Razom nas bohato, nas ne podołaty…- Bogdan Pliszka

…śpiewał ukraiński zespół hip-hopowy Greenjolly, a utwór szybko stał się nieoficjalnym hymnem pomarańczowej rewolucji.  Dziś o pomarańczowej rewolucji mało kto pamięta; prezydent Juszczenko, którego w swoim czasie wyniosła do władzy robi wszystko, by nie rzucać się w oczy. Druga jej bohaterka, Julia Tymoszenko, odsiaduje wyrok więzienia, orzeczony w wyniku podpisania przez nią umów gazowych z Rosją.

Złośliwie można dodać, że nic dziwnego, iż zapisów polsko – rosyjskiej umowy gazowej do dziś nie ujawniono! A jej „ojciec chrzestny”, wiepremier Pawlak, robi wszystko, by pozostała utajniona. Kolejnej umowy gazowej pomiędzy Ukrainą a Rosją nie ma i nie widać daty, w której miałaby się pojawić… Dość napisać, że kolejny etap rozmów ukraińsko – rosyjskich zakończył się fiaskiem, a ukraiński premier, Nykoła Azarow, zagroził wręcz pozwaniem Rosji, jeśli do porozumienia nie dojdzie… (link)  Brzmi nieźle, aczkolwiek trudno wyobrazić sobie, by rosyjskie sądy przyjęły taki pozew lub, by Rosja honorowała wyroki sądów ukraińskich. Władze rosyjskie pokazały już nie raz, gdzie mają wyroki sądów, i to nie tylko ukraińskich, ale i międzynarodowych!

I w tej sytuacji pojawia się wiadomość – dość zresztą słabo nagłośniona w polskich mediach – o demonstracji w Doniecku, której uczestnicy domagali się odłączenia wschodu Ukrainy od państwa ukraińskiego i przyłączenia go do Rosji (link)! Nie da się ukryć, że historyczne uwarunkowania wschodniej i zachodniej Ukrainy to dwie zupełnie różne tradycje historyczne, kulturowe, polityczne i cywilizacyjne.  Zachód będący częścią Rzeczypospolitej Obojga Narodów, CK Monarchii czy II Rzeczypospolitej, na pewno bliższy jest cywilizacji łacińskiej, zaś wschód należący od czasów umowy perejasławskiej do Rosji, wyraźnie ciąży ku cywilizacji turańskiej, która – wbrew tezom rosyjskich eurazjatów – zdecydowanie lepiej oddaje charakter ustroju tego państwa, niż cywilizacja bizantyjska. Władza sowiecka, również była dla wschodniej Ukrainy – w pewnym sensie – ,,władzą rodzimą”, zaś dla Ukrainy zachodniej, władzą okupacyjną. Nie zmienia to faktu, że wbrew tezom formułowanym przez uczestników donieckiej demonstracji, wschód Ukrainy nie jest rosyjskojęzyczny. Oczywiście „czystość” języka ukraińskiego jest zdecydowanie większa we Lwowie czy Kowlu, niźli w Doniecku czy Charkowie, nie oznacza to jednak, że Ukraińcy ze wschodu mówią po rosyjsku. Przyjmując bowiem taką definicję rosyjskości/ukraińskości, równie dobrze można uznać za Ukraińców, mieszkańców rosyjskiego Kubania. I na wschodnich rubieżach Ukrainy, i na zachodnich rubieżach Rosji, używany jest bowiem niemal identyczny dialekt, zwany na Ukrainie surżykiem, zaś w Rosji bałtaczką.

Ukraina w starciu ze swoim wschodnim sąsiadem – na jakimkolwiek polu – nie ma niemal żadnych szans. Co więcej, polityka prezydenta Janukowycza, który stara się zachować jednaki dystans w stosunku do Europy i Rosji, okazuje się dla Rosji, zbyt samodzielna. Janukowycz dochodząc do władzy, uznawany był przez sporą część analityków polityki wschodniej  za  reprezentanta „opcji rosyjskiej”. Oczywiście opinie takie najczęściej formułowali „eksperci” zachodni, którzy jeszcze kilkanaście lat wcześniej rozpływali się  w zachwytach nad pierestrojką, a świadomość istnienia jakichkolwiek państw pomiędzy Polską, a Rosją z trudem torowała sobie drogę do ich „błyskotliwych” umysłów. Co ciekawe, spora część polskich mediów, podchwyciła te, jakże głębokie, analizy i cytowała je przy każdej nadarzającej się okazji. Wszak pochodziły „z Zachodu…”.

Moskwa, najwyraźniej również, wiązała spore nadzieje z dojściem do władzy Janukowycza? Po antyrosyjskim, proamerykańskim Juszczence był on rzeczywiście politykiem, który w Rosji mógł być postrzegany, jako ten który wprzęgnie Ukrainę w rosyjski zaprzęg. Rosyjskie wyobrażenia o Janukowyczu dość szybko okazały się nie do końca prawdziwe; Janukowycz, mimo że zdystansowany do pomysłów wprowadzania Ukrainy do UE, nie wspominając już o NATO, nie miał zamiaru składać „hołdu lennego” i zdegradować się do poziomu gubernatora. Co więcej, w sprawach gospodarczych okazał się równie twardym, a może wręcz twardszym negocjatorem, niż Juszczenko? Cała zaś prorosyjskość sprowadziła się do symbolicznych gestów: odebrania Stepanowi Banderze tytułu „bohatera Ukrainy”, ostentacyjnym lekceważeniu wszelkich uroczystości związanych z działalnością OUN i UPA czy dowartościowywaniu weteranów Armii Sowieckiej. Co ciekawe, sama Partia Regionów, z której wywodzi się Janukowycz opowiada się za integracją z Unią Europejską, a nie z Rosją, i niewykluczone, że prezydent musi liczyć się z wolą swojego zaplecza politycznego? (link) Trudno przypuszczać, by to co zauważyli komentatorzy na zachód od Ukrainy pozostało nie zauważone w Moskwie. Trudno też przypuszczać, by pomysł Kijowa, by – w zgodzie z polski przysłowiem, mówiącym, iż „pokorne cielę dwie matki ssie” – lawirować pomiędzy Unią Europejską, a Unią Euroazjatycką, wzbudził w Moskwie entuzjazm.

Nie jest wykluczone, że obserwując wydarzenia ostatnich miesięcy w północnej Afryce czy Grecji, w Zarządzie II pewnej rosyjskie służby specjalnej, uznano, że i na Ukrainie pora na jakiś rodzaj „rewolucji”? A że Rosję ominęły w ostatnich latach „reformy oświaty”, które już w latach ’70 ubiegłego wieku skutecznie pacyfikowały umysły uczniów amerykańskich i zachodnioeuropejskich, a w ostatnim dwudziestoleciu, równie skutecznie oduczają myślenia uczniów środkowoeuropejskich, to doniecka demonstracja, po prostu „się odbyła”! Nikt nie zwoływał jej na „fejsiku”, młodzież nie skrzykiwała się smsami, a uczestnicy, ot tak sobie przyszli i zademonstrowali wolę przyłączenia do Rosji.  Spontanicznie! Zupełnie tak samo, jak czynili to Litwini, Łotysze czy Estończycy domagający się w 1940 roku, przyjęcia ich państw do „wielkiej rodziny narodów sowieckich”.

Scenariuszy pisanych w Moskwie, zapewne jest kilka. Najbardziej prawdopodobny, to ten, w którym prezydent Janukowycz zrozumie „dziejową konieczność” i nie tylko podpisze umowę gazową, ale i przestanie hamletyzować, angażując się całym sercem i umysłem w budowę Unii Euroazjatyckiej. Niewykluczone jednak, że Janukowycz okaże się bardziej oporny na serwowane mu przez wschodniego sąsiada, sugestie. Nawet to jednak nie musi oznaczać, że natychmiast urosną w siłę ruchy czy organizacje domagające się przyłączenia np. Donbasu do Rosji. Wpierw zapewne demonstracje zaczną się powtarzać i będzie do nich dochodziło nie tylko w Doniecku, ale również w Sewastopolu czy Charkowie. Na dobrą sprawę, to powinno wystarczyć, by Janukowycz zrozumiał powagę swojego położenia. Co oczywiście nie oznacza, że na tym kończą się scenariusze napisane w Moskwie. Wszak Rosja to kraj szachowych arcymistrzów, a w szachach bierze się pod uwagę maksymalnie dużą liczbę możliwych do wykonania ruchów.

Może się na przykład okazać, że – wbrew temu, co widać – pierwszym regionem Ukrainy, który tak bardzo zapragnie zjednoczenia z Matuszką Rossiją okaże się nie wschód, ale południe, a dokładniej Krym. Wszak już w 2008 roku rozpoczął się tam proces rozdawania rosyjskich paszportów „etnicznym Rosjanom” (link). Wystarczy więc, by mieszkańcy Krymu dostali możliwość, aby w „demokratyczny” sposób, np. w referendum, mogli wypowiedzieć się o przynależności państwowej Półwyspu. Niewykluczone zresztą, że pod czujnym okiem międzynarodowych obserwatorów np. z państw Unii Euroazjatyckiej. Inna możliwość to rozlewanie się „protestów” na kolejne regiony Ukrainy. W końcu, jeśli kolejne regiony mogły wypowiadać posłuszeństwo prezydentowi Kuczmie i przyłączać się do pomarańczowej rewolucji, to i tym razem nic nie stoi na przeszkodzie, by opowiedziały się po stronie „demonstrantów”. Co więcej, może się okazać, że nawet skrajnie antyrosyjska Hałyczyna do takowych protestów się przyłączy, byle tylko wysadzić z siodła, znienawidzonego tam, Janukowycza. Choć oczywiście może też dojść do paradoksalnej sytuacji, w której Janukowycz będzie mógł liczyć na znienawidzonych – z wzajemnością – neobanderowców…

Mało prawdopodobny, acz nie niemożliwy, wydaje się scenariusz rzeczywistego podziału Ukrainy. Gdyby jednak Moskwa zdecydowała się na taki krok, Ukraina nie będzie w stanie w żaden sposób temu przeciwdziałać. Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Obamy nie zrobią nic, by ratować ukraińską niepodzielność, a nawet niepodległość! Tym bardziej w roku wyborów prezydenckich. W Moskwie wiedzą o tym i, być może, stąd czas, w którym zdecydowano się rozpocząć całą operację. Nic nie zrobi również Unia Europejska, w której dominują nastroje prorosyjskie, zdecydowanie niechętne „państwom sezonowym”, takim jak choćby Ukraina. UE ma zresztą własne problemy, za to nie ma pomysłu jak z nich wyjść. O tym też w Moskwie wiedzą! Wiedzą również, że ukochane dziecko ministra Sikorskiego – partnerstwo wschodnie – urodziło się, a raczej poroniło się, martwe…

Można oczywiście wyobrazić sobie, dość fantastyczny, scenariusz, w którym cała Ukraina staje się rosyjską prowincją. Problem w tym, że Rosji zupełnie nie opłaca się brać na swoje barki biednych, za to nacjonalistycznych regionów: Galicji i Wołynia. Nacjonalizm jest przy tym przeszkodą mniejszą! Co prawda duża część partyjnych dołów zapewne jest szczerze antyrosyjska i nacjonalistyczna, ale nie można wykluczyć, że kierownictwa wielu neobanderowskich ugrupowań zmienią ton nienawistnych Rosji piosenek, gdy tylko ich „dyrygenci” dostarczą im właściwe „nuty”.

Pora w tym miejscu zadać pytanie: co z tego wszystkiego wynika dla Polski? Odpowiedź nie napawa, niestety, optymizmem. Dzisiejsza Ukraina nie jest państwem szczególnie silnym, jest jednak wystarczająco silna, by stanowić skuteczny bufor pomiędzy Polską a Rosją. Janukowycz nie jest, wbrew oczekiwaniom, aż tak prorosyjski, by stanowiło to niebezpieczeństwo dla Polski. Co więcej, wydaje się, że – póki co – udaje mu się to co próbował przez ostatnie lata robić Łukaszenko: lawirować między Rosją, a szeroko rozumianym, Zachodem. Łukaszenko, a tym bardziej Janukowycz, mogliby to robić jeszcze bardzo długo i bardzo skutecznie, gdyby znaleźli jakiegokolwiek partnera w Polsce i krajach bałtyckich. O ile te ostatnie, czując niebezpieczeństwa wynikające ze zmian politycznych ostatnich kilku lat, usiłują przeciwstawić się „grze mocarstw”, o tyle Polska, a dokładniej polski rząd i prezydent, uznały, że najlepszym wyjściem będzie… rezygnacja z własnej polityki zagranicznej! Co przy każdej nadarzającej się okazji deklaruje  minister Sikorski.

Oczywiście, wbrew własnym przekonaniom, ani prezydent Komorowski, ani premier Tusk, ani minister Sikorski nie będą trwać wiecznie na zajmowanych urzędach. Problem w tym, czy ich następcy – nawet jeśli zechcą – będą mieć jakiekolwiek szanse na odbudowanie polskiej polityki zagranicznej i na przywrócenie Polsce podmiotowości w polityce międzynarodowej?

Bogdan Pliszka

Opracowanie: WWW.BIBULA.COM na podstawie: materiałów autorskich

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content