Z listkiem, czy bez listka? – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2008-03-16 5:01 pm

Iluż to filozofów i innych myślicieli głowiło się nad rozwiązaniem problemu kwadratury koła, który, w przełożeniu na język politycznej codzienności sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, jak pieniądze zarobić i wianuszka nie stracić! W tym konkretnym przypadku chodzi oczywiście o wianuszek, a właściwie złoty wieniec jedynego obrońcy (unus defensor) interesu narodowego, w który przed dwoma laty włożyło na swe skronie Prawo i Sprawiedliwość. Jednak upływ czasu robi swoje, zwłaszcza, gdy z każdym miesiącem pojawia się coraz więcej wątpliwości sprawiających, że z wieńca, jeden po drugim opadają zwiędłe laury, a ogołocone w ten sposób badyle nie są już ozdobą, tylko pośmiewiskiem.

W takiej sytuacji roztropność nakazuje przygotowanie kolejnego wieńca defensora narodowego interesu, którym można by przyozdobić łysinę i jeszcze raz uwieść wyborców, którzy rozpaczliwie pragną komuś zaufać. Są takie momenty w życiu narodu, kiedy desperacja skłania do chwytania się choćby brzytwy i tak właśnie pewna inteligentna pani objaśniała Stanisławowi Mackiewiczowi sytuację polityczną, kiedy 6 lipca 1945 r. USA i Wlk. Brytania cofnęły uznanie rządowi polskiemu w Londynie: ludzie chcą komuś wierzyć i wierzą Sosnkowskiemu, bo znał Marszałka, albo Arciszewskiemu – bo ma brodę.

Zatem kiedy notowania Prawa i Sprawiedliwości zwolna ześlizgują się w dół, a do opinii publicznej dociera świadomość, że Traktat Lizboński, to nie żadne żarty, tylko naprawdę Anschluss Polski do Unii Europejskiej, której politycznym kierownikiem będą Niemcy, że będą one wtedy mogły rozpocząć realizowanie swego rewindykacyjnego programu, że równolegle swój program rewindykacyjny zaczną realizować żydowskie organizacje „przemysłu holokaustu”, wskutek czego resztówka po Polsce może stać się elementem „strefy buforowej”, którą jeszcze w roku 1986 postulował sowiecki minister spraw zagranicznych Gromyko, jako warunek zgody na zjednoczenie Niemiec, że Europa nadal jest podzielona wzdłuż linii Curzona, albo – jak kto woli – linii Ribbentrop-Mołotow, co potwierdza trwałość strategicznego partnerstwa rosyjsko-niemieckiego ze wszystkimi tego następstwami dla Polski – to w tym momencie najwyższy czas zacząć się „pięknie różnić” od Platformy Obywatelskiej, również w kwestii podejścia do Anschlussu.

Prawo i Sprawiedliwość, jak wiadomo, opowiedziało się za Anschlussem podczas referendum akcesyjnego w roku 2003, zaś Traktat Reformujący, zwany dzisiaj Lizbońskim wynegocjował rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego przy udziale prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zresztą był obecny przy jego podpisywaniu 13 grudnia ub. roku przez premiera Tuska i ministra Sikorskiego w Lizbonie. Większość posłów PiS opowiedziała się przeciwko przeprowadzeniu referendum w sprawie ratyfikacji tego traktatu i dopiero na dzień przed wyznaczonym na 12 marca pierwszym czytaniem rządowego projektu ustawy ratyfikacyjnej przedstawiciele PiS zapowiedzieli „daleko idące poprawki”.

Okazało się, że chodzi im o opatrzenie ustawy ratyfikacyjnej preambułą, w której umieściliby zaklęcia, że Polska jest suwerenna, a konstytucja ma pierwszeństwo przed prawem unijnym i tak dalej. Taka preambuła nie ma żadnego znaczenia prawno-międzynarodowego, zatem jedynym celem jej wprowadzenia do ustawy ratyfikacyjnej może być wywołanie u wyborców wrażenia, że PiS nadal występuje jako unus defensor Poloniae i oto rzutem na taśmę obronił niepodległość Polski, zapobiegając zrobieniu z niej „województwa Unii Europejskiej”, w związku z czym nadal można, a nawet należy mu ufać i tylko na nie głosować. Ale Platforma Obywatelska nie chce pozwolić Prawu i Sprawiedliwości na przyodzianie się w ten listek figowy, na żadna preambułę się nie zgadza i stąd podczas debaty nad rządowym projektem ustawy ratyfikacyjnej wystąpił impas.

Rzecz bowiem w tym, że zgodnie z art. 90 ust. 2 konstytucji, do uchwalenia ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego wymagana jest większość 2/3 posłów przy obecności co najmniej połowy ustawowej ich liczby i co najmniej 2/3 senatorów, również przy obecności co najmniej połowy składu Senatu. Z arytmetyki parlamentarnej wynika, że bez przynajmniej części posłów Prawa i Sprawiedliwości nie da się sklecić większości wystarczającej do zatwierdzenia Anschlussu. Jarosław Kaczyński ma więc pewne atuty, przy pomocy których próbuje wymusić na Platformie zgodę na listek figowy.

Premier Tusk wprawdzie odgraża się, że „nie pozwoli” i w ogóle, ale jaką ma alternatywę? W końcu PiS – owi chodzi wyłącznie o zamydlenie preambułą oczu części polskiej opinii publicznej, a to jest bez znaczenia dla prawno-międzynarodowych skutków ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Premier Tusk nie powinien zatem stawiać na jednej szali sukcesu niemieckiego projektu Unii Europejskiej i politycznych interesów własnej partii, bo w przeciwnym razie narazi się na gniew Anieli Merkel, która każe powyrywać mu nogi z przyległościami i czym będzie wtedy grał w piłkę? Skoro my, biedni publicyści mamy tego świadomość, to premier Tusk – tym bardziej. Dlatego też prezydent Kaczyński na spotkaniu z przewodniczącymi wszystkich klubów parlamentarnych nalegał na „kompromis”. PO wysunęła w związku z tym propozycję, że jeśli PiS nie może wytrzymać bez preambuły, to niech przepchnie ja w postaci uchwały. Ale Jarosław Kaczyński odpowiada, że żadna tam uchwała – preambuła musi być w ustawie.

Z powodu impasu nastąpiła przerwa w obradach do 18 marca, kiedy Sejm będzie musiał podjąć decyzję. Rysują się dwie możliwości: albo PiS w końcu uzyska zgodę PO na listek figowy, bo Donald Tusk wie, że nie może przeciąganiem struny spowodować „katastrofy”, przed którą już we czwartek ostrzegł go przewodniczący Parlamentu Europejskiego pan Pottering. Z drugiej strony Jarosław Kaczyński też wie, że nie może przeciągać struny, nawet nie dlatego, że już teraz kontrolowane przez razwiedkę media lamentują, że Polska może „okryć się wstydem” („siekiera, motyka, bomba, świder, cały kraj okryty wstydem”), ale przede wszystkim dlatego, że i on, jako premier, musiał też złożyć jakieś obietnice i zaciągnąć jakieś zobowiązania, a wiadomo, że „banda nie przebacza”. Dlatego też, jeśli Donald Tusk jednak nie pozwoli PiS-owi zasłonić swojej figi listkiem figowym, to „kompromis” może przybrać postać nieobecności posłów PiS na wtorkowym głosowaniu. W tej sytuacji połowa ustawowej liczby posłów będzie podczas głosowania obecna i ustawę ratyfikacyjna uchwali większością nawet wyższą od dwóch trzecich, a więc uchwali ja skutecznie, natomiast PiS zachowa dziewictwo, bo Anschluss wprawdzie zostanie zatwierdzony, ale dokona się to bez jego udziału, więc znowu będzie można przyozdobić łysinę wieńcem sławy.


 Stanisław Michalkiewicz
Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  2008-03-16  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=1811 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]