Czy warto wchodzić do ERM2 i strefy euro? – Stefan Świątkowski

Aktualizacja: 2010-02-6 11:57 am

W 1999 roku poprosiłem pana profesora Jerzego Chodorowskiego, aby napisał krytyczny tekst o Traktatach Unii Europejskiej. Na przełomie 2000/2001 roku wydałem ten tekst jako książkę pod tytułem Przynęty i pułapki w Europejskich Traktatach Integracyjnych. Traktat o Utworzeniu Wspólnoty Europejskiej. Traktat o Unii Europejskiej. Traktat Amsterdamski Wnoszący Poprawki do Traktatu o Unii Europejskiej i do Traktatu o Utworzeniu Unii Europejskiej. Teksty i komentarze z Przedmową pana red. Stanisława Michalkiewicza. Celem publikacji tej pracy było zapoznanie szerokiego grona obywateli z zagrożeniami, jakie niesie wstąpienie Polski do Unii Europejskiej. Książka omawia najistotniejsze wątki traktatów o Unii Europejskiej oraz zawiera bardzo wnikliwy i celny komentarz pana profesora. W rozdziale VIII prof. Chodorowski odniósł się do sprawy suwerenności państwa w kontekście polityki gospodarczej i monetarnej Unii Europejskiej.

Dzisiaj, kiedy Polska jest członkiem Unii Europejskiej, politycy z pełnym przekonaniem twierdzą, że wstąpienie do strefy euro będzie zbawienne dla gospodarki naszego kraju. Brak krytycznych wypowiedzi i publikacji spowodował, że poprosiłem pana Stefana Świątkowskiego (autora książki Deadline, czyli stryczek o prywatyzacji której nie było, pierwszej polskiej powieści na temat prywatyzacji) o napisanie rzetelnej analizy pozytywnych i negatywnych skutków wstąpienia Polski do strefy euro.

Pan Stefan jest posiadającym długoletnie doświadczenie specjalistą w zakresie zarządzania ryzykiem w instytucjach finansowych. W 1990 roku uzyskał stopień magistra matematyki na Politechnice Łódzkiej, w 1991 roku otrzymał tytuł Master of Science w dziedzinie matematyki na University of Leeds w Wielkiej Brytanii, a w 1995 roku tytuł MBA INSEAD w Fontainebleau we Francji. Przez 5 lat pracował jako konsultant w firmie McKinsey. Kolejno w Banku Handlowym, Lukas Banku i Europejskim Funduszu Leasingowym pełnił funkcje dyrektora departamentów odpowiedzialnych za ryzyko kredytowe, strategię, ryzyko rynkowe i finanse.. Od maja 2007 roku prze rok pełnił funkcję Wiceprezesa nadzorującego obszar ryzyka i windykacji w największym polskim banku – PKO BP SA. Obecnie jest V-ce Prezesem w  FM Banku d/s ryzyka finansowego.

Józef Jakubowski, Wydawnictwo DEXTRA

Siemianowice Śląskie, 28 lipca 2009 r.


Oto tekst autorstwa pana Stefana Świątkowskiego.


Uzupełnienie do książki Przynęty i pułapki w europejskich traktatach integracyjnych pana Jerzego Chodorowskiego

Tekst prof. Chodorowskiego ukazał się w 2001 roku. Od tego czasu wiele się wydarzyło, Polska podpisała szereg traktatów integracyjnych, co potocznie, choć nieprecyzyjnie, jest określane jako członkostwo w Unii Europejskiej. Podstawowe tezy zawarte w książce nie straciły na aktualności, a niektóre z możliwych zagrożeń zidentyfikowanych w niej stały się rzeczywistością. Ale też pojawiły się w polskiej perspektywie nowe zagadnienia, również noszące znamiona przynęt i pułapek, takie jak ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego czy przystąpienie do Unii Gospodarczej i Walutowej, czyli w skrócie do strefy euro. Traktat Lizboński, jeśli wejdzie w życie, będzie miał ogromne i trudne do przewidzenia skutki dla funkcjonowania społeczeństw europejskich, ponieważ jest na tyle długi, niejasny i skomplikowany, że jego znaczenie ujawni się dopiero w praktyce interpretacyjnej. Będąc fachowcem w dziedzinie bankowości, zajmującym się od lat zarządzaniem ryzykiem w bankach, czuję się kompetentny do przedstawienia tematu wprowadzenia euro jako środka płatniczego w Polsce.

Dyskusję na ten temat można prowadzić na dwóch płaszczyznach: zasadniczej – czy w ogóle należy to zrobić, oraz technicznej – kiedy i po jakim kursie. Należy pamiętać, że dopiero po udzieleniu pozytywnej odpowiedzi na pytanie zasadnicze ma sens stawianie pytań następnych. Można sobie również wyobrazić, że wejście do strefy euro ma sens, ale tylko w szczególnych warunkach, które nie są lub nawet nie mogą być spełnione. W tej dyskusji są używane argumenty zarówno gospodarcze, jak i polityczne (oraz wiele innych, mniej istotnych). Przez argumenty gospodarcze rozumiem badania pokazujące to, co daje się w gospodarce zmierzyć lub prognozować, a przez polityczne – nie tyle ślepe przekonania polityków (bo to w ogóle nie są argumenty), ile rozważania dotyczące ludzkich preferencji. Chodzi o to, że oczywiście lepiej być bogatym i zdrowym niż biednym i chorym, ale oszacowanie, na ile warto się narazić na ryzyko w celu wzbogacenia ma charakter polityczny. Zagadnienie, ile zaryzykować i jak dużo wysiłku warto podjąć, żeby więcej zarobić, jest rozstrzygane na poziomie indywidualnym na bardzo różne sposoby. Na poziomie społecznym jest, lub przynajmniej powinno być, fundamentalnym zagadnieniem politycznym.

Argumenty gospodarcze uważam (w kontekście wprowadzenia euro) za istotniejsze od politycznych, bo człowiek musi jeść, ale na szczęście nie musi głosować (warto zauważyć, że w czasach komunistycznych było odwrotnie).  Świadomie używam określenia „argumenty gospodarcze”, a nie „ekonomiczne” ponieważ to, co ekonomiści uważają za dobre z punktu widzenia analizowanych przez nich wskaźników, niekoniecznie jest dobre dla gospodarki, rozumianej jako sposób bogacenia się ludzi. A to ludzie są najistotniejsi w gospodarce, a nie wskaźniki – te z kolei są najistotniejsze w naukach ekonomicznych.

Podstawowe zagadnienie gospodarcze, w zasadzie podsumowujące wszystkie inne, dotyczy tego, czy wprowadzenie euro przyczyni się do szybszego wzrostu polskiej gospodarki. Pytanie, czy euro ochroni Polskę przed kryzysem jest szczególnym przypadkiem powyższego zagadnienia, poza tym niewiele wnosi pod względem poznawczym. Po pierwsze kryzys jest teraz, a euro w Polsce będzie najwcześniej za 2–3 lata, gdy miejmy nadzieję, kryzys już sobie pójdzie (jedynie do mechanizmu ERM2 możemy wejść niedługo). Po drugie – większość krajów, które przyjęły euro, ma teraz problemy znacznie większe niż Polska, więc skoro euro ich nie ochroniło to niby jak miałoby ochronić nas.

Żeby rozstrzygnąć ten postawiony wyżej problem lub przynajmniej znaleźć uzasadnienie stwierdzenia, że euro będzie miało pozytywny wpływ na wzrost produktu krajowego brutto w Polsce, warto się przyjrzeć doświadczeniom krajów, które euro już wprowadziły. Jedyna duża grupa gospodarek jednocześnie przyjęła euro w 2002 roku (był to początek istnienia euro), – to nimi się zajmiemy. Stanowiły one reprezentatywną próbę wysoko rozwiniętych gospodarek, od ogromnych Niemiec, poprzez nieco mniejsze Francję i Włochy, do niedużych Portugalii i Irlandii oraz maleńki Luksemburg. Na podstawie danych Eurostatu (biuro statystyczne Komisji Europejskiej) obliczyłem, że średni roczny wzrost PKB gospodarek wchodzących do strefy euro (nie jest to po prostu średnia arytmetyczna tylko łączne tempo wzrostu gospodarczego, inaczej mówiąc, średnie tempo wzrostu ważone wielkością poszczególnych gospodarek) wynosił w latach 1999–2001 (trzy ostatnie lata przed wprowadzeniem euro) 2,9%, a w latach 2002–2004 (trzy pierwsze lata po tym zdarzeniu) 1,3%, czyli spadek był dość drastyczny. Trzeba zauważyć, że ta informacja nie ma większego znaczenia, dopóki nie porówna się jej z danymi z innych gospodarek – mogła wszak wtedy być recesja ogólna i wszyscy mieli trudności. Jako grupę odniesienia przyjąłem kraje, które obecnie są w Unii Europejskiej, a auro wtedy nie wprowadziły. Jest to grupa 13 krajów (nie uwzględniam Malty, dla której Eurostat nie podaje wzrostu PKB w latach 1999–2000, – gospodarka Malty jest mała i jej brak nie zaburza wyników analizy). Dla nich średni roczny wzrost PKB w latach 1999–2001 wynosił 3,2%, a w latach 2002–2004 – 2,8%. Jak widać spowolnienie wystąpiło w obu grupach, ale znacznie mniejsze w grupie nie korzystającej z „dobrodziejstw” wspólnej waluty. Tempo wzrostu gospodarczego w krajach strefy euro zmniejszyło się o 1,6 punkta procentowego (p.p.) a w pozostałych zaledwie o 0,4 p.p., inaczej mówiąc, przed wprowadzeniem euro kraje, które je w 2002 roku wprowadziły rozwijały się o 0,3 p.p. wolniej od pozostałych krajów, które obecnie są w Unii; po wprowadzeniu euro ta różnica wzrosła do 1,5 p.p.  Najbardziej przyhamowały Portugalia, Niemcy i Holandia, a najbardziej przyspieszyły Rumunia, Słowacja i Litwa (te ostatnie nie tylko nie weszły w tym czasie do strefy euro, ale nawet nie były w Unii i pewnie dlatego tak się rozwijały).

Należy zadać sobie pytanie, czy stało się tak ponieważ euro wprowadzono w niewłaściwy sposób lub w złym momencie, czy może jednak błąd ma charakter systemowy. Stawiam tezę, że błąd ma charakter systemowy i postaram się to poniżej wykazać. Jedna waluta jest rozwiązaniem dobrym dla obszaru gospodarczego o jednolitym poziomie rozwoju, podobnych rozwiązaniach prawnych i zbliżonej kulturze – przykładem są Stany Zjednoczone Ameryki, czerpiące ogromne korzyści z tego, że ich waluta ma oparcie w największej światowej gospodarce. Ekonomiści mają nawet teorię jednolitych obszarów walutowych, która określa kryteria tej jednolitości. Jeśli jednak warunki homogeniczności nie są spełnione, w szczególności jeżeli nie jest spełniony warunek zbliżonego poziomu rozwoju gospodarczego na całym obszarze, okaże się, że polityka monetarna właściwa dla jednych krajów strefy wspólnej waluty nie będzie już optymalna dla innych. Odpowiada to produkcji butów w rozmiarze 42 dla mężczyzn, ponieważ taką przeciętnie mają stopę. I faktycznie, lepiej robić rozmiar 42 niż na przykład 38 (w 46 większość by się, co prawda, zmieściła, ale byłyby duże koszty surowca) – powstaje jednak pytanie, dlaczego nie można robić butów w różnych rozmiarach, żeby wszystkim było wygodnie… Zakładając dobrą wolę, uczciwość i wysoki poziom fachowości decydentów od polityki monetarnej strefy euro, należy przyjąć, że będą się oni starali zapewnić maksymalny wzrost gospodarczy całej strefy euro. A to można uzyskać wyłącznie prowadząc politykę monetarną optymalną z punktu widzenia największych gospodarek wchodzących w skład tej strefy (w tym przypadku Niemiec i Francji). Jeśli bowiem polityka monetarna doprowadzi do spowolnienia wzrostu w Niemczech o 1 p.p., to będzie to miało dla całej strefy euro negatywne skutki o wiele większe, niż gdy takie samo spowolnienie dotknie Słowację lub inną relatywnie małą gospodarkę. Beneficjentami tej sytuacji mogą być kraje o poziomie zbliżonym do największych gospodarek, np. Belgia, Holandia, Luksemburg, ale nie Polska, która ma znacznie niższe PKB na mieszkańca od gospodarek największych i potrzebuje innej niż one polityki monetarnej. Zwracam uwagę, że nie trzeba wyciągać politycznych argumentów o utracie suwerenności przez Polskę i dominacji Niemiec w UE, żeby wykazać, że po wprowadzeniu euro możemy, a nawet powinniśmy, podlegać polityce monetarnej optymalnej dla Niemiec, a nie dla Polski. Co prawda doświadczenie uczy, że polityka monetarna nie zawsze lub jedynie rzadko jest prowadzona w sposób optymalny, ale wolałbym nie upatrywać w tym szansy dla polskiej gospodarki.

Wyniki za pierwszy kwartał 2009 roku przyniosły dodatkowe częściowe potwierdzenie tego, co napisałem powyżej. W dobie kryzysu spośród gospodarek Unii Europejskiej wyraźnie najbardziej skurczyły się (w sensie spadku PKB) gospodarki Litwy, Łotwy i Estonii. Nie są one, co prawda, w strefie euro, ale dwie pierwsze z nich utrzymują stały kurs lokalnej waluty do euro. Wzrostem PKB mogą się pochwalić tylko dwie gospodarki unijne: Polska (najwyższym, bez euro) i Cypr. Dominujące wśród analityków opinie wskazują, że największy szok, związany z przejściem od gwałtownego wzrostu do spadku przeżywają, poza trzema wyżej wymienionym państwami, Słowacja, Irlandia i Hiszpania.  „Rzeczpospolita” w dniu 5 czerwca 2009 roku opublikowała artykuł o sytuacji Słowacji pod znamiennym tytułem Środkowoeuropejski tygrys słabnie z komentarzem wiodących ekonomistów. Pan Juraj Bata, Główny Ekonomista banku Slovenska Sporitelna napisał, że „(…) nasze trudności to efekt kryzysu światowego, a nie wina samego euro. Dodatkowo Słowacja weszła do strefy euro w czasach dramatycznych zmian, dlatego trudno ocenić długofalowe następstwa tego kroku. Jest wiele zalet tej decyzji”. Pan Maciej Reluga, Główny Ekonomista BZ WBK napisał: „Słowacja zyskała bardzo dużo na wejściu do strefy euro w czasie rozchwiania na rynkach finansowych po nasileniu się kryzysu na świecie. Jednak problemem okazał się kurs wymiany korony na euro”. Obie te wypowiedzi przypominają znany z minionego okresu standard: socjalizm tak – wypaczenia nie. Euro oczywiście tak – ale te okoliczności… W wywiadzie opublikowanym 11 maja 2009 roku na łamach „Gazety Wyborczej”, udzielonym panu Witoldowi Gadomskiemu, pan prof. Leszek Balcerowicz (uczestników wywiadu trudno uznać za eurosceptyków) stwierdził, że „Bąble na rynku nieruchomości narosły w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Irlandii, m.in. dlatego że stopy procentowe Europejskiego Banku Centralnego były dla Irlandii i Hiszpanii zbyt niskie”. Rozmówcy nie wyciągnęli z tego wniosku, że może lepiej było jednak mieć stopy nieco wyższe… Dlaczego więc gospodarka polska radzi sobie w kryzysie relatywnie dobrze? Po prostu, stopy procentowe wyższe niż w strefie euro ograniczyły efekt bąbla na rynku nieruchomości (choć pewien wystąpił). Osłabienie złotego w warunkach kryzysu wsparło eksport, zarówno oficjalny, jak i przygraniczny, co wyraża się zarówno w tym, że Niemcy, Słowacy i Litwini przyjeżdżają do nas na zakupy, nawet samochodów, jak i w tym, że znacząco poprawił się bilans handlu zagranicznego.

Należy w tym kontekście zadać sobie pytanie, czy dla naszej gospodarki właściwe są te stopy procentowe, które ustala Rada Polityki Pieniężnej, czy też właściwsze byłyby, znacznie niższe, stopy obowiązujące w strefie euro. To pytanie powinni sobie zadać przede wszystkim zwolennicy szybkiego wprowadzenia euro w Polsce, choćby dla zachowania intelektualnej uczciwości. Jeżeli bowiem optymalne są stopy obowiązujące obecnie dla złotego, to ich gwałtowne obniżenie po ewentualnym wprowadzeniu euro będzie szkodliwe. Jeżeli jednak optymalne są stopy niskie, takie jak w strefie euro, to dlaczego Rada Polityki Pieniężnej nie obniży tych naszych… Teoretycznie można sobie wyobrazić, że gdy walutą obowiązującą jest złoty, to optymalna jest stopa wyższa, a po wprowadzeniu euro jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stopa optymalna się obniży, ale taka konstrukcja myślowa wymagałaby raczej wyjaśnienia. Niestety, nie spotkałem się jeszcze nawet z próbą rozwiązania tego dylematu przez „poważnych ekonomistów”.

Skoncentrowałem się na negatywnych skutkach wprowadzenia euro w Polsce w niedalekiej przyszłości ponieważ o skutkach pozytywnych można przeczytać w wysokonakładowej prasie, a o negatywnych – w bardzo niewielu miejscach, a jeżeli już, to raczej w kontekście utraty suwerenności i podporządkowania niż w kontekście funkcjonowania gospodarki. Poza tym, jak powiedział klasyk, gdy patrzymy na Zachód to dostrzegamy oczywiście pewne plusy, ważne jest jednak „żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”.

Z powyższych rozważań płynie wniosek, że szybkie wejście do strefy euro niemal na pewno zaszkodziłoby polskiej gospodarce. Daje to odpowiedź – negatywną – na pytanie zasadnicze: czy warto to robić. Daje to również częściową odpowiedź na pierwsze z technicznych pytań postawionych na początku tego tekstu, mianowicie, kiedy – otóż na pewno nie teraz. Czy może dojść do sytuacji, w której będzie warto to zrobić? Oczywiście, może, ale wcale nie jest pewne, czy nastąpi to wcześniej niż rozpad Unii Europejskiej lub likwidacja euro. Obecnie bowiem wiele, a w niedługim czasie być może większość, krajów Unii Europejskiej (również tych ze strefy euro) nie spełnia kryteriów wejścia do tej strefy (np. deficytu budżetowego poniżej 3% PKB lub długu publicznego poniżej 60% PKB) i gdyby UE była poważną instytucją, to powinna coś z tym zrobić. Nie robi, po pierwsze dlatego, że nie istnieje jako podmiot prawny, a po drugie, ponieważ nie dysponuje odpowiednimi instrumentami – w praktyce: środkami przymusu. Ale to temat na odrębną analizę.

Na zakończenie trzeba zauważyć, że dyskusja o wprowadzeniu euro w Polsce może stać się bezprzedmiotowa w co najmniej dwóch sytuacjach. Po pierwsze, gdyby po wejściu do ERM2 okazało się że złoty nie jest w stanie utrzymać się w paśmie 15% odchylenia od ustalonego w ramach tego mechanizmu kursu podstawowego w stosunku do euro. Nie jest to ryzyko nierealne, ponieważ od 1989 roku nie było dostatecznie długiego okresu stabilności naszej waluty. Po drugie, gdyby okazało się, że nas wcale do strefy euro nikt nie zaprasza i nawet na to trzeba poczekać – w takim przypadku szkoda czasu na zaprzątanie sobie głowy tematem.

Stefan Świątkowski

Warszawa, dnia 6 lipca 2009 r.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Opracowanie: Bibula Information Service (B.I.S.) - www.bibula.com - na podstawie materiałów autorskich
Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=17979 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]