Ateiści zezują na dzieci – Maciej Eckardt

Aktualizacja: 2009-03-1 12:37 am

Sięgnąłem po najnowszą „biblię” ateistów i wolnomyślicieli – „Bóg urojony” autorstwa Richarda Dawkinsa, będącego bożyszczem ludzi wyzwolonych z wiary w Boga.

Książka należy ponoć do światowych bestsellerów i ma stanowić kulminację dotychczasowych wysiłków myślowych autora w ateistycznym postrzeganiu świata, ma też być doskonałym intelektualnym batem na umysłową ciasnotę ludzi wierzących i udowodnić, że wiara nie przystoi ludziom inteligentnym i wykształconym, gdyż, jak stwierdził autor – „ateistów, zwłaszcza wśród wykształconych elit, jest znacznie więcej, niż sobie na ogół wyobrażamy…”. Niby fakt, ale przecież „inteligencki” nie oznacza jeszcze „inteligentny”, o czym wielu – także i autor – zapomina.

Temat wolnomyślicielstwa i promocji ateizmu przeżywa w ostatnim czasie swój renesans. Nie kojarzy się już międzynarodówką komunistyczną i systemami „demokracji ludowej”, które z definicji zwalczały religię, ale z dobrotliwym sceptycyzmem, który ma pełne prawo do publicznego istnienia i kontestowania „urojonego Boga”, który jest niczym innym, jak złudzeniem i źródłem wszelkich nieszczęść, o czym na każdym kroku przekonują ateiści. Argumenty te nie są niczym nowym, a co najwyżej zyskują nowy, pijarowski wymiar. Wpisuje się w niego Dawkins, który przekonany o swojej wyjątkowości i intelektualnej predyscynacji, już we wstępie wali bez ogródek:

Dlaczego niemal na pewno nie ma Boga? Darwinowska teoria doboru naturalnego w znacznie mniej karkołomny sposób, a przy tym ze zniewalającą elegancją (i bardzo oszczędnymi srodkami) rozprawia się z iluzją „projektu”, wyjaśniając powstanie skomplikowanych organizmów bez uciekania się do pojęcia Stwórcy czy Projektanta. (…) Pisałem już wcześniej, że pragnę budzić w moich czytelnikach świadomość. Tak jest! Potęga takich intelektualnych narzędzi jak model doboru naturalnego, to drugi z czterech filarów, na których tę nową świadomość zamierzam wesprzeć.

I rzeczywiście, Dawnkins ugrzązł na dobre w teorii ewolucji i nijak poza nią w swych rozważaniach wyjść nie może. Nie od dziś wiadomo, że ateizm i wszelkiej maści wolnomyślicielstwo, bez praojca Darwina funkcjonować nie może. W tym kontekście rzeczywiście mamy nadzwyczajny dobór naturalnym na linii wolnomyśliciele-Darwin, a nawet dalszą udaną ewolucję, gdyż nie jest żadną tajemnicą, że darwinowska teoria dokonała wielu ewolucyjnych wcieleń, przeskakując na coraz to wyższe stopie ideologicznej drabiny. Jako projekt naukowy i podwalina współczesnego racjonalizmu ma się całkiem dobrze, podobnie zresztą jak wiele innych karkołomnych teorii, które hulają po świecie, z tą różnicą, że darwinowska należy do najbardziej pyskatych i promowanych.

Każdy kto myśli, że darwinowska teoria ewolucji jest wyłączną domeną ateistów i wolnomyślicieli tkwi w błędzie. Darwinowskie „ukąszenie” ma swoich wyznawców także po stronie katolickiej, a nawet u niektórych znanych hierarchów, którzy chcą widzieć w niej „coś więcej”, niż tylko dobór naturalny. Zdają się oni pomijać fakt, że „ewolucja”, to nie jest żaden dogmat, a jedynie „teoria”, która wciąż nie dostarczyła zasadniczego dowodu – z punktu widzenia ewolucji – na to, że forma niższa jest w stanie wygenerować z siebie formę wyższą, bardziej złożoną i skomplikowaną. Wciąż nie da się tego pogodzić z prawami logiki, mechaniki czy genetyki, które przecież z naukowego punktu widzenia opisują świat i jego konstrukcję.

Spór o teorię ewolucji nie jest niczym nowym. Ma on głębsze, zgoła nie wykopaliskowo-szkieletowe przyczyny. Zahacza bowiem o cały systemat, jaki za sprawą darwinizmu wyrósł na polu nauk przyrodniczych, filozoficznych, teologicznych i socjologicznych. Dotyka on antropologicznej i metafizycznej wizji człowieka, którą darwiniści sprowadzili do zwulgaryzowanej walki o przetrwanie, gdzie silniejszy pożera słabszego. Proste przeniesienie praw przyrody na życie społeczne, dzięki teorii Darwina, dało w konsekwencji asumpt do tego, co mogliśmy oglądać w „naukowej” podbudowie nazizmu i komunizmu. Oczywiście można się spierać, na ile komuniści i naziści wykoślawili myśl Darwina, ale nie zmienia to faktu, że nader chętnie nią się podpierali, a to walcząc z religią, czyli „opium dla ludu”, a to z rasami niższymi i podludźmi, co w praktyce – jakże posępnej – udowodniło darwinowskie prawo, że silniejszy eksterminuje słabszego.

Nie czynię z tego zarzutu współczesnym wolnomyślicielom, bo starannie i zapobiegliwie odżegnują się od nazistowsko-komunistycznych konotacji, niemniej pobrzękuje w ich pewności siebie coś, co jednak niepokoi. Każdy może zwalczać Pana Boga, bo ma wolną wolę. Może wytaczać przeciwko Niemu najcięższe oskarżenia, złorzeczyć Mu i wyśmiewać tych, dla których Bóg to… Bóg. On jest cierpliwy i wyrozumiały, także dla tych, którzy Go nienawidzą, starając się dowieść, że Go nie ma. On na nich poczeka i da ostatnią szansę, kiedy będą odchodzić z tego świata, bo ma sobie najpotężniejszy argument, zgoła nie intelektualnej i nie darwinowskiej natury – Miłość. Dlatego jestem dziwnie spokojny o pośmiertny los wielu zatwardziałych ateistów. Nie z takimi sobie Pan Bóg radził, kiedy nagle otwierało się przed takimi całe bogactwo tego, “czego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało”.

Z całej książki Dawkinsa w pamięć zapadły mi wcale nie zawarte tam intelektualne ciągi, zachwyty nad oczywistą oczywistością darwinizmu, czy quasi religijne rozważania – nie były one tak atrakcyjne i porywające, jak zachwalał je w swojej próżności sam Dawkins. Nie znalazłem tam też mocno reklamowanej erudycji i intelektualnej potęgi autora, a raczej sprytnie napisaną pro-agitkę, których kilka podobnych, w bardziej zwulgaryzowanej formie, funkcjonowało w dorobku periodycznym PRL-owskich stowarzyszeń wolnomyślicieli i ateistów. To, na co zwróciłem uwagę, to myśl rzucona wcale nie mimochodem przez Dawkinsa:

I wierzący, i niewierzący nieświadomie (ot, wyalienowane matoły – przyp. moje) przestrzegają na przykład zasady, jakoby religii należały się jakieś szczególne i nadzwyczajne szacunek i uprzejmość. Co więcej – i na to nigdy nie przestanę zwracać uwagi – panuje też milcząca zgoda na etykietowanie małych dzieci przekonaniami religijnymi rodziców. W tym punkcie ateiści powinni być bardzo wyczuleni i nigdy nie będzie dość „budzenia świadomości”. Religia to jedyna sfera, w której, na mocy powszechnej zgody, daliśmy rodzicom pełne prawo, by wtłaczali swoje przekonania dzieciom, te zaś są przecież o wiele za małe, by móc wyartykułować albo w ogóle jakiekolwiek własne poglądy. Pamiętajmy – nie ma chrześcijańskich dzieci, są tylko dzieci chrześcijańskich rodziców! Wbijajmy to wszystkim do głowy!

Deja vu? Owszem, dzieci nie od dziś są polem, na którym nie tylko pedofile starają się hulać w najlepsze. Postępowcy również. Świat poszedł jednak dalej, niż postuluje Dawkins. Dzisiaj już się nie „wbija to wszystkim do głowy” – jak chce autor, ale najzwyczajniej pozbawia praw rodzicielskich tych chrześcijańskich rodziców, którzy nie są kompatybilni z postępowo-homoseksualną optyką, która zainfekowała systemy prawne krajów cywilizacji chrześcijańskiej. Odbiera się dzisiaj wnuki dziadkom, którzy je wychowują i oddaje homoseksualistom do adopcji, bo to co nigdy nie było normą, za sprawą homoseksualnej propagandy nagle się nią stało. Dzieci stały się politycznym targetem, który wszelkimi sposobami należy wydostać spod władzy rodziców, bo państwo – koniecznie świeckie – wie znacznie lepiej, co dla dziecka jest dobre.

I jakoś mi się to nie chce pogodzić z teorią ewolucji, o której była tu mowa. Ot, weźmy takie małpy (ulubiony punkt odniesienia darwinistów) – kiedy jakikolwiek zwierz lub inny darwinista, zbliży się do ich młodych, to go w sposób naturalny rozszarpują i tłuką. Nie pozwalają, by jakiekolwiek, bardziej lub mniej postępowe zwierzę, ingerowało w ich naturalną rolę rodzica, gdyż ich przyrodzonym prawem i funkcją jest wychować młodego, dajmy na to goryla, na prawdziwego przedstawiciela swojego gatunku. Z przychówkiem homo sapiens, co postulują wolnomyśliciele, ma być inaczej – trzeba mu zakazać kontaktu z reakcyjnymi rodzicami, bo od tego tylko same nieszczęścia, wojny i zło na świcie. I rzec by się chciało – tu was mamy panie i panowie ateiści. Tu was boli. Ot, wyszło szydło z ateistycznego wora.


Maciej Eckardt

Za: eckardt.pl

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Tags:

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=7208 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]