Wolny rynek a amerykański system zdrowotny

Aktualizacja: 2009-08-13 11:03 am

O amerykańskim systemie zdrowotnym z TWILĄ BRASE z Citizens’ Council on Healthcare rozmawia Natalia Dueholm.

Czy uważa Pani, że w Stanach Zjednoczonych jest kryzys w sektorze zdrowotnym?

Nie sądzę. Myślę, że mamy kryzys związany z rządowym programem Medicare [dla 65-latków i starszych – przyp. N.D.], ponieważ w 2017 roku stanie się on niewypłacalny. Z pewnością są pewne problemy z systemem służby zdrowia, jednak nie wiążą się one z osobami nieubezpieczonymi. Wśród tych nieubezpieczonych są tacy, którzy świadomie nie wykupili polisy, bo uważają, że ubezpieczenie jest za drogie. Są też nielegalni imigranci i tacy, którzy kwalifikują się do otrzymania rządowego ubezpieczenia, ale o takie nie wystąpili, bo nie chcą na to poświęcić czasu albo nie chcą być „naznaczeni” korzystaniem z takich programów.

Wszędzie słyszymy o tych 45-47 milionach nieubezpieczonych. Skąd w ogóle wzięła się ta liczba?

W tej liczbie mamy mniej więcej 10 milionów nielegalnych imigrantów, czyli ludzi, którzy nie są obywatelami Stanów Zjednoczonych. Nie pamiętam dokładnie, ale jest też chyba około 12 milionów zarabiających 50 tys. dolarów rocznie, czyli tych, których powinno być stać na ubezpieczenie. Mamy też młodych ludzi, którym wydaje się, że są niezniszczalni, więc nie widzą sensu w wykupywaniu polisy. Jest też 14 milionów tych, którzy mogliby być objęci rządowym programem z powodu niskich dochodów. Trzeba też pamiętać, że ta liczba zawiera też osoby, które nie były ubezpieczone jedynie przez krótki czas, kiedy zmieniały pracę.

Skąd pochodzą te dane statystyczne?

Z Urzędu Statystycznego Stanów Zjednoczonych (U.S. Census Bureau).

Ale przecież spis powszechny organizuje się co 10 lat.

Te liczby pochodzą z badania American Community Survey, zresztą bardzo kontrowersyjnego. Wygląda to tak, że wyniki sondażu przeprowadzonego na 50 tys. respondentów ekstrapoluje się na całą ludność USA. Wyniki pozostawiają więc wiele do życzenia.

A co z 25 milionami „niewystarczająco ubezpieczonych” (underinsured)?

Po pierwsze – nie wierzymy w coś takiego jak „niewystarczająco ubezpieczeni”. Jest to termin wymyślony przez zwolenników służby zdrowia zorganizowanej przez rząd i opłaconej z góry. Dla zilustrowania tej sprawy weźmy jako przykład ubezpieczenie samochodowe. Jeśli chcemy sobie np. wymienić wycieraczki w samochodzie, nasze ubezpieczenie tego nie pokryje. Nie pokrywa nawet wymiany ważnej części, jak np. przewód hamulcowy. Ono działa wtedy, kiedy mamy wypadek.

Analogicznie: taki typ ubezpieczenia zdrowotnego jest uważany za niewystarczający przez tych, według których każdy najmniejszy wydatek powinien być pokrywany z ubezpieczenia – każde lekarstwo, szczepionka przeciw grypie, itd. Według nich, ja jestem niewystarczająco ubezpieczona, choć uważam siebie za całkowicie ubezpieczoną. To taki sztucznie wymyślony termin. Prawdziwe ubezpieczenie zdrowotne, to ubezpieczenie od nieszczęść, na które nie można odłożyć.

Czy system oparty w całości na wolnym rynku mógłby obniżyć liczbę ludzi nieubezpieczonych?

Tak.

W jaki sposób?

Jeśli istnieje prawdziwa konkurencja, kiedy jest większy wybór typów ubezpieczeń, ceny tych ubezpieczeń spadają. Wtedy ci ludzie, którzy wcześniej nie wykupili ubezpieczenia, mogą uznać, że teraz warto to zrobić. Kupiliby ubezpieczenie na wypadek nieszczęścia, dużo tańsze niż te z HMO [Health Maintenance Organization – przyp. N.D.], które pokrywa drobne wydatki i jest bardzo drogie.

Do jakiego stopnia prywatne instytucje charytatywne, oferujące bezpłatną pomoc zdrowotną, spełniają teraz swoją rolę?

Uważamy, że rozrost rządowych programów w dużym stopniu zniszczył ten sektor. Po pierwsze – przez regulowanie rynku usług medycznych – co spowodowało, że koszt takich usług jest wyższy. Po drugie – zabierając podatnikom pieniądze na rządową Medicaid [ubezpieczenie dla biednych – przyp. N.D.], spowodował, że obywatele mają teraz mniej pieniędzy na przekazanie organizacjom charytatywnym. A po trzecie – ludzie są teraz mniej skorzy do przekazywania pieniędzy takim organizacjom, bo wierzą, że rząd opiekuje się już potrzebującymi. Obecnie prywatny sektor bezpłatnych usług medycznych nie jest więc na tyle rozwinięty, na ile mógłby być. Jest on zresztą dość nieformalny.

W naszym mieście są to np. zakonnice z Zakonu św. Józefa z Corondolet czy Red Door Clinic. Indywidualni lekarze i szpitale dostarczają takich usług, które nie są jakoś specjalnie ujmowane w statystykach. Za to szpitale wykazują takich pacjentów, z których nie można ściągnąć należności i podatnicy też już te koszty pokrywają. Nasza organizacja nie zajmuje się jednak monitorowaniem takich rzeczy.

Jak ocenia Pani pomysł prezydenta Obamy, aby wszystkie dzieci objąć rządowym programem zdrowotnym?

Nie popieramy tego pomysłu, ponieważ po pierwsze – objęcie programem nie oznacza dostarczenia opieki medycznej. Po drugie – patrzymy na to jako na krok do wprowadzenia rządowej opieki zdrowotnej dla wszystkich. Poza tym dzieci stanowią najzdrowszą część ludności naszego kraju i prawdopodobnie byłoby taniej opłacić wszystkim dzieciom opiekę medyczną wtedy, kiedy są na coś chore.

Nie uważa Pani, że profilaktyczne badanie dzieci może być przydatne?

Jeśli ktoś tego sobie życzy, to już teraz różne kliniki opłacane z pieniędzy podatników takie usługi oferują. Indywidualni lekarze oferują też badanie dzieci za zniżkowe opłaty. Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że pomysł objęcia wszystkich dzieci opieką medyczną nie ma nic wspólnego z dobrem dzieci. Tu chodzi o pierwszy ruch w kierunku zmiany naszego systemu zdrowia w publiczny, całkowicie zarządzany przez rząd. Pierwszą konsekwencją ma być usunięcie z rynku prywatnych ubezpieczycieli.

Tworzenie krajowej elektronicznej bazy danych medycznych rodzi problem z łamaniem prawa do prywatności, jednak w mediach słyszymy, że zarówno Demokraci, jak i Republikanie uważają, że zaoszczędzi ona pieniądze i uratuje niejedno życie. Zgadza się z tym Pani?

Według nas, tworzenie elektronicznej bazy danych pacjentów powinno być decyzją podejmowaną przez danego lekarza czy szpital. Uważamy, że błędem jest wydanie 20 miliardów dolarów (w ustawie stymulującej) na tworzenie krajowej bazy danych i udostępnienie jej zawartości setkom tysięcy organizacji bez zgody pacjentów. Tworzenie bazy danych samo w sobie nie stanowi problemu, jeśli nie mają do nich dostępu nieupoważnieni ludzie. A jeśli chodzi o ratowanie życia ludzkiego, badania pokazują, że wprowadzenie elektronicznych baz danych doprowadziło do 22 błędów w sztuce lekarskiej, zaś na jednym oddziale pediatrycznym spowodowało śmierć dzieci.

Problem polega na tym, że dane mogą być wprowadzone błędnie, a ludzie je czytający uważają je za poprawne. Poza tym w jednym szpitalu w Kalifornii cały system się wyłączył i nagle okazało się, że nie ma żadnych informacji, musiano przejść do dokumentacji w formie papierowej i dowiedzieć się, jak uruchomić ponownie system.

Pani organizacja zajmuje się sprawami służby zdrowia od przeszło 10 lat. Jakie dokonania uważa Pani za najważniejsze?

Tak, działamy od 1995 roku. Myślę, że zablokowanie ustawy dającej Departamentowi Zdrowia Minnesoty dostęp do wszystkich danych medycznych. Poza tym, powstrzymaliśmy Departament przed wyznaczaniem lekarzom rządowych instrukcji leczenia. Biurokraci z Ministerstwa Zdrowia chcieli mówić lekarzom, jak mają praktykować medycynę, i karać ich finansowo, jeśli nie pracowaliby wedle tych „wytycznych najlepszego leczenia”. Trzecia rzecz: dzięki naszym działaniom, Departament nie ma prawa pobierać i przechowywać DNA dziecka zaraz po jego urodzeniu bez zgody rodziców. Czwarta sprawa: gubernator Minnesoty miał kiedyś pomysł utworzenia rządowej agencji sprzedającej wszystkim ubezpieczenia zdrowotne, czemu szczęśliwie zapobiegliśmy. Podobny pomysł jest zresztą teraz proponowany przez administrację Obamy.

Może się Pani teraz włączyć w zwalczanie pomysłów administracji Obamy na poziomie krajowym.

Tak, próbujemy.

Jakie inne organizacje zajmują się służbą zdrowia w USA?

Są cztery konserwatywne: Galen Insitute, Institute for Freedom w Waszyngtonie, Association of American  Physicians and Surgeons oraz Council on Affordable Health Insurance, z którą zresztą nie zawsze się zgadzamy.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję i na zakończenie chciałam jeszcze powiedzieć ważną rzecz: w planie Obamy najgroźniejsze jest wprowadzenie przymusu posiadania ubezpieczenia. Większość ludzi widzi w nim różne złe rozwiązania, ale niewielu sprzeciwia się przymusowi. Jednak nawet gdyby te wszystkie beznadziejne rozwiązania zniknęły, a zostało to jedno – przymus, to i tak dojdzie do wprowadzenia publicznej służby zdrowia dla wszystkich. Stanie się tak, ponieważ kiedy rząd wprowadza obowiązek posiadania ubezpieczenia, będzie też musiał zapewnić do niego dostęp. W ten sposób zacznie dyktować, jakie ubezpieczenie zdrowotne spełnia rządowe wymogi, a potem zacznie kontrolować wszystkie aspekty rynku medycznego.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=12646 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]