Zanim padnie salwa – Stanisław Michalkiewicz

Jeszcze niedawno wydawało się, że wojna na Ukrainie zmierza ku „zamrożeniu konfliktu” – o czym w swoim czasie wspominała amerykańska ambasadoressa przy NATO – ale to chyba jest już passe, bo – trawestując poetę – „tymczasem na mieście inne krążą już treście”. Pierwszy sekretarz NATO pan Stoltenberg wyraził niedawno obawę, że wojna na Ukrainie może wymknąć się spod kontroli i przekształcić się w konflikt w skali światowej. Wynika z tego, że do tej pory wojna na Ukrainie jeszcze się spod kontroli nie wymknęła i to za równo ze strony amerykańskiej, jak i rosyjskiej – bo ta wojna tak naprawdę toczy się między USA i Rosją, a Ukraina i Ukraińcy, wydymani przy pomocy Majdanu, są tylko rodzajem mięsa armatniego. Do niedawna Rosjanie prowadzili na Ukrainie „dziwną wojnę”, powstrzymując się przed atakowaniem i niszczeniem centrów kierowania państwem, infrastruktury energetycznej i wszelkiej innej, przymykali oczy i powstrzymywali się przed niszczeniem transportów zachodniej broni, docierającej przede wszystkim z Polski drogą lądową, no i przede wszystkim – nadal zaopatrują Ukrainę w gaz za pośrednictwem przebiegającego tamtędy gazociągu, który bez przeszkód tłoczy ponad 100 tys. metrów sześciennych gazu na dobę. Dopiero od niedawna, to znaczy – od czasu, gdy dowodzenie wojskami rosyjskimi na Ukrainie objął bardziej zdecydowany generał Surowikin, Rosja przystąpiła do niszczenia na Ukrainie infrastruktury energetycznej – co tym razem wzbudziło po stronie NATO ogromny klangor. Piszę: „tym razem” – bo kiedy NATO przeprowadzało bombardowania Jugosławii, a potem – już tylko Serbii – by poprzez niszczenie tamtejszej infrastruktury, zmłotować ją do przyjęcia do wiadomości oderwania od Serbii Kosowa, by zainstalować tam niepodległe państwo „Kosowerów”, to protestów, ani klangoru nie było, nawet wśród największych wrażliwców moralnych – bo wrażliwcy też wiedzą, kiedy podnosić klangor, a kiedy nie. Wszystko bowiem zależy, kto bombarduje, kogo i z jakich pozycji. Klangor podnosimy, gdy bombardowania przeprowadza nasz nieprzyjaciel, a robi to w celu przeforsowania sprawy oczywiście niesłusznej w postaci zablokowania dążenia bombardowanego ludu pracującego miast i wsi do demokracji, która nam przyniosła tyle szczęścia, że nic dziwnego, iż pragniemy, by każdemu było tak dobrze, jak nam. Jeśli natomiast bombardowania przeprowadzamy my, albo nasi sojusznicy, albo w ostateczności – sojusznicy naszych sojuszników – i mają one na celu świętą sprawę demokracji, no to nie ma najmniejszego powodu, by podnosić klangor, ponieważ taka wojna jest ex definitione sprawiedliwa. Wprawdzie wielu Czytelników nie szczędziło mi słów krytyki za zdefiniowanie wojny sprawiedliwej, jako prowadzonej przez nas w jedynie słusznej, albo nawet świętej prawie, przeciwko naszemu nieprzyjacielowi, który przeciwko nam prowadzi wojnę niesprawiedliwą i że w związku z tym wojna może być sprawiedliwa i niesprawiedliwa jednocześnie – ale nie wydaje mi się, by ta krytyka była uzasadniona w sytuacji, gdy w sposób prosty i dla każdego zrozumiały wyjaśnia meandry polityki. Wracając tedy do Ukrainy, gdzie wojna jeszcze nie wymknęła się spod kontroli, to warto zwrócić uwagę, iż strona amerykańska również stara się utrzymać ją w bezpiecznych granicach, przynajmniej do niedawna – bo dopiero niedawno amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin dopuścił możliwość zaopatrzenia Ukrainy w broń dalekiego zasięgu, przy pomocy której ukraińscy wojskowi mogliby – jak ujawnili – dosięgnąć nawet Syberii. Jeśli by mogli, to na pewno by spróbowali, ponieważ – jak oświadczył niedawno ukraiński minister spraw zagranicznych pan Melnyk – świat nie powinien obawiać się rozczłonkowania Rosji, albo nawet likwidacji tego państwa, bo – o czym warto pamiętać – taki finał mieściłby się niewątpliwie w ramach celu, jaki w następstwie tej wojny pragną osiągnąć Stany Zjednoczone, a co w krótkich, żołnierskich słowach wyraził podczas swojej pielgrzymki do Kijowa amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin – mianowicie „osłabienia Rosji”. Ciekawe, co wypełniłoby polityczną próżnię, jaka niewątpliwie pojawiłaby się po zlikwidowaniu Federacji Rosyjskiej. Pan Melnyk przypuszcza, że wypełniłyby ją narody obecnie zniewolone przez Rosję. Wszystko to oczywiście być może, że w ten sposób na mocarstwowe stanowisko wybiliby się Cukcze, albo Samojedzi, ale kto wie, czy nie bardziej prawdopodobna jest możliwość, że wcześniej zrobiliby to Chińczycy, którzy pod względem demograficznym a prawdopodobnie i każdym innym byliby w stanie tego dokonać. Czy pan Melnyk sądzi, że Chińczycy zachowywaliby się wobec Ukrainy w większą rewerencją, niż obecnie Rosjanie – to możliwe – ale obawiam się, że poza myśleniem życzeniowym innych dowodów na to nie ma. No i wreszcie sprawa zasadnicza, od której właściwie należałoby zacząć spekulacje na temat możliwego osłabienia Rosji – czy mianowicie Rosja, broniąc się przed politycznym unicestwieniem Federacji Rosyjskiej, nie użyłaby posiadanego arsenału jądrowego. Bo gdyby użyła, to wtedy na Ukrainie, podobnie jak w innych częściach Europy, nie byłoby chyba już nikogo, kto jeszcze byłby w stanie odczuć jakąś satysfakcję z powodu „osłabienia Rosji”. Dlatego utrzymanie wojny na Ukrainie pod kontrolą wydaje sie ważne, podobnie jak poważna wydaje się groźba, że sytuacja wymknie się tam spod kontroli. Dopiero na tym tle możemy docenić zalety sformułowanej jeszcze w latach 60-tych przez Roberta McNamarę doktryny elastycznego reagowania, która polega na tym, by supermocarstwa haratały się, owszem – ale na przedpolach – taktownie oszczędzając nawzajem własne terytoria.

Musimy tedy postawić pytanie, co właściwie miał na myśli Pierwszy Sekretarz NATO pan Stoltenberg, wyrażając obawę, że wojna na Ukrainie może wymknąć się spod kontroli. Czy miał na myśli nuklearną apokalipsę w skali światowej, czy też tylko rozszerzenie wojny z przedpola ukraińskiego na inne przedpola w Europie, między innymi – na Polskę – której władze sprawiają wrażenie, jakby nie mogły się już tego doczekać. Jeśli chodzi o pierwszą możliwość, to nie wydaje mi się, by ktokolwiek w Stanach Zjednoczonych brał ją na serio pod uwagę z tych samych powodów, dla których Caryca Leonida wyperswadowywała marszałowi Greczce pomysł zbombardirowania Europy atomowymi kartaczami: „Nu i cztoż – nużna nam pustynia? Wied’ pustyń u nas oczeń mnogo (podobnie zresztą, jak w USA – SM). Nam nużno kuszat’, nużno brat’ – da sprasziwaju was – od kogo?” To pytanie nie traci na aktualności nawet w sytuacji, gdy „kuszanie” i „branie” odbywa się dzięki statusowi dolara, jako waluty światowej, czego pilnuje potężna amerykańska armia. A jak to się odbywa, to wyjaśnił przed laty Milton Friedman, polemizując z jegomościami zaniepokojonymi ujemnym bilansem handlowym USA z Japonią. – Co my wysyłamy do Japonii? – zapytał Friedman – i odpowiadał: mnóstwo zadrukowanych na zielono papierków. A co w zamian za nie przysyłają nam Japończycy? Ano, samochody, maszyny, jedwabie i inne takie. Skoro tak, to możemy wysyłać im tych papierków ile tylko można. No tak – ale żeby taką wymianę można było prowadzić, to Japonia, podobnie jak inne państwa, musiałaby istnieć i nie tylko istnieć fizycznie, ale w dodatku zachować swój potencjał wytwórczy, by USA mogły dzięki temu przywozić do siebie „płody bogate krain nie nazwanych”. Atomowa apokalipsa taką możliwość przekreśla, więc jestem pewien, że pan Stoltenberg nie to miał na myśli, wyrażając swoje obawy.

W takim razie musiał mieć na myśli rozszerzenie wojny z ukraińskiego na kolejne przedpola w Europie Środkowej. Poza Polską, w której rządowa, podobnie zresztą jak nierządna propaganda ekscytuje chojractwo, inne państwa tego regionu nie wydają sie tą perspektywą zachwycone, może z wyjątkiem państw bałtyckich. Ich stanowisko, mówiąc nawiasem, stanowi potwierdzenie trafności spostrzeżenia Konrada Lorenza, który zauważył, że zwierzęta wyposażone przez naturę w śmiercionośną broń, bardzo rzadko zadają sobie śmierć we wzajemnych walkach. Na ogół starcie kończy sie tym, że osobnik uznający się za słabszego, ratuje się ucieczką, a zwycięzca nie zadaje sobie trudu nie tylko, by go dobić, ale nawet – by go gonić. Inaczej w przypadku zwierząt w żadną śmiercionośną broń przez naturę nie wyposażonych, np. w przypadku synogarlic. One walczą aż do śmierci, to znaczy – aż jedna drugą zadziobie. Zachowanie republik bałtyckich pokazuje, że podobnie jest nie tylko w przypadku zwierząt, ale również – w przypadku państw – co z kolei potwierdzałoby trafność innego spostrzeżenia Konrada Lorenza, że zdecydowana większość ludzkich zachowań uznawanych za uwarunkowanych kulturowo, tak naprawdę ma podłoże biologiczne, tylko ludzie wskutek pychy nie chcą tego przyznać.

Rozszerzenie wojny z Rosją z przedpola ukraińskiego na inne, na przykład – polskie – z punktu widzenia USA może być całkiem pożądane; po to w końcu ma się sojuszników, by się nimi wyręczać w sytuacjach ryzykownych. Z polskiego punktu widzenia wygląda to inaczej, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakby pan prezydent Duda najwyraźniej jeszcze się mocarstwowo nie wyfikał z panią Swietłaną Cichanouską, a te niewyżyte namiętności próbuje racjonalizować profetycznymi proroctwami prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którego kult w środowisku Zjednocznej Prawicy coraz bardziej krzepnie i jak tak dalej pójdzie, to może nawet zacząć wypierać chrześcijaństwo, z którym są coraz większe zgryzoty, odkąd papież Franciszek ujawnił, że jest komunistą. Zatem może to ostatni moment, by zwrócić się ku wizji Rozalii Celakówny. Otóż pewnego dnia Pan Jezus miał wypowiedzieć do niej następujące słowa: „Jeżeli Polska nie odrodzi się duchowo, nie porzuci swych grzechów, to zginie, bo czyni Mi straszną zniewagę”. Ciekawe, o jakie grzechy Panu Jezusowi chodziło? Czy przypadkiem nie o grzech pychy, który skutkuje tromtadracją, wkręcającą z kolei raz po raz nasz naród w maszynkę do mięsa? Bo że Polska nie odrodziła się duchowo, to jest poza wszelką dyskusją. Przeciwnie – z roku na rok, za sprawą swoich obywateli, który najwyraźniej są coraz głupsi, pogrąża się coraz głębiej w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Dobrze skończyć się to nie może, toteż, zanim jeszcze padnie salwa, spróbujmy to sobie podczas świąt Bożego Narodzenia spokojnie przy wódeczce rozważyć.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    23 grudnia 2022

Za: michalkiewicz.pl | http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5306

Skip to content