Recenzja „Dalej jest noc” czyli IPN kontra historyk Grabowski i inni eksperci.

Aktualizacja: 2019-11-11 7:15 pm

Awantura o recenzje napisane przez historyków z IPN na temat warsztatu historycznego i uczciwości naukowej l związanych z Centrum Badań nad Zagładą Żydów z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk – autorów pracy pt. „Dalej jest. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” przetoczyła się w lutym –marcu 2019 r. i szczęśliwie dla autorów produktu została przykryta w mediach przez takie ważne wydarzenia jak wystąpienie Jażdżewskiego na UW, awaria czyszczalni ścieków „Czajka” czy wreszcie kampanią wyborczą.

Główny sponsor dzieła „Dalej jest noc” czyli pobożny minister Gowin, odetchnął z ulgą i wybiera poduszki, na których położy się w drzwiach swego wysokiego i dobrze płatnego urzędu w celu obrony nauczania przedmiotu o nazwie „gender” na polskich państwowych uniwersytetach.

A tymczasem odpowiedzi na zarzuty postawione w głównej recenzji czyli w opracowaniu „Korekta obrazu? Refleksje źródłoznawcze wokół książki „Dalej jest noc . Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski”, t.1-2 red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Warszawa 2018 – pozostały na poziomie ogólnikowych wykrętów, braku odpowiedzi (profesor Szurek) lub sprowadziły się do ataku personalnego na IPN jako instytucję państwową i na autora recenzji dr Tomasza Domańskiego z kieleckiego IPN.

Kwintesencją tej metody przez atak był wpis w języku angielskim Jana Zbigniewa Grabowskiego z dnia 26 lutego 2019 r. na Facebooku, który podał też Tysol na swojej stronie internetowej, również w wersji angielskiej: „…Nasza książka “Noc bez końca” stała się obecnie obiektem brutalnego/złośliwego/nikczemnego ataku zaaranżowanego przez nacjonalistów z Polskiego Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) – państwowej instytucji z nielimitowanymi środkami publicznymi do dyspozycji. W uzgodniony i zaplanowany sposób Instytut opublikował serię nieszczerych i oszczerczych omówień naszej pracy. Autor głównego omówienia/recenzji opublikowanego (w kilku językach) przez IPN , pewien / jakiś dr. Domanski nie ma pozycji, nie ma wiarygodności i nie ma widocznego doświadczenia na polu studiów o Holocauście”.

To protekcjonalne, niegrzeczne czy raczej bezczelne nazwanie dr Tomasza Domańskiego „jakimś dr Domanskim” przypomniało mi stalinowskie i polskojęzyczne gazety, które w podobnym stylu pisały i piszą o św. Janie Pawle II (papież Wojtyła) czy o Prymasie kardynale Stefanie Wyszyńskim (Wyszyński) .

Co ciekawe, pan Jan Grabowski doktor habilitowany nie zaatakował personalnie w tym gorącym wpisie Facebooku doktora Piotra Gontarczyka za jego artykuł pt. „Między nauką a mistyfikacją, czyli o naturze piśmiennictwa prof. Jana Grabowskiego na podstawie casusu wsi Wrotnów i Międzyleś powiatu węgrowskiego” zamieszczony w Glaukopisie nr 36 (str. 313-323). A jest to bardzo ciekawe 10 stron na temat „historycznych technik badawczych i prezentacyjnych” pana doktora habilitowanego Jana Grabowskiego.

Bo rozumiem, że milczenie na temat trzech innych recenzji książki „Dalej jest noc” tj. Tomasza Roguskiego „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, red. Barbara Engelking i Jan Grabowski” zamieszczony w Glaukopisie nr 36 (str. 335-356), Romana Gieronia „Próby przetrwania zagłady w powiecie bocheńskim. Refleksje po lekturze artykułu Dagmary Swałtek-Niewińskiej” – zamieszczony w „Zeszytach Historycznych WiN-u” nr 47/2018 str. 95-108 i Dawida Golika Nowatorska noc. Kilka uwag na marginesie artykułu Karoliny Panz, zamieszczone w „Zeszytach Historycznych WiN-u” nr 47/2018, s. 109-134 – nie zasługiwały nawet na słowo komentarza.

Do wpisu na Facebooku z dnia 26 lutego 2019 r. dr habilitowanego Jana Grabowskiego warto dodać jego oświadczenie zamieszczone na stronie internetowej Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN (bez daty) pt. „Odpowiedź na recenzję Tomasza Domańskiego pt. Korekta obrazu? Refleksje źródłoznawcze wokół książki „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” , t.1-2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowki , Warszawa 2018” („Polish – Jewish Studies” IPN, Warszawa 2019) w serii odpowiedzi na recenzję dr Domańskiego pt. „Nieudana „Korekta Obrazu” Odpowiedzi redaktorów tomów oraz autorów poszczególnych rozdziałów na broszurę autorstwa dr. Tomasza Domańskiego pt . Korekta obrazu? Refleksje źródłoznawcze wokół książki „Dalej jest noc”.

Otóż w tym oświadczeniu dr. hab. Jana Grabowskiego zwraca uwagę oskarżenie dr Tomasza Domańskiego o praktyki jak następuje:”… Wśród wielu innych źródeł informacji, na które powołuje się dr Domański, można też natrafić na prace niejakiego Marka Paula. Problem w tym – o czym wie każdy badacz obeznany z historiografią Holokaustu – że Mark Paul nie istnieje. Jest to pseudonim autora (lub autorów) broszur wypełnionych antysemickimi kliszami i stereotypami, które od lat są dostępne w internecie. Niestety, dr Domański najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z tego, że powoływanie się na antysemickie broszury w recenzji naukowej pracy poświęconej historii Zagłady nie wystawia ani jemu, ani zatrudniającej go instytucji najlepszego świadectwa….”.

Mocna rzecz. Z tym, że w recenzji dr Tomasza Domańskiego na 72 stronach znaleźć można 212 odnośników do źródeł, ale żadne z nich nie jest pracą jakiegoś Marka Paula.

Są za to odnośniki do zeznań świadków z procesów, zeznań ocalonych Żydów, tekstów uzasadnień wyroków sądowych i generalnie akt sądowych.

Co tak przestraszyło pana dr habilitowanego Jana Grabowskiego w tekście dr Tomasza Domańskiego, że mu przypisał korzystanie do recenzji z prac jakiegoś Marka Paula. Kiedy chodziło tylko i źródła, na których oparte są teksty zespołu: Jan Grabowski, Barbara Engelking, Jean Charles Szurek, Anna Zapalec, Karolina Panz, Alina Skibińska , Dagmara Swałtek –Niewińska, Tomasz Frydel.

W tych okolicznościach przyrody nie powinien zdziwić wniosek zawarty na końcu cytowanej wyżej odpowiedzi Jana Grabowskiego:

”… Kończąc: Recenzja dr. Domańskiego ma jednak pewną wartość – gdy już na porządku dziennym stanie sprawa przyszłości IPN, tekst ten powinien się znaleźć wśród materiałów dowodowych przemawiających za likwidacją tej instytucji….”.

Wobec takich wniosków nie pozostaje nic innego jak zaprezentować kilka bardzo konkretnych i mocno osadzonych w źródłach ustaleń dr Tomasza Domańskiego. Co ja mówię – „pewnego dr Domańskiego”. A może „jakiegoś dr Domańskiego”.

A więc przejdźmy do „meritumu”. Na początek uwaga, że dla pełnej jasności technik naukowych zespołu prof. Engelking i dr hab. Grabowskiego nie będziemy się skupiać na kwestach takich , jak wskazany we Wstępie do recenzji rozdźwięk między stanem faktycznym a deklaracją autorów, iż korzystali w swojej pracy wszelkich możliwych źródeł i to w różnych językach.

Tymczasem na stronie 27 dr Domański pisze:

”… Autorzy podkreślają wykorzystanie źródeł wytworzonych w wielu językach z archiwów: „polskich, izraelskich, amerykańskich, niemieckich, ukraińskich, białoruskich i rosyjskich” (t. 1, s. 19–20). Jak zapewniają, uwzględniono relacje i wspomnienia ocalałych, dokumentację wytworzoną przez Polskie Państwo Podziemne, dokumentację władz okupacyjnych, dokumentację Żydowskiej Samopomocy Społecznej, wojenną i powojenną dokumentację sądową oraz różnego rodzaju normatywy itp… Inna rzecz, że redaktorzy nie wspominają we Wstępie o wykorzystaniu dokumentów żydowskiej administracji niektórych gett (Rad Starszych – Judenratów), jak na przykład z Krakowa oraz Lwowa, o czym łatwo się przekonać, sięgając chociażby do bibliografii (t. 2, s. 658).(…).

Nawet w odniesieniu do dystryktu krakowskiego, którego dotyczy niemal połowa omawianej pracy, nie uwzględniono znacznej ilości materiałów dostępnych w Polsce w Archiwum IPN oraz w Archiwum Narodowym w Krakowie. Nie wykorzystano nawet szeregu relacji zgromadzonych w Archiwum Żydowskiego Instytutu (…)Anna Zapalec, która część opracowania swojego „powiatu” poświęciła okupacji sowieckiej z lat 1939–1941, pominęła relacje Polaków wywiezionych w głąb ZSRR, którzy następnie trafili do armii generała Władysława Andersa (obecnie zdeponowane w Instytucie Hoovera na Uniwersytecie Stanforda w USA).

Nie wykorzystano zupełnie materiałów z Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich z licznego zbioru rękopisów, nie podano, czy kwerenda była tam w ogóle prowadzona. W przypadku powiatu biłgorajskiego nie sięgnięto do szeregu materiałów z zasobu Archiwum Państwowego w Lublinie. Braki źródłowe dotyczą również spraw detalicznych, tylko pozornie o marginalnym znaczeniu…”.

Dzięki takiemu „całościowemu” podejściu do źródeł pan dr hab. Jan Grabowski :”… mógł autorytatywnie zapewniać czytelnika , że np. ksiądz kanonik Kazimierz Czarkowski z Węgrowa jest jedynym świadkiem, który opisuje zajęcie tego miasta w 1939 r. przez wojska sowieckie i powitanie ich przez ludność żydowską (t. 1, s. 396–397). Tymczasem informacje o okolicznościach wkroczenia wojsk sowieckich i wydarzeniach z tym związanych w tym regionie, a także w samym Węgrowie, pojawiają się w co najmniej trzech innych relacjach – Jadwigi Górskiej (Gołdy Ryby), Wiesława Piórkowskiego i Marka Gajewskiego znajdujących się w zbiorach Yad Vashem oraz Archiwum Historii Mówionej…”.

Do innych ciekawostek metodologicznych można zaliczyć zwyczaj tzw. ekstrapolacji czyli przypisywania określonych zachowań czy cech całej społeczności na podstawie jednego, dwóch przypadków.

Przytrafiło się to m.in. panu profesorowi Jean–Charlesowi Szurkowi, jak możemy przeczytać na str. 30 recenzji dr Domańskiego:”… dokonał generalnej oceny postawy sołtysów wobec zarządzeń chwytania i doprowadzania Żydów na posterunki policji: „Niektórzy – pisał – wprowadzali niemieckie rozkazy w życie z gorliwością. Liczne procesy wszczęte na podstawie dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. obrazują częste przypadki podporządkowania się sołtysów »Judenjagd«.

Kontynuację podobnego sposobu postępowania odnajdujemy we fragmencie tekstu, w którym nierzadko podporządkowania aktywnego i interesownego. Inni wydawali się niewzruszeni we wprowadzaniu w życie reguł okupanta”(…) Bowiem Szurek pisząc o „licznych procesach” i „częstych przypadkach” jako dowód omówił w rozdziale (t. 1, s. 606–611) dwa procesy z dekretu sierpniowego. Kreśląc generalną tezę o podporządkowaniu się sołtysów Judenjagd, autor nie przedstawił żadnych wyliczeń czy danych statystycznych: ani liczby przeanalizowanych procesów („sierpniówek”), ani zapadłych wyroków. Nawet nie kusi się o odpowiedź na pytanie, jaką liczbę sołtysów postawiono przed powojennymi sądami w stosunku do ogólnej liczby sołtysów w omawianym przez niego powiecie. Nie interesuje go poziom samodzielności sołtysów w tych działaniach i kontekst sytuacyjny…”.

Podobnie ta metoda wnioskowania spodobała się pani Karolinie Panz, która: „… W kwestii udziału chłopów w egzekwowaniu niemieckich zarządzeń antyżydowskich w powiecie nowotarskim na podstawie dwóch relacji Karolina Panz wyciąga wnioski generalne. Konstatuje: „Z dostępnych mi źródeł wyraźnie wynika, że jesienią 1942 r. na obszarze Kreis Neumarkt kluczową rolę w metodycznym wyłapywaniu ofiar w górskich lasach odegrały 31 zorganizowane dwunastoosobowe straże chłopskie i podszywające się pod nie nieformalne bandy, tworzone przez znających się młodych wyrostków” (t. 2, s. 290). Zapomniała, że lasy przeczesywali także funkcjonariusze niemieckich formacji mundurowych: policji „granatowej” i Forstschutzkommando (Straży Leśnej).

Innym razem napisała: „Ukrywających się w lasach i stodołach Żydów z Podhala denuncjowali i chwytali zazwyczaj polscy chłopi i policjanci granatowi”. Tak jakby granatowa policja nie była jedną ze zbrojnych służb pod kontrolą niemiecką, często bezwzględnie egzekwujących niemieckie nakazy wobec ludności (t. 2, s. 317–318)69.

Nie pisze też, jak ma się świadomość istnienia wspomnianych przez nią konfidentów, obserwujących postawy ludności wobec niemieckich zarządzeń, do zachowań chłopów obawiających się represji….”. (str 30-31 recenzji).

Maksymalną kreatywność w wykorzystania źródeł dla przypisania Polakom udziału w eksterminacji Żydów wykazała pani Anna Zapalec autorka opisująca tzw. „powiat” złoczowski.

Wg niej np. :”… Wyjątkowo negatywną rolę [w Holokauście] odegrali też policjanci (byli wśród nich także Polacy) służący w Złoczowie w Policji Kryminalnej [Krimminalpolizei], z których część prawdopodobnie przyjęła volkslistę” (podkr. – TD)(…)

Sama przyznaje: „Niestety podczas kwerendy, poza protokołami przesłuchań podczas śledztw prowadzonych po wojnie, nie odnalazłam żadnej innej szczegółowej dokumentacji kancelaryjnej Kripo w Złoczowie, która dokładniej przybliżałaby tę sprawę” (t. 1, s. 743). Jedyne, co odnalazła, to informacje o aktywności Niemca (!) Otto Zikmunda. W takiej sytuacji budzi co najmniej zdziwienie, że autorka, choć nie wymieniła nawet jednego konkretnego przypadku negatywnej postawy funkcjonariuszy Kripo ze Złoczowa innej narodowości niż niemiecka, czuje się upoważniona do jednoznacznych sądów.

W sytuacji braku źródeł bądź ich nieznajomości nie wystarczy jedynie analogia z innymi terenami GG (t. 1, s. 743), by ogłaszać tak jednoznaczne i „precyzyjne” konstatacje na temat „przebadanego” obszaru. Takie metody przy mimo wszystko pobocznej sprawie każą zachować tym większy dystans w przypadku innych „ustaleń badawczych”. (str. 31 recenzji).

Innym ciekawym „zjawiskiem naukowym” jest pomniejszanie udziału Niemców w zbrodniach na Żydach. Nawet, jeśli to związane jest z manipulowaniem przy źródłach.

I tak kolejno:

– dr hab. Jan Grabowski w opisie najścia na gospodarstwo Ratyńskich we wsi Ziomaki w powiecie węgrowskim pisze co następuje: „…23 sierpnia 1943 r. w gospodarstwie Wiktora Ratyńskiego nie pojawili się żandarmi, ani Wehrmacht, lecz komendant posterunku PP w Grębkowie Czesław Kurkowski w towarzystwie jeszcze jednego granatowego policjanta” [podkr. – TD] (t. 1, s. 493). Grabowski dodaje, że policjanci „uzbrojeni” byli w donos…”. Jednakże jak pisze dr Domański :”… ”.

Tymczasem w oryginale tego zeznania Ratyński mówi jednoznacznie o przyjeździe właśnie żandarmów z policją. Ten fragment Grabowski najwyraźniej świadomie pomija. Ratyński zeznał: „Do mego zabudowania we wsi Ziomaki gm. Wyszków przyszło 9 osób narodowości żydowskiej, którzy się przechowywali w moim zabudowaniu. W dniu 23 sierpnia 1943 r. do mego zabudowania przyjechali żandarmi wraz z policją z posterunku Grębków na czele z komendantem Kurkowskim z kartką w ręku napisane mieli ile osób znajduje się i gdzie są przechowywani mnie w tym czasie w domu nie było byłem na polu bo pojechałem moczyć len” [podkr. – TD] (t. 1, s. 493).

Trudno uznać to za rzetelny stosunek do źródła. Nie wiadomo, dlaczego potem Grabowski dodaje informację o późniejszym przyjeździe żandarmów („Wkrótce potem do Ratyńskiego zajechali niemieccy żandarmi. Ani Kurkowski, ani żandarmi nie mieli jednak ochoty wchodzić do obory i tam szukać Żydów” (t. 1, s. 493)….”. (str. 35 recenzji)

– pani Dagmara Swałtek Niewińska w sprawie okoliczności wysiedleń Żydów z Bochni i Wieliczki i działań granatowego policjanta Bronisława Filipowskiego: ”… definitywnie stwierdziła, że Filipowski zastrzelił w Zabierzowie nieznanego z nazwiska żydowskiego mężczyznę oraz zasugerowała, że jego zeznania złożone podczas powojennego procesu, jakoby uczestnicząc w akcjach wysiedleńczych w Bochni i Wieliczce, nie strzelał do Żydów, były „mało wiarygodne”(…) Sąd Okręgowy w Krakowie sprawcą postrzelenia i bezpośrednio zabójstwa uznał żandarma Zeissa – „Niemca, kata/bandytę” (który miał zastrzelić także policjanta Dziubę za niewykonanie rozkazu), nie zaś Filipowskiego . Z tekstu książki nie dowiadujemy się, w oparciu o jakie materiały autorka uznała, że to faktycznie Filipowski zastrzelił Żyda w Zabierzowie. Przywołała tylko omówione wyżej akta procesowe…”.

– dr hab. Dariusz Libionka pisze o sytuacji Żydów w Proszowicach powiat miechowski po wejściu Niemców w 1939 r. na podstawie relacji Żyda Meira Goldsteina: „… Nasi ‘kochani Polacy’« – relacjonował po wojnie Meir Goldstein – wskazywali miejsca, gdzie potajemnie modlili się Żydzi, powyciągali Żydów w tałesach na rynek i kazali im zamiatać ulice. Niemcy to filmowali, gdy »nasi goje dokuczali Żydom okropnie«” (t. 2, s. 48)

Tymczasem tekst relacji Meira Goldsteina brzmi:”… Wojna wybuchła przed żydowskim Nowym Rokiem, przed Rosz Haszana. I my nie modliliśmy się więcej w bóźnicy tylko w prywatnych mieszkaniach, położonych w podwórkach. I wtedy przyszli nasi »kochani Polacy«, […] – i pokazywali Niemcom, gdzie się modlimya Niemcy, powynajdywali i powyciągali Żydów w tałesach i powyprowadzali Żydów na Rynek i na Targowisko, tak zwane i tam kazali im zamiatać ulice. I robili zdjęcia i śmiali się – nasi »goje« i dokuczali Żydom okropnie. Chcę powiedzieć, że Polacy pokazywali, że się cieszą z tego, że dokucza się Żydom. Byli wprawdzie też tacy, którzy przynieśli trochę wody i dali się napić ale na ogół drażnili się oni z Żydami”…”. (str 37-39 recenzji).

– prof. Jean Charles Szurek opisuje wysiedlenie Żydów z Adamowa w październiku 1942 r. na podstawie relacji Rubina Rosenberga z 1945 r. : „ Rubin Rosenberg z Adamowa, mający w 1945 r. 17 lat, opowiada: »Żydów wydawali też Polacy. Pomagali oni w walce z Żydami po lasach. Była to akcja likwidacyjna«” (t. 1, s. 610). (…) „z jednej strony polscy chłopi byli niebezpieczni we wspólnym działaniu przeciwko Żydom, z drugiej zaś stanowili równie duże zagrożenie indywidualnie […]” (t. 1, s. 610) .

Tymczasem relacja Rubina Rosenberga ma treść następującą: „…20 października 1942 r. było wysiedlenie [z Adamowa]. Wszyscy uciekli do lasu by walczyć z Niemcami. Nawet milicja żydowska uciekła. W mieście znaleziono wtedy 30-tu. Pierwszego dnia Ukraińcy i żandarmeria otoczyli miasto. Wypędzili ludzi na rynek. Strzelali za byle co. Judenrat miał wskazywać schrony, ale uciekł do lasu. Dwóch Żydów, którzy nie pracowali w Judenracie dobrowolnie zgłosiło się do wydawania schronów. Tych Ukraińcy potem też zabili. Żydów wydawali też Polacy. Pomagali oni w walce z Żydami po lasach. Była to akcja likwidacyjna. (Pierwsza akcja przed tym, gdy pewna kobieta polska przypadkiem wznieciła pożar, który ogarnął cały Adamów, Polacy mieli podejrzenie na Żydów – partyzantów) [wszystkie podkr. – TD]” (str. 42-43 recenzji).

Poza pomniejszaniem udziału Niemców w prześladowaniu Żydów autorzy niejednokrotnie dopuszczali się również pomniejszania udziału policji żydowskiej i Judenratów ale za to mogli do sprawców „dopisać Polaka”.

I tak „granatowego „dopisał” pan dr Libionka w przypadku nękania małżeństwa Kisielów, którzy we wsi Karczowice gmina Kozłów ukrywali Żydów w okresie listopad 1942 –styczeń 1945. Oto jego relacja wg recenzji dr Tomasza Domańskiego :”… Żandarmeria i granatowi dwukrotnie przeprowadzali rewizję, ale niczego nie znaleźli [podkr. – TD]…”.

Tymczasem relacja pana Kisiela jest następująca:”… Najbliższy posterunek policji polskiej i niemieckiej był w Kozłowie. Niemniej były u mnie rewizje. Szukali u mnie dwa razy bardzo dokładnie policjanci niemieccy, ale niczego nie znaleźli [podkr. – TD]…”.(Str. 46 recenzji)

Z kolei pani Dagmara Swałtek Niewińska specyficznie opisuje akcję wykrywania i otwierania bunkrów ukrywających się Żydów w getcie w Bochni we wrześniu 1943 r. twórczo wykorzystując akta sprawy Samuela Fritscha z policji żydowskiej. Jak relacjonowała :”…Grupy poszukujące ukrytych Żydów składały się z kilku osób,  zwykle policjanta niemieckiego, kilku policjantów polskich oraz często osoby zatrudnionej do wyważania drzwi. Tę ostatnią funkcję pełnił pod przymusem m.in. rusznikarz Karol Goss w czasie trzeciej akcji likwidacyjnej we wrześniu 1943 r. Swoją najbliższą rodzinę stracił w pierwszej akcji. W trakcie ostatniej akcji otworzył na rozkaz Niemców 30–40 bunkrów” (t. 2, s. 563–564).)

Dr Tomasz Domański zwraca uwagę, że: „… Tymczasem w zeznaniach Goss mówił jedynie: „Otwierałem bunkry, może 30 lub 40” 161 i wskazał osoby, które jego zdaniem zdradziły miejsca ukrycia się Żydów. Byli to dwaj odemani: Kalfus i Zucker..” A więc byli to jedynie dwaj policjanci żydowscy.

Jak wynika z akt sprawy Samuela Fritscha, który został w 1947 r. skazany na 7 lat: ”… Sąd zwrócił uwagę na pozytywną rolę oskarżonego w wielu sytuacjach, niemniej był bardzo krytyczny przy ocenie konkretnych działań we wrześniu 1943 r. Rozkaz do wykrywania bunkrów wydali oczywiście Niemcy, natomiast bezpośrednio realizacją niemieckich zarządzeń zajmowali się odemani. Oni bowiem byli lepiej zorientowani w sposobach ukrywania się i budowy skrytek. Ich działania np. w przypadku bunkra Schanzerów polegały m.in. na zrywaniu podłóg. Siekierami wyrąbali wejście. Oddali wówczas w ręce niemieckich oprawców pięć osób z rodziny Schanzerów. Z kolei tylko w przypadku bunkra Weinfeldów „żydowscy policjanci” ujawnili około 45 osób. W tych działaniach, jak stwierdzał sąd, „udział brali wyłącznie członkowie żydowskiej policji porządkowej”…”. (str 59 recenzji) .

Pani Dagmara Swałtek Niewińska korzystała z akt, których sygnaturę podała w swoim opracowaniu, ale napisała to, co napisała. Że do getta w Bochni aby otwierać ukryte bunkry żydowskie wchodziła policja granatowa.

W dziele „Dalej jest noc” zasadniczo też, jeśli to było możliwe , unikano dostrzegania udziału Judenratów w eksterminacji Żydów.

I tak np. dr hab. Dariusz Libionka w opisie wysiedlenia Żydów z Wolbromia pisze co następuje: :”…W nocy miasteczko [Wolbrom] zostało otoczone przez cztery oddziału Baudienstu, policję granatową i strażaków. Nikt nie spał »bo już wcześniej mówiono o wysiedleniu i cały tydzień siedziało się na walizkach«” (t. 2, s. 81…”.

A tymczasem relacja Henryka Harsteina, z której twórczo skorzystał dr hab. Libionka zaczyna się od : „…Dnia 5 września nad ranem Judenrat kazał ludziom zebrać się w Rynku. Nikt nie spał poprzedniej nocy, bo już mówiono o wysiedleniu i cały tydzień siedziało się na walizkach…”. (str. 60-61 recenzji).

Podobnie wykasowała udział Judenratu z życia uciekinierki żydowskiej Mari Cukier z getta ze Złoczowa pani Anna Zapalec. Pisze ona co następuje:”… Takim miejscem, gdzie skłaniano się do pomocy na rzecz Żydów, był szpital miejski. Tam właśnie pomoc otrzymała Maria Cukier, mieszkanka Zborowa, która wyskoczyła z wagonu deportacyjnego w pobliżu Złoczowa, a w czasie skoku została postrzelona. Zraniona dotarła do Złoczowa i opatrzono ją dopiero w miejskim szpitalu” (t. 1, s. 741..”

Natomiast pełna relacja ucieczki i szukania schronienia Marii Cukier brzmi następująco: „…Około 10 km za Złoczowem, wyskoczyłam w biegu z pociągu. Niemiec z jednego z następnych wagonów, strzelił do mnie z rewolweru i zranił w prawy bok. Kula utkwiła niezbyt głęboko pod skórą. Doczołgałam się spowrotem do Złoczowa. Tu spotkałam Żydów noszących opaski. Dwaj Żydzi pomogli mi dostać się do Judenratu. Prezes Judenratu odmówił pomocy lekarskiej, gdyż nie miałam pieniędzy (torba z pieniędzmi została w pociągu). Uważał, że mój złoty łańcuszek nie pokryje kosztów zabiegu. Wyszłam rozgoryczona i usiadłam na chodniku. Dwie nieznajome Polki zaniosły mnie do szpitala. W szpitalu przeprowadzono operację – leżałam tam trzy tygodnie [podkr. – TD]…”.

Jak widać, ustalenia dr Tomasza Domańskiego nie dotyczą wyłącznie kwestii metodologicznych jak sprawa „powiatów” i reprezentatywności „próbki badawczej”, o czym pisał we Wstępie czy spraw „kontekstowych” jak zupełny brak Kościoła Katolickiego w udzielaniu pomocy Żydom po likwidacji gett.

Tu chodzi o prostackie i na dużą skalę manipulowanie źródłami i relacjami świadków.

W tej kwestii całkowity hard core odkrył w książce „Dalej jest noc” pan dr Piotr Gontarczyk i opisał to w recenzji w Glaukopisie nr 36 na stronach 313-323. Chodzi o sprawę rolników Stanisława Łopińskiego i Dionizego Ładosza ze wsi Wrotnów niedaleko Treblinki, których dr hab. Jan Grabowski opisuje następująco :”… Dla Żydów uciekających z Treblinki wieś Wrotnów, o której pisałem wcześniej, była miejscem niebezpiecznym. Poza wartami chłopskimi i polską policją na uciekinierów czyhali „woluntariusze” , którzy polowaniem na Żydów zajmowali się prawie zawodowo . Ładosz i Łopiński, obaj gospodarze z Wrotnowa, w 1942 r. zasłużyli się w oczach Niemców mordem dokonanym na zbiegłym jeńcu (lub też, jak wówczas mówiono, „niewolniku”) sowieckim…”. (str 314-315 Glaukopis).

Podstawą do takich i innych opinii na temat Ładosza i Łopińskiego miały być akta z archiwum dawnego Sądu Wojewódzkiego dla Województwa Warszwskiego sygnatura GK 318/427 [dalej: AIPN GK, 318/427.

Pan dr Piotr Gontarczyk pisze:”… Przede wszystkim jednak trzeba stwierdzić, że wiele szczegółowo opisywanych przez autora elementów sprawy – „polowanie na Żydów”, starosta Gramss wyprawiający Łopińskiego i Ładosza zaopatrzonych w „żelazny list” i karabiny do ochrony wioski „przed bandytami i Żydami”, to, że chodzili oni „za Żydami i Ruskimi”, a przede wszystkim całe to rabowanie, mordowanie i denuncjowanie Żydów „pod wodzą Ładosza i Łopińskiego” – nie znajduje wiarygodnego potwierdzenia w aktach wykorzystanej przez autora sprawy. (…) Przywołanie źródła mającego potwierdzać zasadność tych słów wygląda następująco: AIPN GK 318/427, zeznanie Jana Kosowskiego, 9 VI 1950 r., k. 281–28316.

Kłopot polega na tym, że najwcześniejszą datą znajdującą się w tych aktach jest rok 1952 (a nie 1950), sprawa ma tylko 238 kart (nie ma więc kart 281–283), a przede wszystkim żaden Jan Kosowski nie pojawia się w sprawie. Po dłuższych poszukiwaniach udało się ustalić, że taki dokument znajduje się w zupełniej innej sprawie, dotyczącej samoobrony chłopskiej ze wsi Międzyleś. Protokół przesłuchania Jana Kosowskiego z 9 czerwca 1950 r. liczy jedną stronę i nie daje żadnych podstaw do pisania o „wolontariuszach, którzy polowaniem zajmowali się prawie zawodowo”…”.

Czyli dr hab. Jan Grabowski całą swoją filipikę przeciwko dwóm rolnikom z Wrotnowa jako „wolontariuszom Holocaustu” z bronią daną przez Niemców w garści, żeby „polować na Żydów” – opiera na NIEISTNIEJĄCYCH stronach istniejących akt i na zeznaniu z 1952 r. przyczepionych do akt sprawy z 1950 r.

Wszystkie te historie o wycieraniu gumką z zeznań świadków a to Niemców a to policji żydowskiej czy Judenratów w procesie eksterminacji Żydów a dopisywaniu, jeśli „zabrakło” jako uczestników – polskich granatowych policjantów albo Baudienstu są więcej niż żałosne i zawstydzające każdego człowieka , który liczy na uczciwość w nauce. Natomiast powoływanie się na nieistniejące strony akt sprawy i zeznanie rzekomego świadka z jeszcze innej sprawy i to dwa lata późniejszej to już zupełna katastrofa wymagająca jakichś postępowań dyscyplinarnych i zakończenia kariery naukowej tych ludzi na polskich uczelniach. Co będzie tym łatwiejsze, że panowie Jan Grabowski , Jean Charles Szurek i Tomasz Frydel to naukowcy z jakichś zagranicznych uczelni. Chyba z Ottawy w Kanadzie.

Mając na względzie arogancję a wręcz bezczelność zwłaszcza „przywódcy duchowego” dr hab. Jana Grabowskiego w sprawie postawionych jemu i jego zespołowi zarzutów, wszystkim autorom recenzji należą się szczególne podziękowania za wysiłek włożony w ujawnienie tych „usterek”, za które inni naukowcy skończyliby swoje kariery nagle i w niesławie.

pink panther

Źródło: SZKOŁA NAWIGATORÓW , 7 listopada 2019.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=110628 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]