Konflikt pomiędzy Zachodem a Rosją ma charakter religijny – Emmet Sweeney

Obecna wojna – w której Ukraina jest pełnomocnikiem kolektywnego Zachodu przeciwko Rosji – jest przede wszystkim wojną ideologiczną lub religijną, w której Rosja reprezentuje to, co pozostało z chrześcijańskiej Europy, a „Zachód” reprezentuje totalitarną ideologię, która brzydzi się religią w ogóle, a chrześcijaństwem w szczególności. To stwierdzenie może brzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę fakt, że niektórzy ludzie Zachodu – choć z każdym dniem jest ich coraz mniej – nadal postrzegają „Zachód” (w zasadzie Europę i Amerykę Północną) jako świat chrześcijański, a Rosję jako komunistyczny lub krypto-komunistyczny.

Tak już jednak nie jest i to od dłuższego czasu. W rzeczywistości, w ciągu trzydziestu lat, które upłynęły od upadku muru berlińskiego i końca Związku Radzieckiego, nastąpiło całkowite odwrócenie ról. Kolektywny Zachód jest obecnie totalitarnym i agresywnie antyreligijnym blokiem, który stara się eksportować swoją antychrześcijańską i antyludzką ideologię do reszty świata. Rosja jest znienawidzona przez elitę rządzącą Zachodu właśnie dlatego, że oparła się temu procesowi, a co więcej, poszła w przeciwnym kierunku. Będąc niegdyś aktywnym zwolennikiem „naukowego materializmu” i ateizmu, Rosja powróciła do swoich prawosławnych korzeni chrześcijańskich i wycofała się ze szkodliwej polityki i postawy z czasów sowieckich.

Aby wykazać prawdziwość tego stwierdzenia, musimy przyjrzeć się historii Rosji i jej interakcji z Zachodem od początku lat 90.

W 1991 roku, kiedy Związek Radziecki został oficjalnie zlikwidowany, stało się jasne, że Zachód wygrał zimną wojnę. Sama Rosja, pod wodzą nowego prezydenta Borysa Jelcyna, otwarcie ogłosiła koniec wszelkich agresywnych działań. Satelity Rosji w Europie Wschodniej mogły pójść własną drogą, a autonomiczne republiki w ramach Związku Radzieckiego mogły ogłosić się niepodległymi państwami. Stary sowiecki system własności państwowej został oficjalnie zniesiony, a prawie wszystko zostało sprywatyzowane. Prasa i media zostały uwolnione od wszelkiej cenzury i mogły teraz mówić, co chciały. Rosja pod rządami Jelcyna wyciągnęła do Zachodu przyjazną rękę – gest, który nie został odwzajemniony i ostatecznie został przez Zachód zlekceważony.

Euforia z 1991 roku szybko minęła i lata 90. okazały się katastrofalną dekadą dla Rosji i jej obywateli. Przede wszystkim, fatalna okazała się polityka prywatyzacji. Przyjęto ustawę, która zabraniała obcokrajowcom kupowania rosyjskich przedsiębiorstw państwowych (innych nie było) i przemysłu, mogli to robić tylko Rosjanie. Niestety, nikt w Rosji, kraju komunistycznym, nie miał pieniędzy. Jednak pewne grupy – głównie etniczni Żydzi – miały  kontakty za granicą. Zorganizowali oni przesłanie do Rosji środków finansowych w celu wykupu państwowych zakładów przemysłowych. 

Zdesperowana administracja Jelcyna sprzedała te gałęzie przemysłu za niewielki ułamek ich prawdziwej wartości. (Same zasoby naturalne Rosji czynią ją potencjalnie jednym z najbogatszych krajów na świecie). Nabywcami tych gałęzi przemysłu stali się osławieni „oligarchowie”, którzy systematycznie plądrowali kraj przez prawie dziesięć lat, co zostało opisane jako największy akt grabieży w historii świata. Zamiast przeznaczać część zysków z powrotem na działalność gospodarczą, oligarchowie eksportowali je prawie w całości, zubożając zarówno swoich pracowników, jak i cały kraj. W rezultacie, duża część społeczeństwa zaczęła doświadczać poważnych trudności. 

Wielu było bliskich śmierci głodowej, a wielu zmarło z powodu wychłodzenia podczas ostrych rosyjskich zim. Niektórym pracownikom państwowym płacono w kapuście, a szacuje się, że w latach 1991-2000 w Rosji doszło do ponad pięciu milionów nadmiarowych zgonów. Większość z nich spowodowały proste choroby, takie jak grypa, która z braku środków na zakup antybiotyku przekształciła się w zapalenie płuc. Ale gwałtownie wzrosła liczba zgonów z innych przyczyn, w tym morderstw, samobójstw, alkoholizmu i narkomanii. Rosja była krajem rozpadającym się, a liczba ludności zaczęła spadać.

W tym samym czasie, czeczeński ruch niepodległościowy, napędzany funduszami z Arabii Saudyjskiej i (rzekomo) z Zachodu, rozpoczął gwałtowną kampanię przeciwko władzom rosyjskim. W wyniku brutalnej wojny, w której zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, w 1997 roku Jelcyn uznał częściową niezależność Czeczenii. W innych regionach autonomicznych zaczęły pojawiać się ruchy niepodległościowe i stało się jasne, że Rosja stoi na krawędzi rozpadu.

Uderzająca w tym czasie była postawa Zachodu, lub tych, którzy kontrolują Zachód. Zachodnie media, będące w tym czasie w rękach kilku mega-korporacji, niemal z radością relacjonowały dramat Rosji. W swoim cierpieniu naród rosyjski stał się obiektem zachodniej shadenfreude. A trzeba pamiętać, że właśnie w latach 90. amerykańskie korporacje rozpoczęły masowy „outsourcing” swoich branż do innych, tańszych miejsc. Całe fabryki, wraz z maszynami i technologiami, były masowo eksportowane, przede wszystkim do Chin. Do Rosji nie trafiało prawie nic.

I to pomimo faktu, że Chiny nadal były krajem komunistycznym i w istocie totalitarnym. Nawet masakra na placu Tiananmen (1989) i późniejsze brutalne represje nie mogły powstrzymać entuzjazmu amerykańskiej plutokracji do eksportu pracy i biznesu do Chin. Tak więc Rosja, która wyciągnęła do Zachodu przyjazną rękę i pozwoliła ujarzmionym narodom odzyskać wolność, nadal była traktowana jako wróg i była skutecznie plądrowana przez zachodnie grupy interesów, podczas gdy Chiny, które nie zrobiły nic w tym kierunku, były teraz traktowane jako uprzywilejowany partner handlowy i biznesowy. Jak wyjaśnić tak zdumiewającą dysproporcję?

Wydaje się, że nie ma innego logicznego wytłumaczenia niż założenie, że u podstaw kulturowej/religijnej antypatii do Rosji i jej mieszkańców leży bardzo duża część rządzącej na Zachodzie plutokracji. Sugeruję, że tak właśnie jest, a u podstaw tego stanu rzeczy leży religia Rosji.

W czasach komunizmu, chrześcijaństwo było prześladowane w Rosji i w całym bloku sowieckim. W najgorszym okresie, pod rządami Lenina i Stalina, reżim komunistyczny dokonał masakry milionów chrześcijan. Ofiarami byli głównie prawosławni, ale cierpieli chrześcijanie wszystkich wyznań. Nawet po śmierci Stalina aż po lata 80. religia była nadal prześladowana.  Wszystkie dzieci musiały uczęszczać na lekcje ateizmu, podczas których wyszydzano chrześcijaństwo i religię w ogóle.

Pod koniec komunizmu Kościół prawosławny był niewielką pozostałością po dawnych czasach carskich, ale wkrótce zaczęło się to zmieniać. Trudności życiowe zrodziły duchowe odrodzenie, a w połowie lat 90. rosyjski Kościół prawosławny, podobnie jak inne odłamy chrześcijaństwa, zaczął przeżywać zauważalny wzrost. Jednak dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku, za prezydentury Władimira Putina, proces ten nabrał istotnego znaczenia.

Putin zajmował wysokie stanowisko w administracji Jelcyna i bez wątpienia był postrzegany przez oligarchów, wówczas prawdziwych władców Rosji, jako człowiek zaufany, który zapewni kontynuowanie polityki, która pozwoliła im plądrować kraj przez prawie dekadę. 9 sierpnia 1999 roku został mianowany premierem, a zaledwie cztery miesiące później, w grudniu, pełniącym obowiązki prezydenta Rosji, po niespodziewanej rezygnacji Borysa Jelcyna.

20 marca 2000 roku, Putin wygrał wybory prezydenckie, uzyskując 53% głosów. Jednym z powodów popularności Putina było to, że był on postrzegany jako silny przywódca podczas drugiej wojny czeczeńskiej, która rozpoczęła się 7 sierpnia 1999 roku, zaledwie dwa dni przed jego nominacją na premiera. Wojna zakończyła się w kwietniu 2000 roku, a Czeczenia ponownie stała się częścią Federacji Rosyjskiej, co wzmocniło reputację Putina jako silnego przywódcy, który chce i potrafi przywrócić stabilność i egzekwowanie prawa.

W ciągu kolejnych pięciu lat Putin pokazał, że rządzący plutokraci bardzo się pomylili, wyobrażając sobie, że jest pod ich kontrolą i należy do ich drużyny. Wręcz przeciwnie, nowy prezydent zaczął przełamywać ich władzę. Następna dekada to seria spraw sądowych i procesów, w wyniku których niektórzy oligarchowie trafili do więzienia, a inni zostali zmuszeni do zapłacenia wysokich odszkodowań. Inni, prawdopodobnie najbardziej zbrodniczy, uciekli z kraju, a ich aktywa zostały skonfiskowane. Złamanie władzy oligarchów oraz „rosyjskiej mafii”, która ochraniała ich skorumpowane rządy, zaczęło przywracać pewną formę normalności.

Równolegle z reformami gospodarczymi, Putin dopilnował odrodzenia rosyjskiej wiary prawosławnej. W 2001 roku, w rok po objęciu urzędu prezydenta, zamierzał złożyć wizytę w klasztorze na Górze Athos w Grecji. Zamiar ten został przerwany z powodu burzy, która uziemiła jego helikopter, a druga próba w 2004 r. została podobnie odłożona na półkę, ponieważ musiał wrócić do Rosji, aby zająć się oblężeniem szkoły w Biesłanie. Ostatecznie, udało mu się dotrzeć na Świętą Górę w 2005 r.  Tam nawiązał z mnichami więź, która zmieniła ich wspólnotę i wpłynęła na życie zwykłych Rosjan.

Rozpoczął się wielki program budowy cerkwi, a liczba osób uczęszczających do kościoła zaczęła rosnąć. Putin dał do zrozumienia, że uważa prawosławie za narodową religię Rosji, a Cerkiew uzyskała uprzywilejowaną pozycję prawną. Za tymi symbolicznymi gestami poszło nowe ustawodawstwo, które zaczęło przekształcać rosyjskie społeczeństwo. Zaostrzono prawo aborcyjne, dotychczas jedne z najbardziej liberalnych na świecie. W październiku 2011 roku rosyjski parlament uchwalił ustawę ograniczającą aborcję do pierwszych 12 tygodni ciąży, z wyjątkiem do 22 tygodnia, jeśli ciąża była wynikiem gwałtu. Nowe prawo wprowadziło również obowiązek odczekania od dwóch do siedmiu dni przed wykonaniem aborcji, aby umożliwić kobiecie „ponowne rozważenie decyzji”.

W tym okresie obraz Rosji w zachodnich mediach przeszedł od protekcjonalnego traktowania do jawnej wrogości. Już w 2005 r. uczeni Ira Straus i Edward Lozansky zauważyli wyraźnie negatywne relacje o Rosji w amerykańskich mediach, kontrastujące z w dużej mierze pozytywnymi odczuciami amerykańskiej opinii publicznej i rządu USA. W miarę jak Rosja wykazywała coraz więcej oznak chrześcijańskiego odrodzenia, media na Zachodzie stawały się coraz bardziej wrogie.

Dziennikarze z rzadka otwarcie atakowali Rosję za jej „chrystianizację”; zazwyczaj publicyści, świadomi faktu, że duża część ludzi na Zachodzie nadal określa się jako chrześcijanie, prezentowali swoje antyrosyjskie nastawienie jako komentarz wobec „agresywnych zachowań Rosji”, „korupcji” lub „braku demokracji” w Rosji. Wszystko to jednak zmieniło się wraz z nowym prawem aborcyjnym z 2011 roku. Teraz ataki przeciwko Rosji stały się wyraźnie ideologiczne. Mówiono nam, że Rosjanie uciskają kobiety i odwracają się od „postępu”.

Jednak w 2013 roku antyrosyjska retoryka wystrzeliła ze wzmożoną energią. W tym samym roku rosyjski parlament uchwalił tzw. ustawę „O propagandzie gejowskiej”. Ustawa, prezentowana jako „Ochrona dzieci przed informacjami szkodliwymi dla ich zdrowia i rozwoju”, wyraźnie zakazywała parad gejowskich, a także innych form materiałów LGBT, takich jak książki i broszury, które próbowały normalizować homoseksualizm i wpływać na dzieci w ich postawach wobec homoseksualizmu. W rzeczywistości, już od około 2006 roku, wiele okręgów w Rosji wprowadzało własne lokalne zakazy dotyczące takich materiałów, choć przepisy te nie miały mocy poza ich lokalną jurysdykcją.

Ustawa, która została podpisana przez Putina 30 czerwca 2013 roku, była niezwykle popularna i przeszła przez rosyjski parlament jednogłośnie, przy zaledwie jednym głosie wstrzymującym się. Reakcja zachodniej nomenklatury, która jest strażnikiem akceptowalnej opinii, był natychmiastowy. Prawie jednogłośnie zachodnie media zaczęły porównywać Putina z Adolfem Hitlerem; był on „bandytą”, „faszystą”, „mordercą”. Między kolejnymi wybuchami wściekłości stał się obiektem ostrej satyry. Obsadzono go w roli karykaturalnego złoczyńcy Jamesa Bonda, rutynowo mordującego i torturującego tych, do których żywił urazę. Istnieją nawet dowody, co prawda  poszlakowe, że zachodnie organy wywiadowcze, takie jak CIA i MI5, aktywnie zaangażowały się w antyrosyjską propagandę.( nic dziwnego, ich poprzednicy robili to samo wobec Mikołaja II, a to już żadne poszlaki nie są-dop. tłumacza)

Efekt tego zalewu demonizacji Putina szybko zaczął być widoczny: Podczas gdy w 2006 roku tylko 1% Amerykanów wymieniało Rosję jako „najgorszego wroga Ameryki”, w 2019 roku 32% Amerykanów, w tym 44% wyborców Demokratów, podzielało ten pogląd. Jednak tylko 28% Republikanów zgadzało się z tym; to niezwykłe odwrócenie opinii. W czasie zimnej wojny, to właśnie wyborcy republikańscy, tradycyjnie bardziej religijny i nacjonalistyczny element amerykańskiego podziału politycznego, postrzegali Rosjan jako główne zagrożenie. Teraz, to mniej lub zupełnie niereligijni (i bardziej pro-LGBT) Demokraci mieli taką opinię.  

Elity zachodnie nie ograniczyły swoich wysiłków do pełnych złości artykułów w londyńskim Timesie czy Washington Post. Teraz zaczęto mówić o sankcjach ekonomicznych. Natychmiast pojawiły się wezwania do bojkotu Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które odbyły się w lutym 2014 roku w Soczi w Rosji. Wezwanie do bojkotu spotkało się z ogólnym sprzeciwem sportowców, jednak wielu zachodnich polityków odmówiło udziału w otwarciu igrzysk, a temperatura rusofobii w zachodnich mediach narastała. Sprawy jednak miały pójść w jeszcze gorszym kierunku.

W 2010 roku, pochodzący z rosyjskojęzycznego Doniecka Wiktor Janukowycz, został wybrany na prezydenta Ukrainy, pokonując w wyborach premier Julię Tymoszenko, które zostały uznane przez międzynarodowych obserwatorów za wolne i uczciwe. W listopadzie 2013 roku Janukowycz opóźnił podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, uzasadniając to tym, że jego rząd chciał utrzymać więzi gospodarcze zarówno z Rosją, jak i  Unią Europejską. Rosja zaproponowała bowiem korzystniejszy kredyt ratunkowy niż była to gotowa uczynić Unia Europejska. Doprowadziło to do protestów i okupacji kijowskiego Placu Niepodległości, serii wydarzeń nazwanych przez zwolenników zbliżenia Ukrainy do Unii Europejskiej, „Euromajdanem”. 

Chwilami wydawało się, że protesty wygasną, nie ulega jednak wątpliwości, że niemal od samego początku politycy zachodni podejmowali wspólne wysiłki, aby je podtrzymać. Na początku grudnia kilku polityków z Berlina i Brukseli odbyło „podnoszące morale” podróże na plac, a 15 grudnia przybyli tam amerykańscy senatorowie John McCain i Chris Murphy. McCain powiedział do zgromadzonych tłumów: „jesteśmy tutaj, aby wspierać waszą słuszną sprawę”. Rosjanie ze swej strony potępili „prymitywne wtrącanie się” Ameryki w sprawy Ukrainy.

Victoria Nuland, ówczesna asystentka sekretarza stanu ds. europejskich i euroazjatyckich w administracji Obamy, przybyła na Ukrainę wkrótce potem i natychmiast przystąpiła do podsycania ognia w i tak już niestabilnej sytuacji. W przemówieniu za przemówieniem obiecywała protestującym i mieszkańcom Kijowa, że Ameryka stoi za nimi. W rezultacie na początku lutego 2014 roku Ukraina znalazła się na skraju wojny domowej; gwałtowne starcia między protestującymi a policją przyniosły wiele ofiar śmiertelnych i rannych. W obawie o swoje życie, 21 lutego Janukowycz uciekł ze stolicy, udając się początkowo na Krym, a ostatecznie do Rosji. W Kijowie natychmiast zainstalowano nowy rząd tymczasowy, wybrany przez Nuland, który był zdecydowanie antyrosyjski.

Analizując działania Ameryki i kolektywnego Zachodu w tym czasie, musimy pamiętać, że Ukraina była i jest głęboko podzielonym społeczeństwem. Połowa kraju, mniej więcej północ i zachód, uważa się za Ukraińców i jest historycznie nastawiona antagonistycznie do Rosji. Druga połowa, głównie południe i wschód, jest prorosyjska i postrzega siebie jednocześnie jako Ukraińców i Rosjan. Rzut oka na mapę wyborczą kraju pokazuje ten podział w najbardziej obrazowy sposób, ponieważ to właśnie rosyjska część kraju, południe i wschód, w przeważającej większości podarowały władzę Janukowyczowi. 

Popierając jego obalenie, rząd amerykański całkiem świadomie stanął po stronie antyrosyjskiej połowy społeczeństwa. I nie sposób uwierzyć, że elity polityczne w Waszyngtonie nie rozumiały tego, co robią. Musieli oni wiedzieć, że rozpoczynają konflikt wewnętrzny, a być może i bezpośrednią wojnę domową. Jest to absolutny pewnik.

Na rozruchy społeczne nie trzeba było długo czekać. Gdy antyrządowe tłumy w Kijowie zajmowały się obalaniem Janukowycza, na południu i wschodzie zaczęły się wielkie protesty przeciwko zamachowi stanu. Krym, który w przeważającej większości był rosyjski i został przekazany pod jurysdykcję Kijowa dopiero w 1954 roku przez Chruszczowa, przeprowadził referendum, w którym 97% głosujących opowiedziało się za połączeniem z Rosją. Putin, rozwścieczony amerykańskimi działaniami w Kijowie, zaakceptował wynik głosowania i oficjalnie ogłosił powrót Krymu do Federacji Rosyjskiej. Jednocześnie w miastach i miasteczkach na południu i wschodzie kraju miały miejsce masowe protesty „anty-majdanowe”, w których wiele osób nawoływało do odłączenia się od Ukrainy i zjednoczenia z Rosją. 

Nowy, mianowany przez Waszyngton reżim w Kijowie zareagował siłą. Czterdziestu siedmiu prorosyjskich demonstrantów w Odessie zostało oblężonych w siedzibie związków zawodowych i spalonych przez neonazistowski tłum. Widząc, jak sprawy się mają, etnicznie rosyjskie prowincje („obwody”) ługański i doniecki ogłosiły niepodległość i przygotowały się do obrony. Szybko przerodziło się to w wojnę na pełną skalę. W ciągu następnych dwóch lat zginęło około 14 000 osób, głównie etnicznych rosyjskich cywilów, ponieważ rząd w Kijowie walczył o powrót tych dwóch prowincji do Ukrainy.

Walki w Ługańsku i Doniecku („Donbas”) uległy deeskalacji po podpisaniu w 2015 roku tzw. porozumienia Mińsk 2. Porozumienie to, wynegocjowane przez Rosję, USA i ONZ, przewidywało pewien stopień autonomii dla dwóch separatystycznych prowincji, a także uznanie i poszanowanie ich rosyjskiego języka i kultury. Porozumienie wzywało również do natychmiastowego wstrzymania wszelkich działań wojskowych.

Gdyby porozumienie z Mińska zostało w pełni zrealizowane, całkiem możliwe, że zakończyłyby się wszystkie działania wojenne, ale tak się jednak nie stało. Nowy rząd w Kijowie, na czele którego od maja 2014 roku stał Petro Poroszenko, nie podjął żadnej próby przestrzegania postanowień porozumienia. Wręcz przeciwnie, język rosyjski, dotychczas jeden z oficjalnych języków Ukrainy, został zdegradowany, a rosyjska kultura w ogóle zdeprecjonowana. Co gorsza, nikt z tych, którzy popełnili morderstwa w Odessie i innych miejscach nie został postawiony przed sądem, a neonazistowskie bojówki odpowiedzialne za te okrucieństwa zostały faktycznie włączone do armii ukraińskiej. Co najgorsze, sporadyczny ostrzał celów cywilnych w Ługańsku i Doniecku trwał nadal – przez następne sześć lat.

Powtórzmy, kolektywny „Zachód” nie mógł nie zdawać sobie sprawy z niebezpieczeństw, jakie niosła ze sobą jego ingerencja w sprawy Ukrainy. Był to kraj głęboko podzielony; interwencja w imieniu jednej części kraju kosztem drugiej nie mogła nie pogłębić podziałów i ostatecznie spowodować rozpadu państwa. To, że Zachód stanął po stronie antyrosyjskiej połowy społeczeństwa, było całkowicie zgodne z coraz bardziej histerycznym tonem antyrosyjskiej retoryki w zachodnich mediach w latach poprzedzających „Majdan”. Pomiędzy bajki możemy włożyć argument, że Nuland i administracja Obamy  byli zaniepokojeni „korupcją”  reżimu Janukowycza: Ameryka jest i zawsze była w bardzo przyjaznych stosunkach z rządami znacznie bardziej skorumpowanymi, brutalnymi i totalitarnymi niż rząd Janukowycza.

Sugerowałbym, że prawdziwym lub z pewnością niezwykle ważnym, choć niewypowiedzianym powodem misji Nuland był fakt, że zwrot Janukowycza w kierunku Rosji był postrzegany przez „obudzony” establishment w Waszyngtonie jako sygnał podążenia Ukrainy za Rosją w kierunku adoptowania coraz bardziej przyjaznej dla chrześcijan kultury społecznej; takiej, której „liberałowie” i „postępowcy” w Waszyngtonie nienawidzą.

Należy również zauważyć, że jedną z pierwszych decyzji Poroszenki jako prezydenta Ukrainy było otwarcie Fundacji Społeczeństwa Otwartego George’a Sorosa i jednoczesne wspieranie wprowadzenia agendy LGBT do systemu edukacji. Parady gejów  stały się stałym elementem życia w Kijowie i otrzymały masowe wsparcie i ochronę ze strony sił bezpieczeństwa z powodu niechętnego odbioru społecznego.

Emmet Sweeney

 

Tłum. Sławomir Soja

Źródło: The Remnant (August 24, 2022) – „The Conflict Between the West and Russia Is a Religious One”

 


 

KOMENTARZ BIBUŁY: Całkiem rzeczowa analiza, z tym że… niewiele ma wspólnego z zapowiadanym w tytule potwierdzeniem „charakteru religijnego” konfliktu Zachód-Rosja. W tekście, Autor zapowiada, że rozwinie temat, lecz poza wzmiankami o wprowadzeniu surowszego prawa antyaborcyjnego i zakazów antygejowskiej propagandy, niewiele innych konkretów co takiego miałoby potwierdzać gruntowne przeobrażenie Rosji i Rosjan.

Czy tzw. przeciętni Rosjanie są dzisiaj „bardziej religini” – jakkolwiek to oceniać – nie wiemy i raczej nie jesteśmy pewni czy można to zmierzyć, porównać jakąś miarą tempertatury „religijności”, z dajmy na to przeciętnym Amerykaninem z Heartlandu. Tak, w Rosji budowane są nowe cerkwie, ale i w Ameryce budowane są nowe „kościoły” – baptysytczne, metodystyczne, zielonoświątkowców i tysięcy (sic!) innych wypaczeń wiary chrześcijańskiej. Jak porównać te dwie strony ze sobą, jak ocenić żar serc modlących się staruszek w cerkwi, z autetycznie przeżywającymi swoje role murzyńskimi śpiewakami i kołyszącym się tłumem w mega-kościołach?

Niewątpliwie porównanie „religijności konfliktu” może być przeprowadzone tylko i wyłącznie na poziomie aktów politycznych, nacisków władzy centralnej i lokalnej, decyzji ciał ustawodaczych i dyspozycji legislacyjnych. Tutaj widzimy przewagę deklaracyjną władz Rosji, gdyż elity i przywódcy Stanów Zjednoczonych – i kolektywnego „Zachodu” – mają jednoznaczny, antychrześcijański komunikat. (Chociaż, np. ostatnia decyzja amerykańskiego Sądu Najwyższego usuwająca federalne proaborcyjne prawo, psuje ten jednoznaczny obraz…)

Uważamy, że kwitensencją tekstu jest niezwykle celne stwierdzenie: „Kolektywny Zachód jest obecnie totalitarnym i agresywnie antyreligijnym blokiem, który stara się eksportować swoją antychrześcijańską i antyludzką ideologię do reszty świata.

Jest tym, o czym piszemy od dawna: bieguny świata odwróciły się i to teraz ten kolektywny Zachód jest „Imperium Zła”, czyli tym czym prezydent Reagan nazwał Związek Sowiecki.

Ta konstatacja nie oznacza jednak, że coraz bardziej demoniczny Zachód automatycznie tworzy z Rosji świętość, i że konflikt ma charakter wojny dobra ze złem. Owszem, Rosja broni się przed zgubnymi wpływami zachodnich wolnomyślicieli; blokuje import syjonistycznego marksizmu kulturowego, wywarzonego na amerykańskich uniwersytetach; próbuje odbudować zdrowe więzy społeczne które mogą powstać tylko na bazie chrześcijańskiego porządku i miłosierdzia; lecz już nie jesteśmy pewni czy ta dzisiejsza Rosja rzeczywiście stoi w opozycji globalnych elit i ich zakusów (wiele wskazuje wręcz, że czołowe instytucje państwowo-rządowe wspierają globalne projekty np. identyfikacji cyfrowej, nowoczesnej inwigilacji, szczepionkowania, kredytu społecznego, itp).

Tak więc, obserwując rozwój Rosji i dekadencję Zachodu, mamy nadzieję, że Prezydent Federacji Rosyjskiej, Władimir Władimirowicz Putin – obecnie najpoważniejszy przywódca świata – z głębi chrześcijańskiej duszy będzie dążył do dobra swego narodu, do przyjaznych stosunków ze wszystkimi tego pragnącymi, a zarazem nie ugnie się przed naciskami diabolicznej siły Zachodu. 

 


 

Skip to content