- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

W okopach wojny walutowej – Radosław Pyffel

Jeśli Chiny zdecydują się zdywersyfikować swoje rezerwy walutowe i rozpoczną globalne inwestowanie, niewykluczone, że spora część tego kapitału może trafić do Polski

Podczas wszystkich spotkań przywódców amerykańskich i chińskich rewaluacja juana staje się jednym z najważniejszych tematów rozmów. Amerykanie naciskają, by Chiny umocniły kurs juana i w ten sposób obniżyły konkurencyjność swojego eksportu, który przyczynia się do deficytu handlowego USA z Chinami (w tym roku może wynieść 270 mld USD). Chińczycy z kolei obstają przy swoim. Nie chcą zwiększyć wartości swojej waluty, twierdząc, iż nie zmniejszy to amerykańskiego deficytu, a jedynie uderzy w ich eksporterów. Czy konflikt ten może przerodzić się w wojnę, a jeśli tak, jak będzie ona wyglądać i jakie będą jej skutki?

Dwa największe mocarstwa współczesnego świata mają w tym wypadku ewidentnie sprzeczne interesy. Publicyści i dziennikarze biją na alarm, mówiąc o światowej wojnie walutowej.
Taktyka amerykańska została już nazwana finansową dyplomacją, istnieje bowiem silna korelacja między ilością i szczeblem spotkań polityków obu krajów a wzrostem kursu juana. Przy okazji tych spotkań Pekin często idzie na drobne symboliczne ustępstwa, z których Waszyngton jest jednak niezadowolony. Niezrażeni tym przywódcy chińscy zapewniają, iż nie będą ulegać naciskom i rewaluację przeprowadzą w takim tempie, w jakim sami uznają to za stosowne.

Pochwała manipulacji

W 1996 r. Richard Rosecrance w artykule “Powstanie państwa wirtualnego: terytorium nie ma już znaczenia” (“The Rise of the Virtual State: Territory Becomes Passé”) twierdził, iż po II wojnie światowej najbardziej rozwinięte narody (a zwłaszcza Niemcy i Japonia, które wojnę przegrały), porzuciły koncepcję wojny o terytorium i skoncentrowały się na walce o udział w globalnym handlu. Trudno tu nawet mówić o wojnie, bardziej jest to rywalizacja. Liczą się technologie, wiedza, kapitał ludzki, a uczestnicy zdobywają nie jak dawniej nowe terytoria, ale nowe rynki.
W 2007 roku zamieszkały w Waszyngtonie chiński analityk i ekonomista Song Hongbing wydał książkę pod tytułem “Wojny walutowe” (“Huobi zhanzheng”). Napisana w stylu teorii spiskowych i z pozycji nacjonalistycznych od razu stała się w Chinach bestsellerem.

Song poszedł w swoich sensacyjnych rozważaniach znacznie dalej niż Rosecrane. Twierdził, iż bogactwo narodów nie bierze się ani z ciężkiej pracy, ani z wykształcenia, lecz z manipulacji kursem waluty. Decyduje on bowiem o cenach importu i eksportu, i to właśnie odpowiednie nim manipulowanie jednym nabija kieszenie, a innych puszcza z torbami. Dlatego zdaniem Songa, Chiny w żadnym wypadku nie powinny ulegać presji i rewaloryzować juana, ponieważ to właśnie zachowanie kontroli nad własną walutą zdecyduje o tym, czy kraj ten stanie się w XXI wieku supermocarstwem. Jeśli będzie przyjmować niekorzystny dla siebie kurs, nie pomoże ani ciężka praca, ani awans cywilizacyjny społeczeństwa. Miliard Chińczyków pracować będzie na zyski finansjery z Wall Street, z którą – zdaniem Songa – rządy zachodnie toczyły od wieków walkę o władzę i ostatecznie ją przegrały, stając się jej marionetkami.

Praca Songa Hongbinga wywołała (co zrozumiałe) mieszane uczucia na Zachodzie, ale także wśród chińskich elit władzy, i to z dwóch powodów. Rządzący Chinami zostali poddani presji własnej – nastawionej nacjonalistycznie – opinii publicznej, a także przestraszyli się, iż tak konfrontacyjna publikacja jest sprzeczna z oficjalnym kursem tzw. pokojowego rozwoju. Chiny oficjalnie zapewniają, iż akceptują wszystkie reguły ustanowione przez dotychczasowych hegemonów i obawiają się oskarżeń Zachodu o możliwość ich złamania w momencie osiągnięcia koniecznego ku temu potencjału (co skądinąd jest bardzo prawdopodobne). Być może dlatego “Wojny walutowe” do dziś nie zostały przetłumaczone na żaden język obcy.

Świat “wojen walutowych” to zdaniem Songa świat, w którym władze finansowe i media stały się ważniejsze od armii. Antyczny chiński generał Sun Zi, który swego czasu mówił, że los państwa i przetrwanie jego mieszkańców zależy od talentów wojskowych ich generała, dziś musiałby zmienić zdanie i twierdzić, iż poziom dobrobytu społeczeństw zależy od decyzji finansowych rządów i stopnia asertywności ich władz finansowych. Walki bowiem nie toczą się w okopach na linii frontu, ale w gabinetach dyrektorów banków i ministrów finansów.

Prymat interesów

Po takim spektakularnym wstępie można by oczekiwać, iż opis dwóch wielkich mocarstw współczesnego świata walczących o swe interesy powinien być równie widowiskowy. Po części tak jest, jako iż głównymi instrumentami są presja polityczna i medialny zgiełk, który żywi się sensacją i emocją, te bowiem dobrze się sprzedają i mocniej utrwalają pożądane poglądy i postawy. W amerykańskiej prasie Chiny oskarża się o nieuczciwą konkurencję, dotowanie swojego eksportu poprzez sztuczne zaniżanie kursu i tym samym likwidację kilkudziesięciu milionów miejsc pracy w Ameryce.
Jesienią 2010 roku, a więc w okresie kampanii wyborczej do Kongresu, ukazały się nieoficjalne wersje raportu Departamentu Skarbu, w których Chiny nazywano walutowym manipulatorem. Po ujawnieniu przecieków raport został wstrzymany, a w opublikowanej później wersji ostre sformułowania ostatecznie się nie znalazły. Władze amerykańskie straszyły również możliwością wprowadzenia cła na produkty chińskie, ale skończyło się to tylko pogróżkami.

Okazało się, że Chiny także mogą postraszyć. Ostatnio dają do zrozumienia, że wcale nie muszą kupować amerykańskich obligacji, lecz mogą zdywersyfikować swoje nadwyżki, kupując złoto, czy – jak ostatnio – obligacje krajów peryferii euro, a nawet udziały w takich firmach jak np. Volvo. (W Polsce sprzedano Chińczykom część cywilną Huty Stalowa Wola, często wspomina się także o FSO.)
Mimo iż w przypadku kursu juana interesy obydwu krajów są sprzeczne, a w mediach trwa w najlepsze nieustający ostrzał propagandowy. Teza, iż mamy do czynienia z frontalną wojną, a obie strony okopały się i bronią swoich pozycji jak na linii Maginota, jest jednak fałszywa.

Przede wszystkim dlatego, iż oba kraje łączą… wspólne interesy. Dla Chin rynek amerykański to największy odbiorca ich towarów. Kryzys w Ameryce oznacza, iż taśmy produkcyjne w chińskich fabrykach stają, a dziesiątki milionów chińskich robotników, którzy porzucili pracę na roli, nie mają dla kogo produkować i mogą wracać na wieś. Dla Ameryki z kolei Chiny to – jak nazwała je w czasie kampanii wyborczej z 2008 roku Hillary Clinton – bankier udzielający im kredytów i pożyczek. Klasyczne staropolskie “złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”.
Konflikt naruszyłby tę kruchą równowagę, a w interesie obu krajów jest stabilność. Różnice zdań w kwestii rewaluacji juana nie są wystarczającym powodem, by wojna ta przestała być wyłącznie wojną medialną.

Wbrew emocjonalnym wypowiedziom obu stron kurs chińskiego juana wcale nie ma fundamentalnego znaczenia w stosunkach USA – Chiny. Publikowany w brytyjskim “The Economist” Indeks Big Maca (podejmuje on próbę przeliczenia na dolary ceny hamburgera Big Mac w sieci McDonald´s sprzedawanego w 120 krajach świata) pokazuje, że chiński juan jest faktycznie niedoszacowany około 40 procent. Ale różnica w kosztach produkcji jest tak duża, że Chiny, mimo iż w latach 2005-2008 zwiększyły jego wartość o kilkanaście procent, i tak zanotowały wzrost eksportu do USA o kilkadziesiąt procent!

Rewaluacja to nie remedium

Gdyby Chiński Bank Centralny zdecydował się na samobójcze dla własnego eksportu rozwiązanie i natychmiast jednego dnia uwolnił kurs juana, mogłoby to mieć istotne znaczenie dla stosunków handlowych USA – Chiny. Stopniowa rewaluacja (np. o 0,1 proc.), a tylko taka jest możliwa z punktu widzenia Chin (i naprawdę realna, gdyż Ameryka nie ma żadnych instrumentów efektywnego nacisku), nie ma większego wpływu na relacje sino-amerykańskie.

Co ciekawe, deficyt USA w handlu z Państwem Środka istniał od wielu lat. Głośno o rewaluacji zaczęło być dopiero wówczas, gdy władze w Pekinie zaczęły coraz śmielej próbować dywersyfikować swoje nadwyżki budżetowe i zamiast inwestycji w amerykańskie obligacje i dolara, zwiększyły zakup euro, złota, środków trwałych. Gdy okazało się, iż nadwyżki osiągnięte w handlu ze Stanami nie będą wracać do Ameryki w formie pożyczek i kredytów, kurs juana stał się dyżurnym tematem rozmów amerykańsko-chińskich. I poważnym problemem politycznym.

Po drugie, rewaluacja juana z pewnością uderzyłaby w chińskich eksporterów, ale czy pomogłaby amerykańskim producentom? Czy przy istniejących kosztach pracy byliby oni w stanie konkurować w segmencie najtańszych produktów z Wietnamem, Bangladeszem czy innymi krajami, do których już teraz powoli przenosi się produkcja z Chin? Raczej nie.

Za tezą, iż gwałtowne działania na linii Waszyngton – Pekin są mało prawdopodobne, przemawia fakt, iż Chiny większość rezerw ulokowały w amerykańskich papierach wartościowych. Nie mogą nagle się z nich wycofać, pozbywając się bowiem amerykańskich aktywów, doprowadziłyby do radykalnego spadku ich wartości i to jeszcze zanim zdążyłyby się w całości ich pozbyć. Rozpoczynając paniczną wyprzedaż, mogłyby doprowadzić Stany do bankructwa, ale poszłyby na dno razem z nimi.

Po czwarte, presja, by Chiny wzmocniły juana, jest niepotrzebna. Nie będą one bronić obecnego kursu w nieskończoność, gdyż w dłuższej perspektywie nie leży to w ich interesie. A to dlatego, iż modernizacja i sukcesy, które ten kraj osiągnął w ostatnim trzydziestoleciu, to kopia modelu rozwoju gospodarki proeksportowej, wcześniej stosowana przez inne azjatyckie tygrysy: Japonię, Koreę, Tajwan. W schemacie tym podstawą jest utrzymywanie sztucznie zaniżonego kursu własnej waluty, który gwarantuje konkurencyjność eksportu.

Jednak w miarę bogacenia się społeczeństwa, co obserwowano w tych krajach, eksport przestawał być opłacalny, a coraz bardziej zwiększał się import. Wówczas rządy “uwalniały” walutę, a bogaci już obywatele zwiększali swoją siłę nabywczą poza granicami kraju i za swoją pracę byli w stanie kupić więcej importowanych produktów.
Również obecnie obserwujemy w Chinach podobny proces, czyli stopniowe przechodzenie z gospodarki proeksportowej do gospodarki opartej na rynku wewnętrznym. Rewaluacja juana jest zatem kwestią czasu. Jedyną niewiadomą jest jej tempo.

Kontrola waluty w Chinach – podobnie jak wcześniej w innych azjatyckich tygrysach – jest łatwiejsza z powodu autorytarnego systemu politycznego. Rządzący nie konsultują swoich decyzji ze społeczeństwem, ale – co trzeba zapisać na plus – działają też w dłuższej perspektywie, nieograniczonej czteroletnimi kadencjami.
Na obecnym etapie rozwoju rząd chroni swoją gospodarkę np. przed atakami spekulacyjnymi, wprowadzając wiele obostrzeń w obrocie chińskimi papierami wartościowymi. Stwarza to barierę w przyciąganiu kapitału, ale Chiny dziś go nie potrzebują, gdyż same dysponują olbrzymimi rezerwami.

Polski wątek

Wydawać by się mogło, że w to starcie gigantów XXI wieku to nie nasza sprawa. W dodatku doświadczenia chińskie nie mogą być w Polsce zastosowane – Chiny to kraj autorytarny, kraj innej cywilizacji i grający w innej lidze. Trzeba jednak pamiętać, że od stosunków amerykańsko-chińskich zależy w XXI wieku cały świat, a w dobie globalizacji zmiany i ruchy tektoniczne, jakie wystąpią między USA i Chinami, będą miały także wpływ na Polskę. Jeśli Chiny zdecydują się zdywersyfikować swoje rezerwy walutowe i rozpoczną globalne inwestowanie, wtedy niewykluczone, że spora część tego kapitału może trafić do Polski. Wiele – jak choćby promocja polskiego stoiska na EXPO przez chińskie władze i umieszczenie go w centralnym punkcie strefy europejskiej między pawilonami Niemiec i Hiszpanii – wskazuje na to, że Chińczycy widzą w nas potencjał dużo większy niż my sami. Choćby z tego względu warto uważnie przyglądać się rozwojowi stosunków amerykańsko-chińskich zdominowanych w ostatnich latach przez kwestię rewaluacji juana, nazywaną “wojną walutową”.

Radosław Pyffel

Autor jest prezesem Centrum Studiów Polska-Azja.