Pod groźbą kasacji – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2019-11-25 11:25 am

Nie ma przypadków, są tylko znaki – powiadał ksiądz Bronisław Bozowski. I rzeczywiście. Byłby to bowiem przypadek rzadki („byłby to przypadek rzadki, a czy w ogóle są przypadki?” – pytał retorycznie Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”), że akurat tego samego dnia, kiedy – jak się następnego dnia dowiedziałem w banku – rozpoczęła się egzekucja zaocznego wyroku niezawisłego poznańskiego Sądu Okręgowego, „aktywistki” z Poznania przyniosły do klasztoru OO. Chrystusowców opatrzoną 16 tysiącami podpisów petycję, by Zakon wycofał kasację od wyroku, nakazującego mu wypłacenie pani Żanecie Kąkolewskiej miliona złotych oraz dożywotnią rentę z powodu molestowania jej przed 10 laty przez księdza – członka tego Stowarzyszenia? Może to przypadek, a może wcale nie, bo „czy w ogóle są przypadki?

Nawiasem mówiąc wyrok opiewający na zapłacenie tego wszystkiego oparty był na art. 430 kodeksu cywilnego. Dopuszcza on wprawdzie odpowiedzialność innej osoby, niż sprawca czynu niedozwolonego z tytułu wynikłej stąd szkody, ale muszą być spełnione co najmniej trzy warunki łącznie. Przepis ten brzmi następująco: „Kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie, która przy wykonywaniu tej czynności podlega jego kierownictwu i ma obowiązek stosowania się do jego wskazówek, ten jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby przy wykonywaniu powierzonej jej czynności.” Wynika z tego, że – po pierwsze – zakon Chrystusowców musiałby „powierzyć” owemu księdzu uprawianie stosunków płciowych z nieletnią, po drugie – kierować tym procederem i – po trzecie – udzielać mu wskazówek, jak ma tę „powierzoną” czynność wykonywać. Nie sądzę, aby jakikolwiek z tych warunków został przed niezawisłym sądem udowodniony i pewnie dlatego Sąd Najwyższy będzie rozpatrywał złożoną przez Zakon kasację 20 grudnia br. Najwyraźniej „aktywistki” nie są pewne orzeczenia i stąd akcja zbierania podpisów, by pod tą presją Chrystusowcy kasację wycofali.

Bo gdyby Sąd Najwyższy uznał zasadność kasacji, to może nie tylko uchylić zaskarżony wyrok z powodu rażącego naruszenia prawa, ale nawet w pewnym zakresie go zmienić. Zatem jeśli by wyrok poznańskich sądów – bo tamten zaskarżony utrzymał się także w apelacji –został uchylony, to wypłacony milion złotych trzeba by zwrócić. Tymczasem – jak w rozmowie z dziennikarką „Gazety Wyborczej” powiedziała beneficjentka tego wyroku – jej pełnomocnik z tytułu honorarium za prowadzenie sprawy pobrał 300 tysięcy złotych. Dlaczego aż tyle – tego ma się rozumieć, nie wiem, ale skoro wszyscy tak się ostatnio interesują moimi pieniędzmi, to dlaczegóż by mnie nie było wolno robić tego samego? Zatem w sytuacji, gdy miliona już nie ma – bo w tzw. międzyczasie kilkadziesiąt tysięcy złotych wyłudził od niej pod pretekstem sfinansowania operacji raka trzustki pan Marek Lisiński, stojący na czele fundacji „Nie lękajcie się!” i utrzymujący, jakoby sam padł ofiarą księżowskiej pedofilii, to powstaje szalenie kłopotliwa sytuacja. Nawiasem mówiąc, opowieści pana Lisińskiego, jakoby był molestowany, chyba nie są prawdziwe, bo z różnych okoliczności wynika, że chodziło mu po prostu o wyłudzenie 150 tysięcy złotych od Kościoła – i chyba w tym celu zaprezentował się jako ofiara papieżowi Franciszkowi, który z wrażenia aż pocałował go w rękę. Warto zwrócić uwagę, że kwota 150 tysięcy złotych to tyle samo, co ja mam wypłacić pani Żanecie Kąkolewskiej na podstawie zaocznego wyroku niezawisłego Sądu Okręgowego w Poznaniu, którego, mówiąc nawiasem – do dziś, to znaczy, do 24 listopada, nie dostałem, podobnie jak nie dostałem zawiadomienia o wszczęciu egzekucji, chociaż stosowne pisma i do sądu i do komornika przesłałem. Podobno niezawisły Sąd Okręgowy w Poznaniu wysyłał wszystkie pisma procesowe na adres, pod którym od ponad 11 lat już nie mieszkam. Podobno nawet wynajęty został detektyw, który ponad wszelką wątpliwość ustalił, że tam mieszkam, chociaż wystarczyło kliknąć moje nazwisko w wyszukiwarce, by znaleźć adres mojej poczty elektronicznej i zwracając się do mnie tą drogą ustalić miejsce mojego zamieszkania. Warto bowiem przypomnieć, że pisma procesowe powinny być stronie doręczone w miejscu jej faktycznego zamieszkania, a nie – w miejscu jej stałego zameldowania. Zresztą jeśli chodzi o zameldowanie, to przez co najmniej 5 lat byłem zameldowany czasowo pod adresem pod którym od ponad 11 lat mieszkam, więc i z tego sposobu mógł detektyw skorzystać – ale nie skorzystał. Czy rzeczywiście był wynajęty – tego oczywiście nie wiem, podobnie jak nie wiem, czy koszty tego wynajęcia zostały wliczone do tych ponad 38 tysięcy złotych, jakie tytułem „kosztów” mam zapłacić komornikowi. Jak się okazuje, nie tylko pan Lisiński ma skłonności do kreowania różnych rzeczy – bo pani Kąkolewska zasugerowała na Twiterze, że – jak to mówił Józef Stalin – „obawiając się sądu zagniewanego ludu”, czyli procesu, jaki mi wytoczy, oszukałem darczyńców, którzy pomogli mi wykupić mieszkanie (nawiasem mówiąc, nieżyczliwe mi media podawały do wiadomości lokalizację tego mieszkania już wczesną wiosną, więc gdyby niezawisły sąd czytał gazety, to by się zorientował, że ten cały detektyw robi go w konia) – bo tak naprawdę zbierałem na pokrycie kosztów przyszłego procesu. Gdybym był złośliwy, mógłbym bez trudu udowodnić kłamstwo pokazując akt notarialny, ale – po pierwsze – nie widzę powodu, by się pani Kąkolewskiej z czegokolwiek tłumaczyć, a po drugie – musiałbym pozywać ją przed niezawisły sąd, do czego mam nieprzezwyciężoną awersję, bo od dawna nie ufam żadnym organom naszego państwa, a już niezawisłym sądom – w szczególności.

Ale mniejsza już o moje sprawy, bo ze szczątkowych informacji, jakie dotychczas do mnie za pośrednictwem komornika dotarły, wyrok miał zapaść prawdopodobnie w sierpniu, a ponieważ postępowanie było prowadzone w tempie stachanowskim, czemu niewątpliwie sprzyjała moja nieobecność, to proces mógłby się odbyć na przełomie maja i czerwca br. I właśnie na początku czerwca pani Kąkolewska poinformowała dziennikarkę „Gazety Wyborczej” o 300 tys. złotych honorarium i o swoich obawach, co to będzie, gdy Sąd Najwyższy wyrok uchyli. W tej sytuacji trzeba na wszelki wypadek szukać brakujących pieniędzy, a 150 tysięcy, to już przynajmniej połowa. Jak to się stało, że pani Kąkolewska akurat wtedy zdecydowała się wytoczyć mi proces – tego oczywiście nie wiem, bo albo sama wpadła na ten pomysł i to jeszcze mógł być przypadek, albo doradził jej to jakiś Doradca Doskonały, a wtedy w żaden przypadek nie wierzę.

Rzecz w tym, że wyrok poznańskiego sądu, na podstawie art. 430 kodeksu cywilnego obciążający Chrystusowców obowiązkiem wypłacenia miliona złotych i dożywotniej renty, został przez środowiska hołdujące nieubłaganemu postępowi uznany za „rewolucyjny”. Rzeczywiście w pewnym sensie taki był, bo został oparty na całkowitym zlekceważeniu nie tylko litery prawa, ale i logiki – ale właśnie dlatego mógł stanowić precedens, na którym budowany jest w Polsce cały przemysł molestowania, podobny co do zasady do przemysłu holokaustu. Jak to zauważa w „Towarzyszu Szmaciaku” Janusz Szpotański, „z wszystkiego można szmal wydostać”, więc dlaczego nie z molestowania? Tym bardziej, że w przypadku Kościoła perspektywy rysują się całkiem zachęcająco – boć przecież w ostatniej instancji odpowiedzialność materialną ponoszą nie purpuraci, tylko parafianie, a tych jest bardzo wielu, więc przemysł może się rozwijać. Ale Sąd Najwyższy rozpatrując kasację od „rewolucyjnego” wyroku może cały świetnie zapowiadający się interes zepsuć, no i dlatego „aktywistki” tak się uwijają, żeby Chrystusowcy na wszelki wypadek kasację wycofali. Nie wiem, czy pani Żaneta Kąkolewska zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, czy też po prostu za przyczyną jakiegoś Doradcy Doskonałego, została narzędziem w rękach potężnych szermierzy.

Artykuł    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    25 listopada 2019

Stanisław Michalkiewicz

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=110856 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]