Tańcząca dobroczynność – Bp. Karol Niedziałkowski

Aktualizacja: 2013-01-7 9:15 pm

Przed nami kolejna edycja Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która wg pyszałkowatych zapewnień jej wodzireja „ma grać do końca świata, a nawet jeden dzień dłużej”, czyli wiecznie /?/, wszak wiadomo, że po końcu świata nastąpi koniec czasów. Jak tam z wiecznością tej kolejnej mutacji niedzielnego czynu społecznego będzie, to jeszcze zobaczymy. Zachęcam natomiast do lektury ciekawego eseju księdza Karola Niedziałkowskiego, biskupa łucko-żytomierskiego, napisanego ponad 100 lat temu. Esej ten napisany z punktu widzenia katolickiego, poświęcony jest prostowaniu błędnych opinii w zakresie nieporozumień dotyczących zagadnień dobroczynności. Mam nadzieję, że lektura tego eseju przyczyni się do lepszego zrozumienia różnic w naturze działań pretendujących do szczytnego miana dobroczynności.

(Materiał przygotował: Andrzej Paciej, prezes Oddziału Nowosądeckiego UPR)


 

Tańcząca dobroczynność – Bp. Karol Niedziałkowski

tanczca

Czasami spotykamy ludzi tak różnych od widzianych codziennie, że nie możemy zdać sobie sprawy z tego, na co patrzymy i mimowolnie ciśnie się do ust ludowe: odmieniec jakiś, Panie odpuść! Podobnie w życiu społecznym zdarzają się zjawiska tak niepodobne do wszystkiego, na cośmy od dziecka patrzyli, że się z nimi w żaden sposób pogodzić nie możemy, niby jakimś niepojęt6ym dziwotworem czyli jak mówiono dawniej, igrzyskiem natury. Tańcząca dobroczynność w oczach wielu do takich właśnie igrzysk należy; myśmy od ojców naszych, ci zaś od swoich, słyszeli o dobroczynności poświęcającej się, poważnej, płaczącej z płaczącymi, nigdy jednak o żadnych pląsach tej statecznej matrony nie myśleliśmy nawet. Ale oto zjawia się dobroczynność nowa jakaś – gra, śpiewa, maluje, nie dość tego, Tańczy, ba, chodzi po linie i koziołki wywija w powietrzu, a wszystko przez dobroć serca i poświęcenie dla cierpiącej ludzkości. Ludzie starego autoramentu kręcą na to głową i ruszają ramionami powtarzając: Najosobliwsza osobliwość!

Jużci kiedy dobroczynność, to musi być dobra, ale czemuż ona tańczy i chodzi po linie, czemu stroi się w sztuczne kwiaty, czemu mizdrzy się i śmieje? Jakoś to dziwnie wygląda, chcąc cierpiącego pocieszyć, będzie przed nim czy przy nim tańczyć mazura, zasypie go kwiatami, przeleci koło niego w zamaskowanym korowodzie trefnisiów, poliszynelów i przeróżnych błaznów. Nie trzeba jednak dziwić się: inne drzewo, inne też owoce rodzi. Myśmy wyrośli pod cieniem drzewa chrześcijańskiej miłości bliźniego, drzewa, którego korzeniem jest przykazanie: będziesz miłował bliźniego twego jako siebie samego – dla Boga i w Bogu. Do owoców z tych gałęzi i konarów przyzwyczajeni jesteśmy – a kto ich nie widział?

Ile razy byłem w Wiedniu, odwiedzał mnie stale w hotelu wysoki, w czarnym habicie braciszek Bonifratrów; ten co dnia go obchodził, zbierając jałmużnę – i szyderstwa: pierwsze oddawał na szpital przez jego zakon utrzymywany, drugie zatrzymywał dla siebie. Patrzyłem z szacunkiem na pokornego braciszka, praktykującego z poświęceniem miłości własnej chrześcijańską miłość bliźniego; z przyjemnością też śledziłem za przyjaznymi spojrzeniami, jakimi go przyjmowała i przeprowadzała znajoma mu służba. Ona także czciła dobroczynność chrześcijańską. W innym mieście bosi braciszkowie, w szarych świtach, zbierają okruchy ze stołów dostatnich dla nędzarzy, zbierają dziatwę sierocą, karmią ją i uczą – ci także po chrześcijańsku praktykują dobroczynność. Po cóż dalej wyliczać? Pobożne kobiety czuwające przy łożu chorego, litościwy człowiek wychowujący sierotę, uboga kobiecina, ucząca bezpłatnie pacierza i czytania biedne dzieci wiejskie, każdy, kto w imię Boga poda kawałek chleba głodnemu, szklankę wody spragnionemu, kto podniesie upadłego, oświeci wątpiącego, rozweseli smutnego – wszyscy oni spełniają dobroczynność chrześcijańską, a uczynki ich są owocami dojrzałymi na starym, znanym drzewie chrześcijańskiej miłości bliźniego. Obok tego drzewa zaczęły wyrastać inne, nie chcące zapuszczać korzeni w chrześcijańskim gruncie, mające jednak pretensje do przynoszenia dobrych, a nawet lepszych, niż chrześcijańskie, owoców.

Zjawiła się więc filantropia – znaczy to po grecku, „miłość człowieka”, więc niby to samo, a jednak nie to samo. Znajdujemy tu człowieka, ale nie widzimy bliźniego, ten drugi bowiem wyraz i pojęcie są całkiem chrześcijańskie, więc filozofia przeszłego wieku, jak wiadomo bezbożna i niechrześcijańska, wyrzuciła je, by uniknąć przypomnienia nawet chrześcijaństwa wzmianki o porządku nadprzyrodzonym. W naszych czasach obok filantropii zjawia się jeszcze a l t r u i z m ; nazwa ta, mająca także zastąpić chrześcijańską miłość bliźniego, pochodzi od łacińskiego wyrazu alter, drugi i ma być odpowiednikiem egoizmu (ego-ja). Ukuto ten a l t r u i z m w obozie bezwyznaniowym, a ma on oznaczać, że jak egoizm jest wrodzony człowiekowi, tak samo miłość drugich, altruizm jest także wrodzoną, że zatem nie jest wcale specjalną cnotą chrześcijańską i bynajmniej żadnym owocem nadprzyrodzonych darów łaski, lecz zwyczajnym owocem natury ludzkiej. Co prawda, nie widać tak bardzo tych owoców po stronie nie wierzących (niektórzy utrzymują nawet, że altruizmu nie ma tam ani na lekarstwo, a egoizmu więcej niż potrzeba) – no, ale wiadomo, że pisać łatwo, a gadać jeszcze łatwiej. Otóż z pojawieniem się tych nowych drzewek, nowe też zjawiły się owoce filantropii i altruizmu; patrzymy na nie, czytamy o nich – i dotąd do nich przyzwyczaić się nie możemy, bo naprawdę dziwnie trochę wyglądają. Oto np. w pewnym wielkim mieście po obydwu stronach ulicy ścisk i tłok – oczekują czegoś ludzie. Jakoż zjawiają się powozy ozdobione kwiatami; konie także w kwiatach – i na łbie i gdzieindziej. W niektórych powozach jadą panowie, w innych maski, jeszcze w innych opasłe figury, o garbatych nosach – w niektórych rozpierają się damy z niecałego świata. Powiadają, że śmiechu, szykan i drwin było tam tyle prawie, co pyłu i z pewnością więcej, niż kwiatów, a jednak był to jeden z owoców altruizmu i filantropii. Zdobiono swe konie i koła powozów kwiatami dla wspomożenia biedaków, nie mających całej koszuli na grzbiecie, a rozmaite figury rozłożone wygodnie w powozie, mówiły im, nie słowami wprawdzie, lecz językiem czynów: dajemy wam, tam do kasy, kilka groszy, ale jedziemy oto przed wami, żebyście wiedzieli, że mogliśmy dać 50 albo i sto razy tyle, gdybyśmy wam oddali tylko te kwiaty, które dziś jeszcze zwiędną. Ale nie damy – wiedzcie bowiem, że my bogaci, a wy hołota. Albo inny przykład z dziejów obecnej wiosny (1898r.) w Sycylii. Na całej wyspie panuje głód, (bo trzeba zauważyć, że zjednoczone Włochy zamiast wszystkich obiecywanych dobrodziejstw, dały swym mieszkańcom głód prawie ciągły i trochę papierowych pieniędzy). W jednym miasteczku zrozpaczeni biedacy rzucili się na sklepy piekarzy i magazyny zbożowe; oczywiście żołnierze rozpędzili ich, a gdy nie chcieli odejść, dali salwę jedną i drugą. Zabito 8 osób, a 12 raniono. W drugim miasteczku był podobny wypadek; znowu strzelano, kilkunastu skaleczono. Wtedy naczelnik, nie wiem już, powiatu, czy części prowincji, widząc, że źle, postanowił zawczasu złemu zaradzić, więc udał się do filantropii, czy może altruizmu, nie wiem, to tylko pewne, że nie do chrześcijańskiej miłości bliźniego, bo wszystkie chrześcijańskie cnoty skasowano w urzędowych Włoszech. Pewnej tedy nocy pałac pana naczelnika zajaśniał od światła; powozy zjeżdżały się jeden za drugim, wioząc ustrojonych panów i wyperfumowane damy, wreszcie stało się jak w balladzie Odyńca: „Na zamku kasztelana, brzmi muzyka dobrana”. Mieszkańcy głodni, chwiejący się na nogach, wychodzili na ulicę patrzeć, kto tak urąga ich boleści i weseli się głośno, gdy oni umierają. I widzieli przez oświetlone okna, jak w salach naczelnika krążyły postrojone pary w rozmaitych tańcach, pląsach i figurach. Oburzenie ogarnęło całe miasto, zbiegły się tłumy; rozpoczęły się wrzaski i demonstracje. Przestraszeni goście do karet chcieli uciekać, – tłum rzucił się na powozy, skończyło się na tym, że znowu karabinierowi zjednoczonego królestwa, dla większego dobra współobywateli, strzelali do nich – dość jednak nieszkodliwie, bo zabitych było tylko 6 i ranionych 17 (jeśli dobrze pamiętam). Ciemny bo ten lud, pomimo tyluletniej nad nim pracy masonów, nie rozumiał, czy nie chciał rozumieć, że ów bal był dzieckiem najprawdziwszej filantropii i i najczystszego altruizmu. Pan naczelnik prowincji wydał go właśnie na korzyść głodnych i umierających. Nic dziwnego, że te i tym podobne zjawiska dziwią ludzi, przyzwyczajonych do słuchania błogosławieństwa i podziękowania, przy świadczeniu dobrodziejstw starą, zacofaną, chrześcijańską metodą.

Przypatrzmy się jednak dobrze naturze miłości chrześcijańskiej i nowoczesnego altruizmu, a zrozumiemy wszystko dokładnie. Nie można zaprzeczyć, że niechrześcijanie mają po części rację, że w naturze ludzkiej leży miłość dla podobnych sobie. Jest ona tam w samej rzeczy, ale w taki sposób, w jaki płodność znajduje się w ziemi; grunt może być nawet bardzo urodzajny z natury swojej, ale jeśli go nie uprawić, nie wrzucić do niego ziarna, jeśli nań nie spadnie deszcz i nie ogrzeje słońce, to zamiast kłosów zboża, wyrośnie mnóstwo wszelakich chwastów i niepotrzebnego zielska. W sercu ludzkim leży zdolność do miłości swych braci, ale potrzebuje ona usilnej pracy, dobrego nasienia i innych warunków; bez tego rozrośnie się na tej niwie egoizm i wszelkie kiełkowanie altruizmu zagłuszy bez litości. Chrystus Pan doskonale o tym wiedział, to też roślinę miłości bliźniego zasadził na gruncie nadprzyrodzonym. Powiedział On, że miłość taka jest o b o w i ą z k i e m , pochodzącym z rozkazu Bożego: „będziesz miłował bliźniego twego, jako siebie samego”. Nakazał czynić mu dobrze, obiecując za to nagrody wieczne, a za zaniechanie dobroczynności, grożąc karami wiecznymi (Ob. Mat. Roz. XXV). Żeby zaś ten obowiązek lżejszym i milszym uczynić swoim uczniom, zapewnił ich, że cokolwiek uczynią jednemu z tych najmniejszych, Jemu samemu to czynią (Mat. XXV, 40). Nadto, jak co do każdej cnoty nadprzyrodzonej, zapewnił i daje nadprzyrodzoną swą pomoc i łaskę. Takim sposobem w chrześcijaństwie miłość bliźniego stała się odblaskiem miłości Bożej; jak słońce swymi promieniami oświeca księżyc, tak miłość Boga oświeca w oczach wierzącego każdego bliźniego, każdego „maluczkiego”. Rezultat tego taki, że im kto więcej miłuje Boga, tym silniej kocha bliźniego, a jakie owoce na takim drzewie rodzą się i dojrzewają, któż nie wie? „Miłość – powiada św. Paweł, cierpliwa jest, łaskawa jest; miłość nie zajrzy, złości nie wyrządza, nie nadyma się, nie jest czci pragnąca, nie szuka swego… wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko wytrwa” (1, Kor. 13). Wszystkie więc dobre uczynki pochodzące z miłości chrześcijańskiej, noszą na sobie cechę i pieczęć tej Boskiej cnoty. Człowiek zwyczajny nie pojmie, jakim sposobem ktoś „dobrze urodzony”, piękny, bogaty i szczęśliwy, może obcować z ubogimi nędzarzami, głupimi, strasznymi nieraz pod każdym względem, ale od czegoż jest łaska i miłość? One sprawują, że na widok nieszczęśliwego rodzi się w sercu patrzącego nań litość bezmierna, stosująca do niego słowa powiedziane przez poetę do Zbawiciela: „Ja ciebie kocham, boś był nieszczęśliwy. Bo przebolałeś to wszystko, co boli”. One sprawują, że uczymy się ograniczać własne potrzeby, owszem odmawiać nieraz nawet sobie rzeczy koniecznych, by ulżyć cierpiącym, że dajemy raz, drugi, dziesiąty, setny, dajemy przez całe życie, bo miłość jest źródłem obfitym i niewyczerpanym. Ona to wreszcie rodzi w praktyce dobrych uczynków przymiot nieoceniony – delikatność. O święta, szlachetna, wielka miłości chrześcijańska, szczęśliwy kto cię znał, widział i ocenić potrafił, bo jak powiada poeta, „świętym jest na ziemi, kto umiał zawrzeć przyjaźń ze Świętymi!”

Dlatego to chrześcijanin wierzący a miłujący, jeśli czyni komu dobrze, nie zdobi w kwiaty siebie, ani swego konia, nie jedzie rozłożony w powozie na gumach przed oczami tłumów, patrzących na owe dobrodziejstwo, ale daje prawicą tak, żeby lewica nic o tym nie wiedziała; nie zadowoli się „papierową dobroczynnością”, nie posyła przez oficjalistów i przez specjalne kancelarie, ale sam zetknie się z ubogim i cierpiącym i będzie z nim obcował, jak brat z bratem i łzy mu otrze ręką własną, nie zaś najętego umyślnie człowieka. Przede wszystkim zaś strzeże się wszelkiego upokorzenia tego, komu robi dobrze, najmniejszego zadraśnięcia, podrażnienia człowieka cierpiącego i nieszczęśliwego. Jestem najpewniejszy, że dobry chrześcijanin, wolałby całe życie piechotą chodzić, niż przed nędzarzami paradować w „kwiatowym pochodzie”, rzekomo dla dania mu kilku rubli; że wolałby na całe życie stracić władzę w nogach, niż tańczyć wobec braci umierających z głodu, niby dla ich poratowania. Taka nieludzkość, taka brutalność może się zrodzić tylko w sercu spoganionym, na które już nie pada ani jeden promyk chrześcijańskiego światła, do którego nie dostaje się ani jedna kropla Chrystusowej łaski. Biedni ludzie, oni chcieliby nawet robić dobrze, ale nie umieją – oni tylko praktykują filantropię i altruizm: jakie drzewa, takie owoce! Bo i jakież im pozostaje źródło, jaki zasób sił do dzieła tak trudnego, jakim bez zaprzeczenia jest dobroczynność? Pozostaje w najlepszym razie dobre serce, ale z praktyki wiadomo, że owo dobre serce w rzeczywistości nie jest znowu tak bardzo dobrem, jak się jemu samemu zdaje i często za dobrego i poczciwego człowieka uchodzi ktoś dla tego tylko, że nic złego nikomu nie zrobił, kiedy jednak trzeba było coś zrobić dobrze – dobre serce kurczyło się jak ślimak do swej skorupy. Nie jedno dobre serce uważa, że zrobiło niesłychany wysiłek, gdy na korzyść ubogich kupiło parę biletów na fantowej loterii i zyskało tylko drugie tyle, ile zapłaciło. Ostatecznie najlepsze serce, bez wyższej jakiejś zachęty, da raz, drugi, dziesiąty, ale przy pięćdziesiątym powie: „a dajcież mi święty pokój z tymi waszymi ubogimi, kiedy człowiek robi co można, a niemożna, to niemożna”. A tu nędza się wzmaga i nawet grozi porządkowi społecznemu, a tu rząd i stanowisko każą zająć się ubogimi, no i ten wzgląd, że po stronie katolickiej ciągle mówią o potrzebie miłości bliźniego, a nie tylko mówią, lecz ukazują uczynki, które były by także bardzo pożądane po stronie wolnej myśli i moralności niepodległej. Jak tu sobie poradzić? Powstają rzeczywiście do rozporządzenia tylko te środki przyrodzone; w niektórych państwach jak np. w Anglii nakładane są podatki dla biednych, to znowu gminy są zobowiązane utrzymywać swoich ubogich, a gdy to wszystko nie wystarcza, zwłaszcza w razach nadzwyczajnych i nagłych, altruizm czy, jeżeli kto woli, filantropia, zmuszona jest do urządzania rozmaitych zabaw i rozrywek, by przy tej sposobności cały dochód, albo też pewną część jego, oddać potrzebującym. Urządzają się więc zabawy, koncerty, wystawy, widowiska, bazary itp. na cele dobroczynne. Od razu widzimy olbrzymią różnicę między taka a chrześcijańska dobroczynnością; ta ostatnia czyni wszystko dla Boga i dla bliźniego, o sobie , przynajmniej w tym życiu, nie myśli, owszem siebie poświęca. Poświęca na zetknięcie się osobiste z nędzą, bólem, głupotą; o zabawie przy tej sposobności nie marzy nawet, rozgłosu, sławy, zadowolenia, próżności unika starannie. Dobroczynność świecka, czyli filantropia, przeciwnie ucieka się do egoizmu, podnieca go, schlebia człowiekowi, trąbi o jego piękności, zasługach, dobroci i cnotach dlatego tylko, żeby przy tej sposobności wyżebrać grosik dla ubogiego. Kiedy pierwsza podnosi człowieka moralnie nie tylko przez miłosierdzie względem bliźniego, ale także przez umartwianie się, przezwyciężanie i poświęcanie siebie, druga przeciwnie, jeśli nie poniża, to już w żadnym razie nie podnosi. Ona rozbawia człowieka, wyzyskuje jego egoizm chęć rozrywki, jako środek zdobycia jałmużny. Jest więc nędzną i poziomą w porównaniu do chrześcijańskiej. Nie dość tego; kiedy źródło słabo bije i strumień nie może być obfity, więc też biedna filantropia wysila się też na coraz nowe pomysły, coraz inne zabawy, bo gdy spowszednieją stare, nikt nie idzie i dochodu nie ma. Zdobywa w końcu z wielkim trudem kilka rubli i dzieli je miedzy potrzebujących, nikt nie powie, że robi źle, gdyż owszem jest to z pewnością rzecz dobra, ale jakaż jest to olbrzymia różnica między rozdzielaniem w kancelarii, albo odesłaniem przez oficjalną figurę wydzielonej każdemu kwoty, a ową ciepłą bratnią ręką, ściskającą gdzieś w podziemnej norze, lub na poddaszu rękę ubogiego, między wręczaniem za pokwitowaniem, a owym chrześcijańskim obcowaniem bogatszego i szczęśliwszego z upośledzonym i nieszczęśliwym. Zapewne i pomoc filantropijna ma swój dobry wpływ , ale niezmiernie mniejszy , od działalności chrześcijańskiej miłości. Wreszcie i to zauważyć trzeba, że dobroczynność tańcząca dla zebrania małego owocu potrzebują nakładu pracy, czasu i pieniędzy, który gdyby włożony został do dzieła chrześcijańskiego t.j. chrześcijańskich tylko pobudek przedsiębranego, wydałby rezultat pieniężny o 50 razy większy.

Opowiadano mi wiele ciekawych szczegółów o tym, ile kosztów musi ponieść uczestnik balu dla ubogich, płacący za bilet wejścia tylko rb. 5; toalety żony, córek, jego własna, powóz, bufet etc. etc., wynosi nieraz kilkaset rubli, z których ubodzy nie biorą nic, dla nich przeznaczone jest owe 5 rb., z których jeszcze odtrącić potrzeba rozmaite wydatki za urządzenie zabawy, albo widowiska. Dobrze jest jeszcze, że przy tej sposobności zarobią kupcy, dorożkarze, służba, kucharze, bo i oni żyć potrzebują, ale właściwi ubodzy zabiorą jakiś maleńki procencik sumy, wydanej dla dania im owych kilku groszy. Można więc śmiało powiedzieć, ze dobroczynność świecka jest machiną skomplikowaną, ciężką, potrzebującą ogromnego nakładu, dla wydania stosunkowo dość miernego rezultatu.

Tyle co do różnic, spostrzeganych okiem zmysłowym (choć dałoby się i więcej powiedzieć), ale jakaż różnica w stosunku do życia przyszłego! Kto w imię Boga poda spragnionemu choćby tylko szklankę wody, otrzyma swą nagrodę w wieczności; ale czy tańczący i bawiący się dla ubogich będą mogli rościć pretensje, by na ich utrefione i spocone w tańcu czoła włożył Bóg wieniec, należny kochającym i pracującym? Nie będą śmieli, a gdyby się ośmielili, dano by im odpowiedź „wzięliście zapłatę swoją”. Tańczyliście, jedliście lody, słuchaliście muzyki – to i dosyć.

Czyż dlatego mamy taka dobroczynność ganić i przeciwko niej powstawać? Bezwarunkowo i z pewnością nie, lecz tylko to co w niej może się znaleźć nagannego, należy zganić i wedle możności znieść, co dobrego zaś zachować, starając się przy tym podnieść i udoskonalić, co udoskonalonym być może. Bo trzeba przyznać, że nawet w tak praktykowanej dobroczynności jest niejedna dobra strona. Każdy bowiem choćby i niedołężny czyn przedsiębrany ku pożytkowi bliźniego, każda nawet w tym kierunku dobra chęć, godna jest pochwały , bo w rzeczy samej jest dobra. Najlepiej zapewne byłoby, gdyby wszystkie czyny, mowy i myśli ludzkie pochodziły z pobudek nadprzyrodzonych i takimi kierowane były prawami, wszakże i to, co jest dobrem w porządku tylko przyrodzonym na naganę nie zasługuje, owszem chyba przeciwnie. Więc jeżeli przy zabawie, widowisku jakim, ludzie, bawiąc się, złożą jakiś grosz dla ubogich i cierpiących, bardzo pięknie postąpią i warto by nawet, żeby przy każdej rozrywce i przyjemności, ludzie uczyli się w ten lub inny sposób pamiętać o takich, którzy bawić się i odpoczywać nie mogą. Za taką dobroczynnością przemawia to także, że może jednoczyć do jednego celu ludzi, którzy oprócz chęci pomożenia cierpiącemu nic wspólnego z sobą nie mają. Na wystawę, bazar, czy koncert w celu dobroczynnym mogą pójść i chodzą ludzie najrozmaitszych wiar, narodowości, przekonań: tak dobrze wierzący katolik, jak skończony ateusz, na którego prośba „dla miłości Boga” najmniejszego nie wywarłaby wrażenia.

Jeśli jednak dla tych, a może i innych jeszcze względów, można zgodzić się na zabawy, urządzane w celu dobroczynnym, byle skądinąd złymi nie były, to przecież nie ulega wątpliwości, że mimo chwalebnego celu, nie raz potrzeba je zganić i przeciwdziałać im, skoro obrażają moralność i zdrowy rozsądek. Więc np. wystawy obrazów i rzeźb, obrażających przyzwoitość, więc teatralne przedstawienia w stylu fars francuskich, ponieważ są złe same w sobie, to nie usprawiedliwi ich wcale cel, choćby najlepszy nawet, gdyż jak powiada teologia non sunt facjenda mala ut eveneant bona – nie można robić źle, by stąd dobre wynikało.

Powyższe i podobne do nich ujemne strony filantropijnej dobroczynności dają się jeszcze dość łatwo spostrzegać, jest jednak w niej groźne niebezpieczeństwo, o którym bodaj rzadko kto myśli, to mianowicie, że ludzie taką to tylko znając dobroczynność, mogą pomyśleć, że innej już nie ma i być nie może, mogą nabrać przekonania, że tańcząc i bawiąc się, mogą uczynić zadość wszystkim potrzebom nieszczęśliwych swych braci i swoim względem nich obowiązkom, mogą zapomnieć, że nie filantropia, ale chrześcijańska miłość bliźniego wiedzie człowieka do nieba i usprawiedliwia w dzień sądu. Owszem może dojść do tego nawet, że dobroczynność chrześcijańska może być uznawana za przestarzałą i miejsce jej być wyznaczone w domu obłąkanych, jak tego przykłady niedawno mieliśmy w głośnej ze swej dobroczynności Warszawie. Słowem niebezpieczeństwo nawet godziwej i dobrej skądinąd filantropii w tym leży, że może wyprzeć miłość bliźniego, odzwyczaić człowieka od pierwiastka nadprzyrodzonego, a w końcu sama zginąć i wyschnąć. Przeciwnicy bowiem przestarzałej chrześcijańskiej dobroczynności, niezmiernie podobni są do człowieka, który odrąbał od drzewa gałąź, na której siedział, a potem upadłszy jeszcze płakał i dziwował się. Ci panowie chcieliby chrześcijan umieścić w Tworkach, jednocześnie eksploatować na rzecz ubogich uczucie, które właśnie w chrześcijaństwie tylko czerpie swe siły. Gdyby przestarzała miłość chrześcijańska bliźniego naprawdę ustąpiła, zgasłaby i dobroczynność, jak to było i jest wszędzie w poganizmie. Otóż ponieważ człowiekowi łatwo przychodzi zapominać o nadprzyrodzonym swym końcu, a natomiast wybierać co łatwiejsze i wygodniejsze, więc nie przeszkadzając, albo nawet pomagając dobroczynności światowej, o ile jest godziwą, powinniśmy zawsze i wszędzie starać się o gruntowanie i rozszerzanie chrześcijańskiej miłości bliźniego, opartej na nadprzyrodzonej miłości Boga, bo tylko to, co się na tej niewzruszonej opoce opiera, nigdy nie zostanie obalone i co z tego bezbrzeżnego oceanu wypływa, nigdy płynąć nie przestanie – i do tego samego źródła wszechbytu i szczęśliwości przyprowadza.

Ksiądz Karol Niedziałkowski, biskup łucko-żytomierski

Z książki: „Snopek kąkolu”, Warszawa 1903,

Dodano: 2011-01-9 3:15 pm

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Za: Piotr Wenecki -- [Org. tytuł: « Tańcząca dobroczynność»]
    Tags: ,

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=30231 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]