- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

Łapówki, szaleństwo i „źli Polacy”. Kampania wyborcza w Izraelu dobiegła końca, wybory we wtorek

9 kwietnia obywatele Izraela wybiorą 120 deputowanych do Knesetu. Tegoroczna kampania przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi była emocjonująca i wykraczała poza granice azjatyckiego kraju.

Zgodnie z wynikami sondaży o zwycięstwo walczy nacjonalistyczno-konserwatywny Likud premiera Binjamina Netanjahu oraz centrowa koalicja Niebisko-Białych pod kierownictwem byłego szefa Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela Binjamina Ganca. Specyfiką izraelskiej polityki jest jednak istotny udział w życiu politycznym mniejszych ugrupowań i konieczność tworzenia rządów koalicyjnych. Próg wyborczy wynosi tam 2 proc.

Oficjalnym powodem skrócenia kadencji parlamentu było opuszczenie koalicji przez Nasz Dom Izrael Awigdora Liebermana. Nieoficjalnie zauważano, że dotychczasowy premier zdecydował się na wcześniejsze wybory, by wykonać krok do przodu. Ostatnie miesiące obfitowały bowiem w korupcyjne zarzuty pod adresem Netanjahu. Gdy jednak w grudniu Kneset postanawiał o rozpisaniu wcześniejszych wyborów, Likud był niekwestionowanym liderem sondaży. Dziś jest inaczej za sprawą ugrupowania politycznie niedoświadczonego wojskowego – Binjamina Ganca. Jego komitet w niektórych sondażach wyprzedza formację szefa rządu. Historia izraelskiej polityki pokazuje jednak, że nawet przegrywając wybory można uzyskać od prezydenta misję tworzenia rządu. Dlatego też potencjalne zwycięstwo Niebisko-Białych nie przesądza o politycznym losie Binjamina Netanjahu – informuje rmf24.pl.

Walka między premierem Netanjahu a generałem Gancem była podczas kampanii bardzo ostra i często nie dotyczyła kwestii programowych. Lider Niebisko-Białych zwracał uwagę na problemy z prawem szefa rządu. Z kolei Likud atakował zaangażowanego w politykę wojskowego przy pomocy oskarżeń o niestabilność psychiczną i szaleństwo – to pokłosie ujawnieniami w marcu nagranej rozmowy telefonicznej generała, który mówi, że gdyby Netanjahu miał możliwość zabicia go, to zrobiłby to. Zdaniem formacji obecnie rządzącej to dowód na problemy psychiczne przywódcy centrowej koalicji.

Kampania wyborcza w Izraelu wykroczyła także poza sam kraj. Za sprawą walki o elektorat nacjonalistyczny – a więc zainteresowany obroną tego, co określa on mianem „prawdy historycznej” – izraelscy politycy oskarżali Polskę i Polaków o udział w niemieckich zbrodniach popełnionych na Żydach podczas II wojny światowej. W trakcie amerykańskiej konferencji bliskowschodniej w Warszawie w połowie lutego premier Netanjahu miał powiedzieć w Muzeum POLIN, że „Polacy kolaborowali z nazistami” ale nie zna on nikogo „kto zostałby pozwany za takie stwierdzenie” (zdaniem „Haaretz”) lub „naród polski współpracował z reżimem nazistowskim, żeby zabijać Żydów w czasie Holokaustu” („Jerusalem Post”). Słowa oburzyły polskich polityków. Słowa zostały zdementowane przez ambasador Annę Azari oraz kancelarię premiera Netanjahu, jednak emocje podgrzał szef izraelskiego MSZ Israel Katz, którzy stwierdził, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. W końcu premier Morawiecki zdecydował o odwołaniu wizyty polskiej delegacji na szczycie grupy wyszehradzkiej w Tel-Awiwie.

Radykalizm przekazu dotyczącego historii może być istotny przy tworzeniu po wyborach koalicyjnego rządu. O głosy izraelskich wyborców walczy 5 ugrupowań prawicowych, dwa lewicowe, dwa ortodoksyjne i dwa arabskie. Formacje „które mogą liczyć na dostanie się do Knesetu, mogą liczyć na 4-8 mandatów. Przeważają potencjalni sojusznicy dla prawicowego Likudu, więc niewykluczony jest scenariusz z 2009 roku – nawet jeśli Niebiesko-Biali wygrają wybory, ostatecznie do Netanjahu może kolejny, już piąty raz, stanąć na czele izraelskiego rządu” – pisze na rmf24.pl Paweł Balinowski.

Źródło: rmf24.pl

MWł