Przybijali do ścian gwoździami

W Józefinie schwytanych ludzi przybijali do ścian kuźni gwoździami. Konali oni w straszliwych męczarniach. Na koniec upowcy podpalili kuźnię, by zwiększyć cierpienia swych ofiar i zatrzeć za sobą ślady.

Prowadząc „podwójną grę” z Niemcami kierownictwo ośrodka w Przebrażu postanowiło zaatakować garnizon pilnujący majątku w Trościańcu. Miał on przekonać Niemców, że Polacy z nimi zgodnie współpracują i razem z nimi walczą z bandami. Było to konieczne, żeby ci tolerowali rozwój samoobrony w Przebrażu. Koncepcja wyglądała następująco: oddział samoobrony silnie uzbrojony zaatakuje niemiecki garnizon w Trościańcu, liczący 60 osób, a gdy ten wezwie pomoc z Kiwerc, to drugi oddział z Przebraża uda się razem z nią do Trościańca i będzie walczył z bandą.

-Scenariusz był ryzykowny, ale w razie powodzenia mógł przynieść dla Przebraża bardzo ważne korzyści – podkreśla Mirosław Łoziński. – Okazało się, że jego autorzy „Lew”, „Harry” i „Orzech” strzelili w dziesiątkę. Garnizon niemiecki w Trościańcu mocno przyduszony ogniem, wezwał pomoc z Kiwerc. Oddział, który z nich wyruszył, nie był zbyt liczny. Składał się zaledwie z 30 ludzi. Zatrzymał się on w Przebrażu, gdzie po skontaktowaniu się z Ludwikiem Malinowskim otrzymał wsparcie oddziału samoobrony. Jej kilkunastoosobowy oddział szedł odrębną kolumną, ubezpieczając Niemców z prawej strony. Gdy hitlerowcy podeszli do Trościańca, przywitał ich grad kul z karabinów maszynowych polskiego oddziału, który na nich czekał. Niemcy zalegli na polu, mając zabitych i rannych. Wtedy zjawił się polski oddział samoobrony, który ku zdziwieniu Niemców ruszył brawurowo do kontrataku z okrzykiem „hurra!”, odpierając napastników. Owocem tej „bojowej współpracy” było 8 zabitych i 7 rannych Niemców, w tym dowodzący nimi oberleutnant. Rannym natychmiast udzielono pomocy lekarskiej i zebrano do Przebraża. Do niego przywieziono także zabitych Niemców. Wkrótce do Przebraża przybył też dwustuosobowy silnie uzbrojony oddział niemiecki, jadący na samochodach i pancerkach. Pozostali przy życiu Niemcy z garnizonu w Kiwercach zeznali, że gdyby nie pomoc samoobrony z Przebraża, to wszyscy by zginęli. Niemcy byli bardzo wdzięczni i dostarczyli dla przebrażan sporą ilość potrzebnych lekarstw i papierosów. Przede wszystkim jednak samoobrona w Przebrażu została przez Niemców uznana za lojalną wobec nich i wykorzystującą przekazaną jej broń do walki z bandami, które atakują także Niemców.

Szukanie partnerów

By ośrodek samoobrony w Przebrażu mógł przetrwać, musiał też szukać partnerów z zewnątrz, którzy w krytycznym momencie mogli przyjść mu z pomocą i nie dopuścić do jego zablokowania przez UPA itp. Niewielki oddział AK „Drzazgi” był za słaby, by odgrywać większą rolę.

-Kierownictwo ośrodka było zmuszone do nawiązania, ściślejszych kontaktów z partyzantką sowiecką Prokopiuka i Miedwiediewa – wspomina Mirosław Łoziński. – Wspólnie z nimi nasza samoobrona podejmowała szereg działań wobec UPA. W ich trakcie zlikwidowano m.in. zgrupowania rezunów w Trościańcu, Źurawiczach, Domaszewie, Mykowie, Jaromlu, Swozie, Kotowie, Hauczycach i innych. Pamiętam wspólną akcję w Sławatyczach, w której brała udział moja kompania. Otrzymaliśmy informację od dwóch mieszkańców tej wioski Ukraińców, że stacjonuje w niej oddział banderowców, liczący dwustu ludzi i stuosobowy oddział własowców przeważnie Uzbeków, którzy według relacji tych dwóch mieszkańców wioski opuścili niemieckie posterunki ochronne w Kiwercach i Rożyszczach z zamiarem przedostania się do partyzantki radzieckiej. Wspólnie z oddziałem partyzantki sowieckiej podjęliśmy decyzję o rozbiciu banderowskiego oddziału i umożliwieniu Uzbekom dołączenia do oddziału Prokopiuka. Opracowany został plan akcji. Dowódcą ze strony samoobrony był Tadeusz Wojnicki „Grom”, a ze strony radzieckiej kpt. Kowalenko. Plan akcji zakładał, że najpierw otoczymy wieś. Potem z zaskoczenia wejdzie do niej oddział radziecki, który zabierze ze sobą Uzbeków i następnie przystąpimy do likwidacji oddziału UPA. Cała akcja otrzymała kryptonim „Kurok-Kiwerce”. Początkowo wszystko szło dobrze. Wieczorem po dołączeniu radzieckich partyzantów wyruszyliśmy przez Zagajnik do Wydranki, tam wzmocniła nas grupa z placówki Komarówka.”

Huraganowy ogień

„Ubezpieczonym marszem dotarliśmy wraz z taborem i konnym zwiadem do leśniczówki w okolicach Suska, która znajdowała się w lesie. Tam cały oddział został rozkwaterowany, wystawiono warty i wysłano w pobliskie okolice patrole. O godzinie drugiej wyruszyliśmy w kierunku Sławatycz. O świcie zajęliśmy z góry wyznaczone pozycje. Część ludzi naszego oddziału i placówki Komarówka zaległa na cmentarzu, zaś większa część zajęła pozycje na wzgórzu obok wiatraka. Hasłem rozpoczęcia walki miała być eksplozja granatu. Wieś nic nie przeczuwając, budziła się do życia. Z kominów unosił się dym, a za lekko szarą mgiełką słychać było skrzypienie studziennego żurawia. Nagle od strony wsi pojawił się Ukrainiec, który nas zauważył. Gwizdnął, ale my nie odpowiadaliśmy. Zorientował się, że nie należymy do UPA i zawrócił do wsi. Sposoby zatrzymania go nie było. Rozkaz, który otrzymaliśmy brzmiał jednoznacznie – strzelać nie wolno! – Ukrainiec zaalarmował kompanów i banderowcy nie dali się zaskoczyć. Zanim my ruszyliśmy w stronę naszych pozycji, otwarli huraganowy ogień. Partyzanci sowieccy weszli już wtedy do wioski i mieli później do nas pretensje. Zakładali bowiem, że zajmą wieś bez walki, zabiorą Uzbeków i na samym końcu zlikwidują banderowców. Ci zaś nie dali się zaskoczyć i przywitali ich ogniem. Partyzanci sowieccy mieli straty. Banderowcy, jak się okazało, zamienili wieś w silny punkt oporu z licznymi okopami, bunkrami i gniazdami cekaemów. My mieliśmy tylko jeden erkaem i trzy pepesze, a oni osiem karabinów maszynowych. Bój trwał trzy godziny. Ostatecznie oddział UPA został rozbity. Stracił 25 zabitych. Partyzanci sowieccy zabrali kilkudziesięciu Uzbeków i porzucone przez banderowców uzbrojenie. My mieliśmy jednego poległego, Józefa Gubałę, dzielnego żołnierza i partyzanta. Jeden z naszych Zdzisław Rychter został też ranny. Oddział z placówki „Komarówka” też miał jednego rannego. Po zakończeniu walk wycofaliśmy się w kierunku kolonii Wincentówka, po czym wrócił do Przebraża.”

Rozbić garnizon UPA

„Takich akcji, w których samoobrona z Przebraża podejmowała działania wyprzedzające było wiele.

-Pamiętam m.in. akcję na Trościaniec, gdzie mieściła się szkoła podoficerska UPA – wspomina Mirosław Łoziński. – Została ona podjęta po informacji otrzymanych od dwóch ukraińskich chłopów mieszkających w tej miejscowości: Sydora Olchowicza i Nikifora Klimczuka. Przybyli oni do Przebraża z białą płachtą i bronią. Opowiedzieli oni, że garnizon upowski w tej miejscowości szkoli się do ataku na Przebraże i stale powiększa. Decyzja kierownictwa Przebraża była jednoznaczna: rozbić i rozpędzić garnizon upowski. Nasza kolumna marszowa prowadzona przez tych dwóch Ukraińców dotarła do Trościańca. Zgrupowanie ukraińskie zostało tam rozbite i rozpędzone. Ofiary były oczywiście po obu stronach. Banderowcy nie pozostawiali rzecz jasna naszych akcji bez odpowiedzi. Przebraże było atakowane praktycznie co noc. Nie pamiętam, żebym w 1943 r. przespał jedną noc. W dzień się drzemało, a nocą brało karabin i szło na stanowisko. Przeżyliśmy też w Przebrażu kilka napadów. Pierwszy nastąpił w nocy z 4 na 5 lipca 1943 r. Upowcy skoncentrowali duże siły i ruszyli do koncentrycznego ataku. Atak ten nie powiódł się ze względu na niskie morale oddziałów ukraińskich. Te zamiast atakować Przebraże, zajęły się mordowaniem i paleniem znajdujących się na trasie ich marszu polskich wsi. Przebraże zostało otoczone przez morze płomieni. Obrońcy jednak czuwali i atak został odparty. Widok palących się wsi był bardzo straszny. Budził przerażenie u uchodźców zgromadzonych w Przebrażu. Wybuchła wśród nich panika. Słychać było krzyki, płacz. Niektórzy zaprzęgali konie, pakowali dobytek na wozy, chcieli uciekać myśląc, że znaleźli się w pułapce, a uciekać nie mieli dokąd. Przetrwać mogli tylko w Przebrażu. Dla kierownictwa ośrodka były to na pewno ciężkie chwile. Panika stanowiła dla obrońców największe zagrożenie. 5 lipca wszystkie kompanie trwały na pozycjach aż do rana 6 lipca, spodziewając się wznowienia ataku. 6 lipca oddział samoobrony obszedł dopalające się wioski. Większość z nich była opuszczona przez ludność, która schroniła się w Przebrażu. Ci mieszkańcy, którzy pozostali na miejscu nie wierząc w atak Ukraińców, zostali bestialsko wymordowani. Ofiarą rezunów padły m.in. takie wsie jak: Siekirzyce, Zaszcze, Czołnica, Wincentówka, Tworymer, Józefin, Huta Marjanówka, Majdan Jezierski, Demarka, Budy i Dobra. Z zeznań ludzi, którym udało się wyjść z rąk oprawców wynikało, że dopuszczali się oni wyjątkowego bestialstwa. W Józefinie np. schwytanych ludzi przybijali do ścian kuźni gwoździami. Konali oni w straszliwych męczarniach. Upowcy na końcu podpalili kuźnię, chcąc zwiększyć cierpienia swych ofiar i zatrzeć za sobą ślady.

Cztery kule w pierś

Członkowie UPA starali się blokować drogi prowadzące do Przebraża i atakować kolumny wozów jadących z tej miejscowości, zwłaszcza do Kiwerc, która stanowiła dla nich główne okno na świat. Szczególnie polowali na drogach na przywódców ośrodka. Raz niemalże nie odnieśli sukcesu. W zasadzce pod Siekierzycami omal nie zginął Władysław Cybulski, dowódca placówki samoobrony w Chołopinach. Dostał cztery kule w pierś. Wraz z nim został śmiertelnie ranny w kręgosłup partyzant Lejman, a Albert Wasilewski dostał postrzał w nogę. To, że nie zginęli wszyscy jest z jednej strony zasługą przytomności umysłu samego Cybulskiego, który zanim stracił przytomność, zdążył rzucić w stronę napastników dwa granaty. Ci natychmiast uciekli, ostrzeliwując się z karabinu maszynowego. Drugim bohaterem tego zdarzenia był wspomniany Ukrainiec Sydor z Trościańca, który natychmiast dał znać o nim Malinowskiemu. Ten w jednej chwili zorganizował furmankę, która dowiozła rannych do szpitala w Kiwercach. Po drodze niestety Lejman zmarł. Cybulski i Wasilewski przeżyli.

Zniszczenie Przebraża, największego ośrodka polskiej samoobrony, stało się w pewnym momencie punktem honoru dla bandytów z UPA.

Pochód na Przebraże

-Zdawaliśmy sobie doskonale sprawę, że nacjonaliści nie pozostawią Przebraża w spokoju – wspomina Mirosław Łoziński. – Stanowił on zbyt duży polski ośrodek, by mógł spokojnie istnieć. Jednocześnie był zbyt silny i zbyt dobrze zorganizowany, żeby zabierać się za jego likwidację z byle czym. Zaczęli ściągać siły z dalszych rejonów, zbierając też nowe kurenie i sotnie, ściągając do nich wszystkich, którzy chcieli po prosu się obłowić. Puszczano wieści, że Polacy zgromadzili w Przebrażu ogromne dobra i bogactwa. Obiecywano wszystkim, którzy pójdą na Przebraże, że tam sobie wreszcie pohulają. Poza oddziałami zajadłych nacjonalistów na koncentrację pod Przebrażem szły też bandy pospolitych rzezimieszków i rabusiów. Nasz wywiad co rusz donosił o wciąż nowych ukraińskich oddziałach, które maszerują na Przebraże. Zwiad donosił, że zaobserwowano wśród nich także broń ciężką. W końcu sierpnia 1943 r. kierownictwo samoobrony, dzięki precyzyjnym informacjom wywiadu zdawało sobie sprawę, że w najbliższych dniach rozstrzygną się losy Przebraża. 30 sierpnia 1943 r. liczące 6 tys. ludzi ugrupowanie UPA, pozostające pod rozkazami „Tarasa Bulby”-Borowca i „Tarasa Czuprynki”-Szuchewycza nadciągnęło z trzech stron: od wschodu, północy i zachodu, w celu dokonania ostatecznego i walnego „wyryzania Lachiw” w Przebrażu. Z przechwyconego przez nasz wywiad specjalnego rozkazu wydanego przez „Ukraiński Sztab Napadu na Przebraże” (mieszczącego się w Swozach) i skierowanego do upowców wynikało, że aby doprowadzić do wyniszczenia „kubła” Przebraże Ukraińcy zamierzają:

skoncentrować przed nadejściem świtu wokół Przebraża wszystkie niezbędne siły żywe i środki ogniowe,

rano o godzinie 4.45 oddać kilka strzałów z dział z rejonu Wincentówka na Przebraże:

w wytworzonej grozą pożarów zabudowań w chwili oszołomienia, dezorientacji i paniki wśród Lachów zacząć akcję zaczepno-odporną od strony zachodniej – Bodiaczewa, Nowej i Starej Czołnicy, Swoza – utrzymując przeciwnika w przekonaniu, że natarcie rzeczywiście się rozpoczyna. Wystawić cztery sotnie w rejonie Siekierzyc dla odcięcia dróg wycofania się przebrażan w kierunku południowo-zachodnim na Kiwerce,

główną siłę skoncentrować skrycie na wschód od Przebraża w rejonie Marianówki, Bud, Jezierskiego Majdanu, Zofiówki, Lasu Jaromelskiego, Józefina – ubezpieczając ją silnymi czatami,

tabory i wozy dla zdobyczy zgrupować w Zofiówce,

o godzinie 15.00 zacząć generalny szturm – z jednoczesnym, nieoczekiwanym i silnym uderzeniem z kierunku wschodniego na „kubło” Przebraże i raz na zawsze zniszczyć i spalić go, nie zostawiając kamienia na kamieniu.”

Ani kroku w tył

„Sztab Obrony Przebraża, który zebrał się w placówce Chołopiny podjął decyzję, że ugrupowania oddziałów partyzanckich będą wypełniać nałożone na nie zadania, nakreślone dla każdej placówki. Z chwilą rozpoczęcia walki, oddziały miały aktywnie wiązać siły ukraińskie, odpierać ich ataki i bezwzględnie przestrzegać zasady ani kroku w tył…! Uporczywą obroną, kontratakami, a także poprzez umiejętne rozmieszczenie broni maszynowej, oddziały miały osłabiać ducha zaczepnego wroga. Plan obrony zakładał też przeprowadzenie silnego uderzenia w kierunku północno-zachodnim z zadaniem rozdzielenia zgrupowań nieprzyjaciela północ i zachód, opanowanie dróg na Kołki, obezwładnienie jego odwodów i przeciwdziałanie ich podejściu. Dla wytworzenia warunków zastosowania głębokiego manewru na najbardziej zagrożonym odcinku wschodnim przed godz. 14 osiągnąć lewoskrzydłowym uderzeniem 4 kompanii punkt przecięcia się dróg w Lesie „Jaromelskim”, Zofiówka-Zagajnik i Jaromel-Józefów. Plan zakładał też nawiązanie współpracy z partyzantką sowiecką działającą w Hryninie i z placówkami Rafałówka i Komarówka i wprowadzić główną siłę manewrową z południa od strony kol. Dobra w pobliże kol. Józefin i Las Gawecki. O godz. 14 na sygnał południowej grupy manewrowej przypuścić druzgocący atak na banderowców i zamknąć ich zgrupowanie w kleszczach w rejonie skrzyżowania dróg w Lesie Jaromelskim i dokonać całkowitej likwidacji kotła i odrzucenie od Przebraża hord banderowskich. Plan ten został z grubsza rzecz biorąc zrealizowany. Do obrony Przebraża stanęły siły czterech kompanii, które obsadziły odcinki o długości 5 km. Każda z nich liczyła od 150 do 200 osób. Na całej linii obronnej na pozycjach było od 600 do 800 ludzi. Formacje te tworzyły szereg punktów oporu powiązanych z sobą ogniowo i stanowiły system obrony sił głównych dostosowany do walki okrężnej.

Marek A. Koprowski

Za: Kresy.pl (04 lutego 2012) | http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/przybijali-do-scian-gwozdziami-

Skip to content