Repetycja z Kosowa w Gruzji? – Stanisław Michalkiewicz

W 1959 roku weszła na ekrany kin znakomita komedia angielska „Mysz, która ryknęła”. Alpejskie księstewko Fenwick utrzymuje się z eksportu wina. Jednak perfidny kalifornijski winiarz zalewa świat podróbką tego trunku, co Fenwickowi grozi gospodarczą katastrofą. Interwencje u prezydenta USA nie dają żadnego rezultatu i wtedy doradca władającej Fenwickiem księżnej zwraca jej uwagę, że państwa, które przegrały z Ameryką wojnę: Niemcy i Japonia, znakomicie sobie radzą. Zatem – powiada – wypowiedzmy Ameryce wojnę, którą oczywiście przegramy, a wtedy Ameryka odbuduje naszą gospodarkę tak samo, jak niemiecką czy japońską. Rada przypadła księżnej do gustu i armia Fenwicku, składająca się z kilku łuczników, wyrusza na wynajętym kutrze za ocean. Akurat w Nowym Jorku trwają ćwiczenia obrony przeciwatomowej, co umożliwia „armii” Fenwicku przypadkowe dotarcie do laboratorium, w którym zwariowany profesor wraz ze swoją piękną asystentką właśnie wynalazł straszliwą bombę, mogącą wysadzić w powietrze cały kontynent. Nie namyślając się długo dowódca „armii” Fenwicku porywa profesora wraz z asystentką i bombą, która, nawiasem mówiąc, do złudzenia przypomina piłkę do rugby, na pokład kutra i pospiesznie. mimo atlantyckich sztormów, wraca do kraju. Wybucha sensacja; Fenwick staje się najsilniejszym mocarstwem, do którego przybywają dyplomaci, m.in. niezwykle podobny do Chruszczowa przedstawiciel „miłującego pokój Związku Radzieckiego”. Tymczasem księżna czyni doradcy gorzkie wyrzuty, że przecież Fenwick miał tę wojnę przegrać, a tymczasem okazuje się, że chyba ją wygrał. I rzeczywiście – wysłannik USA przyjmuje wszystkie warunki postawione przez księżnę. Ale to tylko pozór, bo jednocześnie CIA przygotowuje tajną operację, której celem jest odzyskanie bomby wraz z profesorem i asystentką. Operacja ta jednak kończy się fiaskiem w okolicznościach bardzo przypominających przyszłe nieudane odbijanie zakładników w Teheranie. Bomba pozostaje w Fenwicku, a tymczasem profesor, któremu życie w alpejskim księstwie bardzo się spodobało, odkrywa pomyłkę w obliczeniach, wskutek której bomba jest absolutnie nieszkodliwa. Ale to pozostaje najściślej strzeżoną tajemnicą księstwa, które w ten niezwykły sposób dołączyło do grona wielkich mocarstw.

Wspominam tamtą komedię, bo w kilku miejscach przypomina wydarzenia, które doprowadziły do obecnej wojny w Gruzji. Oto po rozpadzie Związku Sowieckiego prezydentem Gruzji został wybrany Zwiad Gamsahurdia, jak się wydaje, prawdziwy opozycjonista. Nietrudno się domyślić, że Rosja wolała mieć na tym stanowisku człowieka bardziej przewidywalnego, za jakiego uchodził były minister spraw zagranicznych ZSRR Edward Szewardnadze. On też został nowym prezydentem, zaś Zwiad Gamsahurdia, oskarżany o „dyktatorskie metody” (czyżby nie pozwalał kraść?) zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Aliści i Szewardnadze długo nie nacieszył się władzą. W jego cieniu wyrastał już Michał Saakaszwili, który w końcu go wygryzł, podobno przy pomocy „filantropa”, czyli Jerzego Sorosa, który sfinansował mu „rewolucję róż” w Tbilisi, podobnie jak w kilka lat później – „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Jak pamiętamy, „rewolucja róż” odbyła się w ten sposób, że podczas gdy jedna grupa mężczyzn w czarnych skórzanych marynarkach („trzech jest w cholewach i w mundurze, a Szmaciak, jako cywil – w skórze”) wyprowadzała z sali gruzińskiego parlamentu Edwarda Szewardnadze, druga, w takich samych marynarkach, „opanowała” stół prezydialny, efektownie rozbijając kilka butelek wody mineralnej „Borżomi” i wznosząc patetyczne okrzyki. Michał Saakaszwili został tedy prezydentem a już następnego dnia po przewrocie, samolotem z Londynu przybył Borys Abramowicz Bieriezowski, żeby sprawdzić, czy Gruzja nada się „filantropowi” na otarcie łez po utracie rosyjskich alimentów.

Zdaje się, że do czegoś tam się nadała, bo pod nowym kierownictwem Gruzja obrała zdecydowany kurs prozachodni, w czym prezydenta Saakaszwiliego utwierdzała Kondoliza. Tak się wskutek tego utwierdzania utwierdził, że nie skonfundowała go nawet oziębłość Niemiec, które najwyraźniej stoją na nieubłaganym gruncie strategicznego partnerstwa z Rosją, którego fundamentem jest m.in. respektowanie stref wpływów w Europie, wyznaczonych przez linię Ribbentrop-Mołotow, z niewielkimi odchyleniami w tę i ową stronę. Wreszcie, jakby nie zauważył precedensu Kosowa, gruziński prezydent, najwyraźniej inspirowany przez jakiegoś doradcę, niczym księżna Fenwicku, podjął kroki wojskowe przeciwko Osetii. Tego tylko trzeba było Rosji, żeby kosowski precedens wykorzystać również w Gruzji. Tymczasem Kondoliza groźnie kiwa palcem w bucie, że Rosja ma się wycofać i w ogóle, na co rosyjski minister Ławrow odpowiada, że „Saakaszwili musi odejść”. Najwyraźniej Rosja woli na stanowisku gruzińskiego prezydenta własnego agenta, czemu w końcu trudno się dziwić. Zaś w kwestii „słoń, a sprawa polska” to właśnie rozwiewają się mrzonki prometejskie, którymi najwyraźniej ekscytowali się jacyś marzyciele z Kancelarii Prezydenta. Mrzonki jednak, a w szczególności te prometejskie, najwyraźniej nie wytrzymują konfrontacji z realizmem strategicznego partnerstwa, którego ramy wyznacza linia Ribbentrop-Mołotow. Dobra była w 1939 roku – dobra jest najwyraźniej i teraz.


 Stanisław Michalkiewicz

Felieton  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  2008-08-19  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.
Skip to content