Kiblówki z Grossem – Stanisław Michalkiewicz

Jedną z charakterystycznych cech okresu stalinowskiego były zbrodnie sądowe. W tamtym okresie władze dopuszczały się również ludobójstwa pozasądowego, ale niekiedy zależało im na zachowaniu pozorów praworządności i uciekały się do zbrodni sądowych. Mord sądowy polega na tym, iż sąd tylko obwieszcza wyrok wydany z góry przez tego, kto tę zbrodnię zaplanował. Żeby jednak pozory praworządności były zachowane, mord sądowy wymaga współdziałania sądu, oskarżycieli i oskarżonego. O ile współdziałanie sądu z oskarżycielami osiągnąć stosunkowo nietrudno; wystarczy na stanowiska sędziów i prokuratorów wyznaczyć kanalie, w rodzaju zmarłego niedawno sędziego Mieczysława Widaja, czy prokuratora Stanisława Zarako-Zarakowskiego, o tyle zmuszenie oskarżonego do współdziałania na własną zgubę jest zadaniem trudniejszym. Ale i z tym sobie poradzono; ubowcy w toku śledztwa „przygotowywali” oskarżonego do procesu fizycznymi i psychicznymi torturami tak, że często oczekiwał on już śmierci, jako jedynego sposobu uwolnienia od męczarni.

Mimo to jednak nigdy nie było pewne, czy podczas publicznej rozprawy oskarżony nie wyskoczy z jakimś nieprzewidzianym przez scenariusz oświadczeniem i np. nie opowie o torturach, chociaż ryzykował wówczas wznowienie śledztwa ze wszystkimi jego „atrakcjami”. Dlatego też organizowano mordy sądowe w postaci tzw. kiblówek, a więc rozpraw urządzanych w obrębie więzienia, na które z oczywistych względów publiczność nie była dopuszczana. Jedyną publicznością uczestniczącą w kiblówkach byli oficerowie śledczy UB lub Informacji Wojskowej, którzy przez cały czas bazyliszkowym wzrokiem wpijali się w oskarżonego. Wiedział on doskonale, co te spojrzenia zapowiadają, gdyby tylko chociaż na krok odstąpił od rozpisanego scenariusza – że tortury rozpoczną się na nowo i to ze zdwojonym nasileniem i okrucieństwem, a korzyści z takiej demonstracji nie będzie żadnej, bo w jakim celu informować ubowców, prokuratora i sędziego o torturach, skoro wiedzą oni o nich doskonale? Po cóż zapewniać ich o swojej niewinności, skoro w kiblówce uczestniczą oni tylko po to, by zaplanowanemu morderstwu nadać pozory praworządności? Toteż oskarżony dla świętego spokoju najczęściej odgrywał rozpisaną dla niego rolę.

W późniejszych czasach ta metoda, chociaż oczywiście w postaci złagodzonej, przeniosła się na grunt publicznych dyskusji. W PRL możliwa była wymiana myśli, ale w ściśle określonych granicach. Ostateczną granicą był ustrój socjalistyczny. Można było, zwłaszcza w okresach tzw. odwilży, krytykować różne „błędy” czy „wypaczenia”, wszelako pod warunkiem zasadniczej akceptacji samego ustroju socjalistycznego i „sojuszów”, co wypadało na samym początku expressis verbis zaznaczyć. Przypominało to krytykę, opisywaną w jednej z bajek Ignacego Krasickiego, jak to pewnego razu lew zachęcał zwierzęta, by go krytykowały. Lis zastosował metodę „krytyki konstruktywnej – królu, jesteś winny, żeś zbyt dobry, zbyt łaskaw, zbytnio dobroczynny”. Niestety granice krytyki konstruktywnej przekroczyła owca, wołając: „okrutnyś, żarłok, tyran! – Już nie żyła” – informuje ksiądz biskup. Dlatego też w czasach PRL-u wystarczyło postraszyć przeciwnika, że oto właśnie przekroczył dozwolone granice, wchodząc na grząski grunt kontrrewolucji, a w najlepszym razie – rewizjonizmu, żeby natychmiast przywołać go do porządku. Nie dlatego, by pod wpływem tej perswazji zwątpił on w merytoryczną wartość swoich argumentów, tylko dlatego, że dalsze ich podtrzymywanie groziło gwałtownymi kłopotami natury życiowej, a niekiedy – również więzieniem. Dlatego natychmiast skwapliwie łagodził swoje stanowisko, dzięki czemu jedynie słuszna linia partii triumfowała.

Ta sama metoda „dyskusji” została zastosowana podczas festiwalu, jaki Wydawnictwo „Znak” przy pomocy „Gazety Wyborczej” i innych środowisk urządziło „światowej sławy historykowi” Janowi Tomaszowi Grossowi z okazji ukazania się polskiego wydania jego książki „Strach”. Nie mówię już o tym, że Jan Tomasz Gross starannie dobierał sobie partnerów do „dyskusji”, eliminując z góry tych, którzy mogliby sprawić mu kłopot. Nie jest to jego winą, a raczej – polskich organizatorów tych debat, którzy w podskokach mu ulegali, ale cóż począć – takie dzisiaj czasy, że o wszystkim decydują tchórze. Zresztą – czy tylko tchórze? Oto w sobotę 26 stycznia TVP nadała film „Most na Renie” nakręcony w USA w roku 1969, w którym dwukrotnie pojawia się informacja o „polskich ochotnikach”, walczących po stronie Rzeszy na froncie zachodnim. I po cóż polskie ambasady protestują w sprawie „polskich obozów zagłady”, skoro państwowa TVP puszcza takie filmy? Nawiasem mówiąc, pokazuje to, że operacja „upokarzania Polski” rozpoczęła się już w roku 1969, a pan I. Singer i jego pomocnik J.T. Gross tylko ją kontynuują. Wracając zaś do „dyskusji” z J.T. Grossem, to tak dobrane grono „dyskutantów” poruszało się w ściśle wyznaczonych granicach, poza którymi rozciągało się pole minowe „antysemityzmu”. W dzisiejszych czasach bowiem „antysemityzm” jest takim samym narzędziem tresury, jakim za komuny był „rewizjonizm” i „kontrrewolucja”. Nasze „elity społeczne”, których pozycja w większości przypadków jest wynikiem nadymania przez media i w związku z tym wymaga stałego nadymania, boją się oskarżenia o „antysemityzm” jak ognia. I dzięki tej prostej, bolszewickiej metodzie Jan Tomasz Gross, Adam Michnik i Marek Edelman, nie licząc autorytetów moralnych drobniejszego płazu, wyrobili sobie stanowisko samozwańczych rewidentów naszej cnoty.




 Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  2008-02-05  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

 

Skip to content