Diabeł z gitarą

Aktualizacja: 2017-11-22 11:48 am

Satanizm coraz powszechniej dziś uobecniający się w popkulturze Zachodu nie wziął się znikąd, nie spadł na świat niczym grom z jasnego nieba, na zasadzie deus ex machina. Przeciwnie – obserwowana od kilku lat wzmożona erupcja treści satanistycznych to owoc długiego procesu swoistej diabelskiej inkulturacji, czyli stopniowego a konsekwentnego nasączania zachodniej kultury piekielną doktryną, praktyką i liturgią. Jeżeli obecnie szokują nas artyści, którzy ucharakteryzowani na rozkładające się zwłoki piją na scenie krew, to nie zapominajmy, że przez pół wieku pieczołowicie drogę im przygotowywał i ścieżki niestrudzenie prostował Legion poprzedników, których piosenki nucimy dziś do snu dzieciom.

Rock dziełem szatana? Teza to nienowa i mocno już obśmiana przez „racjonalistów” niewierzących w istnienie złego ducha (a w tym gronie liczną rzeszę agentów Lucyfera zainteresowanego powszechnym przekonaniem o jego nieistnieniu, dopóki sam nie uzna za stosowne się objawić), niemniej jednak całkowicie uprawniona. Każdy bowiem, kto choćby powierzchownie „liznął” temat tak zwanej muzyki rozrywkowej, dostrzeże w całej historii tej dziedziny sztuki rozliczne akcenty piekielne, nawiązania do mrocznych kultów i pogańskich rytuałów, predylekcję do okultystycznych symboli czy ezoterycznej „wiedzy”, słowem: diabeł i ciemne sprawki jego do wyboru, do koloru (choć kolory w zasadzie dominują dwa: czerń i czerwień).

Już zresztą samo określenie „muzyka rozrywkowa” na kilometr trąci manipulacją. Czy ktoś nas tu aby nie robi w balona? Czyżby muzyka zrodzona przed pierwszą połową XX stulecia i w innych kręgach kulturowych niż pogranicze murzyńskiego folkloru z tradycją artystyczną Zachodu, do tego wykraczająca znacznie poza prymitywne ostinato czterech prostych akordów, nie była tworzona ku rozrywce słuchaczy? Czyżby cała europejska historia organizowania dźwięków w rozbudowane formy miała na celu ich dręczenie?

Ale zostawmy stylistyczne technikalia, bo sfera estetyki, aczkolwiek niezwykle ważna, nieodmiennie pozostaje wtórna wobec założeń filozoficznych. Te zaś wyraźnie cuchną siarką…

Na kiedy datuje się początek diabelskiej infiltracji muzyki zwanej rozrywkową? W poszukiwaniu odpowiedzi można by podążyć tropem częstego we współczesnych horrorach motywu pierwotnego zła przywleczonego gdzieś z głuchej dziczy do cywilizowanego świata, ale ta droga trąci nieco tandetą. Choć, z drugiej strony, nosi silne znamiona prawdopodobieństwa: współczesna muzyka rozrywkowa wyrasta wszak z ludowej twórczości czarnych niewolników – w pierwszym pokoleniu niejednokrotnie animistów czczących okrutne mzimu z najgłębszych czeluści piekła – ewangelizowanych niedbale, a na dodatek po heretycku, wskutek czego dawne zabobony nie pierzchły pod naporem sakramentów, lecz utaiły się, by w sprzyjających warunkach wychynąć na światło dzienne w formie atrakcyjnej propozycji artystycznej dla znudzonego własną kulturą zachodniego dekadenta.

Nie dajmy się jednak zwariować – powyższe uwagi nie znaczą, że wszyscy pomarszczeni Afroamerykanie zawodzący bluesy przy wtórze odrapanej gitary byli opętanymi sługami demona. Ich pobratymcy jednak na szeroką skalę wprowadzili do europejskiej muzyki instrument od zarania dziejów jak najskuteczniej wykorzystywany przez wszelkie mroczne liturgie, mianowicie: bęben. Muzyka europejska okiełznała bęben wiele stuleci temu, przeznaczając mu rolę marginalną, służebną wobec orkiestry – na dłużej ostał się jedynie na placu boju jako narzędzie podgrzewania bitewnego zapału. Bo podstawowym zadaniem bębna jest nic innego, jak wprowadzanie w trans. A trans to jeden z odmiennych stanów świadomości. A to już domena demona.

We współczesnej muzyce rozrywkowej bęben odgrywa rolę wiodącą. Dosłownie – zestaw perkusyjny i bas dostarczają każdej kompozycji z tej sfery kręgosłupa, na którym dopiero osnuwa się resztę aranżacji. W zasadzie do powstania dynamicznej piosenki rockowej wystarczy sekcja rytmiczna i głos – inne instrumenty ubogacają muzyczną fakturę, ale nie są niezbędne…

No dobrze – zniecierpliwi się ktoś – ale miało być o piekielnych inspiracjach rocka, a nie o budowie jego utworów. Słusznie, ale te dwie sfery ściśle się łączą. A wzbudzony rytmicznym łoskotem trans ułatwia transfer wszelkich treści do odrętwiałego serca, ogłupionego mózgu i uśpionej świadomości.

Aby jednak powrócić do głównego wątku, czyli poszukiwania daty diabelskiego przewrotu w muzyce, należy mocno podkreślić, że prawdziwa szatańska rewolucja i spisek mający na celu przejęcie władzy nad światem i całą ludzkością rozpoczęły się u samego zarania rodzaju ludzkiego, w ogrodzie Eden. Nie ma w tym żadnej taniej sensacji, tylko teologicznie potwierdzona prawda. Wąż starodawny, który się zwie diabeł i szatan zwodzący całą zamieszkałą ziemię (Ap 12, 9) zwiódł pierwszych rodziców, doprowadzając ich do upadku, którego skutki odczuwamy do dziś w postaci podatności na diabelskie łechtanie naszych słabych stron.

Dlatego nie potrzeba do tego żadnego ziemskiego spisku żadnych iluminatów czy innych tajnych stowarzyszeń kontrolujących świat współczesnej popkultury – wedle sugestywnych zapewnień nieprzeliczonej ilości niestrudzonych demaskatorów publikujących swe odkrycia w sieci. Książę Ciemności ma bezpośredni dostęp do duszy każdego człowieka i od nas samych wyłącznie zależy, czy pozwolimy, by Master of Puppets uczynił z nas swoje marionetki.

Choć, z drugiej strony, wspomniane powyżej gremia bezsprzecznie istnieją – diabeł bowiem jako wytrawny totalitarysta nie może się przecież oprzeć żądzy szeregowania swoich wyznawców, karcerowania swych ofiar.

Niewinne złego początki

Kiedy zatem rozpoczął się szatański marsz przez muzykę? W połowie XX stulecia, gdy Lucyfer wyczerpał możliwości trzech swych najwierniejszych żołnierzy: Włodzimierza Iljicza, Adolfa i Józefa Wissarionowicza, a Zachód wciąż trzymał się chrześcijańskiego dziedzictwa przodków. Wtedy sięgnął po „piątą kolumnę”…

Wielu odruchowo wręcz oponuje, słysząc, iż za zokultyzowanie muzyki młodzieżowej odpowiadają Beatlesi albo Elvis Presley. I nie tylko oni, ale z czasem coraz liczniejszy Legion artystów lat siedemdziesiątych. Jak to? – oburzają się. – A cóż złego jest w tak miłej pioseneczce jak Lucy in the Sky with Diamonds? Nic, z wyjątkiem tego, że akronim utworzony ze słów refrenu brzmi LSD, a poszczególne zwrotki opisują przyjemne stany, które możemy sobie wyobrazić. Wniosek: z LSD wszystko wyobrazisz sobie nieporównanie łatwiej i świat stanie się piękniejszy.

A jakież to złe treści może zawierać San Francisco Scotta McKenziego? Nawoływanie, by nosić kwiaty we włosach? Nie, wezwanie do epicentrum hippisowskiej zawieruchy, gdzie gromadzi się generacja mająca na wszystko nowe wyjaśnienie. Lud się poruszył, a cały kraj przenika dziwna wibracja – czy nie wygląda to na manifest? Jest rok 1967 – za kilka miesięcy zacznie się rewolucja…

A taki, na przykład, Hotel California „The Eagles”? Tu, co prawda, niepokojąco brzmią passusy o dźganiu bestii nożami czy konstatacja, iż jesteśmy tu więźniami pozostawionymi samym sobie i choćbyśmy się nie wiadomo ile razy wymeldowywali, i tak nie opuścimy tego miejsca, ale ogłupiony współczesnością słuchacz natychmiast uzna je za szczególną konwencję i nie będzie wnikał, że hotel o tytułowej nazwie został zakupiony w roku 1969 (data pada w tekście piosenki) przez Antona La Veya z przeznaczeniem na szatańską świątynię.

To tylko garstka przykładów, które można by mnożyć jeszcze długo, dodając również niewytłumaczalną inaczej słabość artystów rockowych do diabelskiej ikonografii, którą zdobili okładki swych płyt, czy deklaracje sympatii dla diabła, bądź to otwarte („Rolling Stones”), bądź zakamuflowane („King Crimson” – karmazynowy król – jedno z określeń Belzebuba), albo odniesienia do tradycji okultystycznej (Panie Crowley – śpiewał Ozzy Osbourne z „Black Sabbath” – co też działo się w pańskiej głowie?).

Nie warto jednak wchodzić w jawne wyrazy szatańskiego zauroczenia muzyków – lepiej poszukać tajnych współpracowników Imperium Zła. Tych, którzy najbardziej namącili w głowach młodzieży – właśnie poprzez działanie powolne, stopniowe, oswajające. Gdyby bowiem na początku lat sześćdziesiątych na Zachodzie pojawił się zespół pokroju dzisiejszego „Behemotha”, zostałby natychmiast powszechnie odrzucony przez młodą publiczność (nie wspominając nawet, że jego członkowie natychmiast znaleźliby się w więzieniu). Dlatego pojawili się „The Beatles” – grzeczni chłopcy w ładnych garniturkach, którzy jednakowoż jako pierwsi wypuścili balon próbny.

W marcu 1966 roku John Lennon ogłosił, iż chrześcijaństwo odejdzie, skurczy się i zniknie. To rzecz bezsporna. Dziś jesteśmy bardziej popularni od Jezusa. I natychmiast nastąpiło załamanie rozkręcającej się w najlepsze beatlemanii. Młodzież zaczęła wyrzucać ich płyty do śmietnika. Sytuację uratowało dopiero pokorne pokajanie się winowajcy…

O wielu ówczesnych muzykach rockowych mówi się, że zawarli osobisty pakt z diabłem. Trudno to zweryfikować, bo nikt takiego kontraktu nie widział (aczkolwiek Bob Dylan już po latach wyjąkał w jednym z wywiadów, że zawarł układ z – jak to ujął – szefem wszystkich szefów, aby mógł zostać tym, kim został), jednak poznacie ich po ich owocach (Mt 7, 20).

Plan Belzebuba jest prosty (i zawczasu zdemaskowany przez Pana Jezusa): dzieci powstaną przeciw rodzicom (Mk 13, 12). Muzyka młodzieżowa od samego swego zarania stanowi wyraz buntu nowego przeciw tradycyjnemu, młodych przeciw starszym. Więcej, jest tego buntu zarzewiem, narzędziem i owocem. A gdzie bunt choćby najsłabiej się tli, tam się demona spodziewajcie – Prometeusza odwiecznego. Jemu bowiem zawsze chodzi o rozbicie jedności, zwłaszcza jedności uświęconej przez Stwórcę – jedności rodziny.

Dlatego zaczął od ukradzenia rodzicom ich dzieci. Chodźcie matki i ojcowie całej ziemi – wołał Bob Dylan w songu The Times, They Are A‑Changin’i nie krytykujcie tego, czego nie umiecie zrozumieć. Wasi synowie i wasze córki są już poza zasięgiem waszej władzy. Wasz czas gwałtownie się kończy, więc zejdźcie z drogi, jeśli nie możecie pomóc – bo czasy się zmieniają. A nieporównanie mroczniejszy od niego Jim Morrison woła wprost: Father! Yes, son? I want to kill you. Mother! I want to fff… Dopiero później przyjdzie czas na Lennonowskie wyobrażanie sobie, że nie ma nieba (and no religion, too).

Książę Ciemności odpowiada za stworzenie nowej kategorii socjologicznej – młodzieży, rozumianej jako grupa całkowicie odrębna od pokolenia rodziców, oddzielona odeń barierą kulturową, nieczerpiąca z jego doświadczenia, a wręcz przeciwnie – przekonana o własnej wyższości nad „wapniakami”, pełna pretensji i roszczeń. Gwałtownie domagająca się wyzwolenia z „ucisku” rodziny, Kościoła, cywilizacji. Odpowiednio przygotowana do zbliżenia z Kozłem.

Jerzy Wolak

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2017-11-22)

 


 

Satanizm w posoborowym Kościele

Jako przykład pomieszania zmysłów posoborowych katolickich hierarchów i duchownych, służy promowanie zespołu o nazwie TM2,3 grającego opętaną satanistyczną muzykę. Tenże zespół otwierał… Światowe Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku.

 

 


 

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=98284 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]