Pójdziemy do lasku?

Aktualizacja: 2014-09-8 8:35 am

Słowicze dźwięki w mężczyzny głosie, a w sercu lisie zamiary” – przestrzega poeta. Cóż dopiero, gdy taki mężczyzna sypie złotem na prawo i lewo? W takiej sytuacji nawet najbardziej pryncypialne osoby zaczynają się wahać, aż wreszcie pękają wszystkie zapory, niczym w znanej w swoim czasie piosence, w której piękny młodzian namawiał panienkę na wypad do lasku. Panienka była jednak nieustępliwa, więc zrezygnowany młodzieniec wreszcie oznajmił jej, że na pamiątkę nawiązanej znajomości chciałby ofiarować jej pierścień z brylantami. Na takie dictum panienka wrzasnęła: „Panie, jak tutaj gorąco! Pójdziemy do lasku?” Więc kiedy podczas kampanii stręczenia tubylczemu narodowi traktatu akcesyjnego mądrzy i roztropni dawali do zrozumienia, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka, wielu zostało przekonanych do Anschlussu tym bardziej, że mówiąc franchement entre nous, ta cała niepodległość dla tzw. szarych ludzi, co to nie zostali zaliczeni, ani do starej, ani do nowej nomenklatury, nie wyglądała zachęcająco.

Byli jednakowoż skrupulaci, którzy demonstrowali obawy natury nie tyle merkantylnej, co duchowej – czy aby porażona bigoterią laickości Unia Europejska nie zacznie aby tresować nas na swój obraz i podobieństwo. Tych mądrzy i roztropni przekonywali na dwa sposoby. Po pierwsze – że owszem, Unia jest porażona bigoterią laickości, ale właśnie dlatego powinniśmy się do niej przyłączyć, żeby tę zlaicyzowaną Unię ewangelizować. Nie wszystkich to przekonywało, bo na przykład ja pytałem, dlaczegóż to nikt nie występuje z pomysłem, by gwoli skuteczniejszego ewangelizowania Europy Wschodniej, Polska powinna przyłączyć się do Wspólnoty Niepodległych Państw? Oczywiście takie pytania traktowane były wzgardliwym milczeniem, bo jużci – co tu odpowiedzieć, skoro gwoli ewangelizowania Unii musimy zgodzić się na Asnchluss, a gwoli ewangelizowania WNP – nie musimy?

Na wszelki jednak wypadek, by rozwiać wszystkie wątpliwości, mądrzy i roztropni zaklinali się na wszystkie świętości, że w sprawach światopoglądowych i obyczajowych państwa członkowskie mają zagwarantowaną suwerenność. Wprawdzie trudno było wskazać te spiżowe gwarancje, ale ponieważ mądrzy i roztropni deklarowali to z wielki przekonaniem, nie bardzo wypadało zaprzeczać. Żeby ugruntować to przekonanie wśród ludu, nawet tubylczy Trybunał Konstytucyjny solennie orzekł, że wprawdzie ustawodawstwo unijne ma pierwszeństwo przez tubylczym, jednak nie dotyczy to konstytucji, w której zapisane są spiżowe prawa – również w kwestiach światopoglądowych. Osobiście nie ufam już tubylczemu Trybunałowi Konstytucyjnemu od dnia, w którym uznał on uchwałę lustracyjną Sejmu za sprzeczną z konstytucją. I nawet nie chodzi mi już o sytuację, że uchwała ta nie była aktem prawnym w rozumieniu ustawy o TK, tylko poleceniem skierowanym do ministra spraw wewnętrznych, a w tej sytuacji Trybunał nie miał prawa w ogóle się nią zajmować – na co w votum separatum zwrócił uwagę sędzia Wojciech Łączkowski – ale przede wszystkim o to, że prof. Zoll odczytał uzasadnienie o objętości 30 stron maszynopisu zaledwie w półtorej godziny po zamknięciu przewodu sądowego. Przekonało mnie to, że cała ta rozprawa była jedynie skeczem, odegranym gwoli stworzenia pozorów przyzwoitości.

Okazało się, że ta nieufność wobec orzeczeń tubylczego TK jest uzasadniona również i z tego powodu, że jeszcze w roku 1964 Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu w sprawie Flaminio Costa vs. ENEL sformułował zasadę pierwszeństwa prawa unijnego nad prawem krajów członkowskich – bez względu na rangę ustawy. Orzeczenia ETS w Luksemburgu mają dla krajów członkowskich Unii rangę źródeł prawa, toteż nic dziwnego, że w przypadku ewidentnej sprzeczności tzw. europejskiego nakazu aresztowania z tubylczą konstytucją, została ona z inicjatywy prezydenta Lecha Kaczyńskiego zmieniona i odtąd można było dokonywać ekstradycji polskich obywateli zgodnie z regulacjami unijnymi. Zapewne z tego samego powodu pani sędzia Małgorzata Jungnikiel uczestnicząc z niżej podpisanym w sympozjonie na Uniwersytecie Warszawskim, poświęconym m.in. prawno-ustrojowym aspektom wejścia Polski do unii walutowej oświadczyła otwartym tekstem, że polskie sądy będą stosowały prawo unijne nawet w przypadku jego sprzeczności z polską konstytucją.

Dodatkowym uzasadnieniem takiego stanowiska jest tzw. zasada lojalnej współpracy, proklamowana w traktacie lizbońskim, ratyfikowanym przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 października 2009 r. Stanowi ona, że państwo członkowskie powinno powstrzymać się przed każdym działaniem, które m o g ł o b y z a g r o z i ć urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej. Ponieważ chodzi o cele Unii, to jest oczywiste, że ocena, czy jakieś działanie państwa członkowskiego mogłoby tym celom zagrozić, należy do władz UE – bez względu na zakres kompetencji przekazanych Unii przez państwa członkowskie. Wspominam o tym wszystkim po to, by pokazać, że te rzeczy były, a przynajmniej powinny być znane mądrym i roztropnym zarówno w roku 2003, kiedy odbywało się u nas referendum akcesyjne, jak i w roku 2009, kiedy to Umiłowani Przywódcy poskąpili narodowi prawa wypowiedzenia się w sprawie traktatu lizbońskiego w referendum. Mówiąc wprost – wygląda na to, że mądrzy i roztropni, deklamując o gwarancjach zachowania przez państwa członkowskie UE suwerenności w sprawach światopoglądowych i obyczajowych, najzwyczajniej w świecie mijali się prawdą.

Dlatego też teraz, kiedy nadający ton Unii Europejskiej socjaliści i komuniści postanowili przyspieszyć rewolucję komunistyczną, realizowaną według strategii zaproponowanej przez Antoniego Gramsciego, okazuje się, że żadnych gwarancji nie ma! Warto zwrócić uwagę, że strategia Gramscciego jest zasadniczo odmienna od znanej nam strategii bolszewickiej. W strategii bolszewickiej kładziono nacisk przede wszystkim na gwałtowną zmianę stosunków własnościowych, masowy terror i masowe duraczenie, nazywane inaczej „pieriekowką dusz”. W strategii Gramsciego masowe duraczenie wysuwa się na plan pierwszy i chociaż narzędzia terroru są stworzone, np. w postaci penalizowania „nienawiści”, to bez wyraźnej konieczności nikt z nich nie korzysta, m.in. dlatego, żeby przedwcześnie nie spłoszyć duraczonych. Ale chociaż strategia jest odmienna, to w każdym przypadku cel jest ten sam: wyhodowanie człowieka sowieckiego i zbudowanie mu państwa totalitarnego, jako naturalnego środowiska.

Dlatego też pani minister Joanna Kluzik Rostkowska, która pokazała, że dla dobrej posady zdolna jest do wszystkiego, na wieść, że oprócz lekarzy, również nauczyciele chcieliby odwołać się do klauzuli sumienia, oświadczyła, że szkoła publiczna powinna być „neutralna światopoglądowo”, a nauczyciel, który neutralności tej nie będzie przestrzegał – „łamie prawo”. Ale szkoła, podobnie jak i państwo, „neutralne światopoglądowo” być nie mogą. Państwo – bo musi ustanawiać prawa, a zatem – arbitralnie określać, jaka etyka obowiązuje na terenie publicznym. A ponieważ każda etyka zakotwiczona jest w konkretnym światopoglądzie, który dostarcza uzasadnienia dla jej norm i hierarchii tych norm, to państwo, ustanawiając konkretne rozwiązanie prawne i decydując tym samym, jaka etyka obowiązuje na terenie publicznym – siłą rzeczy preferuje światopogląd, który tę etykę uzasadnia – a więc nie jest „neutralne”.

Podobnie szkoła, której celem jest nie tylko nauczanie, ale i wychowanie ucznia, to znaczy – wpojenie mu konkretnego systemu wartości – „neutralna światopoglądowo” być nie może, bo każdy system wartości wypływa z konkretnego światopoglądu. W tej sytuacji „neutralność światopoglądowa”, zarówno w państwie, jak i w szkole jest tylko pseudonimem rugowania z terenu publicznego światopoglądu chrześcijańskiego na rzecz „laickości”, to znaczy – etyki sytuacyjnej, w której dobre jest to, co na danym etapie za dobre uzna partia. Mamy zatem do czynienia z walką o kształt cywilizacji, w której stawką jest to, czy uda się nam ocalić cywilizację łacińską, czy też to się nie uda, i na jej gruzach zatriumfuje komunizm. Sytuację pogarsza fakt, że pod wpływem podszeptów i propagandy mądrych i roztropnych, włożyliśmy w ręce wrogów łacińskiej cywilizacji narzędzia, dzięki którym dzisiaj doprowadzają nas oni do stanu bezbronności.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    miesięcznik „W naszej rodzinie”    8 września 2014

Tags: , , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=76459 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]