Przyjęli Niemców jak wyzwolicieli

Aktualizacja: 2010-11-9 11:59 pm

Gdy Niemcy byli już w Łucku, członkowie sielrady dalej bali się do skrzyni zaglądać i dalej jej pilnowali. W końcu jeden z członków sielrady wziął siekierę, rozwalił kłódkę i otworzył skrzynię. Okazało się, że pilnowali listy na wywózkę, na której sami figurowali wraz ze wszystkimi innymi kułakami.

Adam Kownacki może o sobie powiedzieć, że jest Wołyniakiem z dziada pradziada. Jego przodkowie w łuckim powiecie żyli jeszcze w czasach przedrozbiorowych. On sam urodził się w 1925 r. w kolonii Mosty należącej do sołectwa Przebraże, a gminy Trościaniec. W miejscowości tej jego rodzice żyli od 1918 r., przeprowadzając się do niej z Wólki Kotowskiej. Prowadzili tu duże gospodarstwo rolne o powierzchni 25 hektarów, przyczyniając się do ucywilizowania Wołynia. Ziemię, którą uprawiali, musieli wcześniej wykarczować i zmeliorować. Obszar ten graniczył bowiem z Polesiem i był podmokły. Mosty były niewielka osadą. Sąsiadowały z innymi koloniami tworzącymi sołectwo Przeobraże. Były to : Wydranka, Zagajnik, Chołopiny, Jaźwiny i Przeobraże. Ich nazwa wynikała z dużej ilości mostów i mostków, przerzuconych przez strumienie i rowy melioracyjne. Nazwy innych kolonii też były związane ze specyfiką terenu. W Wydrance przy tamie pojawiały się wydry. W sumie sołectwo Przebraże liczyło około 2,5 tys. mieszkańców, w zdecydowanej większości Polaków. Na jego terenie mieszkały tylko pojedyncze ukraińskie, żydowskie i niemieckie rodziny. Okoliczne wsie otaczające Przebraże także miały podobny skład etniczny, tylko w samym Trościańcu dominowali Ukraińcy. Polacy przeważali w Rafałówce, Chmielówce, Konorówce i Dobrej.

Ślady wykarczowane

– Najbliżej położona mojej kolonii od strony południowej była ukraińska wieś Jezioro – mówi Adam Kownacki – Swoją nazwę zawdzięczała dużemu jezioru, nad którym leżała. Jej początki ginęły w pomroce dziejów. Miał tam być kiedyś ruski gród. Co ciekawe, zachowała się w niej pounicka cerkiewka, która po odzyskaniu przez katolików służyła jako kościółek filialny parafii w Zofiówce. Na niedziele przyjeżdżał do niej ksiądz, by odprawić Mszę św. Kolorytu okolicy dodawały też Wincentówka i Józefin, gdzie mieszkali Niemcy. Wszystkie wsie polskie różniły się od ukraińskich krzyżami rocznicowymi – wspomina Adam Kownacki. Jak powstawała jakaś miejscowość, to mieszkańcy w pierwszą rocznicę jej założenia stawiali okazały krzyż. W Mostach też był taki na solidnym cokole. Jak mi mówił jeden ze znajomych, tylko ten cokół pozostał po naszej kolonii do czasów współczesnych. Obecnie ponownie stanął na nim krzyż. Przypomina wszystkim, ze kiedyś znajdowała się tu osada, w której mieszkali ludzie. Wszystkie pozostałe ślady zostały całkowicie wykarczowane.

Dorastający Adam Kownacki zapamiętał też inne miejscowości, o które ocierał się jako chłopak. Jedną z nich była Zofiówka, odległa o 12 km osada, zwana nawet przemysłową. Mieściła się w niej parafia, do której należały Mosty.

Fundacja Radziwiłłów

– Kościół w niej z drzewa ufundowali Radziwiłłówie z linii ołyckiej, posiadający w okolicy liczne dobra – wspomina Adam Kownacki – Osada ta wzniesiona została na palach, wśród moczarów i wiosną, gdy śnieg stopniał stała jak gdyby w wodzie. Mieszkało tu dużo Żydów i funkcjonowało ponad 20 garbarni. W najbliższej okolicy Zofiówki wiele dróg, tak jak na całym wołyńskim Polesiu było wykładanych drewnem. Wraz z ojcem jeździliśmy też niekiedy do Kołek. Odbywały się w nich targi, na których w lecie sprzedawało się mnóstwo jagód, grzybów i orzechów, w które obfitowały okoliczne lasy. Mieszkańcy Kołek trudnili się wyrobem koszyków, służących do zbierania runa leśnego. Czytając różne książki dowiedziałem się, że Kozacy Chmielnickiego, wyrżnęli w Kołkach w 1649 r. tak duża liczbę Żydów, że z ich trupów ułożyli groblę. Kołki należały niegdyś do Sanguszków, później Radziwiłłów i Leszczyńskich, a na końcu do Kożuchowskich.

Młody Adam zapamiętał szczególnie placówki oświatowe, w których zaczął swoją edukację. W Przebrażu funkcjonowała tylko czteroklasowa szkoła podstawowa mieszcząca się w budynku prywatnym. Kto chciał ukończyć pełną siedmioklasową szkołę podstawową, ten musiał dreptać piechotą do Kiwerc lub jechać do tego miasteczka wąskotorówką. Nauczycielem, którego najbardziej zapamiętał Adam Kownacki był kierownik szkoły w Przebrażu Stanisław Bochniewicz, który razem z żoną Bronisławą uczył wszystkich przedmiotów. Wiele też zawdzięcza Władysławowi Lipskiemu, dyrektorowi szkoły w Trościańcu, w której w odróżnieniu od swych rówieśników  kontynuował naukę.

Legionista i piłsudczyk

– Był to legionista, piłsudczyk, wybitny pedagog, który potrafił przekazywać wiedzę i uczyć patriotyzmu – wspomina pan Adam – Do szkoły chodzili zarówno Polacy jak i Ukraińcy. Nie przypominam sobie, by w szkole dochodziło do jakichś waśni czy zatargów na tle narodowościowym czy religijnym. Ukraińcy uczyli się języka ukraińskiego. Ja także jako wolny słuchacz uczęszczałem na jego lekcje i dość dobrze go znałem, co później bardzo przydało mi się w życiu.  Pamiętam, że w szkole odbywały się lekcje religii. Do prawosławnych przychodził  pop z miejscowej parafii, a do katolików przyjeżdżał proboszcz z Zofiówki. Obaj księża żyli ze sobą w zgodzie i nawzajem się szanowali. Przed rozpoczęciem lekcji wszyscy odmawiali modlitwę, podobnie jak po ich zakończeniu. Współżycie między Polakami a Ukraińcami, o ile pamiętam także układało się dobrze. Nie było mowy o jakichś napadach, czy morderstwach. Nikt nie zamykał drzwi. Ludzie nie bali się sąsiadów. Jak czytałem „Mały dziennik”, czy „Rycerza Niepokalanej”, które prenumerowali rodzice i w których często opisywano różne straszne  rzeczy, to wierzyć się nie chciało, że coś takiego się gdzieś może zdarzyć. Owszem, o swoim istnieniu przypominali ukraińscy komuniści, którzy przy okazji np. 1 maja organizowali różne manifestacje, ale nie wywoływały one wielkiego echa. Komuniści z KPZU wyszli z podziemia dopiero po wkroczeniu na Wołyń Armii czerwonej. Choć im wojna była bliżej, aktywizowali się coraz bardziej. Pamiętam taką jedną demonstrację komunistów pod Siekiercami. Policja zastąpiła im drogę i wezwała do rozejścia. Ci nie tylko nie usłuchali, ale odpowiedzieli ogniem. Były ofiary śmiertelne. Całe to zdarzenie pamiętam dlatego tak dobrze, bo policja m.in. wyznaczyła mojego ojca, by dał podwodę do przewiezienia ofiar, które tam padły…”

Bombardowanie Kiwerc

Wybuch wojny we wrześniu 1939 r. zastał Adama Kownackiego w rodzinnej miejscowości. Z działań wojennych najbardziej zapamiętał bombardowanie węzła kolejowego w Kiwercach już po wkroczeniu Sowietów na polskie terytorium. Rano miejscowość bombardowali Niemcy, a po południu Sowieci. Ludność Kiwerc bardzo od tych ataków lotniczych ucierpiała. Oddziały sowieckie, które przemaszerowały przez Przebraże , kierując się na Łuck nie zrobiły na Adamie Kownackim wielkiego wrażenia.

– To było wojsko źle umundurowane i wyekwipowane – wspomina – Nie wyglądało imponująco. Gdzie mu było do polskich oddziałów. Pamiętam, że niespodziewanie jakieś dwa dni po przejściu Sowietów przez naszą kolonię przemaszerowała duża zwarta grupa Wojska Polskiego przebijająca się na Zachód w stronę Warszawy. Byli to najprawdopodobniej Kleeberczycy. Szli jak na defiladzie. Zatrzymali się krótko w naszej miejscowości, wystawiając posterunki od strony Kiwerc, które zaczęły się okopywać, tworząc ariergardę. W sadzie rodziców stanęła konna radiostacja, przy której kręciło się kilku oficerów. U jednego z nich ojciec rozpoznał szlify generała. Kto wie, może to właśnie był sam Kleeberg. Oglądali mapę i o czymś dyskutowali. Gdy konie odetchnęły, zaczęli zbierać się do dalszego marszu. Ojciec zapytał – gdzie idą? – Na Warszawę! – odpowiedział mu jeden z oficerów, dodając, że- Warszawa wciąż walczy!  Przeszli Przebraże i skierowali się na Trościaniec i Kołki. Tam była już zorganizowana sowiecka administracja i zaczęła działać złożona z ukraińskich komunistów milicja. Usiłowała ona zatrzymać marsz polskiego oddziału i zaczęły się walki. Ten jednak ostro parł do przodu nie dając się osaczyć Sowietom. Ci ściągnęli posiłki i chcieli go otoczyć. Pod Czwertnią odbyła się duża bitwa. Sowieci ściągnęli nawet lotnictwo, ale oddziałowi polskiemu udało się odeprzeć ataki i odskoczyć od przeciwnika. W odwecie Ukraińcy zaczęli mordować uchodźców polskich z zachodnich części kraju. Zabijali całe rodziny razem.

Bandy ukraińskich dezerterów

– W okolicy pojawiło się sporo band złożonych z ukraińskich dezerterów, którzy razem z bronią zdezerterowali z armii polskiej. Ich ofiarą padali przede wszystkim polscy żołnierze z Wołynia, którzy przemykali się do swych rodzin. Wielu z nich zostało przez Ukraińców zamordowanych. Sowieci to tolerowali, chcąc przy pomocy mordów na żołnierzach podsycić „walkę klasową” między Polakami a Ukraińcami. Rychło sytuacja została przez władze sowieckie opanowana i zaczęła się okupacja. Mój ojciec bardzo to przeżywał. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, chodził i płakał. Wciąż zadawał sobie pytanie- jak się to mogło stać? Był przekonany, że Polska jest na tyle silna, ze da skuteczny odpór każdemu wrogowi. Zdawał sobie też sprawę, że po bolszewikach niczego dobrego nie można się spodziewać. Ci od razu przystąpili do werbowania wśród Ukraińców informatorów, którzy bardzo często  denuncjując Polaków załatwiali własne porachunki. Wielu Polaków padło ofiarą ich donosów. Zostali osadzeniu w więzieniu w Łucku i zginęli podczas masakry, jaką NKWD przeprowadziło tuż przed wkroczenie do miasta Niemców. Znałem taką rodzinę Słodkowskich z Zagajnika, którą zadenuncjował pastuch ukraiński. Trzech członków tej rodziny zostało aresztowanych i osadzonych w więzieniu w Łucku tuż przed wybuchem wojny. Udało im się przeżyć masakrę, którą NKWD przeprowadziło w tym więzieniu i wrócić do domu. Inni całkiem niewinni ludzie nie mieli tego szczęścia. Ukraińscy komuniści i wszyscy , którzy zaczęli kolaborować z nową władzą byli przez nią premiowani. Otrzymywali różne stanowiska, oczywiście drobne, albo chociaż pracę.

Sowiecka Oferta

– Z tą bowiem były duże kłopoty. Sowieci tez nie mieli jej  wiele do zaoferowania. Mogli tylko zaproponować co najwyżej jakąś robotę w lesie przy wyrębie. Wprowadzając swój system władzy, władze radzieckie zaczęły ograniczać możliwości działania Kościoła katolickiego. Dla ludzi było to bardzo dokuczliwe, bo w związku z tragicznymi wydarzeniami i sowiecką okupacją zrobili się oni bardzo religijni. Księży co prawda nie aresztowali, ani świątyń nie zamykali, ale wprowadzali dokuczliwe rygory. Nasza parafia znajdowała się w Zofiówce odległej o 12 km. Za polskich czasów kapłan dojeżdżał do Jeziora, gdzie była drewniana kaplica i odprawiał w niej Mszę św. Sowieci jak przyszli, to zabronili księdzu przyjeżdżać do Jezior i zostaliśmy bez kapłana. Kto chciał uczestniczyć we Mszy św., ten musiał dreptać do Zofiówki. To zaś wiązało się z dużymi kontrolami sowieckich patroli po drodze, które różnie mogły się skończyć… Szkoła też od razu została zsowietyzowana, ale w Przebrażu  np. nie aresztowano nauczycieli i pozwolono im uczyć się w utworzonej w nim dziesięciolatce. Uczyli w niej także nauczyciele przywiezieni z ZSRR, ale naukę prowadzono w niej po polsku i uczono w niej także języka niemieckiego. Liznąłem go trochę, co mi się później w czasie okupacji niemieckiej bardzo przydało. Gorzej potoczyły się losy dyrektora Lipskiego z Trościańca. W szkole uczyć mu nie pozwolili. Otoczono go siatką szpicli, licząc, że jeżeli będzie chciał związać się z jakąś konspiracją, to przez niego do niej trafią. Usiłował on w Zagajniku uruchomić tajne nauczanie młodzieży, ale nic mu z tego nie wyszło. Za dużo było donosicieli i ludzie bali się posyłać swe dzieci na tajne komplety. NKWD bardzo go prześladowało. Często był aresztowany, wiązany drutem i kopniakami pędzony przez funkcjonariuszy przez całą wieś.

Tworzenie kołchozów

Jednym z  priorytetów przy zaprowadzaniu nowych porządków była dla władz sowieckich kolektywizacja Wołynia. Także w rejonie Przebraża starały się one tworzyć kołchozy.

– W naszym sołectwie na wstępowanie do nich nikt nie miał oczywiście najmniejszej ochoty – podkreśla Adama Kownacki – NKWD w Trościańcu wzywało więc opornych i starało się „namówić” do dobrowolnego wstąpienia do kołchozu. Ze względu na to, że nikt z własnej woli do kołchozu iść nie chciał, to wielu posiadaczy gospodarstw przez wiele dni siedziało w piwnicy placówki NKWD. Mój ojciec był jednym z nich. Jako posiadacz 25 hektarów od razu został uznany za kułaka. Władze sowieckie uznały, że jak uda im się go złamać , to inni pójdą jego śladem. Ojciec był jednak twardy i nie dał się zastraszyć, choć obiecywano mu, że za odmowę pojedzie na Sybir. Ostatecznie kołchoz na Przebrażu nie powstał, a naszej rodziny wraz z ojcem na „białe niedźwiedzie” nie wywieziono. Sowchoz powstał tylko na bazie okolicznych wsi niemieckich , których mieszkańcy na mocy porozumień niemiecko-sowieckich wyjechali do Niemiec, głównie na tereny okupowanej Polski, gdzie dostali odebrane Polakom gospodarstwa.

Lista deportacji

– Do sowchozu władze sowieckie przywiozły pracowników z głębi ZSRR i maszyny. Nie zdążył się on jednak rozwinąć do wybuchu wojny. Nie wiadomo, jak losy naszej rodziny ułożyłyby się, gdyby nie atak Niemiec hitlerowskich na ZSRR. Sowieci przystąpili bowiem do realizacji planowanych wywózek, w wyniku których zwarte skupisko polskie w rejonie Przebraża miały zniknąć. Nasza rodzina została np. umieszczona na liście do deportacji, która miała być przeprowadzona w lipcu 1941 r. Ojciec dowiedział się o tym już po wybuchu wojny. W siedzibie sielrady w Rafałówce, do której została przypisana nasza kolonia, była drewniana skrzynia obita blachą. Zawsze któryś z członków sielrady pełnił przy niej dyżur. Gdy Niemcy byli już w Łucku, członkowie sielrady dalej bali się do niej zaglądać i dalej jej pilnowali. W końcu jeden z członków sielrady wziął siekierę, rozwalił kłódkę i otworzył skrzynię. Okazało się, że pilnowali listy na wywózkę, na której sami figurowali wraz ze wszystkimi innymi kułakami. Nie ma się więc co dziwić, że zdecydowana większość mieszkańców Przebraża, w tym moja rodzina, przyjęli wkraczających na Wołyń Niemców jak wyzwolicieli.

Marek A. Koprowski

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=28274 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]