- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

Ignoramus et ignorabimus – Stanisław Michalkiewicz

Mija 10 lat od katastrofy samolotu wiozącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i osoby mu towarzyszące do Katynia, na uroczystości upamiętniające polskich oficerów, zamordowanych tam przez Sowieciarzy w 1940 roku. Samolot runął na ziemię w okolicach lotniska Siewiernoje w Smoleńsku, a miejsce upadku świadczyło o tym, że maszyna nie znajdowała się na osi pasa. Wiadomość o katastrofie podały rankiem telewizja rządowa i telewizja nierządna, ustami pani red. Justyny Pochanke. Na podstawie tych telewizyjnych komunikatów marszałek Sejmu Bronisław Komorowski przejął obowiązki prezydenta, chociaż Jarosław Kaczyński dotarł na miejsce katastrofy dopiero wieczorem i dopiero wtedy rozpoznał wśród ofiar zwłoki prezydenta. Widocznie jednak z przejęciem obowiązków prezydenta nie można było czekać ani chwili dłużej. Dlaczego? Oczywiście tajemnica to wielka, ale pewne światło rzuca na nią okoliczność, że funkcjonariusze wysłani przez pełniącego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego do Pałacu Namiestnikowskiego, usiłowali dowiedzieć się, gdzie znajduje się „Aneks” do „Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”. Nawiasem mówiąc, ten „Aneks” pierwotnie miał być opublikowany, podobnie jak sam „Raport”, ale wskutek dokonanej z inicjatywy prezydenta Kaczyńskiego nowelizacji stosownej ustawy, którą następnie strasznie zmasakrował Trybuna Konstytucyjny, odpadła podstawa prawna publikacji „Aneksu” i w rezultacie posiadaczem zawartych w nim informacji został u progu roku wyborczego prezydent Kaczyński. Dał on do zrozumienia, że te informacje zna i nie zawaha się zrobić z nich użytku. W tym celu zwrócił się do pani red. Moniki Olejnik jej pseudonimem operacyjnym „Stokrotka”. Ta na takie dictum dostała spazmów, więc prezydent gwoli zatarcia nieprzyjemnego wrażenia posłał jej bukiet kwiatów, ale kto miał się dowiedzieć, że nie jest bezpiecznie, to się dowiedział. Tedy funkcjonariusze energicznie poszukiwali „Aneksu”, ale dopiero 12 kwietnia wieczorem okazało się, że znajduje się on w sejfie Aleksandra Szczygły, Szefa BBN przy prezydencie Kaczyńskim. On również zginął w tej katastrofie, więc jemu już żadnego rozkazu nie można było wydać. Nie bardzo też wypadało wręczać nominację nowemu szefowi BBN o północy, bo mogłoby to zrodzić pytania o przyczyny takiego pośpiechu, więc pan generał Stanisław Koziej otrzymał ją 13 kwietnia rano i już jako nowy szef Biura sejf otworzył i w ten sposób „Aneks” został odpowiednio zabezpieczony.

Katastrofa prezydenckiego samolotu i śmierć członków załogi i wszystkich jego pasażerów, w tym również mego przyjaciela Stefana Melaka, wywołała w opinii publicznej ogromny wstrząs. Tłumy zaczęły gromadzić się przed Pałacem Namiestnikowskim, palić znicze i wznosić modły w intencji ofiar. Ten żałobny nastrój udzielił się również przedstawicielom niezależnych mediów głównego nurtu. Resortowa „Stokrotka” podczas rozmowy z Jolantą Kwaśniewską spłakała się do łez, a pamiętamy też z tamtych dni zapuchnięte od płaczu oblicze pana red. Tomasza Lisa. Wkrótce jednak te nastroje uległy radykalnej zmianie.

Znaki zapytania

Na wieść o katastrofie smoleńskiej – bo taką potoczną nazwę wydarzenie to przyjęło – ludzie zastanawiali się, co mogłoby być jej przyczyną. Od razu zarysowały się dwie szkoły. Pierwsza – że przyczyną katastrofy był sławny „błąd pilota” oraz druga – że przyczyną był zamach. I jedna i druga miała – jak by to powiedział Kukuniek – oprócz plusów dodatnich, również plusy ujemne. Plusy ujemne pierwszej szkoły polegały na tym, że kategoryczne stwierdzenia o „będzie pilota” miały bardzo słabą podstawę faktyczną. Dochodzenie prowadzili bowiem Rosjanie, którzy polskim władzom dostarczali materiał uzyskany z „czarnych skrzynek”, a w dodatku – co najmniej jeden raz oficjalnie zapisy „korygowali”. Plusem ujemnym drugiej szkoły był brak odpowiedzi zarówno na pytanie o modus operandi zamachowca, jak i na to, kto mógł tego zamachu dokonać i w jakim celu.

Nie były to niestety jedyne wątpliwości, jakie się z tej okazji pojawiły. Przede wszystkim nie było wiadomo, jaki właściwie charakter miała podróż prezydenta do Katynia, a więc – na terytorium Rosji. Czy była to prywatna wycieczka, czy też wizyta oficjalna? Prywatna wycieczka to nie była i to nie tylko ze względu na oficjalny cel tej podróży – uczestniczenie w państwowej uroczystości – ale również dlatego, że prezydent Kaczyński nie podróżował incognito, tylko oficjalnie, w asyście państwowych dygnitarzy; polityków i generalicji. Ale nie była to też wizyta oficjalna, bo w przeciwnym razie na lotnisku Siewiernoje, które, mówiąc nawiasem, było w zasadzie nieczynne, oczekiwaliby prezydenta Kaczyńskiego jacyś dygnitarze rosyjscy i to nie najniższej rangi. Tymczasem nikogo takiego tam nie było i ówczesny rosyjski minister do sytuacji nadzwyczajnych Siergiej Szojgu, przyleciał tam z Moskwy dopiero po dobrych kilku godzinach. Sprawa ta nie jest wyjaśniona do dzisiaj, chociaż do takiego wyjaśnienia wcale nie było konieczne współdziałanie z Rosjanami.

Jeszcze większe zdumienie budzi okoliczność, że właściwie do dzisiaj nie wiadomo, kto tę oficjalną podróż polskiego prezydenta na terytorium innego państwa przygotowywał i organizował. Zgodnie z konstytucją powinien to robić rząd, to znaczy – Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Kancelaria Premiera – bo prezydent w zakresie polityki zagranicznej ma kompetencje nader ograniczone; „reprezentuje”, a z kompetencji konkretnych – ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe. W pozostałym zakresie za politykę zagraniczną państwa odpowiada rząd. Tymczasem od pierwszej chwili mieliśmy do czynienia z przepychanką, w której MSZ w ogóle umywało ręce od całej sprawy, a rząd wskazywał na Kancelarię Prezydenta, co było o tyle wygodne, że jej szef, Władysław Stasiak, też zginął w katastrofie i niczego prostować już nie mógł. Można zatem powiedzieć, że na najwyższych szczeblach władzy wytworzył się stan anarchii – a odpowiedzialność za to ponosi niewątpliwie rząd, którego zadaniem jest m.in. dbałość o bezpieczeństwo wewnętrzne i porządek publiczny, z którym stan anarchii pogodzić przecież się nie da. Ale, mimo ponad 4 lat rządów „dobrej zmiany”, nikt z tego tytułu nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a pan Tomasz Arabski, ówczesny szef Kancelarii Premiera, został wprawdzie zaciągnięty przed niezawisły sąd, ale z oskarżenia prywatnego grupy rodzin ofiar katastrofy, a nie przez oskarżyciela publicznego.

A przecież na tym nie koniec, bo jeszcze bardziej osobliwe były okoliczności zastosowania do badania tej katastrofy procedury przewidzianej w konwencji chicagowskiej. Konwencja ta – co jest w niej expressis verbis zapisane – ma zastosowanie do katastrof samolotów cywilnych. Tymczasem samolot, którym podróżował prezydent, był samolotem wojskowym, należącym do specjalnego Pułku Transportowego, miał oznaczenia wojskowe i był pilotowany przez pilotów wojskowych. Tymczasem Polska miała podpisane z Rosją porozumienie o badaniu katastrof samolotów wojskowych. Przewidywało ono, że przyczyny katastrofy bada zespół składający się z delegatów państwa-właściciela samolotu i państwa na którego terenie zdarzyła się katastrofa. Konwencja chicagowska tymczasem żadnych takich mieszanych zespołów nie przewiduje. Przyczyny katastrofy bada zespół wyznaczony pzez władze państwa, na którego terytorium zdarzyła się katastrofa i od przyjętych przezeń konkluzji w zasadzie nie ma żadnego odwołania. Konwencja chicagowska była zatem z polskiego punktu widzenia mniej korzystna – ale to właśnie ona została w tym przypadku zastosowana.

Kto o tym zdecydował? Zapytany o to podczas konferencji prasowej premier Tusk nie potrafił dać jasnej odpowiedzi, toteż dziennikarze na własną rękę ustalili, że decyzję tę podjęła „trójka NKWD”, z której tylko premier Tusk był konstytucyjnym członkiem Rady Ministrów, bo rzecznik rządu Paweł Graś był wprawdzie tytułowany „ministrem”, ale tylko przez kurtuazję, a szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski chyba nawet przez kurtuazję nie był tak tytułowany. Tymczasem decyzję w takiej sprawie powinna podjąć Rada Ministrów i to w formie uchwały. Dlaczego stało się inaczej? Do dzisiaj nie zostało to wyjaśnione, chociaż w tym celu nie trzeba było ani angażować Rosjan, ani sprowadzać z Rosji wraku samolotu.

Rozhuśtywanie emocjonalne

Jak wspomniałem, nastrój żałoby, jaki zapanował po katastrofie, rychło uległ zmianie. Wprawdzie tłumy ludzi nadał gromadziły się przed Pałacem Namiestnikowskim, paliły znicze i wznosiły modły, ale te zachowania były coraz ostrzej krytykowane przez niezależne media głównego nurtu, których funkcjonariuszom łzy natychmiast obeschły. Najwyraźniej RAZWIEDUPR musiał dojść do wniosku, że przeciąganie żałobnego nastroju nic dobrego politycznie nie przyniesie, toteż zatrąbiono do odwrotu. Pan Dominik Taras, w cywilu wykonujący zawód kuchcika, „skrzyknął” przez Internet zwolenników „powrotu do normalności”. Zjawili się oni na Krakowskim Przedmieściu nader licznie, a dominowali wśród nich osobnicy ustrojeni w złote łańcuchy z tombaku na byczych karczychach. Przystąpili tedy do gaszenia zniczy własnym moczem, zaś modlącym się tam kobietom proponowali, by im „pokazały cycki”. „Gazeta Wyborcza” nie mogła się tego nachwalić – że na Krakowskim Przedmieściu pojawił się wreszcie „ożywczy powiew”. Najwyraźniej sowiecki prokurator Andriej Wyszyński miał rację, wskazując na „socjalną bliskość” elementów kryminalnych z żydokomuną, czyli handełesami, drapującymi się w płaszcze Konrada. Po tym wstępie do ostatecznego rozwiązania przystąpiła pani Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ongiś zasłynęła z orgazmów z samym Duchem Świętym, ale potem się zreflektowała, że trzeba przecież i wypić i zakąsić, toteż się zbisurmaniła i w nagrodę została prezydentem Warszawy z ramienia obozu zdrady i zaprzaństwa. Tedy pod osłoną policji znicze zostały uprzątnięte. Problem był z ustawionym tam krzyżem, którego pracownicy pani prezydent nie ruszyli. Najwyraźniej jednak kłuł on w oczy zwolenników powrotu do normalności i w ogóle – „państwa laickiego”. Musieli oni interweniować na rozmaitych polach, bo JEm kardynał Nycz zarządził coś w rodzaju paraliturgicznej ceremonii „przeniesienia krzyża” spod Pałacu Namiestnikowskiego do pobliskiego kościoła św Anny. Ceremonia jednak spaliła na panewce, gdyż wyznaczeni do celebracji księża musieli pośpiesznie rejterować pod naporem pobożnych kobiet. W tej sytuacji pełniący u Bronisława Komorowskiego obowiązki szefa Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski, po prostu schował krzyż w korytarzu Pałacu Namiestnikowskiego. Przewidział to jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku Janusz Szpotański w operze „Cisi i gęgacze”. W „Arii Gnoma” Władysław Gomułka wyśpiewuje tam na melodię „Godzinek”: „A obraz cudowny, co wzburzyć miał lud, plandeką przykryję i skończy się cud!

Strategia „długiego marszu

W sytuacji, gdy hierarchia nie była skłonna podporządkować się pomysłom Jarosława Kaczyńskiego, narodziła się nowa świecka tradycja smoleńskich miesięcznic, podczas których w Warszawie i innych miejscowościach, zwłaszcza tam, gdzie radni PiS przeforsowali budowę pomników prezydenta Kaczyńskiego, odbywały się uroczystości, służące ugruntowaniu kultu tego prezydenta w tak zwanych „szerokich masach”. Obóz zdrady i zaprzaństwa zwietrzył niebezpieczeństwo i zainicjował symetryczne smoleńskie „antymiesięcznice”, które nasiliły się zwłaszcza po roku 2015, po przejęciu rządów przez obóz „dobrej zmiany”. Pojawiły się zdyscyplinowane oddziały „obrońców demokracji” pod przewodnictwem pana Mateusza Kijowskiego, a także bojówki „Obywateli SB”, to znaczy, pardon – oczywiście „Obywateli RP”, które próbowały zakłócać, abo nawet blokować obrzędy smoleńskie, w następstwie czego obydwie demonstracje musiała rozdzielać policja. Podnosiło to emocje zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, co – jak sądzę – było wygodne dla nich obydwu, ponieważ w tej sytuacji wystarczyło tylko podgrzewać kocioł gwoli utrzymania w nim odpowiedniego ciśnienia i w ten sposób odwracać od spraw ważnych dla państwa uwagę ludzi, którzy dzięki uczestnictwu w tych obrzędach mieli złudzenie, że robią coś szalenie ważnego, co w dodatku jest całkowicie bezpieczne.

Katastrofa, czy zamach?

Wspomniane dwie szkoły wyjaśniania przyczyn katastrofy w Smoleńsku, zaczęły wskutek tego pokrywać się prawie dokładnie z podziałem na obóz „dobrej zmiany”, który nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie zamachu i na obóz zdrady i zaprzaństwa, który z kolei równie nieugięcie stał na nieubłaganym gruncie katastrofy spowodowanej sławnym „błędem pilota”. Problem polegał również na tym, że – o czym już wspominałem – każda z tych szkół miała swoje plusy ujemne. Jednak ci, którzy zwracali na nie uwagę i nie angażując się po stronie żadnej szkoły, zwyczajnie oczekiwali na wyjaśnienie sprawy, byli „spaleni” zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, co odczułem na własnej skórze w okresie apogeum sporu między obydwiema szkołami.

Słabością szkoły , nazwijmy to – katastroficznej było to, że bazowała ona na ustaleniach faktycznych poczynionych przez Rosjan, którzy zresztą bez ceregieli „korygowali” zapisy „czarnych skrzynek”, a dodatkowe wątpliwości co do tych ustaleń i staranności przy ich badaniu pojawiły się po ujawnieniu, że szczątki ofiar katastrofy były wkładane do trumien na chybił-trafił i w rezultacie głowa byłs gdzie indziej, korpus, gdzie indziej, a jeszcze gdzie indziej – kończyny. Podważało to też prawdomówność państwowych dygnitarzy, a w szczególności – pani Ewy Kopacz, która twierdziła, że uczestniczyła przy identyfikacji zwłok, która przebiegała wzorowo. Nie tylko zresztą jej. Przypominam sobie telewizyjne „Wiadomości”, w których wystąpił pan minister Miller z informacją, że polscy prokuratorzy uczestniczą we wszystkich czynnościach śledczych na terenie Rosji, Cóż jednak z tego, skoro trzy minuty później wystąpił prokurator wojskowy informując, że „czekają” na jakieś protokoły. Tedy albo jedno, albo drugie; gdyby rzeczywiście „uczestniczyli” w czynnościach, to po zakończeniu każdej z nich podpisywaliby protokół i jeden egzemplarz otrzymywaliby od razu. Skoro jednak „czekali”, to znaczy, że w czynności nie uczestniczyli.

Z kolei słabością szkoły „zamachowej” było to, że nie mając dostępu do żadnych dowodów rzeczowych, komponowała kolejne „hipotezy”. Będąc w Kanadzie wysłuchałem opowieści pana G. który, jako specjalista badania wypadków lotniczych, miał być członkiem tej komisji, ale przeszkodził mu w tym atak serca. Opowiadał mi jednak, że na prośbę jednego z członków tej komisji, sporządził plan badania tej katastrofy krok po kroku, godzina po godzinie – ale wkrótce zorientował się, że pracuje ona całkiem inaczej. Podobną opinię usłyszałem w Australii od prof. S., który raczej dystansował się od rozmaitych „hipotez”, jako „nadinterpretacji”. W tych wątpliwościach utwierdziła mnie rozmowa z jednym z członków komisji. Zapytałem go, nad czym obecnie pracują, na co odparł, że „komponują obraz”. Myślałem, że chodzi o jakąś komputerową symulację, ale nie – chodziło o obraz na ścianę.

Wydarzeniem, które, co prawda na krótko, niemniej jednak zelektryzowało obydwa obozy było odkrycie na wraku samolotu śladów trotylu przez pana red. Cezarego Gmyza. Jak on to wykrył w sytuacji, gdy wrak do dzisiejszego dnia znajduje się w Rosji pod nadzorem tamtejszych bezpieczniaków – tajemnica to wielka. Tak czy owak informacja ta wywołała po jednej stronie okrzyk triumfu, podczas gdy po drugiej – jaskółczy niepokój. Nie trwało to długo; zaledwie parę godzin, niemniej jednak Leszek Miller zaapelował do premiera Tuska, żeby na przyszłość jednak oszczędzał zwolennikom szkoły „katastroficznej” takich emocji.

„Zwycięstwo”

Jak pamiętamy, z lipcu 2017 roku, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią, pan prezydent Duda zapowiedział zawetowanie ustaw „sądowych” i wkrótce to zrobił. Co mu Nasza Złota Pani podczas tej rozmowy powiedział – tego oczywiście nie wiem, chociaż rzeczni rządu niemieckiego powiedział, że jej przedmiotem była sprawa praworządności w Polsce – ale on nie ma zwyczaju ujawniania treści poufnych rozmów. Tak czy owak, felonia pana prezydenta Dudy bardzo osłabiła Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który został zmuszony do przeprowadzenia „głębokiej rekonstrukcji rządu”. W jej następstwie dotychczasowa pani premier Beata szydło została odesłana na polityczną emeryturę, zaś jej stanowisko objął pan Mateusz Morawiecki – do niedawna Doradca Doskonały obozu zdrady i zaprzaństwa. Antoni Macierewicz zaś utracił stanowisko ministra obrony narodowej i został zdegradowany do prostego posła. Ta niełaska, wszystko jedno – wymuszona, czy nie – oznaczała, że Naczelnik Państwa postanowił położyć kres działalności Antoniego Macierewicza. „Póki gonił zające, póki kaczki znosił”, to mógł sobie robić, co tam chciał, ale kiedy Naczelnik Państwa zorientował się, że spodziewanych „kaczek” nie będzie, a on sam może zostać przez przebiegłego Antoniego Macierewicza uwiedziony za nos gdzieś, gdzie być może nie chciałby się znaleźć, w jednej chwili odjął mu – jak to się kiedyś mówiło – „posłuszeństwo gromady” i sprawę katastrofy smoleńskiej ujął w swoje ręce. Najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że paliwo smoleńskie już się dopala, a w tej sytuacji „dążenie do prawdy” będzie rajcowało coraz to mniejsze kręgi wyznawców. Trzeba było tedy całą operację rozhuśtywania jakoś zakończyć. Finał polegał na wybudowaniu na Placu Piłsudskiego w Warszawie dwóch pomników; jednego ku czci ofiar katastrofy, a drugiego – ku czci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ogłoszeniu „zwycięstwa” Kto odniósł to zwycięstwo, kiedy i nad kim – tajemnica to wielka. Tak czy owak tym mocnym akordem zakończyły się masowe miesięcznice, które teraz przekształcają się na uroczystości quasi-państwowe, bo biorą w nich udział dygnitarze – ale tylko z obozu „dobrej zmiany”, co obóz zdrady i zaprzaństwa zbywa wzgardliwym milczeniem, bo i on emocjonalnie rozhuśtuje obecnie swoich wyznawców „walką o praworządność” – jak to przykazała wiosną 2017 roku Nasza Złota Pani.

A o przyczynach katastrofy, jaka 10 kwietnia 2010 roku wydarzyła się w pobliżu lotniska Siewiernoje w Smoleńsku, wiemy tyle, co i przedtem, to znaczy – nic – chociaż w czasie ponad czteroletnich rządów obóz „dobrej zmiany” miał i nadal ma do dyspozycji możliwości i zasoby całego państwa.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    9 kwietnia 2020