Kody Marsa

„Mars” to nie tylko nazwa planety, lecz także nazwa boga wojny, przypomnę. W ramach zagajenia zapytam Państwa, czy wiedzieli Państwo, iż M. Wierzchowski robił sobie w oczekiwaniu na przylot delegacji prezydenckiej pamiątkowe zdjęcia pod pomnikiem miga przy Siewiernym wraz M. Jakubikiem i D. Górczyńskim? Od razu odpowiem za siebie – ja nie wiedziałem. Nie wiedzieli też autorzy książki „Musieli zginąć” (L. Misiak i G. Wierzchołowski, Warszawa 2012), którzy z zaskoczeniem istnienie takich zdjęć w „depozycie Wierzchowskiego” odkryli (czy prezydencki urzędnik podzielił się tymi zdjęciami z Zespołem podczas swojego wystąpienia, czy tylko z prokuraturą?), a którzy ze zdumieniem się dowiedzieli, iż nie mogą tych zdjęć opublikować. Nie zgodził się Wierzchowski (bo „pamiątkowe”) ani Jakubik (jako „właściciel”, gdyż to jego smartfonem (aparatem?) zostały zrobione). Nasi dzielni dziennikarze śledczy więc, mając te zdjęcia przed sobą, opowiadają w swej książce o tym, co na nich widać, gdyż nie ośmielili się, mimo to, iż byli w posiadaniu tych zdjęć, kopii ich opublikować. Bez komentarza.

Z różnych źródeł już wiemy, iż istnieją przeróżne depozyty „smoleńskie” – depozyty dziennikarzy (o istnieniu takiego informuje jeden z redaktorów podczas pierwszego sejmowego przesłuchania/wysłuchania min. J. Sasina (http://freeyourmind.salon24.pl/403331,1-przesluchanie-sasina)), także prywatne dziennikarskie (chodzi zwłaszcza o tych dziennikarzy lub ludzi mediów, którzy byli w Smoleńsku; jakąś zawartość jednego z nich opublikowała swego czasu 1maud (http://1maud.salon24.pl/378074,nowe-zdjecia-z-10-04-kto-wyjasni-gdzie-mieszkal-wisniewski); dodam, iż sam moonwalker na pewno ma o wiele więcej takiego materiału, skoro „filmował wszystko” przez kilka dni – z samymi dziennikarzami włącznie), depozyt prokuratury (utajniony), depozyt ABW (ściśle utajniony) i wreszcie depozyt Zespołu zawierający ponoć tysiące (jeśli nie dziesiątki tysięcy, jak słyszeliśmy) zdjęć. Z tego ostatniego depozytu nie opublikowano dotąd nawet kilkudziesięciu fotografii – ani na stronie Zespołu, ani choćby w „Białej Księdze”, ani w publikacji Misiaka/Wierzchołowskiego, którzy przecież wiernie trzymają się obecnej koncepcji głoszonej przez szefa Zespołu, tzn. hipotezy dwóch wybuchów w powietrzu i rozerwania tupolewa, którą w skrócie można nazywać (analogicznie do hipotezy dwóch miejsc h2m) – h2w. Nietrudno dostrzec, że z biegiem czasu nie tylko powiększa się zawartość i ilość depozytów, lecz i przybywa nam wiedzy o tym wszystkim, choć nie jest to wiedza zbyt pocieszająca, skoro dostępu do depozytów strzeże się wyjątkowo skrupulatnie. Czy te depozyty pozostaną zamknięte na następne dwa lata „śledztw”? A może na dwadzieścia lat? Niewykluczone. Zawsze jednak możemy liczyć na informacje z drugiej ręki, a zatem takie, które przynajmniej zapewnią nas, czego w depozytach nie ma – tak byśmy spali spokojnie. Sen to zdrowie przecież.

Za chwilę przejdę do kwestii najważniejszego z depozytów – tego w posiadaniu „ludzi cienia”. Oni bowiem, jak starałem się wykazać w zakazanej, podziemnej „Czerwonej stronie Księżyca”, stanowią, by tak rzec, jądro ciemności, jeśli chodzi o historię smoleńską – szczególnie iż wyjątkowo opiekują się śledztwami jak też wszelkimi publikacjami o tragedii z 10-04 (nierzadko wspierając śledczych/autorów w „dostępie” do przeróżnych materiałów i w „wyjaśnieniu” rozmaitych zagadkowych kwestii). Niezorientowanych w tej sprawie odsyłam do rozdziału 4. (mojej książki) „Krótka historia pewnego zabezpieczenia – opowieść o ciemnej latarni” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf)). Z czystym sumieniem polecam tę lekturę, ponieważ „Czerwona strona Księżyca” – w przeciwieństwie do innych „książek smoleńskich” (z ostatnią Misiaka/Wierzchołowskiego włącznie) odwołuje się zarówno do prac wielu blogerów, jak i do materiałów oficjalnych (drukowanych bądź udostępnionych elektronicznie), pozwala zatem uzyskać szeroki obraz na kontekst zamachu dokonanego na polskiej delegacji. (Obraz ten zaś jest coraz bardziej zawężany, nie wiedzieć czemu. Może dlatego, iż powoli dobiega końca śledztwo Zespołu?)

Wspominam teraz natomiast o „ludziach cienia” (może lepiej byłoby mówić o „fachowcach wojskowych” – w tym najczystszym rozumieniu, tj. związanym z „ludowym wojskiem” i, powiedzmy, „Informacją wojskową” czy „służbami wojskowymi” oczywiście), ponieważ w książce M/W znaleźć możemy dwie bardzo cenne, choć li tylko przemycone, rzucone jakoś półgębkiem na marginesie rozważań, wieści, które zaliczam do (tytułowych w dzisiejszym poście) kodów Marsa. Oto pierwsza: „dzień po tragedii smoleńskiej w siedzibie Służby Kontrwywiadu Wojskowego przy ul. Oczki w Warszawie urządzono suto zakrapianą alkoholem imprezę. Jeden z szefów Biura Kadr SKW miał się upić do nieprzytomności. Tylko dwaj oficerowie nie chcieli w niej uczestniczyć, poszli pod Pałac Prezydencki oddać hołd poległym pod Smoleńskiem” (s. 183). Oto druga dotycząca 9 kwietnia 2010 „- Poprzedniego dnia w hotelu ostro popili z Rosjanami. Cały BOR o tym mówił zaraz po tragedii, podobnie jak o autach dla prezydentów – że kolumny samochodowej dla głowy państwa nie podstawiono. Jeden z chłopaków ma – jak sądzę jego zachowanie w różnych sytuacjach – problemy z alkoholem. Dziwne, że go wysłano do Smoleńska. Prokuratura powinna przesłuchać w tej sprawie funkcjonariuszy, którzy tam wówczas byli (…) mówi nam jeden z wieloletnich funkcjonariuszy BOR-u” (s. 53).

Mamy więc libację BOR przed tragedią – i to w najlepszym (jeśli chodzi o popijanie niedoścignionym) towarzystwie ruskich służb. Mamy libację w siedzibie SKW po tragedii (niestety, nie wiemy, czy też w ruskim towarzystwie) i możemy jeszcze w tym kontekście nawiązać do tego, co W. Gadowski (dawno temu nosił się z zamiarem nakręcenia śledczego filmu o tragedii, ale chyba z tamtego zamiaru pozostało jedynie wspomnienie) kiedyś także w swym poście napisał: „Ile trzeba mieć w sobie nieczystości, aby uparcie głosić moskiewskie kłamstwa. Ile trzeba złej, antypolskiej, woli aby w kokpicie dostrzec naraz dwóch generałów. Ile trzeba mieć w sobie strachu, aby wiedząc o tym, że polscy śledczy w pierwszych godzinach po tragedii zostali przez Rosjan zamknięci pod strażą w hangarze, odebrano im komórki – w tym czasie Rosjanie bezkarnie grasowali po polu śmierci, mogli do kokpitu podrzucić nawet usta Lenina z mauzoleum – aby w takiej świadomosci powoływać się na „rosyjskie ustalenia potwierdzone przez polską komisję?!” (http://wgadowski.salon24.pl/382844,patrzymy-w-twarz-zdrady).

Możemy też przywołać jedno z ustaleń dziennikarzy „Rz” dotyczących tragicznego poranka 10-04: „Około godz. 9 informacja o katastrofie (która przecież miała się wydarzyć o 8.41 – przyp. F.Y.M.) wywołała alarm w służbach specjalnych. Natychmiast nawiązano kontakt z oficerem łącznikowym rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, znajdującym się w Warszawie. Około 10.30, niespełna dwie godziny po katastrofie, do Centrum Antyterrorystycznego ABW na nadzwyczajne posiedzenie zaczęli się zjeżdżać szefowie MSWiA, Kancelarii Premiera, MSZ oraz wszystkich służb specjalnych w Polsce” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/04/konsultacje-z-fsb.html).

I teraz ta najważniejsza sprawa najważniejszego i najpilniej strzeżonego depozytu ABW (z telefonami i innymi nośnikami elektronicznymi należącymi do ofiar zamachu), do którego także Misiakowi i Wierzchołowskiemu nie udało się dotrzeć, ale przynajmniej uzyskali bezcenne informacje od naszych prokuratorów wojskowych (s. 42). Oto pierwsza: „Prokuratorzy WPO w Warszawie na podstawie postanowień zwrócili się do poszczególnych operatorów sieci komórkowych i w konsekwencji uzyskali bilingi tych numerów telefonów, których karty SIM logowały się na terenie Federacji Rosyjskiej w dniu 10 kwietnia 2010 r. (informację o tym, które to były numery telefonów uzyskano na podstawie wyników badań telefonów komórkowych i kart SIM przeprowadzonych przez biegłych z ABW)”.

Depozyt ABW, biegli z ABW, zwróćmy uwagę. I informacja druga, najciekawsza, od samego złotoustego płk. Z. Rzepy: „Z opinii biegłych ABW wynika, że 23 karty SIM były zalogowane w sieciach telefonii komórkowej Federacji Rosyjskiej. Przeprowadzone badania przez biegłych z ABW oraz analiza bilingów wykazały, że na pokładzie samolotu Tu 154M nr 101 w dniu 10 kwietnia 2010 r. oraz bezpośrednio po katastrofie nie wykonywano z numerów telefonów należących do pasażerów i załogi tego samolotu połączeń wychodzących. Analogiczna sytuacja dotyczy wiadomości SMS oraz MMS. Ujawniono jedynie połączenia przychodzące, przy czym niektóre były przekazywane na pocztę głosową” (zauważmy subtelność sformułowania: niektóre – przyp. F.Y.M.). Czy powyższa informacja o 23 włączonych telefonach jest prawdziwa? Czy nie uruchomiono ich więcej? Tego nie wiemy, bo zakodowaną wiedzę nam przekazują fachowcy wojskowi, ale możemy być pewni, iż informacja o braku połączeń wychodzących i przychodzących do członków delegacji prezydenckiej jest nieprawdziwa.

Proponuję nie tyle prokuratorom (i nie Misiakowi/Wierzchołowskiemu, którzy nie zadali sobie tego trudu skonfrontowania banialuków przekazywanych dziennikarzom przez ABW za pośrednictwem PW z ustaleniami krakowskich ekspertów zajmujących się fonoskopijną analizą kolejnych kopii kopii nagrań CVR „prezydenckiego tupolewa”), co Państwu uważną lekturę stenogramów opublikowanych przez krakowski IES (nazywanych przeze mnie „CVR-3”, tak jak „CVR-1” to była „wersja komisji Burdenki 2, zaś „CVR-2” wersja millerowców). Wbrew temu, co z „stwierdzili biegli z ABW” – członkowie delegacji prezydenckiej „wykonywali połączenia” (vide też słynny telefon śp. I. Tomaszewskiej czy śp. L. Deptuły) – co słychać (niestety tylko w drobnych fragmentach; drobnych z racji pokiereszowania zapisów przez speców preparujących „oryginały nagrań CVR”) w tle rozmów odbywających się w kokpicie.

Zwracałem na to uwagę w rozdziale „W wielowymiarowej ruskiej zonie” (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-5.pdf); s. 25:

Pod koniec CVR-3 (…) pojawia się też wypowiedź: „generałowie”, zaś o 8.31 pada powiedziane przez jakąś kobietę (może stewardessę): „leci?”. Z ustaleń „komisji Millera” wynika, przypomnę, że komorka śp. gen. A. Błasika była aktywna, ale ooczywiście nic więcej nie wiadomo o tym telefonie. Skoro już jesteśmy przy kwestii dzwonienia z pokładu lub… na pokład samolotu specjalnego: otóż w CVR-3 o 8.24 pojawia się „wypowiedź mężczyzny”: „…telefon”. Po czym ktoś pyta: „Ale do mnie?” i chwilę poźniej (kobiecy głos): „Halo?” – co ewidentnie świadczy o rozmowie telefonicznej ktorejś z pasażerek (stewardess?) z kimś spoza pokładu. Jest też próba połączenia w drugą stronę o 8.17: „osiem… osiemset trzy… wybieram czterdzieści osiem.””

W tejże wielowymiarowej ruskiej zonie, dodam, znaleźliśmy się, chcąc nie chcąc, my wszyscy wraz z polskim państwem po zamachu z 10 Kwietnia, czego dowodzą m.in. kody Marsa.

Free Your Mind

Całość opracowania „Czerwona strona Księżyca”, z numerowanymi stronami (PDF 88 MB): http://publikacje.ijuz.pl/Free_Your_Mind-Czerwona-strona-Ksiezyca.pdf

Za: CentralaAntykomunizmu - Free Your Mind blog (5 kwi 2012) | http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/04/kody-marsa.html

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content