To nie była zwykła katastrofa – rozmowa z Januszem Walentynowiczem, synem legendy Solidarności, Anny Walentynowicz

Z Januszem Walentynowiczem synem słynnej i prawdziwej legendy „Solidarności” Anny Walentynowicz, który obecnie pracuje i mieszka wraz z córką w Hamburgu rozmawia Waldemar Maszewski.

Czy zdawał Pan sobie sprawę, czym zajmowała się pana mama w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych?

Oczywiście w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byłem już dorosłym mężczyzną i doskonale pamiętam działalność mamy w tamtym okresie. W tym czasie, gdy mama popadła w bardzo ostry konflikt w stoczni już jako działaczka związkowa, pracowałem w gdańskim porcie i chociaż mieszkałem już oddzielnie, ja w Nowym Porcie, a mama we Wrzeszczu, to doskonale byłem zorientowany w jej działalności. Zdawałem sobie sprawę, co się dzieje i czym się mama zajmuje.

Ale nie wszystko poszło w dobrym kierunku, kiedy Anna Walentynowicz zorientowała się, że we władzach Związku Zawodowego Solidarność coś dzieje się niedobrego, czy od razu, czy dopiero po osiemdziesiątym dziewiątym roku prawda stała się dla wszystkich widoczna?

Już dużo wcześniej rozmawialiśmy wraz z mamą o tym, co się wydarzyło, a ona sama często powtarzała, że coś w najwyższych władzach związkowych nie gra i coś szwankuje. W zasadzie ona od początku twierdziła, że z Lechem Wałęsą coś jest nie w porządku, od początku różniło ich nie tylko podejście do wielu kwestii, ale także metody ich rozwiązywania. Podejście mojej mamy do wielu problemów nie podobało się Wałęsie, ale zawsze cieszyła się poparciem Andrzeja i Joanny Gwiazdów. Mama zawsze powtarzała, że to są ludzie na wskroś uczciwi, dla których słowa „Bóg Honor i Ojczyzna” stanowiły zawsze najwyższe dobro, a o Wałęsie zawsze mieliśmy jedno zdanie, iż jest to zwykły karierowicz i do tego umoczony w niejasne sprawy ubeckie.

Czy te niekorzystne (nazwijmy je) relacje pomiędzy Anną Walentynowicz, a Lechem Wałęsą miały jakieś negatywne konsekwencje dla Pana mamy?

Można tak powiedzieć, bowiem Wałęsa po prostu robił wszystko, aby pozbyć się ze związku naszej babci Ani – jak ją nazywaliśmy w domu. I zrobił to skutecznie. Moja mama, podobnie jak właśnie Gwiazdowie byli dla niego bardzo niewygodni, gdyż podważali jego zarówno rolę w związku, jak i jego jakoby wielkie zasługi. Już wtedy ujawniło się, że Lech Wałęsa to przemądrzały człowiek, któremu już w tamtym okresie zdawało się, iż zjadł wszystkie rozumy i tylko on posiadł patenty na wszelką rację.

A po 89-tym roku, co się zmieniło wtedy? Jak Pana mama komentowała wybór Lecha Wałęsy na prezydenta? Przecież wtedy już cały świat był przekonany, że to on w pojedynkę pokonał komunistów?

Nic się nie zmieniło, nadal powtarzano wszelkie kłamstwa i pomniejszano lub nawet tuszowano jakiekolwiek zasługi Anny Walentynowicz. Zadziałała metoda tak zwanej gebelsowskiej propagandy, kłamstwa powtórzone setki razy w końcu stały się fałszywą prawdą. Pamiętam, że mama zawsze zwracała uwagę, że jeżeli Wałęsa publicznie zabierał głos i mówił o walce z komunizmem, to zawsze powtarzał, że „ja wygrałem”, „ja zrobiłem” ciągle ja i ja …. Nikt inny tylko on walczył i zwyciężał, a przecież prawda jest taka, że bez ogromnego zaangażowania szeregu innych ludzi, bez takich jak Anna Walentynowicz, czy wymienieni wcześniej Gwiazdowie nie byłoby wolnej Polski, a Wałęsa nie byłby prezydentem. Niestety w świat poszedł całkowicie zafałszowany przekaz, że pojedynczy człowiek, jakim był Lech Wałęsa pokonał komunizm, a zupełnie zapomniano o tysiącach ludzi, którzy byli dużo ciężej doświadczani niż on.

Co Anna Walentynowicz mówiła o takim obrocie sprawy w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych?

Mama była bardzo rozczarowana, była pełna obaw i niepokojów o losy kraju i pamiętam jej słowa jak mówiła: „To przecież nie tak miało być”.

Czy Lech Wałęsa jak został prezydentem próbował kontaktować się z pana mamą?

Tak, ale to było też bardzo dziwne, bowiem jak już został prezydentem to ośmielił się zadzwonić do mamy i zaproponował jej stanowisko ministra. Na co mama go wyśmiała mówiąc, że nie jest ani odpowiednio wykształcona, ani nie posiada do takich stanowisk żadnych kompetencji. Jednym słowem zdecydowanie odmówiła. (Sama Anna Walentynowicz w jednym z wywiadów tak opisuje ten incydent: Wałęsa dzwonił do mnie cztery lata temu, dokładnie 25 lipca 1991, proponując stanowisko ministra spraw zagranicznych. Uznałam to za żart, albo próbę skompromitowania mnie).

Co państwo sądzili wtedy o tej niecodziennej przecież propozycji?

Dla nas było jasne, że jest to próba skompromitowania mamy lub nawet mogłaby to być prowokacja. Zastanawialiśmy się w domu, o co chodziło Wałęsie z tą propozycją i doszliśmy do wniosku, że najprawdopodobniej była to próba zamknięcia mamie ust, aby za lukratywne stanowisko przestała się o nim źle wypowiadać, aby już nie przypominało o jego ciemniejszych stronach życiorysu. Tak to wtedy razem z mamą odbieraliśmy.

Ale przecież kilka lat temu ponownie rozpoczęła się jak pisze historyk Sławomir Cenckiewicz „urzędowa i medialna próba ośmieszania i wymazywania Anny Walentynowicz z kart historii”? Jak Pan sądzi, co było powodem, że jedynie oprócz okresu rządów Prawa i Sprawiedliwości i prezydentury ś.p Lecha Kaczyńskiego Pana mama była tak wściekle zwalczana?

Moim zdaniem dla wielu kręgów babcia Ania była niewygodnym świadkiem historii i być może dlatego tak zwane „polskie elity” postanowiły z nią walczyć, aby jej osobę zdyskredytować lub wręcz ośmieszyć. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że mama dla wielu była osobą bardzo niewygodną, gdyż była zbyt prawdomówna i posiadała wspaniałą pamięć, a to dla wielu było po prostu niebezpieczne. Taki stan niszczenia pamięci o Annie Walentynowicz niestety trwa do dzisiaj. Jest nawet coraz gorzej, bowiem doszło do tego, że media jej zasługi potrafią przypisać zupełnie komuś innemu …. Np. Henryce Krzywonos, która nagle wypłynęła na pierwszą kobietę i legendą „Solidarności”, a jeden z redaktorów telewizyjnych nawet nazwał panią Krzywonos „Henryką Solidarność”, co osobiście odebrałem jako wielkie nadużycie.

Jak wygląda postęp prac obecnych władz Gdańska, aby w jakiś wyjątkowy sposób uczcić pamięć Anny Walentynowicz, która przypomnijmy całą swoją związkową działalność związała właśnie z tym miastem? Jak wygląda inicjatywa nadania jednej z ulic w Gdańsku jej imieniem? Trójmiejski Społeczny Komitet na Rzecz Uczczenia Pamięci Anny Walentynowicz w oficjalnym piśmie do władz miasta zaproponował zmianę nazwy obecnej Alei Zwycięstwa na Aleję Anny Walentynowicz. Nową nazwą proponują objąć cały przebieg ulicy od ul. 3 Maja, na styku z wiaduktem Błędnik (w rejonie Bramy Oliwskiej), do ul. Grunwaldzkiej. Aleja ta łączy rejon Stoczni Gdańskiej, w której Anna Walentynowicz pracowała, z dzielnicą Gdańsk-Wrzeszcz, gdzie mieszkała. Co odpowiedziały władze na taką propozycję?

Na razie idzie to bardzo opornie i z tego, co mnie jest wiadomo, to radni miasta ustalili, że na terenie dzielnicy Młode Miasto, która powstanie w przyszłości na terenach postoczniowych, patronami ulic będą właśnie ofiary katastrofy smoleńskiej, w tym też Anna Walentynowicz. Jest mi po prostu przykro takim stanowiskiem miejskich władz, tym bardziej, że wiem iż w Gdyni nazwano jedno rondo imieniem mojej mamy.

Jedynym miejscem upamiętniającym Annę Walentynowicz jest tablica powieszona przez władze miasta na budynku, w którym mieszkała pana mama. Na tablicy jest widoczny napis: „W tym domu mieszkała Anna Walentynowicz (1929-2010) Wierna Bogu oraz idei suwerennej i silnej Polski. Oddana walce o godne traktowanie robotników. Działaczka oporu antykomunistycznego. Legenda Solidarności. Zginęła tragicznie w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku”.

Zresztą z tą płytą na domu gdzie mama mieszkała także było problemy. Po remoncie elewacji tablica została zdjęta i przez bardzo długi okres nie była zakładana, po prostu nie było wiadomo, co się z nią stało. Nie pomagały liczne pytania rodziny słane do władz miasta, tablicy przez długi czas już po zakończeniu remontu nikt nie wieszał z powrotem. Dopiero ostra interwencja mojego syna, wnuka Anny Piotra spowodowała, że tablica wróciła na swoje miejsce.

Wróćmy do historii związanej z działalnością związkową Anny Walentynowicz, miał Pan kilka dni temu być na procesie w sprawie próby jej otrucia przez SB w 1981 roku. Co się dzieje w tej sprawie?

To jest następna sprawa, gdzie potworne zdziwienie to najłaskawsze określenie wobec działań polskiego wymiaru sprawiedliwości. O ostatnich rozprawach nic nie wiem, bowiem pracując i mieszkając obecnie w Niemczech w Hamburgu na mogę brać udziału we wszystkich tego typu sprawach, tym bardziej, że są często zamknięte lub często z najróżniejszych powodów przekładane. W pierwszym procesie sąd w Radomiu uznał, że próba otrucia Anny Walentynowicz to była zbrodnia komunistyczna, która się przedawniła i umorzył sprawę. Nie chciałbym się wypowiadać o tym czy sąd jest niezawisły, czy odwrotnie, ale mam swoje zdanie na temat pracy sędziów, które upoważnia mnie do stwierdzenia, że żaden tego typu wyrok nie jest dla mnie wyrocznią. Jedno mogą stwierdzić, że niezrozumiałe jest dla mnie, czym kierują się sędziowie podejmując takie decyzje jak w przypadku pierwszego procesu o próbę otrucia mojej mamy przez oprawców ze Służby Bezpieczeństwa. Jestem przekonany że gdyby nie postawa prokuratorów z IPN, to sprawa byłaby już dawno zamieciona pod dywan. (od autora: 24 stycznia na posiedzeniu niejawnym radomski sąd okręgowy zdecydował o przekazaniu sprawy prokuratorowi IPN w Warszawie w celu uzupełnienia istotnych braków śledztwa. Teraz prokurator Instytutu Pamięci Narodowej musi uzupełnić braki w śledztwie dotyczącym próby otrucia Anny Walentynowicz podczas jej pobytu w Radomiu).

Anna Walentynowicz zginęła śmiercią tragiczną w wyniku katastrofy rządowego samolotu 10. kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem, wraz z innymi pasażerami udającymi się na rocznicę zbrodni katyńskiej. Od prawie dwóch lat prowadzone jest śledztwo, a w zasadzie dwa śledztwa rosyjskie i polskie. Tak jak niewiele wiedzieliśmy tak i dzisiaj niewiele wynika z tych śledztw. Jak Pan ocenia polski rząd i polskich prokuratorów w tym kontekście?

Bardzo źle, mam wrażenie, że zarówno obecny rząd jak i polska prokuratura z niezrozumiałych powodów nie chcą dojść prawdy. Prokuratorzy wykonują jakieś ruchy pozorne, ale śledztwo tkwi w miejscu, a na końcu obawiam się zobaczymy wniosek o konieczność umorzenia śledztwa ze względu na brak możliwości wykrycia prawdy.

Czy prokuratura dostarczyła rodzinie protokół z sekcji zwłok Pana mamy?

Do tej pory nikt nam nie dostarczył jakichkolwiek dokumentów z ewentualnie przeprowadzonej sekcji zwłok naszej mami i babci. My nawet nie wiemy czy sekcję ktokolwiek przeprowadzał. Ja dzwoniłem do prokuratury i zawsze mi powtarzano, że aby czegokolwiek się dowiedzieć muszę przyjechać osobiście do prokuratury osobiście, a ja ciągle nie wiem czy jakiekolwiek dokumenty rzeczywiście tam się znajdują. To jest jakaś tajemnica i ciągle urzędnicy odpowiadając na moje telefoniczne pytania, czy przyszedł już protokół sekcji zwłok mojej mamy, twierdzą że nie mogą ujawniać takich informacji. A ja nie mogę zwalniać się na kilka dni z pracy nie mając pewności czy protokół tej sekcji jest w posiadaniu prokuratury i raczej mając pewność, iż nic nie dostanę i wrócę z gołymi rękami. To jest absurdalne, że uzyskanie jakichkolwiek informacji w prokuraturze graniczy z cudem. Jestem pewien, że dopóki nie zmieni się obecna ekipa rządząca, dopóty sprawa katastrofy nie zostanie wyjaśniona. Mnie już nawet nie jest przykro, że polskie władze tak lekceważąco podchodzą do tego śledztwa, ja jestem po prostu wściekły na to, co się dzieje i na to, że jestem tak bardzo bezsilny wobec tak bezczelnych zakłamań i zaniedbań w śledztwie. Ja już wiem, że obecny polski rząd w kwestii śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej wykonuje jedynie ruchy i czynności pozorne. Jestem przekonany, że tej ekipie nie zależy aby wyjaśnić jak to było naprawdę. Nie wiem dlaczego tak jest, czy oni się tak bardzo boją Rosjan, czy Rosjanie mają na któregoś ważnego z nich jakiegoś haka, jest to dla mnie nie pojęte.

Czy ma Pan nadzieję, że ten rząd wyjaśni przyczyny tej tragedii?

Nie mam nadziei, ale mam pewność, że nie. W rządzie premiera Tuska nikomu na tym nie zależy, bowiem w mniejszym lub większym stopniu oni są odpowiedzialni za to, co się stało pod Smoleńskiem. Boją się, że wyjaśnienie całej prawdy spowodowałoby odebranie im władzy, a to jest dla nich cel nadrzędny.

Jakie ma Pan po prawie dwóch latach tego nieudolnie prowadzonego śledztwa zdanie na temat, co się naprawdę wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem?

Oczywiście nie mam żądnych dowodów, ale coraz bardziej nabieram przekonania, że to nie była to zwykła katastrofa i nie odbyła się bez udziału osób trzecich. Moim zdaniem coś się wydarzyło, coś, o czym ani Rosjanie, ani Polacy nie chcą nam powiedzieć i dlatego zatajają prawdę.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Mama Janusza – Anna Walentynowicz 3 maja 2006 została odznaczona przez Prezydenta RP śp. Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego. 10 grudnia 2009 otrzymała „za odwagę w występowaniu w obronie podstawowych wartości i prawd nawet wbrew zdaniu i poglądom większości” nagrodę im. Pawła Włodkowica, przyznaną przez Rzecznika Praw Obywatelskich śp. Janusza Kochanowskiego. Po 1989 roku Walentynowicz należała do najbardziej konsekwentnych krytyków Okrągłego Stołu i kompromisu z komunistami.

Za: Radio Maryja (2012-02-03) | http://www.radiomaryja.pl/artykuly.php?id=1141962 | To nie była zwykła katastrofa

Skip to content