- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

Rudera kontroli lotów i tajemnicza emerytura kontrolera

Rozsypujący się, barak, zardzewiałe anteny wbite na masztach prosto w ziemię, kable wijące się po trawie na niczym nie odgrodzonym terenie. “Fakt” ujawnił, jak wygląda budynek kontroli lotów na smoleńskim lotnisku. Okazało się też, że nie wiadomo, co dzieje się z kontrolerem, który pracował owego feralnego dnia 10 kwietnia 2010.

Jak pisze “Fakt” z tabloidową obrazowością, coś takiego jak wieża kontroli lotów na lotnisku w Smoleńsku nie istnieje. Zamiast tego jest jakiś prowizoryczny, wbity prosto w ziemię masz, z umocowanymi na nim zardzewiałymi antenami. Według gazety, to właśnie z takiej rudery podawano namiary niezbędne do lądowania załodze prezydenckiego tupolewa.

Kto odpowiada za taką stację kontroli lotów? To kolejna smoleńska zagadka. Domniemany szef kontrolerów w trzy dni po katastrofie polskiego samolotu odszedł na emeryturę. Sprawą zaniepokoiła się sejmowa podkomisja lotnictwa, która ma zbadać przyczyny tragedii.

To bardzo tajemnicza emerytura. Trzeba to pilnie wyjaśnić – deklaruje Jerzy Polaczek z Polska Plus.

Zeznania tego kontrolera mogą być kluczowe dla śledztwa. To on, jako ostatni, rozmawiał z polskimi pilotami aż do chwili katastrofy. Według oficjalnych informacji, wszyscy pracujący tego dnia kontrolerzy zostali już przesłuchani. Jednak polska strona kilka razy wnioskowała o przesłuchanie właśnie szefa zmiany kontrolerów z 10 kwietnia. Problem w tym, że on jakby zapadł się pod ziemię.

Edmund Klich, przedstawiciel polski przy rosyjskiej komisji badającej katastrofę (MAK) nie zdradza szczegółów dotyczących osoby kontrolera. Utrzymuje, że krótko po katastrofie rozmawiał z nim osobiście. „To dla niego była osobista tragedia. Ja z nim kilka razy rozmawiałem i bardzo mu współczułem, bo, nie mówię o odpowiedzialności, tylko mówię o przeżyciach, które on miał z tego powodu, że doszło na jego służbie do tej tragedii. Nie mówiąc, czy on w ogóle cokolwiek mógł zrobić innego, bo przecież on procedował według określonych zasad” – możemy przeczytać w stenogramie z sejmowego posiedzenia.

Tajemniczym kontrolerem jest być może Paweł Pliusnin. Rosyjskie media przeprowadziły z nim wywiad tylko raz – tuż po katastrofie. To właśnie on miał powiedzieć, że polska załoga miała problem ze zrozumieniem podawanych w języku rosyjskim namiarów.

Tymczasem MAK oficjalnie utrzymuje, że na podstawie dostępnych dowodów całą winę za tragedię ponoszą polscy piloci i osoby postronne, które wchodzić miały do kabiny rządowego tupolowa.

eMBe/fakt.pl