Letarg strażników – Dietrich von Hildebrand

Aktualizacja: 2017-01-26 10:30 pm

Jedną z najbardziej przerażających chorób, które dziś szerzą się w Kościele, jest letarg strażników wiary. Nie mam tu na myśli owych biskupów – członków piątej kolumny, którzy niszczą Kościół od środka lub chcą go przekształcić w coś całkiem innego, co równa się zniszczeniu prawdziwego Kościoła. Mam na myśli o wiele liczniejszych biskupów, którzy nie mają takich intencji, a jednak – gdy idzie o interwencje przeciwko heretyckim teologom i księżom lub przeciwko bluźnierczemu de formowaniu kultur – nie czynią żadnego użytku ze swego autorytetu.

Albo zamykają oczy i próbują ignorować ciężkie niedomagania oraz obowiązek podejmowania interwencji, prowadząc strusią politykę. Albo też boją się, iż zaatakuje ich prasa oraz środki masowego przekazu i okrzyczy mianem ludzi reakcyjnych, małodusznych, średniowiecznych. Boją się bardziej ludzi niż Boga. Do nich odnoszą się słowa św. Jana Bosko: Potęga ludzi złych żywi się tchórzostwem dobrych. Oczywiście, letarg ludzi zajmujących pozycje autorytatywne jest szeroko zakorzenioną chorobą naszych czasów, także poza Kościołem.

Wykrywa się ją wśród rodziców, rektorów uniwersytetów, w college’ach i niezliczonych innych organizacjach, a także wśród sędziów, przywódców państw i innych. Ale fakt, że ta choroba wdarła się także do Kościoła, jest jednym ze strasznych objawów zastąpienia walki przeciwko duchowi świata pod hasłem aggiornamento – uległością wobec ducha czasów. Jeśli weźmie się pod uwagę letarg tak licznych biskupów i przełożonych zakonnych, którzy sami są jeszcze ortodoksyjni, ale nie mają odwagi interweniować przeciwko występującym w ich diecezjach i zakonach najjaskrawszym herezjom i wszelkiego rodzaju nadużyciom, nasuwa się myśl o najmicie, który pozostawia swą trzodę wilkom. Szczególnie oburzające jest, że niektórzy biskupi okazujący obojętność wobec heretyków, zajmu ją rygorystycznie autorytatywną postawę wobec wiernych, walczących o ortodoksję – czyniących to, co oni sami czynić powinni.

Miałem okazję przeczytać list, pochodzący z bardzo wysokiego szczebla, skierowany do pewnej grupy, która bohatersko opowiada się za prawdziwą wiarą, za czystą, niezafałszowaną nauką Kościoła i za papiestwem, a przeciwko heretykom. Grupa ta przezwyciężyła więc tchórzostwo ludzi dobrych, o którym mówił św. Jan Bosko i powinna być dla biskupów największą radością. Było tam napisane: jako dobrzy katolicy nie macie    żadnego innego zadania, jak posłuszne przestrzeganie wszelkich zarządzeń swego biskupa.

Takie pojmowanie roli dobrego katolika szczególnie zaskakuje w czasie, gdy ciągle podkreśla się dojrzałość współczesnego świeckiego. Jednak również ono jest całkiem błędne, gdyż to, co właściwe w czasach gdy w Kościele nie ma herezji, a co nie spotyka się z natychmiastowym potępieniem Rzymu, nie odnosi się do dane go przypadku i byłoby nieodpowiedzialne w czasach, w których herezje bezkarnie szerzą się w Kościele. A są nimi dotknięci także biskupi i nie są za to odwoływani. Czyż w czasach arianizmu, kiedy to większość biskupów była arianami, wierni, zamiast walczyć przeciwko herezji, powinni byli ograniczać się do grzecznego i posłusznego wypełniania zarządzeń biskupów? Czyż wierność prawdziwej nauce Kościoła nie jest rzeczą nadrzędną wobec posłuszeństwa biskupowi? Czyż nie jest właśnie rzeczą słuszną na gruncie posłuszeństwa wobec treści wiary przyjętych od urzędu nauczycielskiego Kościoła, gdy prawdziwi wierni zaczynają się bronić? Czy oczekuje się od wiernego, by nie zwracał uwagi, gdy w kazaniach głoszone będą rzeczy zupełnie nie do pogodzenia z nauczaniem Kościoła – podczas gdy pozwala się na działalność nauczycielską teologów, twierdzących, że Kościół musi zaakceptować pluralizm, albo że nie ma życia po śmierci; gdy zaprzecza się, iż promiskuityzm jest grzechem, ba, toleruje się nawet jawną niemoralność, co ujawnia żałosną miarę niezrozumienia dla pierwotnie chrześcijańskiej cnoty czystości?

Toleruje się gadanie heretyków – kapłanów i świeckich, w milczeniu ulega się zatruwaniu wiernych, ale ludziom niezłomnym, opowiadającym się za ortodoksją (a powinna ona radować serca biskupów, być ich pociechą, umocnieniem dla prze zwyciężenia ich własnego letargu), chce się zamknąć usta, traktuje się ich jak siewców niepokoju, a gdy w swej gorliwości stracą umiar lub pozwolą sobie na przesadę – karani są nawet suspensą. Ukazuje to również wyraźnie tchórzostwo, kryjące się za nie korzystaniem z posiadanego autorytetu. Ortodoksów nie trzeba się bać. Nie dysponują mediami, prasą, nie są przedstawicielami opinii publicznej. A z powodu swej uległości wobec kościelnych autorytetów bojownicy o ortodoksję nigdy nie będą aż tak agresywni, jak tak zwani postępowcy. Gdy się ich gani i każe, nie ryzykuje się tego, iż zostanie się zaatakowanym przez liberalną prasę i że będzie się okrzyczanym mianem reakcjonisty.

Niekorzystanie z ustanowionego przez Boga autorytetu jest praktycznie bodaj najpoważniejszym w skutkach błędem współczesnego Kościoła. Albowiem przez to choroby, otwarte herezje, a przede wszystkim podstępne pustoszenie winnicy Pana nie tylko nie zostaną powstrzymane, lecz pozwala się im przenikać zewsząd. Owo niekorzystanie ze świętego autorytetu dla obrony wiary prowadzi z konieczności do dezintegracji Kościoła.

Tutaj, jak w przypadku wszelkich niebezpieczeństw, ważne jest powiedzenie: principiis obsta (zasady stoją na przeszkodzie). Im dłużej daje się jakiemuś złu czas, by się rozwinęło, tym trud niej będzie je wykorzenić. Dotyczy to wychowania dzieci, życia państwowego i, w sposób szczególny, życia moralnego jednostki. Ale dotyczy to w całkiem nowy sposób interwencji autorytetu Kościoła wobec wiernych. Jak powiedział Platon: Zrozum, ganienie rzeczy niedających się naprawić i w których zabrnęło się daleko w błędy, nie jest przyjemne, jakkolwiek niekiedy konieczne.

Nie ma nic bardziej błędnego od wyobrażenia, iż należy pozwolić się wyszumieć i cierpliwie odczekać, aż wszystko samo się uspokoi. Może to być słuszne w odniesieniu do dzieci w okresie dojrzewania. Ale gdy idzie o bonum commune (dobro wspólne), jest rzeczą całkiem fałszywą. A tym bardziej, gdy idzie o bonum commune Kościoła świętego – o potępienie herezji, które w przeciwnym razie zatrują niezliczone dusze, o bluźnierstwa w kulcie. Tutaj przypowieść o zbożu i plewach nie ma zastosowania.

Dietrich von Hildebrand

Powyższy tekst stanowi początkowy rozdział książki „Spustoszona Winnica” Dietricha von Hildebranda, opublikowanej po raz pierwszy w 1973 roku. Publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa „Fronda”, które wydało to dzieło w Polsce w roku 2013.

Dietrich von Hildebrand,wielki teolog i pisarz katolicki, zmarł dokładnie czterdzieści lat temu – 26 stycznia 1977.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=93367 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]