David Irving, Treblinka i skuteczność manipulacji

Aktualizacja: 2010-09-28 11:17 am

Po Polsce podróżuje właśnie brytyjski autor książek historycznych David Irving, którego opisuje się jako „negacjonistę”. Termin „negacjonizm” funkcjonuje w publicystyce światowej od końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i oznacza kogoś, kto publicznie mówi, że uznana powszechnie historia hitlerowskiej zagłady Żydów jest w części lub w całości mitem medialnym. U nas takie twierdzenia nazywa się w prasie „kłamstwem oświęcimskim” (choć nie zawsze dotyczy ono Auschwitz).

David Irving siedział w austriackim więzieniu za swoje poglądy. W Polsce za głoszenie tez rewidujących oficjalną historię Holokaustu grozi mu kara do trzech lat więzienia. IPN ogłosił, że będzie śledził wypowiedzi Irvinga, by podjąć przeciw niemu odpowiednie kroki, jeśli się odważy powiedzieć coś niezgodnego z prawem. Irving może więc znowu pójść do więzienia, jeśli nie będzie uważał.

Akcja i reakcja

Polskie prawo nie precyzuje, co można a czego nie można kwestionować w tzw. oficjalnej historii: „kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom [nazistowskim] podlega karze” itd. Jest to przepis bardzo ogólny, który nie odnosi się szczególnie do Zagłady Żydów. Na tym ogólnym poziomie właściwie żaden z tzw. kłamców oświęcimskich (jak i David Irving) nie zaprzecza istnieniu zbrodni nazistowskich. Przyjmuje się więc na ogół, że kłamstwem oświęcimskim jest kwestionowanie skali tych zbrodni w organizowanych przez hitlerowców obozach dla cywilów, bądź zaprzeczanie, że masowe stosowanie tam niektórych narzędzi zadawania śmierci (szczególnie komór gazowych) było faktem.

Publikacje negacjonistów są wykluczone z debat publicznych z dwóch głównych powodów: po pierwsze powszechnie przyjmuje się, że są oni złymi (nierzetelnymi, kłamliwymi bądź pomylonymi) historykami, a po drugie, że są ludźmi złej wiary, gdyż motywem ich działalności jest rasizm (antysemityzm), tj. istotna cecha hitlerowców. Klasyczne przykłady sposobów publicznego traktowania takich osób można znaleźć w niemal całej prasie. Jeśli na przykład ograniczyć się do samego Newsweeka Polska, ukazały się tam dwa charakterystyczne artykuły: „ Irving! Won, kłamco!” Aleksandra Kaczorowskiego, który wzywa do zamknięcia przed Brytyjczykiem polskiej granicy i „Patrzmy Irvingowi na ręce” Tomasza Stawiszyńskiego, który nazywa go „mendą” (wszą) i „ordynarnym manipulatorem”.

Liczby konsensualne

Warto od razu zaznaczyć, że o negacjonizm w kwestii skali zbrodni nie można oskarżyć kogoś, kto podaje liczbę ofiar wyższą od tzw. liczby konsensualnej (liczby powszechnie przyjętej w mediach lub pracach historycznych uznawanych za rzetelne). W tym sensie Aleksander Kaczorowski, który w swoim artykule podaje, że w Treblince zamordowano 900 tys. ludzi nie jest oczywiście żadnym kłamcą, choć aktualna liczba konsensualna dla Treblinki wynosi 800 tys. Są historycy, którzy podają liczbę np. 700 tys., ale oni też nie zostaną określeni jako kłamcy, gdyż przyjmuje się, że podawanie liczby o ok. 15% – 17% niższej od konsensualnej mieści się w granicach tolerancji. Dopiero podawanie liczby niższej kilkukrotnie czy nawet kilkunastokrotnie przez nierzetelnego publicystę czy historyka złej wiary należy do sfery karygodnego kłamstwa.

Aleksander Kaczorowski cytuje w swoim artykule radzieckiego powieściopisarza Wasilija Grossmana, który pierwszy opisał horror Treblinki. Warto dodać, że Grossman był też autorem pierwszej liczby konsensualnej dotyczącej tego obozu. I teoretycznie Aleksander Kaczorowski mógłby dawno temu zostać uznany za karygodnego kłamcę, gdyż Grossman rozpropagował liczbę 3 milionów. Liczby konsensualne są po prostu zmienne historycznie. Właściwie wszystkie uległy stopniowo kilku lub nawet kilkunastokrotnemu zmniejszeniu (np. Auschwitz z 4 milionów do aktualnie 1,1 miliona, w tym 960 tys. Żydów, Majdanek z 1,5 miliona ofiar do aktualnie 78 tysięcy, w tym 59 tys. Żydów). Stało się to częściowo pod wpływem hałasu wokół prac negacjonistów (którzy wolą nazywać się rewizjonistami, gdyż uważają, że „rewidują” tzn. sprawdzają historię oficjalną [dopuszczalną prawnie]).

Irving i Treblinka

Oczywiście te oficjalne rewizje historyczne nie odbywały się bezboleśnie. Autor aktualnej liczby konsensualnej dla obozu Auschwitz, historyk Franciszek Piper, był również głośno oskarżany o rewizjonizm, negację  i antysemityzm, i być może uniknął kłopotów tylko dlatego, że polski przepis przeciw „kłamstwu oświęcimskiemu” jeszcze nie istniał. Jego liczba weszła do konsensusu, gdyż w czasach „dziury prawnej” został on ostatecznie zakwalifikowany jako rzetelny badacz i człowiek dobrej wiary. Jak się można spodziewać, rewizjoniści nie podzielają tych ustaleń.

Dlaczego David Irving chciał pojechać właśnie do Treblinki? Liczba konsensualna dla tego obozu jest najstarsza ze wszystkich. Od kilkudziesięciu lat ani razu nie przeszła oficjalnej rewizji „wielokrotnej”, co grozi pojawieniem się poważnych sprzeczności w oficjalnej historii. Właściwie pewne zaskakujące konstatacje już mogą mieć miejsce. Jeśli porównać niektóre dane z dozwolonych prawnie prac historycznych wyszłoby, że to nie Auschwitz, ale właśnie Treblinka była największym miejscem zagłady Żydów w czasie drugiej wojny światowej. Świata mediów ten problem nie dotyczy, gdyż obowiązuje w nim zasada, że liczby konsensualne nie wpływają na oceny ogólne (np. oficjalne, „wielokrotne” obniżenie szczegółowych liczb konsensualnych nie wpływa na konsensualną liczbę ogólną 6 milionów zamordowanych Żydów).

Wersja oficjalna

Tym niemniej sprawa Treblinki jest szczególnie delikatna, bo w historyczno-medialnym dyskursie oficjalnym mieści pewne ryzyko obrazy pamięci ofiar (paradoksalnie nie ma takiego ryzyka w wersji nieoficjalnej).

Oficjalna wersja współczesna (tylko tej się trzymamy) mówi, że w czasie wojny Treblinka była oficjalnie obozem przejściowym, z którego miano kierować więźniów do obozów pracy, a nieoficjalnie (tj. w ukrywanej rzeczywistości) obozem śmierci, niezwykle skuteczną fabryką masowego zabijania.

Załoga obozu była dużo mniejsza niż w Auschwitz: było tam ok. 30 esesmanów i ok. 100 strażników, prawdopodobnie Łotyszy, Litwinów i Ukraińców, którzy mieli do pilnowania 17 hektarowy teren obozu i ok. 1000 stałych żydowskich więźniów, którzy sortowali bagaże i kosztowności przybyłych, dezynfekowali ich ubrania, golili im głowy, obsługiwali komory gazowe, wywozili ciała i grzebali je w masowych grobach (a później wygrzebywali je i palili). Żydzi z transportów byli natychmiast gazowani w trzech komorach o łącznej powierzchni 42 metrów kwadratowych. W ciągu dwóch-trzech miesięcy początkowej działalności fabryki zabito w ten sposób co najmniej ćwierć miliona ludzi – od 5 do 14 tysięcy dziennie.

Maskarada

Jak to się stało, że przez cały rok istnienia tego procederu idący na śmierć nie podnieśli najmniejszego buntu, choć w kolejce do komór potrafiło czekać jednorazowo wiele tysięcy sprawnych mężczyzn? Otóż hitlerowcy każdego dnia odgrywali przed nimi rodzaj przedstawienia teatralnego, dokonywali masowej, zawsze skutecznej manipulacji: informowali, że przed wyjazdem w dalszą drogę wszyscy, po oddaniu bagaży za pokwitowaniem (mieli je pozostawić w Treblince), muszą obciąć włosy i wziąć kąpiel w łaźni, która była faktycznie komorą gazową. Złudzenie było kompletne, bo „łaźnie” miały instalacje wyglądające jak prysznice, ale zamiast wody tłoczyły gaz spalinowy z silnika wyjętego z radzieckiego czołgu, zainstalowanego obok budynku.

Źeby maksymalnie uprawdopodobnić swoją manipulację hitlerowcy kazali zbudować odpowiednie dekoracje (jak fałszywy budynek stacji kolejowej) a teren za komorami kazali systematycznie maskować gałęziami, żeby idący do „łaźni” nie widzieli wynoszenia ciał. Po kilku miesiącach polecili też więźniom zbudować nowe, większe komory gazowe. Mieściły się one w budynku fałszywej synagogi „w stylu polskim”. Nad wejściem umieszczono gwiazdę Dawida a przed nim posadzono kwiaty, by wszystko wyglądało „normalnie”.  Był tam też fałszywy lazaret (służył do zabijania) z flagą czerwonego krzyża na dachu i nawet (prawdziwe) ZOO.

Po ośmiu miesiącach działalności fałszywego obozu przejściowego Niemcy, którzy już jesienią 1942 roku byli pewni, że przegrają wojnę, postanowili całkowicie zatrzeć ślady swoich zbrodni – dlatego dziś brak na nie materialnych dowodów. Kazali więźniom wykopywać setki tysięcy zwłok i palić je na stosach, polewanych benzyną. W 1943 roku spalili wszystkie budynki, kazali zaorać pola pełne popiołów i zasiać tam łubin, a cale miejsce ucharakteryzowali na zwykłe gospodarstwo rolne. Tyle mówi oficjalna historia. Okoliczni chłopi jeszcze długo znajdowali w okolicach Treblinki pożydowskie kosztowności.

Komory

Część kalkulacji liczb ofiar w niemieckich obozach oparto na maksymalnej „przepustowości” krematoriów. W Treblince nie było krematoriów. Rewizjoniści kwestionowali „przepustowość” komór i techniczne możliwości hitlerowskiej inscenizacji. W czasie udowodnionych hitlerowskich eksperymentów w ciężarówkach, w których zabijano gazem z rury wydechowej, okazało się, że ten system ma co najmniej dwie znaczne wady: ludzie wewnątrz walczyli o życie – często uszkadzając znacznie wnętrze, a kiedy je w końcu otwierano dobywał się stamtąd straszliwy odór. Ofiary wymiotowały, w środku było pełno krwi i kału. Czyszczenie ciężarówek zabierało bardzo dużo czasu, co sprawiało, że system nie był efektywny. Amerykanie, którzy wynaleźli komory gazowe, by zabijać więźniów skazanych na śmierć, przywiązywali swoje ofiary i – mimo silnych systemów odsysających – czekali kilka godzin przed usunięciem zwłok.

Historia Treblinki wyjaśnia, że – dla potrzeb zafałszowania prawdziwego przeznaczenia łaźni – w rurach tłoczących gaz z radzieckiego silnika znajdowały się specjalne filtry, które sprawiały, że gaz był bezwonny. Można się też domyślić, że więźniowie, którzy usuwali zwłoki, błyskawicznie czyścili wnętrza komór za pomocą odpowiednich środków chemicznych, tak, by setki wchodzących niczego nie podejrzewały.

Świnie, szczury, wszy i barany

Psychologia mówi, że ludzie w sytuacjach agresji często poniżają swoje ofiary porównując je do zwierząt. Jest to znane ogólnie zjawisko dehumanizacji, która – jeśli nie zatrzymuje się na wyrażeniu pogardy – ułatwia dalszą agresję. Hitlerowska propaganda porównywała Żydów najczęściej do szczurów i wszy. W Polsce Niemcy nazywali Polaków „świniami”. Polacy z kolei, pod wpływem szczególnej interpretacji historii hitlerowskich obozów nazywali pomordowanych Żydów „baranami”, bo zawsze „grzecznie” szli na śmierć dając się nabierać na „teatr” za każdym razem.

W Treblince w końcu wybuchł krótki bunt, ale zorganizowali go wyłącznie więźniowie stali – bez angażowania przyjezdnych, którzy nigdy nie zostali ostrzeżeni, co ich czeka naprawdę. Być może działały tu mechanizmy znane z eksperymentów Zimbardo: niewolnicy, którym da się okazję zostać panami (bądź uprzywilejowanymi), będą najwierniej służyć prawdziwym panom.

Porównanie ofiar Treblinki do bezmyślnych zwierząt rzeźnych nie było wyłącznie domeną Polaków, funkcjonowało również wśród innych narodów, co po części było perwersyjnym rezultatem oficjalnej historii obozu. W naszych czasach działa ona nieco inaczej, jak np. w książce znanego rzecznika wegetarianizmu Charlesa Pattersona Wieczna Treblinka, który wykorzystał „zwierzęcy stereotyp” w celu obrony losu zwierząt i krytyki ich traktowania przez ludzi. Mimo jego szlachetnych intencji i wielkiego współczucia dla ofiar Treblinki, doszło do wielu protestów.

Metafora

Można jednak oficjalnej historii Treblinki przypisać inną metaforę, skoncentrowaną na świecie ludzi.

Skuteczna manipulacja na masową skalę może być przeprowadzona przez garstkę osób wyposażonych w środki przymusu. Rola tych środków jest właściwie drugorzędna. Masowa manipulacja jest kombinacją zastraszenia i fałszywej obietnicy, ale funkcjonuje przede wszystkim dzięki systemowi atrap i kilku przepisów porządkowych. Opiera się na złudzeniu ofiar, wywoływanemu prostymi technikami kłamstwa, wykorzystującymi ludzką wiarę i nadzieję. Tłum niewolników da się zmanipulować, obrabować i nawet spokojnie zabić, jeśli totalny „system czarowania” odpowiednio wykorzysta część z nich, przeciągając ich na swoją stronę. Ale stop: gdyby to była metafora i odnosiła się do współczesności – to co właściwie by reprezentowała? Boję się to powiedzieć. Wolę wierzyć, że wszystko jest w porządku.

Jerzy Szygiel, dziennikarz

Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=26865 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]