- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

Biznes w XVIII wieku – Michał Pluta

Bohdan Baranowski w jednej ze swoich książek wspomina o furmanie żyjącym w XVIII wieku w Wilnie – Kazimierzu Stanisławskim. Wiele o nim nie wiemy, ale te informacje, które zachowały się w źródłach mogą skłonić do paru refleksji o tamtych i obecnych czasach. Jak zwykle, gdy porównuje się stan Polski i sytuację Polaków przed wiekami z III RP i sytuacją jej mieszkańców, to trudno o wesołe refleksje. Ale co tam! Czasem lepiej się trochę zasmucić niż śmiać się jak głupi do sera.

Kazimierz Stanisławski przyszedł na świat w rodzinie, w której zawód był dziedziczony z pokolenia na pokolenie. Jego dziad i ojciec trudnili się furmaństwem. Wiemy, że ten drugi specjalizował się w wyjazdach do Prus Wschodnich (dawnych Prus Książęcych) i takiej też specjalizacji pragnął najwyraźniej dla swego syna. Oto bowiem, nie tylko sam uczył Kazimierza fachu, ale też, zgodnie z ówczesną praktyką rzemieślników, wysłał go na 3 lata do „pana Bursza królewieckiego furmana” (pewnie jakiegoś swojego znajomego), aby tam podpatrywał to, co najlepsze w furmańskiej profesji, nauczył się języka niemieckiego, obyczajów panujących w Prusach oraz sposobu postępowania z tamtejszymi urzędnikami i żołnierzami. I wszystko. A teraz, zaraz po szkołach ludziska trafiają prosto do Urzędu Pracy, aby zarejestrować się jako bezrobotni, a dziatwa, mimo, że od małego jest nauczana w szkołach języków obcych, jakoś nie chce gadać „po cudzoziemsku”. Proszę, kiedyś, aby zdobyć dochodowy zawód nie trzeba było szkół, studiów, zwykłych, licencjackich i podyplomowych, Ministerstwa Edukacji Narodowej, programów nauczania, dyrektorów szkół i zastępców dyrektorów, a nawet kuratoriów. Ojciec nauczył syna profesji i wystarczyło.

I tak sobie Kazimierz Stanisławski woził ludzi, za pieniądze oczywiście, zgodnie ze swą specjalnością po państwie pruskim, a to do Królewca, a to do Kłajpedy, Berlina, Drezna, Frankfurtu nad Odrą czy Lipska. I proszę, woził tych ludzi bez pozwolenia na przewóz osób, pozwolenia na pracę, bez ZUS-u, badań okresowych, zdrowotnych, składki rentowej, kursu obsługi konia, dowodu rejestracyjnego wozu i innych papierów. Wychodzi na to, że one wcale nie są potrzebne, żeby przewieźć człowieka z punktu A do punktu B. Ciekawe czy o tym wiedzą urzędnicy i partia rządząca obecnie III RP, która to zapowiadała wyzwalanie energii Polaków?

W 1755 r. przyjechał do Wilna pewien oficer narodowości francuskiej, który jakiś czas służył w armii rosyjskiej. Podróżował on wraz z żoną z Petersburga do swojej ojczyzny. I ów wojak zaproponował Stanisławskiemu, aby ten zawiózł go do Drezna. Stanisławskiemu akurat ten kurs nie za bardzo odpowiadał, właśnie wrócił z Prus i miał zmęczone chabety. Ale skoro klientowi spieszyło się, obrotny furman kupił dwa młode koniska o dużej wartości. Miał zamiar sprzedać je w Dreźnie, gdzie ceny koni były znacznie wyższe niż w Wilnie. Kupił też nową, solidną i kosztowną kolasę. No tak, ale nie zapłacił podatku od wzbogacenia, nie musiał kolasy rejestrować, zwierząt księgować, nie musiał płacić ZUS-u i stu innych podatków, opłat, danin, więc miał czas i pieniądze, aby zapewnić wygodną i bezpieczną podróż swemu klientowi. W końcu co nowe to nowe i co solidne to solidne! Gdyby i dzisiaj wszystko było tak proste, to pewnie po naszych drogach jeździłoby więcej nowych, bezpieczniejszych autobusów, ale skoro właściciele firm przewozowych muszą płacić na każdym kroku za certyfikaty, badania, pozwolenia itd., do tego podatki i łapówki to w kieszeniach nie zostaje im aż tak wiele pieniędzy. I za co mają kupić nowy autokar? Ale gdyby było inaczej, to z czego żyliby urzędnicy i za co braliby łapówki? A te konie, to Stanisławski wywiózł z Rzeczypospolitej bez zgody władz weterynaryjnych, bez ich życiorysu, obrączek, kolczyków i paru innych rzeczy. Gdyby musiał załatwić tyle różnych spraw biurokratycznych na jakie skazani są przedsiębiorcy w III RP, to pewnie trwałoby to kilka miesięcy i pewnie klient prędzej zaszedłby na nogach z Wilna do Drezna niosąc na plecach żonę.

Ale wtedy też łatwo nie było. W zajeździe na Pradze dwóch miejscowych złodziejaszków próbowało Stanisławskiemu ukraść konie, ale dzielny furman „przy pomocy pistoletów”, które zawsze woził ze sobą, zmusił ich do ucieczki. Niestety, nie wiemy czy wystrzelił, czy tylko pomachał pistoletami. Dla nas ważniejsze jest to, że teraz, po pierwsze nie miałby pozwolenia na broń, bo przecież on ani z milicji, ani z mafii. Po drugie, nawet gdyby miał pozwolenie i użyłby broni, to zaraz spadłaby mu na głowę policja i nuże go aresztować, nuże przesłuchiwać, nuże osadzać w areszcie, nuże dochodzenia czynić. Nieważne, że bronił się przed kradzieżą! Jeśli wystrzelił i trafił złodzieja, to może dopiero po dziesięciu latach jakiś sąd w końcu uznałby, że była to obrona konieczna, ale takiej pewności nie ma. Grunt, że przez ten czas cały interes mieszkańca Wilna szlag by trafił. Oczywiście, gdyby to miało miejsce w III RP, Stanisławski, skoro, jak widzimy, był człowiekiem rozsądnym, pozwoliłby okraść się z tych dwóch koni. Straciłby na tym mniej, niż gdyby się bronił przed złodziejami.

Po paru przygodach, dwukrotnym wręczaniu łapówek, najpierw saskim, później pruskim żołnierzom, którzy wówczas pełnili funkcję kogoś w rodzaju celników i straży granicznej (widać u nich nic się nie zmienia, może tylko wysokość pobieranych łapówek), przez Drezno, gdzie rozstał się z francuskim małżeństwem, z innym klientem, dotarł do Berlina. W Berlinie za dobrą cenę sprzedał dwa młode konie i kolaskę, a kupił dwa starsze, które jednak mogły jeszcze parę lat pracować oraz zwykły, chłopski wóz. Na koniach zarobił całkiem sporo. W stolicy Prus udało mu się też zakupić po niskiej cenie dużą ilość farby, o której wiedział, że jest poszukiwana przez wileńskich sukienników i garbarzy. I proszę, zrobił to bez pozwolenia na przewóz chemikaliów, bez dostosowania pojazdu do przewozu tego typu towarów, bez oznaczeń, szkoleń dla kierowców i paru innych rzeczy! W drodze powrotnej do domu przytrafiło mu się „świadczyć furmańską usługę”, jakiejś starszej pani, która podróżowała z „dwoma młódkami” do Warszawy, oraz wieźć z Warszawy do Wilna stół dla jakiegoś ziemianina.

Stanisławski zarobił na świadczonych przez siebie usługach i dokonanych transakcjach niemało pieniędzy. W III RP latałby od urzędu do urzędu po pozwolenia, przechodziłby szkolenia, latałby na kursy, stał w kolejce po certyfikaty, kupował znaczki skarbowe, bulił za każdy niepotrzebny do niczego świstek papieru i tak dalej i tak dalej. Proszę, ta „zła” Rzeczpospolita szlachecka, z podziałami stanowymi, przywilejami itd., zapewniała swoim mieszkańcom większą wolność gospodarczą niż ta wspaniała III RP. I po co komu ta III RP?

Michał Pluta