- Bibula – pismo niezalezne - http://www.bibula.com -

Dla jednych – sondażowy blef, dla innych – oczekiwana prawda

Obszerny artykuł opisujący przebieg badań sondazowych, wyjaśniający wątpliwości i odnoszący się do polemik. Mocno polecany uczestnikom pierwszej próby sondażowej, a szczególnie zgłaszającym się nowym ankieterom

W komunikacie ogłoszonym 28 kwietnia w Radiu Maryja, zamieszczonym na stronie internetowej polskie-wici.pl, a także przesłanym do agencji PAP i do redakcji Naszego Dziennika, podałem do publicznej wiadomości wyniki badania opinii publicznej uzyskane w ramach koordynowanej przeze mnie społecznej inicjatywy sondażowej. Wyniki te zostały zlekceważone przez główne media, mimo że zwykle bardzo pasjonują się one liczbami i słupkami prezentowanymi przez różnorodne ośrodki sondażowe. Jeśli już zamieszczono wzmiankę o tych wynikach, to zwykle w kpiarskim tonie i z konkluzją, że nie ma o czym mówić.

Jednak jest o czym mówić! Powiem więcej – niedługo będziemy wszyscy zmuszeni, by o tym mówić – sprawa jest poważna i na nic nie zda się jej ośmieszanie.

Na kilku forach internetowych doszło do ostrych polemik, w których głosy wyrażające ulgę, że wreszcie ktoś ujawnił prawdę, zostały zdominowane przez sceptycyzm i niewiarę w rzetelność społecznych badań, a jeszcze częściej przez głosy wykpiwające wyniki, metodologię, a najczęściej drwiące ze mnie. Mam dość dobrze ugruntowaną ocenę własnej wartości i nie jestem szczególnie wrażliwy na wynurzenia ujawniające frustrację mądrali internetowych, najczęściej zachłystujących się wolnością słowa i odwagą płynącą z anonimowości. Znalazła się jednak w tym chaosie komentarzy jedna rzecz bardzo pozytywna. Mianowicie, wielu komentatorów zaczęło zadawać konkretne i całkiem uprawnione pytania: Jak ten sondaż robiono? Czy dobrano reprezentatywną próbkę? Czy poprawnie zastosowano metody statystyczne? Czy fizyk może się takimi sprawami zajmować? I wreszcie, kto to w ogóle jest ten Rafał Broda?

Nagle, z wątpliwości, lub z niewiary w wyniki, obudziła się w wielu ludziach potrzeba poznania szczegółów badań; potrzeba, której dotychczas w ogóle nie odczuwali, naiwnie wierząc, że nad prawdą profesjonalnych ośrodków sondażowych czuwają specjaliści, którzy wiedzą, co robią i nie pozwoliliby sobie na błędy. To przebudzenie, mam nadzieję, nie ograniczy się wyłącznie do naszego sondażu, ale dzisiaj z wielką chęcią wypełnię swoja powinność, udzielając pełnych wyjaśnień wątpiącym.

Najpierw jednak kilka słów o sobie, bo wyrafinowane epitety w rodzaju “radiomaryjny profesor”, “wykładowca w Rydzykowej szkole”, czy “z wykształcenia fizyk-publicysta związany ze środowiskiem Naszego Dziennika”..etc., dalece nie wyczerpują mojej charakterystyki, czy zawodowego życiorysu. Jestem fizykiem, rocznik 1944, absolwentem UJ (1966), zajmującym się już przez prawie 45 lat czysto poznawczymi, doświadczalnymi badaniami struktury jąder atomowych. Doktorat -1971, habilitacja-1981, tytuł profesora 1991. Pracuję od początku w Instytucie Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie, który nie jest związany z uczelnią, a jest instytutem naukowo badawczym. Niezręcznie jest mówić o swoim dorobku naukowym i łatwiej polecić pozyskanie informacji o mnie u pierwszego z brzegu polskiego fizyka jądrowego. Jeśli to nie wystarczy to proszę zasięgnąć takiej opinii w dowolnym światowym ośrodku, w którym są fizycy zajmujący się badaniem struktury jąder atomowych. Dla celu tej prezentacji wystarczy, gdy wyznam, że zarówno dorobek naukowy, jak i wiek, skłaniają mnie do wielkiej ostrożności, by nie autoryzować swoim nazwiskiem jakiekolwiek wątpliwego twierdzenia, czy wyników badań. Dlatego mogę potwierdzić, że podając publicznie wyniki przeprowadzonych badań sondażowych, które zasadniczo kwestionują ważność wyników prezentowanych w mediach przez ośrodki sondażowe, miałem pełną świadomość tego, co firmuję własnym nazwiskiem.

Pozostaje jeszcze wyjaśnić to, co szczególnie “wnikliwi” krytycy określają jako “radiomaryjność”. Gdyby na podstawie jednego tylko wykładu, o dziwo, właśnie na temat manipulacji sondażami, który wygłosiłem na sympozjum organizowanym w WSKSiM w Toruniu, można było zyskać zaszczytną kwalifikację “wykładowcy szkoły Rydzyka”, to mógłbym wypisać imponującą listę uniwersytetów, szkół wyższych i ośrodków naukowych w Polsce i w świecie, w których mam zaszczyt być wykładowcą. Z Radiem Maryja jestem związany od bardzo dawna, po wielekroć tam występowałem i w miarę możliwości zabieram głos na jego antenie na temat spraw publicznych, które nie mogą pozostać wyłącznie domeną komentatorów wyselekcjonowanych przez dysponentów większości mediów w Polsce. Radio Maryja otworzyło niezwykle ważny fragment przestrzeni publicznej, który bez istnienia tego ośrodka byłby całkowicie nieobecny, a jest nie tylko ważnym fragmentem tej sfery, ale jest, jak sądzę, dla przetrwania Polski najważniejszą jej częścią. Uważam, że każdy Polak powinien interesować się sprawami publicznymi i w miarę możliwości w nich uczestniczyć. Bez Radia Maryja wiele osób takich jak ja byłoby pozbawionych możliwości uczestnictwa. Hałaśliwe ataki na Radio Maryja niewiele mówią o Radiu, natomiast bardzo wiele mówią o ich autorach i wykonawcach. W jednym z moich tekstów p.t. “Kim są moherowe berety?” [Nasz Dziennik, 16.06.2009], podsumowującym analizę osobowego składu aktywnych słuchaczy Radia Maryja, ujawnił się obraz kompletnie nie przystający do tego, który przez długie lata tworzono w monopolistycznych mediach. Nie mam wątpliwości, że Rodzina Radia Maryja to jest moje środowisko o wiele bardziej, niż to, w którym pół-idioci i ich wykształceni sprzymierzeńcy, powtarzają bez końca wszczepione im robocze hasła typu – “maybach”, czy pod innym adresem – “borubar”, a być może od teraz też pod moim adresem -“radiomaryjny profesor”.

Spróbuję wyjaśnić, dlaczego fizyk zajmuje się sprawą, która powinna być domeną socjologów.

Od bardzo dawna zwracałem uwagę na wątpliwą wartość wyników sondażowych i ich manipulacyjny charakter, a pierwszy artykuł na ten temat [Arcana 3 (9) 1996] napisałem jeszcze zanim R.Dyoniziak wydał znaną dość szeroko i niezłą, choć rzadko przytaczaną, książkę na ten temat [„Sondaże, a manipulowanie społeczeństwem”, wyd. TAiWPN Universitas, Kraków 1997]. W kolejnych latach z narastającym niesmakiem przyglądałem się eksplozyjnie rozwijającej się manii sondażowej, która w polskim wariancie przybrała szczególnie karykaturalną postać. To wszystko się bezkarnie działo, socjologowie uczelniani milczeli, a socjologowie medialni zachłystywali się wirtualnymi liczbami, stwarzając pozory naukowości, a z drugiej strony ujawniając bez zażenowania swoje poglądy i zaangażowanie polityczno-ideologiczne, które nie pozostawiają żadnego miejsca na krytyczną ocenę bezstronności badań.

Dla fizyka interesującego się tymi sprawami i świadomego niezwykłej szkodliwości zjawiska, obserwacja takiej praktyki jest nie do zniesienia. Niefrasobliwe żonglowanie całkiem niepewnymi liczbami, a nawet używanie ich jako przesłanek w argumentacji niosącej zabójcze skutki polityczne, to nadużycie, któremu żaden naukowiec nie powinien się beztrosko przyglądać, a tym bardziej w nim uczestniczyć. Z drugiej strony zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że żadne argumenty nie przekonają tych, którzy uprawiają taki proceder – dla jednych to duże pieniądze, dla drugich wyjątkowe korzyści polityczne. Jedyną drogą do zmiany tego stanu rzeczy mogło być praktyczne sprawdzenie wyników, tzn. przeprowadzenie własnych i możliwie rzetelnych badań – oczywiście z pełną gotowością do przyjęcia takiej prawdy, jaką ujawni uczciwy proces badawczy.

Cała strona techniczna i zastosowanie praw statystyki nie przedstawiają żadnych trudności dla przeciętnego fizyka. Również nietrudne jest takie zdyscyplinowanie postępowania, by wykluczyć własny subiektywizm. Dwa elementy są jednak mniej trywialne i bardzo istotne. Pierwszy jest stosunkowo łatwy do pokonania i polega na takim sformułowaniu pytań ankiety, by wykluczyć ich wpływ na wybory dokonywane przez badaną osobę. Drugi, po stokroć trudniejszy i decydujący o rzetelności wyniku, to wybór reprezentatywnej próbki, tzn. uzyskanie odpowiedzi od odpowiednio licznej grupy respondentów, którzy odzwierciedlają średni rozkład opinii w polskim społeczeństwie. Tutaj natrafia się na główną trudność i ona w gruncie rzeczy powstrzymuje przed podejmowaniem takich badań. Problem dotarcia do reprezentatywnej próbki jest zapewne najważniejszą przyczyną deformacji wyników uzyskiwanych przez profesjonalne ośrodki sondażowe. Powrócę do tego w dalszej części artykułu.

Dlaczego, mimo takich trudności, podjąłem inicjatywę badań opinii publicznej?

Stało się to w wyniku niezwykłego splotu okoliczności, które podsumowałem we wcześniej wspomnianym artykule: “Kim są moherowe berety?”. Sekwencja wydarzeń była następująca: W marcu 2009 ogłosiliśmy wraz z kpt. Z.Sulatyckim ostro sformułowany list do najwyższych władz RP, potępiający szkodliwe działania i zaniedbania rządu. Lawina zgłoszeń od osób pragnących podpisać ten list rozpoczęła długotrwałą akcję zbierania podpisów, których w sumie zebrano ponad 35 tysięcy. Informacje przekazywane nam przez większość podpisujących umożliwiły wykonanie szczegółowej analizy składu osobowego sygnatariuszy. Okazało się skład ten obejmuje równomiernie całą Polskę, wszystkie środowiska społeczne, choć ze znaczną przewagą ludzi wykształconych i mieszkańców dużych miast; ta przewaga zapewne wynikała z udziału w akcji ludzi bardziej aktywnych.

Napływały do mnie liczne sugestie, by tę nadzwyczajną mobilizację sygnatariuszy przekuć w utworzenie jakiegoś ruchu społecznego, który pomógłby uzdrowić sytuację Polski. Moje własne wcześniejsze doświadczenia i rozczarowania związane z takimi inicjatywami nie skłaniały do takiego zaangażowania Zamiast tego, zaświtała mi myśl, że być może uda się wykorzystać ten potencjał ludzi dobrej woli do uruchomienia niezależnej inicjatywy badania opinii publicznej.

Istota pomysłu polegała na próbie zorganizowania możliwie licznej grupy ankieterów, którzy w swoich miejscach zamieszkania podejmą się uzyskania odpowiedzi na pytania przekazanej im ankiety od losowo wybranych respondentów. Potencjalnym ankieterom zakreślono warunki, na jakich przyjęte będzie ich uczestnictwo w akcji. Chodziło o zobowiązanie się do wspólnego i uczciwego poszukiwania prawdy o opiniach Polaków, przez rygorystyczne przyjęcie zasad umożliwiających dotarcie do reprezentatywnej próbki badanych. Wykluczono badanie najbliższego otoczenia, rodziny, czy grona znajomych, których poglądy ankieter zna, a także zorganizowanych środowisk, które mogą faworyzować jakąkolwiek grupę poglądów. Zalecane było skłanianie badanych do samodzielnego wypełniania ankiety i takie zbieranie wypełnionych formularzy, by maksymalnie zapewnić badanemu komfort anonimowości. Ankieterzy musieli także podać pełną identyfikację swojej osoby i umieć posługiwać się internetem, by zapewnić możliwość szybkiego kontaktu. Pomysł przedstawiłem w Radiu Maryja, bo oczywiście nie ma żadnego innego miejsca, w którym taka inicjatywa mogłaby być dostatecznie szeroko podana do publicznej wiadomości.

Mimo bardzo pozytywnej reakcji, zgłoszenia ankieterów napływały mniejszym strumieniem, niż się spodziewałem, ale z inicjatywy inż. Zbigniewa Wysockiego zgłosiła się też do współpracy liczna grupa członków Stowarzyszenia Morskiego i Gospodarczego im. E. Kwiatkowskiego. Gdy liczba ankieterów osiągnęła pułap 85 osób, zadecydowałem o rozpoczęciu pierwszej próby sondażu. W międzyczasie utworzyliśmy stronę internetową polskie-wici.pl, na której przekazywałem wszelkie informacje i instrukcje, jak przeprowadzać badania. Sygnał do rozpoczęcia badań i odpowiednie materiały zostały przekazane ankieterom 21 marca, a termin odesłania raportów o uzyskanych wynikach został ustalony na 11 kwietnia.

Tragiczna sobota 10 kwietnia czasowo wyhamowała akcję. Kolejne dwa tygodnie minęły na gromadzeniu raportów od ankieterów; oczywiście od 10 kwietnia już nie prowadzili oni badań. Podsumowanie uzyskanych liczb było trywialne.

Badania i wyniki.

Badania prowadziło 37 ankieterów, a wielu z nich korzystało z pomocników przy zbieraniu danych; w sumie zaangażowanych było 69 osób. Z przedstawionych mi w raportach dodatkowych informacji o badanych środowiskach wynikał bardzo klarowny obraz pozwalający uznać próbkę za wystarczająco reprezentatywną.

Warto dla przykładu przytoczyć fragment raportu przekazanego mi przez ankietującą osobę, która wraz z trzema pomocnikami zebrała wyjątkowo dużą liczbę (109) danych.

………. Dane zbierane były w środowiskach: – doktorantów Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH w Krakowie (17 osób), – studentów Geofizyki Poszukiwawczej na tym samym wydziale AGH w Krakowie (18 osób) – mieszkańców Sidziny i pracujących w Sidzinie (około 45 osób) – mieszkańców Krakowa, Trzebini i innych (reszta – około 26 osób) …………….

Ważną informacją, o którą prosiłem ankieterów były liczby osób, które odmówiły udziału w sondażu. Okazało się, że na 1318 osób, 1152 zgodziło się odpowiedzieć, a zaledwie 166 (12.6 %) odmówiło. Może nasunąć się podejrzenie, że być może ankieterzy, wbrew zaleceniom, zwracali się do osób z najbliższego sobie kręgu. Jednak relacje z akcji pozwoliły ustalić, że tak nie było. Kontakt z badanym poprzedzony był krótkim przedstawieniem się ankietera i wytłumaczeniem, że jest to ogólnopolski społeczny sondaż, motywowany chęcią sprawdzenia wyników ośrodków sondażowych, podawanych nam w mediach, a także prośbą, by uczciwie odnotować w ankiecie swoje prawdziwe poglądy. Można przypuszczać, że kultura i właściwe podejście naszych ankieterów do badanych osób przyczyniły się do pozytywnych reakcji. Z relacji także wynikało, że w większości ankieterzy nie zetknęli się z negatywnymi reakcjami, choć wiele osób wyrażało wątpliwości pytaniami – Czy to ma sens?, Dla kogo to jest? Dla kogo Pan/Pani naprawdę pracuje?

Niektórzy krytycy, poszukujący „dziury w całym”, stwierdzali, że próbka nie jest reprezentatywna, bo wśród odpowiadających była nieznaczna przewaga kobiet (56 % kobiet 44 % mężczyzn). Boże drogi! Nikt nie podaje takich danych, a nawet nie zapytuje o to profesjonalne ośrodki sondażowe. Te proporcje są z pewnością zupełnie wystarczające dla reprezentatywności, a jeśli ktoś chce tę różnicę potraktować poważnie, to może wysnuwać wnioski na temat bardziej pozytywnego podejścia kobiet do takich inicjatyw, lub generalnie do kontaktów z ludźmi, w tym przypadku z ankieterami.

W badaniach zapytano o dwa tematy, które były neutralne politycznie, a w dalszej części zbadano temat stricte polityczny tzn. prognozy wyborcze. Pełne wyniki zamieszczone są na podanej wcześniej stronie internetowej. Pytanie dotyczące poparcia legalizacji eutanazji w Polsce poprzedzono dwoma neutralnymi pytaniami, skupiającymi uwagę i ustalającymi czy odpowiadający wie, czego dotyczy pytanie. Odpowiedź na zasadnicze pytanie wykazała 14.5 % poparcia dla legalizacji eutanazji i 19.8 % odpowiedzi – nie wiem, a 65.7 % opowiedziało się przeciw legalizacji. Uzyskano wynik drastycznie różny od niedawno nagłośnionego hałaśliwie w mediach 53% poparcia dla legalizacji.

Także pytanie o stopień zadowolenia z integracji Polski z UE poprzedzone było pytaniami pobudzającymi do świadomej odpowiedzi na pytanie zasadnicze. W odpowiedzi na te pomocnicze pytania stwierdzono, że 55.0 % respondentów uznaje, że Polska odniosła korzyści z integracji, ale tylko 36.8 % stwierdza, że sam osobiście takie korzyści odniósł. Sumując liczbę odpowiedzi na główne pytanie o stopień zadowolenia („bardzo”, „raczej”), okazało się, że 46.2 % respondentów jest zadowolonych z integracji, 33.6 % niezadowolonych, a 19.0 % ma wątpliwości, przy znikomym 1.8 % osób, które nie udzieliły odpowiedzi. Mamy zatem pokaźną większość ludzi zadowolonych z integracji, ale jest to blisko dwukrotnie mniejsza grupa, niż liczby 80-85 % podawane regularnie przez różne ośrodki sondażowe, a następnie wzmacniane politycznymi hasłami o rekordowym euro-entuzjazmie Polaków.

Wyniki dotyczące tych dwóch, neutralnych politycznie tematów, pozostają ważne także dzisiaj i zdecydowanie podważają wiarygodność wcześniejszych sondaży. Są to, moim zdaniem, bardzo łatwe sprawy do zbadania, chociaż ich weryfikacja wymagałaby przeprowadzenia referendum. Każdy jednak, kto w miarę uczciwie oceni metodykę naszych badań i uzna ich wiarygodność, musi stwierdzić, że skala nieprawdy jest wprost oszałamiająca.

Całkiem inaczej mają się sprawy z wynikami dotyczącymi prognoz wyborczych. W nowej rzeczywistości po 10 kwietnia wyniki te są dzisiaj całkowicie nieaktualne. Ich wartość polega głównie na możliwości porównania z wynikami sondaży z tego samego okresu, które były publikowane w mediach. Sytuacji sprzed katastrofy nie da się już odtworzyć, są to więc wyniki nieweryfikowalne. Trzeba zrobić nowe badania, a jeśli rezultat też będzie tak bardzo odmienny od wyników podawanych w mediach, weryfikacja odbędzie się w dobrze kontrolowanych, uczciwych wyborach. Takie badania wkrótce zrobimy, natomiast, kontrolą uczciwości wyborów musi się zająć ktoś inny.

W pytaniu dotyczącym wyborczego poparcia poszczególnych partii politycznych nie podaliśmy nazw partii, wychodząc z założenia, że każda osoba dokonująca świadomego wyboru powinna znać nazwę partii, na którą chce głosować. W innym pytaniu, dotyczącym wyborów prezydenckich wymieniliśmy alfabetycznie wszystkie nazwiska potencjalnych kandydatów, których rozważano przed 21 marca, w momencie rozpoczęcia naszych badań. To było jeszcze przed prawyborami w PO, stąd obecność także R.Sikorskiego na tej liście.

Najbardziej istotna i dla wielu zaskakująca, a nawet niewiarygodna różnica w porównaniu do wyników ośrodków sondażowych polega na odwróceniu prognoz dla najważniejszych konkurentów w wyborach. Jeżeli w sondażach medialnych PO cieszyła się poparciem ponad 50 %, a PIS tylko 24 %, to w naszych PIS wygrywał – 49.8 %, a poparcie PO było znacząco niższe – 31.0 %.

Podobne odwrócenie prognoz ujawniło się w wyborach prezydenckich. Bronisław Komorowski uzyskujący średnio w dotychczasowych sondażach ok. 35 %, wygrywał w każdym sondażu ze ś.p. Lechem Kaczyńskim – ok.22 %, natomiast w naszym L. Kaczyński osiągnął aż 30.6 %, a B.Komorowski zaledwie 16.9 %. Łatwo także zauważyć, że nawet dodanie prognozy dla R.Sikorskiego (7.6 %), dało też mniejsze sumaryczne poparcie kandydatów PO – 24.5 %. Fenomen tego odwrócenia wyników dla głównych konkurentów jest bardzo dziwny, zważywszy, że prognozy dla pozostałych kandydatów nie wykazywały wielkich różnic naszego sondażu z tymi, publikowanymi w mediach.

Rozważania końcowe.

W badaniach opinii publicznej nikt nie może uczciwie gwarantować prawdziwości uzyskanych wyników. Ich wiarygodność uzyskuje się przez powtarzalność osiąganą w badaniach nowych grup osób, ale prawdziwym testem jest weryfikacja wyborcza, lub w referendum. Także ja nie mogę gwarantować prawdziwości naszych wyników. Mogę tylko zapewnić, że nasz sondaż przeprowadziliśmy uczciwie i z największą starannością. W gruncie rzeczy wszystkie aspekty badań można dobrze kontrolować i postępować zgodnie z rygorami wytyczającymi drogę do prawdy, ale jednej rzeczy nie da się skontrolować do końca – jest nią praca ankieterów, od której prawie wszystko zależy.

W naszym sondażu ankieterzy pracowali społecznie, motywowani wyłącznie chęcią poszukiwania prawdy. Nie jest łatwo uwolnić się od subiektywizmu i dlatego w kontaktach z ankieterami kładłem szczególny nacisk na uczciwe poszukiwanie prawdy i za wszelką cenę unikanie tych wszystkich kroków, które mogłyby sprzyjać jakiejkolwiek tendencji, bo byłoby to oszukiwaniem samych siebie. Wnikliwie czytałem przekazywane mi przez ankieterów raporty i znajdywałem w nich głębokie zrozumienie całego procesu badań, a także ogromny, wręcz zachwycający ładunek dobrej woli i poświęcenia.

Chwała i gorące podziękowania należą się wszystkim uczestnikom naszej pierwszej próby społecznego sondażu. Dzięki pracy ankieterów mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nasze wyniki uzyskano w najbardziej rzetelny sposób, jak było to możliwe. Stwierdzając to, nie mogę uniknąć odniesienia się do badań prowadzonych przez profesjonalne ośrodki badania opinii publicznej, a mówiąc wprost, nie mogę nie wskazać potencjalnej przyczyny fałszywości ich wyników. Moim zdaniem głównym źródłem ich błędów jest trwała niemożność dotarcia z pytaniami do reprezentatywnej próbki.

Można niezwykle starannie zaplanować badania, posłużyć się danymi GUS i skierować ankieterów do ściśle wyznaczonych respondentów, ale i tak jedynymi ważnymi elementami są odpowiedzi na pytania: kim są ludzie, którzy nie odmówili udziału w badaniach i odpowiedzieli na pytania ankiety? Czy warunki, w jakich odpowiadali skłaniały ich do uczciwej odpowiedzi? Czy praca ankieterów była w pełni uczciwa?

Stawiam te mocne pytania i wątpliwości, bo ośrodki sondażowe nigdy nie zdradzają swojej „kuchni”, natomiast, można dotrzeć do wyznań ich byłych ankieterów, których opowieści budzą zdumienie. Zgłosiło się do mnie kilka byłych ankieterów, którzy oferowali swoją pomoc w naszych badaniach. Nie skorzystałem z oferty, bo bałem się rutyny wynikającej z ich wcześniejszego zaangażowania motywowanego materialnymi korzyściami. Wykorzystałem, natomiast, te kontakty do rozmowy o tym, jak odbywały się ich badania na zamówienie. Otrzymałem także kilka pośrednich relacji od ludzi, którzy zetknęli się z opowieściami byłych ankieterów. Pominę drastyczne, ale wcale nierzadkie przykłady, gdy ankieterzy obciążeni niewdzięczną i wymagającą pracą, zirytowani niskim wynagrodzeniem i zdeprymowani licznymi odmowami uczestnictwa w badaniach, sami wypełniali ankiety wymyślonymi przez siebie danymi. Poprzestanę na opowieści ankietera, który według wyznaczonego klucza, zgodnie z instrukcją, chodził od mieszkania, do mieszkania, by w sposób naruszający całkowicie anonimowość odpowiadającego skłaniać ludzi do odpowiedzi. Oczywiście tylko mały ułamek ludzi zgadza się na takie warunki i ci, którzy się zgadzają stanowią specyficznie wybraną grupę. Trzeba nie mieć zupełnie wyobraźni, by w dzisiejszej Polsce, ze wszystkimi patologiami organów państwowych, z niekontrolowaną jawnością danych osobowych, z wykorzystywaniem prawniczej i biurokratycznej machiny do gnębienia ludzi, liczyć na to, że normalni ludzie zdradzą swoje preferencje wyborcze nieznanemu ankieterowi. Można z góry przewidzieć, że tak badane osoby będą częściej faworyzować polityków i partie władzy, trzymającej wszystkie nici w ręce. Rzadko zdarzają się momenty tej odwagi wyzwolonej do prawdy, która ujawniła się takim obrazem, jak w owym dokumencie „Solidarni 2010”, który swoim autentyzmem poraził wszystkich beneficjentów sondażowej i medialnej demokracji bez wartości.

Obserwowałem przez długie lata polityczne sondaże wyborcze. Nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością. Prawidłowość akcji jest zawsze taka sama – w długim okresie przed wyborami liczbami z pożądanym wynikiem wyborów ustawia się cel manipulacji. Później, w miarę zbliżania się terminu weryfikacji wyborczej, wyniki zmierzają w stronę prawdy, ale tylko na tyle ile trzeba, by uniknąć kompromitacji. Dzieje się tak zawsze i bez wyraźnego związku z wydarzeniami na scenie politycznej, czy z jakimiś ważnymi elementami kampanii wyborczej. Dzieje się tak, aż do końca, chociaż często ośrodki sondażowe nie zdążą się „poprawić”, a operacja „właściwego” liczenia głosów nie całkiem się uda. Wtedy następuje kompromitacja, taka jak w wyborach prezydenckich 2005.

Przeprowadzona pierwsza próba społecznego sondażu opinii publicznej wykazała, że inicjatywa wykorzystująca ideowe zaangażowanie ludzi w szukanie prawdy ma wielkie perspektywy. Zwiększanie liczby ankieterów jest najlepszą drogą do poprawy wiarygodności wyników. Nie dlatego, by potrzebna była większa liczba badanych osób, ale dlatego, by poprzez docieranie do różnych środowisk poprawiała się reprezentatywność badanej grupy. Jeśli spojrzymy optymistycznie na rozwój naszej inicjatywy, to warto już teraz poszukać dla niej nazwy. Moją roboczą propozycją jest skrót -SIS – Społeczna Inicjatywa Sondażowa.

Zapraszam wszystkich do uczestnictwa – w roli ankieterów SIS, ale także w roli badanych. Prawda ma moc wyzwalającą i Polska jej potrzebuje, a

Polska jest najważniejsza!!!

Rafał Broda

Kraków, 7 maja 2010

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]