Aborcja, homoseksualizm i Trump. Kontrrewolucji nie będzie

Aktualizacja: 2019-08-30 9:48 am

Prezydent, chociaż z jednej strony wykonał pewne gesty, a nawet podjął ważne decyzje w obronie życia, z drugiej – ze względu na doraźne cele polityki zagranicznej (Iran) – w lutym br. zainicjował globalną kampanię dekryminalizacji aktów homoseksualnych. Wsparł „ruch LGBT+” i jego deprawującą ideologię.

Donald Trump cieszy się jednak sympatią amerykańskich obrońców życia. Oto największa organizacja pro-life w Stanach – National Right To Life Committee (NRLC) – 4 lipca obecnego roku oficjalnie wsparła go w wyścigu o fotel prezydencki na następną kadencję. NRLC to największa w Stanach Zjednoczonych organizacja pro life, założona w 1968 roku. Obejmuje stowarzyszenia w 50 stanach. Posiada ponad 3 tysiące lokalnych oddziałów.

Aby uzasadnić swoją decyzję, organizacja wskazała na osiągnięcia obecnej administracji na polu walki z aborcją. Obejmują one: przywrócenie „polityki Mexico City” – zabraniającej przekazywania pieniędzy podatników organizacjom promującym lub finansującym zabijanie nienarodzonych za granicą, a także zakończenie finansowania Funduszu Ludnościowego ONZ z powodu powiązań z chińską polityką przymusowej aborcji. Prezydent Trump zobowiązał się „zawetować wszelkie akty ustawowe, które osłabiają federalną politykę pro life lub zachęcają do niszczenia niewinnego życia ludzkiego w jakimkolwiek stanie”.

Amerykański przywódca mianował także na sędziów Sądu Najwyższego Neila Gorsucha i Bretta Kavanaugha, mających umiarkowane poglądy pro life. Wreszcie wprowadził do swojej administracji wielu zwolenników obrony życia, w tym m.in. doradcę Kellyanne Conway, sekretarza stanu Mike’a Pompeo, sekretarza edukacji Betsy DeVos, sekretarza ds. energii Ricka Perry, sekretarza ds. mieszkalnictwa i rozwoju miast Bena Carsona, byłą ambasador ONZ Nikki Haley oraz byłego szefa sztabu Reince’a Priebusa.

Prezydent miał wypowiedzieć wojnę Planned Parenthood – jednej z największych organizacji, oferujących „usługi aborcyjne” i antykoncepcyjne w kraju, Trump miał też polecić sekretarzowi stanu, aby udzielana przez państwo pomoc dla innych krajów sprzyjała ochronie życia. Poparł ustawę Pain-Capable Unbron Child Protection Act, rozszerzającą ochronę na nienarodzone dzieci powyżej 20. tygodnia ciąży.

Amerykański prezydent zaakceptował także nominacje 127 sędziów sądów federalnych, z których część zajmuje stanowisko pro life. Przy różnych okazjach, zwłaszcza w przemówieniu skierowanym do uczestników Marszu dla Życia, deklarował świętość życia. W tym roku ogłosił też 20 stycznia Dniem Świętości Życia Ludzkiego itp. W swoich mowach, w tym o stanie Unii w lutym br. apelował do kongresmenów o przyjęcie ustawodawstwa chroniącego życie dzieci nienarodzonych.

 

„Trump nie jest bohaterem pro-life”

Jednak według niektórych Amerykanów, Donald Trump nie zrobił w obronie życia niczego nadzwyczajnego, a to czego dokonał to jedynie „absolutne minimum”. Nie powinien więc być szczególnie podziwiany – uważa tak choćby znany publicysta Ryan Everson w opinii wyrażonej w połowie lipca na łamach „Washington Examiner”.

Autor przekonuje, że zmiany które wprowadził obecny przywódca państwa, nie są w żaden sposób wyjątkowe. Każda administracja republikańska od czasów prezydenta Ronalda Reagana przywracała bowiem na przykład „politykę Mexico City”. W opinii Eversona, nawet zapowiedziana w tym roku – po licznych interwencjach obrońców życia – polityka zmierzająca do poszukania alternatyw dla komórek macierzystych wyhodowanych z tkanek abortowanych dzieci, też nie jest niczym szczególnym. Trump po prostu nieco przyhamował „postępową” agendę swojego poprzednika Baracka Obamy.

Republikańscy prezydenci także zajmowali w wielu kwestiach stanowisko bardziej pro life.

Jeśli chodzi o fundusze dla Planned Parenthood, to – według Eversona – Trump okazał się bardziej nieskuteczny niż wszyscy jego poprzednicy. Największy dostawca aborcji w kraju – mimo wypowiedzianej przez Trumpa wojny – wciąż korzysta bowiem z funduszy federalnych. Co więcej, realnie patrząc potęga PP wzrosła i osiągnęła najwyższy w historii poziom finansowania, wynoszący aż 563,8 miliona dolarów rocznie.

Ponadto, [tylko] niewielu „poważnych konserwatystów” – pisze Everson – uważa, że ​​sędzia Brett Kavanaugh, ostatni wyznaczony przez Trumpa sędzia Sądu Najwyższego, obali orzeczenie Roe przeciwko Wade z 1973 r., legalizujące aborcję w USA. Zwolennicy ochrony życia chcieli wszak, aby Trump nominował na to stanowisko profesora prawa Notre Dame, Amy Coney Barrett i byli poważnie rozczarowani wyborem bardziej umiarkowanego kandydata.

Everson zapytuje więc, dlaczego pomimo niezdolności Trumpa do zdobycia nowego pola w walce z aborcją, wiele organizacji pro-life wygłasza bezwarunkowo peany pochwalne, a „konserwatywni eksperci”, tacy jak Charlie Kirk, nazywają go „najbardziej proliferskim prezydentem w historii USA”? Trump w porównaniu Obamą i obecnymi kandydatami na prezydenta prezentuje się oczywiście dużo lepiej, ale wiele organizacji broniących nienarodzonych chwali go, ponieważ uczciwa krytyka mogłaby zrazić dużych darczyńców, którzy Trumpa uwielbiają, a tym samym zmniejszyć fundusze, do których te organizacje mają dostęp. Jednak – jak puentuje Everson – „Trump nie jest bohaterem pro-life”.

 

Ustawa „mikrobus” i poparcie Trumpa dla aborcji w trzech sytuacjach

Everson ma rację. Nie idzie nawet o to, że wspierająca prezydenta ekipa Republikanów uciekła się do podstępu, by zapewnić finansowanie dla Planned Parenthood, forsując ustawę „mikrobus”, którą ostatecznie Donald Trump podpisał. Chodzi o jego stanowisko wobec aborcji wyrażone kilka miesięcy później.

Ustawa zwana potocznie „mikrobus” określała wspólny budżet dla Departamentów Obrony, Pracy, Zdrowia i Opieki Społecznej oraz Edukacji na rok finansowy 2019. Ustanawiała także wysokość funduszy na niektóre pozostałe agencje rządowe. To właśnie ta ustawa umożliwiła zagwarantowanie wielomilionowych dotacji dla Planned Parenthood i na badania z udziałem tkanek abortowanych dzieci.

Kongres kontrolowany przez Republikanów początkowo przyjął zgłoszony w czerwcu ubiegłego roku projekt jedynie o zwiększeniu wydatków na obronę. Prominentni republikańscy senatorowie zaproponowali, by głosowanie nad budżetem obronnym stało się jednocześnie głosowaniem nad ustawami dotyczącymi wydatkowania środków z budżetu w 2019 roku na edukację, pracę i zdrowie. Tym samym wymuszono przyjęcie całego pakietu ustaw w formie jednej regulacji. Z podobnymi praktykami mamy do czynienia w naszym kraju…

 Włączenie kwestii obronności w skład projektu zmusiło w pewnym sensie kongresmenów do poparcia projektu. Jego odrzucenie wiązałoby się z koniecznością zamknięcia kluczowych dla obronności kraju agencji rządowych. Mimo to część kongresmenów o poglądach pro-life opowiedziała się przeciw projektowi. Ale zmieniona wersja ustawy i tak przeszła przez kongres. W efekcie unieważniła ona wcześniejsze regulacje administracji Donalda Trumpa, pozbawiające dotacji ośrodki aborcyjne.

 Ostatnio, w związku ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi – Trump wygrał m.in. dzięki znacznemu poparciu proliferów – departament zdrowia zaczął restrykcyjnie podchodzić do niektórych przepisów dotyczących udzielania dotacji dla organizacji pozarządowych na aborcję i „planowanie rodziny”. Zmusiło to 19 sierpnia Planned Parenthood do rezygnacji z funduszy w ramach programu Title X, który zakazuje łączenia funkcji planowania rodziny i jednoczesnego wykonywania aborcji. By skorzystać z funduszy, funkcje te muszą być rozdzielone. Instytucje oferujące pomoc w „planowaniu rodziny” nie mogą kierować swoich klientek na aborcję.

Jednak, jak zauważyło kilka dni temu „Politico”, to nieco bardziej restrykcyjne postepowanie administracji Trumpa oznacza jedynie „częściowe zwycięstwo republikańskich aktywistów i prawodawców, którzy od dziesięcioleci próbują zniszczyć Planned Parenthood”. Na podstawie programu Title X otrzymuje ona jedynie 60 mln dolarów rocznie. Znacznie więcej trafia do PP z Medicaid. Fundacja, świadcząca „usługi aborcyjne” i „planowania rodziny” wciąż może pozyskiwać fundusze z innych federalnych oraz stanowych programów, np. zwalczania HIV czy edukacji seksualnej wśród nastolatków.

A sam Trump? Chociaż deklaruje, że jest pro life, zaniepokoił się, gdy przepisy antyaborcyjne w stanie Georgia i Alabama „zaszły za daleko”. „Jak większość ludzi wie, a dla tych, którzy chcieliby wiedzieć, jestem zdecydowanie zwolennikiem obrony życia, z trzema wyjątkami: gwałtu, kazirodztwa i ochrony życia matki. Takie samo stanowisko zajął Ronald Reagan. Zaszliśmy bardzo daleko w ciągu ostatnich dwóch lat ze 105 wspaniałymi nowymi ustawami…” – tweetował w połowie maja br.

Oświadczenie jest zgodne ze stanowiskiem, które zajął w tej sprawie podczas swojej kampanii. Trump wcześniej, zanim postanowił się ubiegać o władzę, wspierał Demokratów i był po stronie aborcjonistów. Już jednak na szlaku kampanii w 2016 roku mówił w rozmowie z MSNBC, że chce nie tylko całkowicie zakazać aborcji, ale także wywołać reperkusje dla tych, którzy o nią zabiegają. „Musi istnieć jakaś forma kary” – deklarował. Obecnie zajmuje bardziej stonowane stanowisko.

 

Protestancki lider: Trump wygrał wybory dzięki poparciu katolików i emocjonalnej obronie prawa do życia

Zdaniem Richarda Landa, wpływowego ewangelikalnego lidera, Trump wygrał wybory już podczas trzeciej debaty prezydenckiej z Hillary Clinton, gdy odpowiadał na pytanie dotyczące aborcji.

Jeśli pójdziesz za tym, co mówi Hillary, w dziewiątym miesiącu będzie można usunąć dziecko i wyrwać je z łona matki tuż przed narodzinami – ostrzegał. Ta pełna emocji odpowiedź – ocenił Land – prawdopodobnie wystarczyła, by pozyskać sceptycznych katolickich wyborców z klasy robotniczej w Pensylwanii, Michigan i Wisconsin. Ich głosy zaś zadecydowały o wygranej Trumpa.

„Relacje ewangelikan z prezydentem Trumpem są bardzo transakcyjne” – komentował Land, który zasiada w radzie doradczej ds. religijnych prezydenta. „Czują, że ich głosy są słyszane, a on dotrzymuje ich obietnic”. Autor dodaje, że Trump znacznie bardziej niż prezydenci Ronald Reagan i George W. Bush, dopuścił ewangelikan do władzy i powitał ich w Białym Domu. Musi jednak utrzymać to zaangażowanie, aby wygrać na drugą kadencję i spróbuje to uczynić nie tylko przekonując o sile gospodarczej kraju, ale także szermując hasłami „wojny kulturowej”.

Trump – w opinii Landa – zaczął kłaść podwaliny pod uczynienie aborcji kwestią kluczową w kampanii wyborczej podczas przemówienia o stanie Unii w lutym, choć stosował już „znacznie mniej kwiecisty język”. „Aby bronić godności każdej osoby – mówił prezydent – proszę Kongres o uchwalenie przepisów zabraniających późnej aborcji dzieci, które mogą odczuwać ból w łonie matki. Pracujmy razem, aby budować kulturę, która pielęgnuje niewinne życie. Potwierdźmy podstawową prawdę: wszystkie dzieci – urodzone i nienarodzone – są stworzone na święty obraz Boga” – puentował prezydent.

Biali ewangelikanie należą do najważniejszych zwolenników prezydenta Trumpa. Jeszcze ponad 40 lat temu byli na marginesie amerykańskiej polityki. Blisko ćwierć wieku temu zawarli sojusz z częścią wpływowych katolików. W manifeście z 1994 r., zatytułowanym „Ewangelikanie i katolicy razem” podkreślono „wspólny związek” obu grup, zarówno w kwestiach duchowych, jak i w poglądach na temat porządku publicznego. Obie grupy zdecydowały się współpracować na rzecz dalszego niwelowania różnic i realizacji wspólnego interesu, sprzeciwiając się aborcji, pornografii i broniąc prawa rodziców do edukacji swoich dzieci.

Od tego czasu siły liberalne znacznie się wzmocniły. Obecnie, jak sugeruje Rayan P. Burge z Eastern Illinois University, w amerykańskim społeczeństwie dominują trzy segmenty, stanowiące po około 23 procent społeczeństwa każda. Są to: katolicy, ewangelikanie i osoby, które deklarują, że nie są związane z żadną religią.

W ostatnich latach spadek głównego nurtu protestanckiego (liberalnego protestantyzmu) i wzrost liczby osób nie identyfikujących się z żadnym wyznaniem, to dwa najbardziej wyraźne trendy w krajobrazie religijnym USA.

Przynagliły one protestantów i katolików do współpracy dla powstrzymania fali bezbożnego humanizmu. Aborcja, która była bardzo delikatną kwestią polityczną w 1994 r. i nie straciła na znaczeniu, nieco schodzi na bok w związku z postępem w zakresie „praw” sodomitów, dekonstrukcji klasycznych pojęć oraz prób nowego interpretowania seksualności oraz płci.

Trump jednak pod tym względem nie myśli przypodobać się swoim głównym wyborcom, wspierając „prawa” homoseksualistów i promując ich ideologię, głównie za granicą.

 

Zainicjował globalną kampanię dekryminalizacji homoseksualizmu

Umiarkowanie konserwatywne poglądy Trumpa na ochronę życia nie idą w parze z poglądami na temat homoseksualizmu. Prawie dokładnie trzy lata po tym, jak stanął na scenie Narodowej Konwencji Republikańskiej w Cleveland w Ohio i obiecał „chronić Amerykanów LGBT”, prezydent uczcił czerwcowy „Miesiąc Dumy gejów, biseksualistów i transseksualistów”. W lutym tego roku zainicjował zaś światową kampanię na rzecz dekryminalizacji homoseksualizmu, by przede wszystkim – jak podkreślali jego współpracownicy – potępić Iran za „łamanie praw człowieka”.

Zadanie zbudowania sojuszu i poprowadzenia tej kampanii otrzymał homoseksualny ambasador USA w Niemczech, Richard Grenell. Zorganizował on w Berlinie konferencję z udziałem aktywistów tzw. społeczności LGBT z całej Europy. To – jak mówiono – „strategiczne” sympozjum miało za zadanie wypracować szereg środków skutecznego nacisku w celu dekryminalizacji sodomii w miejscach, w których stosunki homoseksualne są prawnie zakazane, głównie na Bliskim Wschodzie, w Afryce i na Karaibach.

„Niepokoi fakt, że w XXI wieku w około 70 krajach nadal obowiązują przepisy kryminalizujące status lub postępowanie społeczności LGBT” – tłumaczył jeden z amerykańskich urzędników, zaangażowany w organizację tego wydarzenia. Chociaż strategia dekryminalizacji wciąż jest opracowywana, urzędnicy poinformowali, że będą chcieli przeforsować pewne przepisy we współpracy z globalnymi organizacjami, takimi jak ONZ, UE i OBWE. W plan zaangażowane są inne ambasady USA oraz placówki dyplomatyczne w całej Europie, w tym Misja Stanów Zjednoczonych w UE, podobnie jak Biuro Demokracji, Praw Człowieka i Pracy Departamentu Stanu.

Impulsem do wszczęcia kampanii miała być egzekucja młodego homoseksualisty w Iranie, jednego z głównych geopolitycznych wrogów administracji Trumpa, wspierającej na Bliskim Wschodzie Izrael.

Ambasador Grenell, wysłannik Trumpa do Niemiec, był otwartym krytykiem Iranu i agresywnie naciskał na narody europejskie, by porzuciły porozumienie nuklearne z 2015 r. oraz przywróciły sankcje. Przeformułowanie narracji na temat Republiki Islamskiej i skupienie się na potępianiu Teheranu za „łamanie praw człowieka”, które cieszą się szerokim poparciem w Europie, miało pomóc Stanom Zjednoczonym w osiągnięciu „konsensusu” z Europejczykami w sprawie polityki wobec Teheranu. Grenell przekonywał w niemieckim „Bildzie”, że kampania w obronie „praw” homoseksualistów w Iranie musi być „pobudką” dla „każdego, kto popiera podstawowe prawa człowieka”.

„To nie pierwszy raz reżim irański skazał homoseksualistę na śmierć pod pretekstem oburzających oskarżeń o prostytucję, porwanie, a nawet pedofilię. I niestety nie będzie to ostatni raz” – pisał. „Barbarzyńskie publiczne egzekucje są zbyt powszechne w kraju, w którym stosunki homoseksualne oparte na konsensusie są kryminalizowane i karane chłostą czy śmiercią” – wskazywał. Dodał, że „politycy, ONZ, rządy demokratyczne, dyplomaci i dobrzy ludzie na całym świecie powinni mówić jednym głosem i głośno”.

Jednak wykorzystując „prawa gejów” jako „pałkę” na Iran, administracja Trumpa naraża na niebezpieczeństwo relacje z bliskimi sojusznikami i tworzy nowy punkt napięcia w świecie arabskim, w którym Trump próbował wzmocnić więzi, nie mówiąc już o takich krajach, jak Polska. W tym ostatnim przypadku – bez względu na to, co robi administracja Trumpa – polskie władze pozostają lojalne aż do bólu. Warto się jednak zastanowić, czy właśnie ta sama „pałka” „praw człowieka” nie zostanie wykorzystana do ataku na Polskę, sprzeciwiającą się realizacji ustawy Just Act (447) dotyczącej zadośćuczynienia organizacjom żydowskim za tzw. mienie bezdziedziczne. Wszak nie bez powodu w licznych przemówieniach sekretarza stanu czy wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a pojawia się krytyka „ksenofobii” i „bigoterii” na równi z „antysemityzmem”.

Abstrahując od tej kwestii, na świecie jest ponad 70 krajów, które kryminalizują homoseksualizm, w tym 8 z nich teoretycznie może karać śmiercią za tego typu czyny. Są to m.in.: ZEA, Arabia Saudyjska, Pakistan, Afganistan, Oman czy Iran.

Nowa presja USA na te państwa, by zmieniły swe wewnętrzne prawo, pojawiła się dokładnie wtedy, gdy administracja Trumpa podjęła starania by zbudować potężną oś narodów arabskich i europejskich wraz z Izraelem przeciwko Iranowi oraz wdrożyć ambitny „plan pokojowy” dla Izraelczyków i Palestyńczyków.

Co ważne, dążenie do położenia kresu prawom zakazującym homoseksualizmu za granicą nie stoi w sprzeczności z posunięciami administracji Trumpa w kraju. Sam Trump był bowiem pierwszym republikańskim kandydatem na prezydenta, który wspomniał o „prawach LGBT” w swoim przemówieniu akceptacyjnym na Republikańskiej Konwencji Narodowej. Na tej samej konwencji wystąpił obok niego założyciel PayPal-a Peter Thiel, który potwierdził, że jest homoseksualistą.

 

Trump za „małżeństwem osób tej samej płci”. Ustawa PRIDE

Choć już po wyborze na urząd prezydenta Trump zadeklarował, że nie ma nic przeciwko „małżeństwom osób tej samej płci”, jego administracja podjęła jednak działania, by – z jednej strony gwarantując szerokie prawa dla tzw. społeczności LGBT+ – zabezpieczyć „klauzulę sumienia” w miejscu pracy. Trump zapowiedział również zakaz jawnego odbywania służby przez osoby transseksualne w amerykańskiej armii, ale nie ma takich ograniczeń w przypadku homoseksualistów.

Sekretarz stanu Mike Pompeo silnie wspiera pracę ambasad i konsulatów USA, prowadzących kampanię „zwalczania przemocy i dyskryminacji osób LGBT”. Podczas przesłuchania w Senacie Pompeo stwierdził: „Głęboko wierzę, że osoby LGBTQ mają wszelkie prawa, które przysługiwałyby każdej innej osobie na świecie”.

Planowanie kampanii na rzecz dekryminalizacji homoseksualizmu było również przedmiotem rozmów podczas tegorocznej konferencji bezpieczeństwa w Monachium. „Solidaryzujemy się również z wieloma osobami LGBT, które mieszkają w dziesiątkach krajów całego świata, karzących, przetrzymujących w więzieniach, a nawet wykonujących na nich egzekucje” – napisał w jednym z postów na Twitterze prezydent Trump. „Moja administracja rozpoczęła globalną kampanię na rzecz dekryminalizacji homoseksualizmu i zaprasza wszystkie narody do przyłączenia się do nas w tym wysiłku!” – dodał.

Niektórzy działacze homoseksualni zarzucają Trumpowi, że jest „oszustem”, bo mianował pewnych sędziów sprzeciwiających się ideologii gender i roszczeniom transseksualistów. Według Trumpa – jak sugerują aktywiści – największym zagrożeniem dla „społeczności LGBT” są inne kraje. W domu mają się dobrze, a bogobojni chrześcijanie potrzebują ochrony swoich praw religijnych.

Ostatnio działacze homoseksualni podnieśli alarm, że Trump chce pozbawić ich ochrony w miejscu pracy, proponując nowe rozwiązania do regulacji Obamy. Prezydent jednak stosuje taktykę dwa kroki naprzód, krok w tył. Właśnie pod koniec lipca Demokraci, uznający się za „sojuszników” LGBT, podkreślali, iż 45. prezydent faktycznie zgadza się z lewicą w sprawie kluczowych aspektów agendy homoseksualnej! Polityczni oponenci wskazywali, że Trump mianował wielu urzędników pro-homoseksualnych na różne stanowiska rządowe, w tym w sądach, i kontynuuje politykę pro-LGBT z czasów Obamy –  „niedyskryminacji ze względu na tożsamość płciową”. Zabiega także na forum ONZ w Radzie Praw Człowieka o uznanie stosunków homoseksualnych za legalne. Popiera tzw. małżeństwa tej samej płci. Pochwalił grupę zwolenników LGBT Log Cabin Republicans.

Ekipa Trumpa de facto wprowadza „tylnymi drzwiami” coraz szersze prawa dla homoseksualistów, np. proponując projekt ustawy dotyczącej zwrotu podatku dla par homoseksualnych. Tym samym czyni kolejny „postęp” w walce o prawa społeczności LGBT.

Tak zwana ustawa PRIDE („Promowanie szacunku dla godności i równości osób”), uznaje związki homoseksualne za „małżeństwa” które nigdy wcześniej nie były w ten sposób respektowane w świetle federalnego prawa podatkowego. Usuwa ona również z federalnych przepisów podatkowych pojęcia związane z płcią, takie jak „mąż” i „żona”. Projekt pod koniec lipca br. przeszedł już przez Izbę Reprezentantów bez sprzeciwu Republikanów. Ani Biały Dom, ani lider większości Senatu Mitch McConnell nie skomentowali dotychczas tej ustawy…

Amerykański prezydent, który wypowiedział też wojnę opioidom, wsparł jednak legalizację marihuany „rekreacyjnej” i „medycznej”…

Konserwatywni wyborcy jak zwykle nie mają szczęścia do prawdziwie konserwatywnych kandydatów na prezydenta. Oceniając dotychczasowe osiągnięcia obecnego prezydenta, pragnącego pozostać na drugą kadencję w Białym Domu, uczciwość nakazuje rozliczyć polityka z faktycznych dokonań, a nie deklaracji i gestów.

Amerykański lider pokazał już, że jeśli jest zdeterminowany, potrafi sprytnie przeforsować rozwiązania, na których mu zależy (patrz: ustawy podatkowe). Tej determinacji w zwalczaniu rewolucji obyczajowej Trump jednak nie przejawia. Zajmuje stanowisko – jakże dobrze znane nam w Polsce: „za, a nawet przeciw” w wielu kluczowych sprawach.

Agnieszka Stelmach

[Wybrane wypowiedzi internautów pod w/w tekstem na stronie źródłowej:]

Trump tak mówi i działa żeby wygrać wybory, na tym polega demokracja, niestety. W tamtej sytuacji konserwatyści głosują na mniejsze zło. Trump to cynik i lawiruje pomiędzy konserwatystami, homoseksualistami, Żydami i białymi wyborcami. Jezeli by stanał twardo po którejs stronie to wypada z gry.
Czesław

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=109567 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]