- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

Dziwny list kontrolera lotu w Smoleńsku do “Naszego Dziennika”

Nietypowy list ze Smoleńska doręczono do redakcji “Naszego Dziennika”. Jego nadawcą jest płk Anatolij Murawiow, który 10 kwietnia ubiegłego roku był jedną z osób zabezpieczających lądowanie polskiego Tu-154M na Siewiernym

Pełniący służbę 10 kwietnia ubiegłego roku na Siewiernym w charakterze kierownika ruchu lotniczego płk Anatolij Murawiow, przesłuchiwany przez rosyjską i polską prokuraturę, przysłał odręcznie napisany list do redakcji “Naszego Dziennika”. Wojskowy na nowo interpretuje fakty, które przekazał nam w styczniowym wywiadzie. Ale nie tylko. Pułkownik twierdzi, że to nie płk Nikołaj Krasnokutski dzwonił do podmoskiewskiego operatu należącego do Dowództwa Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej o kryptonimie “Logika”. Dzwonić miał sam Murawiow. Twierdzi też, że kontakt z załogą polskiej maszyny urwał się na dwa kilometry przed progiem pasa. “Zapadła cisza w eterze” – pisze Murawiow.

Pułkownik Murawiow nie zna języka polskiego i z pewnością nie śledzi polskiej prasy. Jednak odwołuje się nie tylko do wywiadu z nim przeprowadzonego, który ukazał się 7 stycznia, ale również do innych artykułów publikowanych w “Naszym Dzienniku”. Murawiow pisze, że informacje podane przez niego w rozmowie opublikowanej 7 stycznia nie odpowiadają informacjom, które przekazywał polskim korespondentom. Jednak nie wskazuje na żadne konkretne słowa z tego wywiadu. Określił w nim służby meteorologiczne działające na lotnisku Siewiernyj jako “słabe”, a całe lotnisko pozbawione “normalnych środków”. Mówił też o procedurze przygotowywania prognoz pogody dla smoleńskiego lotniska wojskowego w Twerze.

Jednak nie tego dotyczą zastrzeżenia Murawiowa. Odwołuje się bowiem głównie do zdań z artykułu zamieszczonego również 7 stycznia w “Naszym Dzienniku” (Piotr Falkowski, “Murawiow: Był Krasnokutski i konsultacje z “Konwektorem””), który tylko częściowo opiera się na informacjach uzyskanych od płk. Murawiowa, oraz innego artykułu na temat katastrofy z 13 stycznia (Katarzyna Orłowska-Popławska, “Moskwa wdeptała polskich pilotów w błoto”).

Oczywiście, jeżeli pułkownik Anatolij Murawiow ma jakieś informacje na temat organizacji pracy lotniska Siewiernyj, to chętnie je opublikujemy. Zapewne również polska prokuratura przyjmie skwapliwie jego zeznania w charakterze świadka. – Każda osoba posiadająca jakieś informacje w sprawie, w której prowadzone jest śledztwo, może i powinna o tym poinformować prokuraturę. Tym bardziej osoba już raz w tej sprawie przesłuchiwana – mówi płk Zbigniew Rzepa z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Murawiow może to zrobić także w Smoleńsku za pośrednictwem prokuratury rosyjskiej.

Jednak chyba nie o to chodzi Murawiowowi. List do “Naszego Dziennika” wskazuje na paniczną obawę przed połączeniem jego osoby z jakimikolwiek informacjami mogącymi w złym świetle postawić obsługę lotniska.

Nie chodzi tu o nieporozumienie spowodowane złą pamięcią i nieznajomością języka polskiego. Czy to aby nie przełożeni pułkownika albo inne służby rosyjskie monitorujące polskie media podsunęli mu “Nasz Dziennik”, w którym ktoś ważny wskazał te czy inne frazy i pokazał w stopce redakcyjnej adres w Polsce? Co ciekawe, list nadano na poczcie położonej bardzo daleko od miejsca zamieszkania autora, ale tuż przy lotnisku Siewiernyj.

Zastrzeżenia Murawiowa są zupełnie absurdalne. Nasz rozmówca pisze na przykład: “…w artykule opublikowano kategoryczne wnioski, których ja nie udzielałem i nikomu nie mogłem ich przekazać. Na przykład, że niby wyjaśniłem, że różnica między geograficznym krajobrazem Tweru i Smoleńska kolejny raz wskazuje na niedopuszczalność lądowania na lotnisku Siewiernyj”. Istotnie niczego takiego nie powiedział. Problem w tym, że także “Nasz Dziennik” nigdy czegoś podobnego nie napisał. W związku z informacją o braku biura prognoz w Smoleńsku i wykonywaniu prognoz w Twerze została podana informacja o odległości między tymi miastami i różnicy warunków spowodowanej oddzieleniem obu miast Wzgórzami Wałdajskimi. Nie pisaliśmy jednak, że Smoleńsk z powodu jego “krajobrazu geograficznego” nie nadaje się do lądowania samolotów. Nie pisaliśmy też w ten sposób o Twerze.
Anatolij Murawiow każe nam odwołać zdanie, że płk Nikołaj Krasnokutski kontaktował się z centrum łączności lotnictwa transportowego “Logika”. Jednak takich słów oficera nie ma w “Naszym Dzienniku”. Jest to zresztą informacja powszechnie znana, choćby z opublikowanych przez Międzypaństwowy Komitet Lotniczy transkrypcji rozmów na stanowisku kontroli lotów. Pułkownik Murawiow powiedział nam natomiast, że sam kontaktował się z “Logiką” oraz z drugim centrum operacyjnym o kryptonimie “Konwektor”, znajdującym się na podmoskiewskim lotnisku Wnukowo.

Nadawca listu podejmuje również polemikę z informacją o wymogu nawiązania kontaktu wzrokowego z samolotem do zgody na lądowanie. Powołujemy się przy tym na jego stwierdzenia, ale przede wszystkim cytujemy Federalny Regulamin Lotnictwa Państwowego z 2004 roku.

Cisza w eterze

Najdziwniejszy jest jednak następujący fragment listu pułkownika: “Mimo przekazanej przeze mnie podczas rozmowy telefonicznej dziennikarzom informacji, że wejście na ścieżkę schodzenia przez załogę Tu-154 nastąpiło w odległości 10 km od pasa startowego, a cisza w eterze nastąpiła dopiero w odległości 2 km, w artykule mimo wszystko opublikowano w moimi imieniu, że cisza w eterze nastąpiła od tego momentu, gdy polski Tu-154 o godz. 10.40 dokonał podejścia do lądowania bez odchyleń od kursu i ścieżki (czyli po kursie i po ścieżce), co wynikało z polecenia kierownika strefy lądowania”.

Tymczasem o żadnej “ciszy w eterze” nigdy nie pisaliśmy, ufając w wiarygodność opublikowanej przez MAK transkrypcji zapisów rejestratora głosów w kabinie pilotów, z której wynika, że łączność radiowa funkcjonowała do końca tragicznego lotu tupolewa. Być może Murawiow ma na myśli ostatnie słowa, jakie na wieżę dotarły z samolotu. W istocie padły one, gdy znajdował się on około 2,5 km od progu pasa, a dotyczyły włączenia reflektorów. Dodajmy, że podejście nie przebiegało wcale “po kursie i ścieżce”. Kwestii tych oczywiście w ogóle nie poruszaliśmy w rozmowie z pułkownikiem, m.in. dlatego, że nie był on na wieży “Korsarz” i w korespondencji radiowej z samolotem nie uczestniczył.

Murawiow jest właściwie emerytem. Ma oczywiście spore doświadczenie lotnicze, przez 31 latał na bombowcach Tu-22 i na małych samolotach transportowych An-26. Jednak od pięciu lat jest rezerwistą i jedynie dorabia sobie na stanowisku dyspozytora lotniska wojskowego. Jego praca polega głównie na wymianie korespondencji dotyczącej wykonywanych lotów. Od kiedy lotnisko jest właściwie zamknięte, operacje lotnicze zdarzają się bardzo rzadko, więc pozostaje mu raportowanie wykonywania czynności związanych z utrzymaniem infrastruktury, co – jak łatwo się przekonać po stanie obiektów i urządzeń – nie idzie w Smoleńsku najlepiej.

Od stycznia wielokrotnie próbowaliśmy się ponownie skontaktować z Anatolijem Murawiowem, a pod koniec lutego nawet usiłowaliśmy się z nim spotkać osobiście w jego mieszkaniu w Smoleńsku. Jednak wtedy kobieta, która odebrała domofon, powiedziała, że pułkownika nie ma i że nie chce on już rozmawiać z dziennikarzami.

W liście do “Naszego Dziennika” Murawiow żąda korekty informacji przekazanych “polskim korespondentom pod koniec grudnia 2010 – na początku stycznia 2011 roku, a także innym przedstawicielom polskich i rosyjskich mass mediów”. Być może myli on to, co mówił nam, z wypowiedziami dla innych mediów. Nie mogliśmy jednak znaleźć w żadnej polskiej gazecie wypowiedzi Murawiowa innych niż przedrukowane z “Naszego Dziennika” lub prasy rosyjskiej. Oficer wypowiedział się dla rosyjskiej “Komsomolskiej Prawdy” oraz jednej z ukraińskich agencji prasowych jeszcze w dniu katastrofy. W rozmowach z nimi padło m.in. ważne sprostowanie błędnych informacji rozpowszechnianych przez media o kilku podejściach do lądowania tupolewa. Murawiow mówił także o “barierze językowej”, której obawiała się grupa kierująca lotami na Siewiernym.

Piotr Falkowski