nawiasem mówiąc, fakt, iż „oficjalna historia katastrofy smoleńskiej” zaczęła się od godz. 10.56 (rus. czasu), a potem „moment katastrofy” zaczął się cofać, wzmacnia tezę, że mieliśmy do czynienia z nierealnym wypadkiem lotniczym, a nie z czymś autentycznym. Rozumiem, że można by się pomylić o sekundy, no, może o minutę czy kilka, w ocenie dokładnej chwili Zdarzenia – przesunięcie jednak o całe 15 minut, a więc do godz. 10.41, wydaje się już zupełnie arbitralnym działaniem. Źeby było śmieszniej, wg B. Biel z „Superwizjera” filmik w komórce Iwanowa-Safonienki (uchodzącego w niektórych środowiskach za autora filmiku Koli) był z 10.56 – tym samym, jak zwracałem uwagę w „Czerwonej stronie Księżyca” – byłby (jeśliby ktoś chciał mimo wszystko wierzyć księżycowym parametrom Wiśniewskiego) nakręcony PO moonfilmie, a ściślej powstałby w momencie, gdy moonwalkera zwijają czekiści w zonie Koli, a więc w tymże miejscu, w którym filmował „Kola”. Gdyby ktoś uważał, że to całkiem prawdopodobny scenariusz, to przypomnę, iż na 1’24” nie widać dwóch wozów strażackich uwiecznionych na moonfilmie (i na materiale I. Fomina), za którymi stoją czekiści i jeden z nich spokojnie popala papieroska, no i też nie widać szarpanego przez czekistów Wiśniewskiego.

Możemy być pewni, że jakieś manipulacje z czasem były, ale jak już wielokrotnie sygnalizowałem – z punktu widzenia śledztwa są one drugorzędne, dlatego że „mgła smoleńska” (ewentualnie: ruska zona) jest „wielowymiarowa” – manipuluje się w niej dosłownie wszystkim – także przestrzenią, obiektami fizycznymi, zeznaniami świadków, relacjami medialnymi, dokumentami, ekspertyzami etc. To jest hard core, mówiąc brutalnie, wojny informacyjnej. Ofensywa przeprowadzana jest wszelkimi możliwymi środkami, tak więc manipulowanie czasem to jedynie drobny fragment zmasowanych działań operacyjnych. Podkreślam, nie jest to kwestia pierwszorzędna, ponieważ podstawowe zadanie śledztwa to ustalenie faktycznego przebiegu poszczególnych zdarzeń. Dopiero na tym tle można odtworzyć to, w jakiej skali i kiedy dokonywano manipulacji czasem.

7.

Poznany przez nas w początkach marca Raport NIK – w sferze oceny działań MSZ, odpowiedzialnego za przygotowanie wizyty prezydenckiej na dzień 10. Kwietnia 2010 – jest wręcz miażdżący dla R. Sikorskiego. Inne ustalenia tego Raportu również wzmacniają Twoje ustalenia przedstawione w „Czerwonej stronie Księżyca” – to jest m.in. cała ta część książki o tym, czego nie wykonała strona polska (cz. 1., od s. 32).

Lektura opracowań dokonanych przez kontrolerów NIK była dla mnie miłym (śledczym) zaskoczeniem. Kategoryczne ogłoszenie przez nich, iż nie było dokumentów świadczących o oficjalnej zgodzie na wlot w ruską przestrzeń powietrzną oraz na lądowanie na Siewiernym, to autorytatywne potwierdzenie tego, na co zwracali uwagę autorzy książki „Kto naprawdę ich zabił?” (K. Galimski i P. Nisztor). Na ich dziennikarsko-śledcze ustalenia powoływałem się w mojej publikacji. Co innego jednak to, co wywęszą dziennikarze, a co innego wyniki kontroli takiej instytucji jak NIK, która miała wgląd w pełną (ocalałą) dokumentację, korespondencję itd. Tu już nie można powiedzieć, że ktoś coś „nagiął do faktów” lub „dopowiedział”, jak dziennikarz „uzupełniający materiał”. Albo jakaś bumaga jest, albo nie ma. Skoro faktycznie nie ma, to też znaczy, że nie było dokumentu, na podstawie którego prezydencka delegacja mogła „lądować na Siewiernym”.

To dopiero jednak początek, a nie koniec problemów. Oczywiście dla osób, które, jak to złośliwie określiła kiedyś J. Mieszko-Wiórkiewicz, zabetonowały się na Siewiernym, ustalenia NIK niczego nie zmieniają – delegacja „po prostu” poleciała sobie rządowym statkiem powietrznym do Smoleńska „dzięki zgodzie przekazanej telefonicznie”. Te osoby nie zadają sobie pytania: czy to możliwe, by rządowy, wojskowy samolot NATO z polskim Prezydentem i innymi dostojnikami mógł sobie „na gębę” wlatywać w ruską przestrzeń powietrzną, na ruskie wojskowe lotnisko? Przecież nawet tak sformułowane pytanie budzi od razu reakcję w postaci pukania się w czoło.

Naturalnie, zredukowanie kwestii zgody w tak ważnej sprawie do poziomu „telefoniczno-gębowego”, mówiąc kolokwialnie, nie było „wypadkiem przy pracy”, lecz świadomym doprowadzeniem do formuły „nadzwyczajnego”, „nierutynowego” procesu decyzji w dniu lotów prezydenckiej delegacji. Pamiętajmy, iż takie loty objęte są specjalnymi procedurami – zawieszenie więc takich procedur pozwala na wprowadzanie niestandardowych rozwiązań i swoistą dowolność (z punktu widzenia zamachowców, o to właśnie chodziło). Jeśli wszystko rozgrywało się na poziomie „ustnych ustaleń” (czyli bez niezbędnych w takich sytuacjach dokumentów), to zarówno można było kogoś „wpuszczać”, jak i nie wpuszczać i kierować na lotnisko zapasowe.

Czy ustalenia Raportu NIK mogą pomóc teraz w pewniejszym formułowaniu wniosków, które dotyczą dalszych badań nad prawdą o 10 kwietnia 2010 r.? Czy powinny one zmobilizować prokuraturę do bardziej zdecydowanego stawiania zarzutów rządowi Tuska?

Odpowiedź na te pytania uzależniona jest od tego, na ile prokuratura może być traktowana jako niezależna od gabinetu ciemniaków. Mieliśmy właśnie w obszarze prokuratur parę miesięcy temu najpierw ostry konflikt na linii Seremet-Parulski; mieliśmy słynny „strzał Przybyła” po konferencji prasowej; doszło też do zmiany na stanowisku szefa NPW, ale już p. B. Gosiewska zdążyła usłyszeć od nowego szefa NPW, że „Rosja jest mocarstwem” (http://naszdziennik.pl/index.php?dat=20120324&typ=po&id=po17.txt); teraz zaś odbyły się dwie ekshumacje z szokującymi rezultatami (kwestia bezczeszczenia zwłok, pozornych sekcji, braku urazów wielonarządowych), które można by traktować jako punkt zwrotny w oficjalnym śledztwie. Na ile jednak to ostatnie się przełoży na dalsze działania, trudno dziś powiedzieć. Jak do tej pory przecież nikt z wierchuszki nie został pociągnięty do odpowiedzialności za to, co się stało 10-04, a przecież lista takich kandydatów do odsiadki byłaby długa.

Czy dostrzegasz w ogóle szanse na aktywniejsze włączenie się prokuratorów w zwiększenie dynamiki smoleńskiego śledztwa?

Nie mam pojęcia. Do tej pory byłem pesymistą (zwłaszcza po konferencjach prasowych tychże prokuratorów), lecz wspomniana historia z ekshumacjami może jednak zmienić spojrzenie wielu osób na to, jak powinno dalej wyglądać śledztwo. Niewykluczone oczywiście też, że się pojawią „eksperci” tłumaczący, że jak najbardziej może ktoś zginąć w katastrofie tak, że nie ma żadnych wielonarządowych uszkodzeń, może nawet ten ksiądz, co głosił, iż dokonywanie ekshumacji to „szaleństwo”, znowu się odezwie i zacznie rozdzierać szaty, że „narusza się spokój zmarłym”.

W tej chwili naprawdę trudno powiedzieć, w którą to pójdzie stronę. Sporo zależy od determinacji samych rodzin ofiar – wydaje się bowiem, iż szokujące wyniki niedawnych ekshumacji powinny rozwiać wszelkie wątpliwości, co do tego, że dalsze tego typu badania są po prostu konieczne. I nie ma od tych badań odwrotu.

8.

Ostatnie Twoje notki są bardzo specyficzne, bo prezentują nowy typ źródła, który w „Czerwonej stronie Księżyca” nie występuje w takiej postaci… Myślę tutaj o samodzielnym wytwarzaniu przez Ciebie dokumentu metodą spisywania z formatu audio zarejestrowanych wysłuchań świadków przed Zespołem Parlamentarnym A. Macierewicza. Technika zapisywania każdego wypowiedzianego w nagraniu słowa, jak zrobiłeś to już dwukrotnie (T. Szczegielniak i M. Wierzchowski), rodzi pytanie o wartość, o walory i szczególną przydatność tego typu dokumentu dla prowadzonych przez Ciebie analiz.

W książce nie byłem w stanie zamieścić pełnych stenogramów – z oczywistych względów: objętość byłaby nie do strawienia dla potencjalnego Czytelnika. Nie było też moim zamiarem takie zajęcie się zeznaniami. Szkoda, że takich stenogramów nie opublikował w przeciągu dwóch lat sam Zespół.

To, czego podjąłem się teraz jest „specyficzne” z wielu względów. Po pierwsze jest to pewien wybór zeznań. Nie spisuję wszystkiego słowo w słowo – nie wydaje mi się, by wszystko było wartościowe i by każde wypowiedziane na posiedzeniu z udziałem danego świadka, zdanie, było ważne. To jest więc, po drugie, pewna krytyczna analiza zeznań. Nie przywołuję ich w „suchym” brzmieniu, lecz komentuję, krytykuję, punktuję etc. Po trzecie, co odkrywam z pewnym zaskoczeniem, wydaje mi się, iż nie tak wiele osób uważnie te zeznania przesłuchało – tym bardziej więc taki „tekstowy obraz” jest potrzebny. Po czwarte, taka analiza zdanie po zdaniu, słowo po słowie, odsłania zupełnie „niezauważalne” elementy relacji świadków – niezauważlne w tym sensie, że jak się „po prostu słucha”, to pewne rzeczy się dostrzega, inne nużą, jeszcze inne uważa się za nieistotne.

Wg mnie świadkowie przesłuchiwani przez Zespół, pewne rzeczy ukrywają. Wolę na razie nie przesądzać (ani tym bardziej oceniać), jakie są powody ukrywania „pewnych rzeczy” – chciałbym przede wszystkim, byśmy w ramach śledztwa do tych właśnie „zacienionych” obszarów dotarli. Oczywiście jest to możliwe wyłącznie drogą bardzo dokładnych analiz zeznań i dostrzegania sprzeczności/niezgodności/nieścisłości w tychże zeznaniach. Niestety – co piszę ze szczerym ubolewaniem – nikt poza blogerami takich detalicznych analiz zeznań nie przeprowadza. Nikt. Utrudnieniem w śledztwie blogerów na pewno jest to, iż nigdy do tej pory – nigdy podkreślam – nie doszło do żadnej „konfrontacji świadków”, a więc takiej sytuacji, w której moglibyśmy (np. podczas posiedzenia Zespołu) usłyszeć relacje osób, których zeznania pozostają w stosunku do siebie w niezgodności.

Dlaczego na nowo zająłem się zeznaniami nielicznych „smoleńskich świadków”? Dlatego że tych przesłuchań jest tak niewiele. Wychodzi na to, iż przesłuchano na posiedzeniach Zespołu raptem… PIĘĆ osób: Szczegielniaka, Sasina (w dwóch terminach), Wierzchowskiego, Dudę i Wiśniewskiego. Postawiłem sobie więc taką roboczą hipotezę, iż w tychże kilku przesłuchaniach może tkwi odpowiedź na pytanie: czemu zaprzestano publicznie przesłuchiwać smoleńskich świadków?

Wiemy, że masz w planie wykonanie zapisów kolejnych wysłuchań przeprowadzonych przez Zespół i przypuszczam, że pełniejsza refleksja nad tym rodzajem źródła będzie możliwa nieco później – mam nadzieję, że kiedy nadejdzie owo „później” znajdziesz czas na ponowne podzielenie się z nami swoimi spostrzeżeniami, tym razem dotyczącymi tych stenogramowych doświadczeń…. Ale ponieważ determinacja wykonywania przez Ciebie po raz kolejny tak benedyktyńskiej pracy wydaje się bardzo duża, muszą chyba już dzisiaj istnieć poważne przesłanki wskazujące na wartość właśnie tego rodzaju źródła. Jakie nadzieje z nim wiążesz ?

Skoro są to źródła „jedyne” i unikatowe – to tym bardziej warto je zachować czy udokumentować, skoro nie czyni tego, niestety, sam Zespół. Tekst, jak zapewnie wiesz, inaczej się analizuje niż zapis dźwiękowy. Blisko trzygodzinne przesłuchanie przesłuchuje się blisko trzy godziny :), jeśli nie dłużej (trzeba cofnąć, odtworzyć jeszcze raz, bo czegoś się nie dosłyszało itd.) – natomiast stenogram można przeczytać dużo szybciej.

Poza tym tekst pokazuje to, czego czasami nie pokazuje dźwięk (mówiąc obrazowo). Na dobrą sprawę nie interesuje Cię tu wtedy intonacja czy jakieś inne niewerbalne środki – badasz samą treść przekazywaną przez świadka. Co mówi, o czym… Czy to, co mówi teraz zgadza się z tym, co mówił jakiś czas temu? Czy to, co mówi na przesłuchaniu sejmowym zgadza się z tym, co mówił świadek w wywiadach czy podczas innych publicznych wystąpień? Czy wreszcie to, co mówi świadek zgadza się z tym, co mówią inni świadkowie (znający go lub tacy, co się z nim zetknęli?). Prosty przykład: M. Wierzchowski opowiada (grudzień 2010) w sejmie, że dopiero z pobojowiska zadzwonił do Sasina. W wywiadzie dla „NDz” (http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20110209&id=po08.txt) powie, że dzwonił do Sasina z Siewiernego (choć nie doda z jakimi informacjami): „Kiedy czekałem na lotnisku, wykonałem ostatnią rozmowę telefoniczną z ministrem Jackiem Sasinem. Później oczekiwaliśmy na przylot samolotu, luźno rozmawiając.”. Natomiast w „Mgle” A. Kwiatkowski opowiada (s. 88), iż MW dzwonił do nich z lotniska, donosząc, że coś jest nie tak, że doszło do awarii samolotu (nim zatelefonował z samego pobojowiska). I bądź tu teraz mądra która z tych relacji jest prawdziwa? :)

9.

Jesteśmy teraz na takim etapie, kiedy:

– Rosjanie (poza ich prokuraturą i Komitetem Śledczym, prowadzącymi dochodzenie) prawdopodobnie po 4 marca (po wyborach prezydenckich) nie ogłoszą już żadnych nowych ustaleń,

– polski Zespół Parlamentarny przygotowuje się do prezentacji swoich dotychczasowych prac w Brukseli, co determinuje szczególną aktywność grup z nim związanych, usiłujących zdominować swoim stanowiskiem wszystkie inne kierunki prowadzonych badań nad Tragedią Smoleńską, wyciszyć je, a co najmniej – zdezawuować ich osiągnięcia,

– a ci „inni”, to jakby jakieś nowe polskie Pokolenie Niepokornych, dalej wytrwale pisze o swoich dociekaniach i odkryciach.

Sytuacja jest więc o tyle inna niż np. jeszcze rok temu, kiedy wszyscy „niepokorni” musieli się zmagać jedynie z niechęcią ośrodka rządowego, a teraz dodatkowo mają jeszcze przeciwko sobie dawnych sprzymierzeńców.

Mimo wszystko nie zaliczałbym siebie do niepokornych :), staram się być pokorny (na miarę swych możliwości). Oczywiście nie znaczy to, że chowam się w kącie i przestaję blogować, bo jakaś tam grupa urządza wrzaski i się piekielnie awanturuje :). Nie. Nie wchodzę jednak w „interakcje komunikacyjne” z tego typu ludźmi, przyjmując, iż najważniejsze jest tutaj samo śledztwo, w które zaangażowane jest tak wielu wartościowych i zdeterminowanych pragnieniem dotarcia do prawdy, ludzi.

To jest też tak, że jak widzisz, iż ktoś nie tylko się myli, nie tylko tkwi w błędzie, lecz także złorzeczy osobom, które starają się go z tego błędu wyprowadzić (vide „dyskusja” u Rolexa, o której wspominałem) – to stwierdzasz, że szkoda czasu na takie „interakcje”. One do niczego pożytecznego nie prowadzą. Nie możesz bowiem wejść w porozumienie z ludźmi, którzy na dźwięk Twego głosu zatykają sobie uszy, zgrzytają zębami i zaczynają tupać. Tak się po prostu nie da z nikim komunikować.

Kto bowiem podnosi wrzask przeciwko teorii maskirowki? Pomijając tych, co w ogóle nie zajmowali się śledztwem przez blisko dwa lata, a najwięcej mają na jego temat do powiedzenia, to wrzask podnoszą między innymi ci, co miesiące spędzali na pracowitym wytyczaniu trajektorii tupolewa na podstawie zdjęć zniszczonych drzew i obliczali kąty obrotu tegoż tupolewa po zderzeniu z brzozą. Po czym przyszedł taki słoneczny dzień, kiedy min. A. Macierewicz ogłosił ex cathedra, że nie było zderzenia z brzozą i mistrzowie okołobrzozowej trajektorii oraz półbeczki, wzięli się z nowym zapałem za nowe precyzyjne badania, tym razem związane z obliczaniem trajektorii bez uwzględnienia uderzenia w brzozę, a uwzględniającej rozpad samolotu w powietrzu. Oczywiście nie ma w tym naukowym rozwoju nic złego, niejednokrotnie w historii myśli ludzkiej bywały chwile, gdy starą koncepcję zarzucano na rzecz nowej, choć, jak widać w przypadku Ekspertów smoleńskich, sprawa artefaktu, jakim jest pancerna brzoza, nie skłoniła tych mistrzów metodologii badawczej do generalnej refleksji nad przebiegiem „lotniczego zdarzenia” z 10-04. Sprawa bowiem jest arcyboleśnie prosta – jeśli tupolew nie uderzył w brzozę, to uległ zniszczeniu wyżej i już.

W jaki sposób uszkodzona została brzoza? Dlaczego została włączona do materiału dowodowego komisji Burdenki 2 oraz „komisji Millera”? Dlaczego wokół brzozy roztoczono swoisty kult (http://freeyourmind.salon24.pl/297054,o-kulcie-brzozy), włącznie z odprawianiem nabożeństw pod jej konarami? Te zagadnienia nie zajmują szczególnie Ekspertów z kręgów „patriotów aż do bólu”, ponieważ zajęci są oni wytyczaniem nowej/nowych trajektorii. Tym razem jednak nie biorą pod uwagę zniszczeń drzew (a przynajmniej nie wszystkich), lecz dane z komputera pokładowego „prezydenckiego tupolewa”. Dane z FMS-a („znalezionego” przez Rusków) są najwyraźniej pewniejsze niż pancerna brzoza, mimo że danych tych dostarczyła ta sama komisja Burdenki 2, co danych dotyczących brzozy. Innymi słowy, o ile uderzona skrzydłem brzoza okazała się mistyfikacją, o tyle dane z komputera pokładowego kłamać nie mogą. W wielu miejscach bowiem raport komisji Burdenki kłamie, uważają Eksperci, lecz akurat w tej jednej kwestii, nie.

Należałoby zatem szczerze podziękować autorom ruskiego raportu, że – choć wiele danych sfałszowali (np. te związane z zapisami CVR) to – przynajmniej te najważniejsze dla hipotezy 15 metrów (czy 26 metrów) pozostawili nietknięte. Czyste dane wprost do wprowadzenia do matematycznych wzorów. To bowiem, że akurat ruscy poszukiwacze skarbów na Siewiernym „znaleźli” urządzenia, które następnie poddali „badaniom”, dzięki którym „uzyskali dane” (nie zaś znalazła je jakakolwiek grupa przedstawicieli strony polskiej), by je przekazać badaczom znad Wisły, tudzież ogłosić światu w raporcie komisji Burdenki 2 – jest bez znaczenia. Niemożliwe bowiem, by radziecka nauka/technika/itd. posunęła się tak daleko, iżby… wykreowała całe lotnicze zdarzenie ze swych „badań” i „danych”. Zdarzenie, wg Ekspertów, jest wykreowane tylko w pewnych drobnych aspektach (takich choćby jak pancerna brzoza) – w innych nie – samolot tam musiał być, bo byli świadkowie. I widzieli.

A przecież pod strzaskaną brzozą świadkowie też byli! Jeden o mało ze swoim autem nie odleciał za tupolewem. Pęd był tak wielki, że świadek musiał kurczowo się trzymać koła samochodu, ale pęd ten oszczędził te sterty śmieci wokół brzozy i drewniane szopy. Co na to najwybitniejsi Eksperci (już nie ci od Morozowa czy Millera, lecz z kręgów „patriotów aż do bólu”)? Jak to co – pewnie ten świadek nie mówi prawdy, bo są świadkowie, co widzieli „oślepiający błysk” we mgle, a więc eksplozję „prezydenckiego tupolewa”.

To zatem, że jeden świadek kłamie, wcale nie skłania tych Ekspertów do uznania, iż inny świadek również może kłamać. Przeciwnie, ich zdaniem: jeden może kłamie, lecz drugi na pewno nie kłamie. Skąd to wiemy? Czy taki świadek był badany wariografem? A czemuż miałby kłamać? (To pytanie retoryczne, jakie kiedyś postawiła p. A. Gargas). Czemu jakiś świadek miałby kłamać? Z prostego powodu: np. dla pieniędzy albo dla swojego bezpieczeństwa. Zresztą jest też wiele innych powodów, dla których ludzie kłamią.

Najlepsze jednak przed nami. To będzie kwintesencja myśli „patriotów aż do bólu” – mistrzostwo świata w logice rozumowania. Otóż uznali oni z min. Macierewiczem na czele, że z danych z FMS-a „znalezionego” przez Rusków wynika, iż samolot „został rozerwany w powietrzu”, jak to gdzieś wyczytałem. Pozostaje więc już tylko kwestią czasu ustalenie, czy tego rozerwania dokonała ruska bomba na pokładzie, czy też (jak to sugerowali autorzy „Zbrodni smoleńskiej”) dwa pociski wystrzelone przez ruskie myśliwce, które przyleciały z bazy w Sieszczy. I teraz najważniejsze: Eksperci uważają, iż Ruscy, prowadząc śledztwo we własnej sprawie i dokonawszy bombowego zamachu na pokładzie (ewentualnie zestrzelenia tupolewa nad Siewiernym) – pozostawiliby w raporcie (sterowanej ręcznie przez Putina) ruskiej „komisji badawczej” rzetelne dane świadczące o tym wysadzeniu/zestrzeleniu.

Moim zdaniem to jest majstersztyk logicznego rozumowania i właściwie w tym momencie pozostaje wyłącznie powiedzieć brydżowe „pass”. Już chyba mądrzej bowiem do sprawy podejść się nie da, skoro się zakłada to, że kraj specjalizujący się od dziesięcioleci (!) w wojnie informacyjnej pozostawia w oficjalnym państwowym dokumencie związanym z wydarzeniem tej rangi co tragedia z 10-04, szczegółowe informacje, z których można wywnioskować, iż doszło do zamachu dokonanego przez tenże kraj. Ruscy więc sami się podkładają własnym „raportem” Zespołowi smoleńskiemu, gdyż wcześniej żadna z instytucji tego (tj. ukrytej informacji o zamachu) nie dostrzegła. No comments :)

Co byś radził tym, którzy nie dają się zapakować do jednego siermiężnego wora z napisem „Front Smoleńskiej Jedności Moralno-Politycznej Narodu”?

Sursum corda! Prawda musi zwyciężyć – także prawda o straszliwej tragedii z 10-04. Tragedii, która dotknęła całe nasze państwo – nas wszystkich. Cierpliwości, wytrwałości, pokory życzyłbym – to wszystko wcześniej czy później zaowocuje właśnie zwycięstwem prawdy, które to zwycięstwo przede wszystkim należy się poległym 10 Kwietnia, ale też należy się samej Polsce, która została tak boleśnie doświadczona i która musi się zacząć konstytuować na nowo. Zupełnie na nowo.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

[amelka222, 24.03.2012]

(Wywiad pierwotnie opublikowany na stronie: http://lamelka222.salon24.pl/402236,free-your-mind-burzenie-smolenskiego-matrixu)

Polecamy całość opracowania „Czerwona strona Księżyca”, z numerowanymi stronami (PDF 88 MB): http://publikacje.ijuz.pl/Free_Your_Mind-Czerwona-strona-Ksiezyca.pdf

Za: Centrala Antykomunizmu (29 mar 2012) -- "Wywiad Amelki222" | http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/03/wywiad-amelki222.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content