Wspomniałem z czułością

Aktualizacja: 2013-08-23 9:57 am

Po obiedzie Tatuś zasłania okna mapą (z rolety krawaty). I liczy wydatki na podatki i składki, a jak liczy, to rzuca obelgi na władców matki. Czyli, że co do tych okien, to każdy kraj ma gestapo” – pisał w proroczym natchnieniu Konstanty Ildefons Gałczyński w poemacie „Tatuś”. Nawiasem mówiąc, poemat ten kończy się tragicznie, bo kiedy już „podział dóbr miał być zrobiony sprawiedliwie”, to niestety – „Tatuś ni stąd, ni zowąd zatruł się szprotkami w oliwie”. Przypomina to tragiczna historię pana Andrzeja Leppera, o którym ostatnio wspomniał pan Artur Balazs, podając w wątpliwość oficjalną wersję samobójstwa i dorzucając kilka charakterystycznych szczegółów. Ale niezależna prokuratura posłusznie przyjęła wersję samobójstwa, a skoro tak, to nawet gdyby Andrzej Lepper dzisiaj zmartwychwstał i opowiedział, jak było, to co najwyżej oskarżyłaby go o matactwo.

Tak to się mówi, że zabytki są ‘światowego dziedzictwa kulturowego’ – ale to nie są zabytki jakiegoś ‘multi-kulti’, tylko cywilizacji łacińskiej, która dzisiaj jest zaciekle i energicznie zwalczana przez Żydów i socjalistów, co niekiedy na jedno wychodzi.

Rzuca to snop jaskrawego światła na przyczyny niechęci bezpieczniaków do zmartwychwstania. Wyobraźmy sobie tylko, że wszystkie ofiary bezpieki zmartwychwstały i ruszyły zarówno na swoich prześladowców, jak i na ich potomstwo, drapujące się dzisiaj w kostiumy szermierzy demokracji i wolności. Nie tylko trzeba by na gwałt przerabiać zatwierdzoną wersję historii, ale jakoś przezwyciężyć kryzys przywództwa, wynikły z razobłaczenija stada autorytetów moralnych. I dopiero na tym tle lepiej rozumiemy słowa poety: „I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę, wolni od pragnień i wolni od burz, dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche, ktokolwiek jesteś pośród gwiezdnych głusz. Za to, że minąć dniom żywota dano, za to, że nigdy raz zmarli nie wstaną, a rzek gwałtownych nurt zmącony pianą, zawinie kiedyś w głąb wieczystą mórz”.

Ale na razie mniejsza z tym, bo wystarczy wytknąć nos za granicę, by się przekonać o słuszności spostrzeżenia, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Tak się złożyło, że od kilkunastu dni przebywam w Italii – tej samej, w której znalazła się żona hrabiego Tyszkiewicza z Waki, który w 1939 roku był przesłuchiwany przez oficera NKWD: „Nazwisko? Tyszkiewicz. – Otczestwo? – Władysławowicz. – A żona gdzie? – W Italii. – W Italii? A co tam robi? – Przebywa u cioci. – Nu, u cioci, a co ta ciocia? – Królowa Włoch.” Italia, wiadomo – słoneczna i w ogóle, „kraj gdzie cytryna dojrzewa, pomarańcz blask zielone złoci drzewa, gdzie wieńcem bluszcz ruiny dawne stroi, gdzie buja laur i cyprys cicho stoi” – a już specjalnie w Toskanii, gdzie dawne – no nie, nie „ruiny”, chociaż ruiny też są i to zakonserwowane nawet od XV wieku – więc nie tyle „ruiny”, co tak zwane „zabytki”, to znaczy bardzo stare miasteczka i miasta, w których pozostało mnóstwo pamiątek z przeszłości, niekiedy niezwykle wartościowych z punktu widzenia światowego dziedzictwa kulturowego. Tak to się mówi, że „światowego” – ale to nie są zabytki jakiegoś „multi-kulti”, tylko cywilizacji łacińskiej, która dzisiaj jest zaciekle i energicznie zwalczana przez Żydów i socjalistów, co niekiedy na jedno wychodzi.

Wprawdzie turyści, wśród których i ja się szwendam i z otwartą paszczą podziwiam, świadczyliby o żywotności tej cywilizacji, ale wśród tych tłumów nie mogłem oprzeć się bolesnemu wrażeniu, że to tylko Eloje, którzy podziwiają pomniki dawnej świetności, nie rozumiejąc już, kto i po co je wzniósł; jakie uczucia, jakie namiętności skłoniły na przykład błogosławioną Julię do zamurowania żywcem, w którym to stanie przeżyła bodajże aż 30 lat, rozdając odwiedzającym ją ludziom świeże kwiaty, które nie wiadomo skąd w zamurowanej celi brała. Ale mniejsza już o kwiaty, bo w tym samym kościele w miasteczku Certaldo Alto, w którym znajduje się oszklona trumna błogosławionej Julii, jest również grób Jana Bocaccia, czyli „Pyskacza” – bo prawdziwe nazwisko autora „Dekamerona” brzmiało zupełnie inaczej.

Miasteczko, ma się rozumieć, dumne jest nie z Julii, tylko a Bocaccia i w miejscowej osterii można zjeść nawet spaghetti o nazwie „Dekameron”, wpatrując się w kafelki, na których odtworzono opowiadanie o kucharzu, co to swojej Brunetcie podarował jedno upieczone udo żurawia, a potem wmawiał swemu panu, że żurawie mają tylko jedną nogę. Starsi i mądrzejsi jeszcze pozwalają Elojom wspominać takie anegdotki, ale jak nadejdzie etap surowości, to nawet Dekameron zostanie zakazany, bo czy o błogosławionej Julii ktokolwiek jeszcze dzisiaj wie – podobnie jak o świętych francuskich kobietach, które z miłości do Chrystusa skazywały się na dożywotni pobyt w samotnej celi? Kto wie, czy w mrokach podziemia nie powstaje nowa wersja „Złotej Legendy”, wysławiająca czyny pana redaktora Michnika i proroków mniejszych w rodzaju panów redaktorów: Jacka Żakowskiego i Tomasza Wołka? Takie między innymi nocne rodaków rozmowy wiedliśmy przy winie u państwa G., Polaków z Poznańskiego, którzy zaprosili nas na dobry wieczór do swojej toskańskiej posiadłości.

Ale żeby peregrynować po Toskanii, najpierw trzeba było wymienić pieniądze – i tu właśnie okazała się w pełnym świetle wyższość naszego nieszczęśliwego kraju nad słoneczną Italią. Nie mówię już o złodziejskim, 20 procentowym haraczu, nakładanym na wymieniającego, ale na biurokratycznych indagacjach, jakie towarzyszą wymianie pieniędzy. Na poczcie w Pistoi musiałem się nie tylko wylegitymować, przy czym moje „dane osobowe” zostały spisane zupełnie bez jakiejkolwiek gwarancji ich ochrony przed sycylijską mafią, ale nawet musiałem podać do protokołu miejsce urodzenia i kontaktowy telefon.

Od razu widać, że ten cały GIODO to tylko bezsilna atrapa, która nie tylko przed niczym nikogo nie chroni, ale w dodatku utrudnia międzyludzkie kontakty – na przykład między pieniaczami. To znaczy – nie wszystkimi – co to, to nie; taki na przykład pan poseł N. czy pan red. M. (nie będę szubrawców reklamował, jeszcze by tego brakowało!), zawsze skądciś znajdzie adres pozwanego i świadka, podczas gdy inni, którzy nie mają bezpieki na swoje usługi, mogą się bujać latami. I kiedy tak stałem („kiedy tak stoisz zajączku u stóp mistycznej drabiny…”) przed pocztowym okienkiem, wspomniałem z czułością nasz nieszczęśliwy kraj, który chociaż jęczy w cęgach reżymu bezpieki, przecież dopuszcza wymianę pieniędzy bez jakichkolwiek indagacji! Nie ulega wątpliwości, że nasi okupanci również i tu rozciągną ścisłą kontrolę – ale zanim padnie salwa, niechże humory nam dopisują!

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    23 sierpnia 2013

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=69963 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]