Pekin zagroził interwencją w Hongkongu. Uznał, że „kolorową rewolucję” podsyca Ameryka

Aktualizacja: 2019-08-26 10:44 am

Chiny wysłały najsilniejsze jak dotąd ostrzeżenie przed interwencją na ulicach Hongkongu. Pekin twierdzi, że trwające od kilku miesięcy protesty przeciwko ustawie ekstradycyjnej przerodziły się w kolejną „kolorową rewolucję”. W miniony weekend doszło do ostrych starć protestujących z policją, która próbowała rozgonić armatami wodnymi i gazem łzawiącym zgromadzonych.

„Centralny rząd Chin nie tylko ma prawo, ale nawet ciąży na nim odpowiedzialność, aby interweniować w związku z zamieszkami w Hongkongu” – poinformowała w niedzielę państwowa agencja prasowa Xinhua, przypominając komentarze byłego przywódcy Deng Xiaopinga. Stwierdził on, że „Pekin musi działać w takich okolicznościach”.

Niedzielne protesty należały do jednych z najostrzejszych demonstracji od połowy czerwca, gdy demonstracje nasiliły się, mimo zawieszenia projektu ustawy ekstradycyjnej, która pozwoliłby Hongkongowi wysyłać do Chin kontynentalnych podejrzane osoby.

W niedzielę setki tysięcy ludzi ponownie wyszło na ulice, mimo deszczu i po nieprzespanej nocy, obfitującej w ostre starcia z policją. Z założenia pokojowy marsz, który odbył się w dzielnicy Tsuen Wan, późnym popołudniem w niedzielę przybrał bardziej gwałtowny charakter. Około 100 funkcjonariuszy policji utworzyło linie na dwóch ulicach, a protestujący zaczęli budować prowizoryczne barykady z plastikowych barier drogowych i bambusowych oddzielających obie strony. Tuż po 18.00 czasu lokalnego policja wystrzeliła kilka pocisków gazu łzawiącego.

Tłum w dużej mierze pozostawał w tyle za barykadami pośród duszącego dymu, a niektórzy rzucali kanistrami w kierunku policji, cegłami i koktajlami Mołotowa. Kilka minut później policja wystrzeliła kolejną salwę gazu łzawiącego i zaatakowała protestujących, gdy tłum zaczął się rozpraszać. Po raz pierwszy policja wykorzystała również dwa pojazdy do walki z zamieszkami wyposażone w armatki wodne. Kilku oficerów wycelowało broń w protestujących, a jeden oddał strzał ostrzegawczy.

Wcześnie rano w poniedziałek rząd Hongkongu „surowo potępił” zamieszki.  „Nasilające się nielegalne i brutalne akty radykalnych protestujących są nie tylko oburzające, ale także popychają Hongkong na skraj bardzo niebezpiecznej sytuacji” – stwierdzono w oświadczeniu. Policja „będzie ściśle monitorować” te akty. „Policja podejmie bezlitosne działania egzekucyjne, aby postawić przed wymiarem sprawiedliwości osoby zaangażowane w nie” – dodano.

Demonstracje przybierające coraz brutalniejsze oblicze wywołały gniew w Chinach. Lokalne media podsycały nienawistne komentarze, wskazując, że w Hongkongu deptano flagę narodową Chin i „taka prowokacja podważa godność narodową oraz uczucia 1,4 miliarda Chińczyków”. Zaczęto domagać się surowych kar dla demonstrujących.  

Chiński „Global Times” uderzył w zachodnie media za „stronnicze” relacje z demonstracji, zwłaszcza te odnoszące się do strzału ostrzegawczego policjanta z Hongkongu. Gazeta informowała, że ​​„stronnicze relacje sprawiły, iż policja w Hongkongu znalazła się w niebezpiecznej sytuacji, ponieważ w ostatnich tygodniach pojawiły się historie o jej brutalności. Bez uwzględnienia faktów niektórzy reporterzy z Hongkongu opowiadali się za antyrządowymi protestami, odrzucając zasady neutralnej i uzasadnionej sprawozdawczości”.

Protestujący twierdzili, że uciekają się do przemocy, ponieważ rząd nie odpowiedział na ich pokojowe demonstracje. Po prawie trzech miesiącach ciągłych marszów są zdeterminowani w walce o prawa polityczne. Przysięgli kontynuować akcję tak długo, jak długo rząd nie uwzględni ich postulatów.

Demonstranci mają pięć żądań: całkowite wycofanie zawieszonego obecnie projektu ustawy ekstradycyjnej, powołanie niezależnego organu do zbadania przemocy policyjnej, nieprzedstawianie protestów jako „zamieszek”, amnestia dla aresztowanych oraz wznowienie reform politycznych, aby umożliwić wolne wybory przywódcy i władzy ustawodawczej Hongkongu.

Chińskie media wskazują, że „radykałowie” w Hongkongu „zdeptali rządy prawa i wolność, dwie najbardziej cenione rzeczy przez obywateli Hongkongu”. Media oskarżyły także USA o podsycanie napięcia i „dopingowanie agresywnych protestujących.” Amerykanie mają im zapewniać pieniądze i porady.

Według „Ta Kung Pao”, jednej z ważniejszych gazet w Hongkongu, „Hong Kong Human Rights Monitor”, czyli organizacja pozarządowa, która odgrywała awangardową rolę w protestach przeciwko zmianom ustawy o ekstradycji, otrzymywała od 1995 r. fundusze od National Endowment for Democracy (NED). Łącznie miała dostać ponad około 1,9 miliona dol. amerykańskich.

Od 1995 r. do początku 2015 r. NED za pośrednictwem swojego podległego organu przekazała 3,95 mln dol. organizacjom opozycyjnym w Hongkongu. Ponadto dane opublikowane przez NED w 2018 r. ujawniły, że spośród wszystkich krajów, do których kierowano fundusze, Chiny znalazły się na szczycie listy.

NED – zdaniem Pekinu – pełni rolę manipulatora zakulisowego i stoi za wieloma „rewolucjami kolorowymi”. Organizacja ma nierozerwalny związek z Kongresem oraz agencjami wywiadowczymi.

Dalej Chińczycy piszą, że nie jest trudno odnaleźć niechlubną rolę NED w próbach wszczynania zamieszek w Hongkongu w przeszłości. Przedstawiciele organizacji opozycyjnych w Hongkongu, w tym Martin Lee Chu-ming i Nathan Law Kwun-chung, mieli udać się do USA w maju tego roku, aby uczestniczyć i wygłaszać przemówienia na forum zorganizowanym przez NED, prosząc organizację o interwencję w sprawie ustawy ekstradycyjnej.

Podczas forum dyrektor azjatyckiego programu NED powiedział Nathanowi Lawowi Kwun-chungowi, że w latach 2014–2017 co roku zadawał mu takie same pytania: co możemy dla was zrobić? Jak możemy wam pomóc?

Jak na ironię – piszą Chińczycy – gdy zamieszki w Hongkongu są w pełnym rozkwicie, Nathan Law Kwun-chung miał polecieć do USA, by rozpocząć studia na Uniwersytecie Yale.

W protestach w Hongkongu, co charakterystyczne – w większości przypadków bierze udział bardzo dobrze wykształcona kadra pracowników. W przeddzień demonstracji antyrządowych, przeprowadzonych przez księgowych, dyrektor wykonawczy Pricewaterhouse Coopers ostrzegł swoich podwładnych, aby nie robili niczego, co mogłoby postawić firmę w złym świetle.

„Ważne jest, abyśmy nie wprowadzali w błąd ani nie narażali firmy na szwank poprzez indywidualne działania” – napisał w notatce służbowej Raymund Chao, prezes PwC dla Azji i Pacyfiku.

Czołowy chiński urzędnik nadzorujący Hongkong nawoływał potentatów majątkowych miasta i inne elity, aby okazały publiczne wsparcie lokalnemu rządowi i potępili brutalne zamieszki.

Presja ze strony Chin kosztowała dyrektora generalnego Cathay Pacific Airways Ltd. pracę po tym, jak niektórzy jego podwładni wzięli udział w marszach, a Pekin zagroził odcięciem dostępu do swojej przestrzeni powietrznej. Alibaba Group Holding Inc., zagroziła wyzbyciem się akcji w Hongkongu, uważając, że warunki rynkowe i polityczne nie są odpowiednie do transakcji, które byłyby dobrodziejstwem dla giełdy w mieście.

Władze Hongkongu wywierają presję na korporacje, próbujące zrównoważyć popyt na jednym z najważniejszych rynków – w Chinach kontynentalnych – z wartościami pracowników w Hongkongu, którzy popierają protesty.

W wyniku zawirowań ekonomiczne filary miasta drżą. Turystyka i sprzedaż jachtów spadają, konferencje zostały odwołane, wiele  transakcji zawieszono. Giełda w Hongkongu straciła prawie 300 miliardów dolarów wartości rynkowej od końca czerwca. Skumulowane szkody w wydatkach i inwestycjach grożą  recesją. Analitycy z Morgan Stanley przewidują, że wzrost gospodarczy Hongkongu w kwartale kończącym się we wrześniu będzie najgorszy od dekady.

Hongkong przeszedł kilka protestów od momentu przekazania miasta Chinom przez Brytyjczyków 22 lata temu. Dyrektorzy branży turystycznej twierdzą, że turystyka i podróże służbowe mogą szybko wzrosnąć, jeśli niepokoje się skończą.

Dzisiaj jednak presję na gospodarkę Hongkongu pogłębia spiralna wojna handlowa między USA i Chinami oraz słaby globalny wzrost. W najbardziej ekstremalnym scenariuszu, gdyby Chiny użyły siły, aby stłumić protesty, wielu dyplomatów i biznesmenów twierdzi, że dni Hongkongu jako stolicy finansowej będą policzone. 

– Drenaż mózgów z Hongkongu, który jest już w toku, przyspieszyłby, a utalentowani obcokrajowcy byliby jeszcze bardziej powstrzymywani przed przeprowadzką do Hongkongu – uważa David Webb, inwestor z Hongkongu.

Protesty rozpoczęły się na poważnie 9 czerwca, kiedy około miliona ludzi maszerowało w opozycji do projektu ustawy, która pozwoliłaby na ekstradycję podejrzanych osób z Hongkongu na proces w Chinach.

Na początku wiele firm publicznie popierało prawo swoich pracowników do demonstracji. Niektóre udzieliły nawet urlopów na czas protestów, nie zadając żadnych pytań. Pracodawcy stali się ostrożni, gdy marsze przerodziły się w szerszy ruch prodemokratyczny, z żądaniami obejmującymi powszechne prawo wyborcze, a ataki na chińskie symbole narodowe i parlament w Hongkongu wzbudziły gniew Pekinu. Protesty przerodziły się w serię starć z policją w całym mieście.

7 sierpnia starszy urzędnik chiński odpowiedzialny za sprawy Hongkongu ostrzegł zgromadzone elity miasta, które wezwał na spotkanie w Shenzhen, że chiński rząd centralny nie zawaha się interweniować, gdy sytuacja się pogorszy.

Od tego spotkania potentaci z Hongkongu i globalne firmy finansowe wezwały do zakończenia demonstracji.

9 sierpnia kadra kierownicza Citigroup Inc., HSBC Holdings PLC oraz innych banków i grup biznesowych została wezwana na spotkanie z dyrektorem wykonawczym Carrie Lam, aby omówić sposoby rozwiązania problemów gospodarczych miasta.

Gdy dyskusja dobiegła końca, uczestnicy nieoczekiwanie zostali poproszeni o wzięcie udziału z panią Lam w konferencji prasowej. Większość osób odmówiła. Peter Wong, dyrektor generalny oddziału HSBC w Azji i Pacyfiku, który został założony w Hongkongu i jest silnie narażony na interesy z Chinami, był jednym z niewielu, którzy zgodzili się dołączyć do niej.

Różne reakcje pokazują, w jaki sposób firmy próbują bronić własnych interesów i nie konfliktować się z pracownikami. Cathay Pacific zezwolił swoim podwładnym na dołączenie do marszów, ale cofnął wsparcie po tym, jak chińskie władze lotnicze poinformowały, że dokonają przeglądu obsady lotów, które przemierzają chińską przestrzeń powietrzną i zabronią udziału w nich osobom, które uczestniczyły w demonstracjach.

Linia lotnicza ostrzegła personel w e-mailu z 12 sierpnia o „konsekwencjach dyscyplinarnych dla pracowników, którzy wspierają nielegalne protesty lub uczestniczą w nich”. Linie zwolniły co najmniej dwóch pilotów, dwóch członków personelu naziemnego i lidera związku personelu pokładowego w filii.

Rezerwacje lotów do Hongkongu z Azji z wyłączeniem Chin i Tajwanu, spadła o 20 proc. od 16 czerwca do 9 sierpnia w porównaniu z rokiem poprzednim, według Oliviera Pontiego, wiceprezesa Forward Keys, firmy, która analizuje rezerwacje. Dla porównania, w pierwszych 5½ miesiącach roku liczba takich rezerwacji wzrosła o 6,6 proc.

Australijska linia lotnicza Qantas powiedziała w zeszłym tygodniu, że zacznie używać mniejszych samolotów do lotów do i z Hongkongu, zmniejszając przepustowość o 7 proc.

Nowo mianowany główny klient i dyrektor handlowy Cathay, Ronald Lam, powtórzył zdecydowane poparcie firmy dla rządu i policji w Hongkongu w notatce z 22 sierpnia skierowanej do partnerów biznesowych linii lotniczych.

W międzynarodowym centrum finansowym miasta, w którym mieści się wiele firm finansowych i luksusowych sklepów detalicznych, niektóre sklepy zostały zamknięte już w sierpniu podczas gwałtownych starć. Dior, Tiffany & Co. i Samsonite skróciły godziny pracy, by umożliwić pracownikom bezpieczny powrót do domu.

Obroty LVMH Moët Hennessy Louis Vuitton SE, Tag Heuer spadły znacznie przy mniejszym napływie turystów. Bobbi Brown, marka kosmetyków do makijażu należąca do nowojorskiej Estée Lauder Cos., poleciła swoim pracownikom sprzedaży detalicznej w Hongkongu, aby nie nosili zwyczajowo całkowicie czarnego stroju roboczego podczas dojazdów do pracy z obawy, że będą myleni z protestującymi. F​irma wysłała instrukcje po brutalnym ataku na odzianych na czarno pasażerów metra w odległym rejonie miasta, do którego doszło miesiąc temu.

W piątek około 5000 osób wzięło udział w proteście branży księgowej w dzielnicy biznesowej Hongkongu. Wielu nosiło maski na twarzy oraz zwykły strój biurowy. Chińskie państwowe media skrytykowały firmy księgowe Wielkiej Czwórki, KPMG, Deloitte, PwC oraz Ernst & Young, które zatrudniają tysiące osób w Hongkongu. Ich pracownicy wyszli na ulice, by domagać się „demokracji oraz wolności”.

Wszystkie firmy księgowe oświadczyły, że nie akceptują przemocy ani działań niezgodnych z prawem.

Liderzy EY ostrzegli pracowników, by nie brali udziału w nielegalnej działalności ani nie używali sprzętu firmowego do celów niezwiązanych z działalnością gospodarczą.

Giełda w Hongkongu zareagowała spadkami. Chiny w piątek oświadczyły, że nałożą nowe taryfy w wysokości od 5 do 10 proc. na towary amerykańskie o wartości 375 miliardów dolarów w odwecie za amerykańskie plany wprowadzenia 10-proc. ceł na chińskie produkty o wartości 300 miliardów dolarów. Pekin zagroził przywróceniem 25-proc. ceł na amerykańskie samochody i części samochodowe, począwszy od 15 grudnia.

W odpowiedzi amerykański prezydent ogłosił, że taryfy na towary chińskie o wartości 250 miliardów dol. zostaną podwyższone do 30 proc. z 25 proc. ze skutkiem od 1 października. Donald Trump ogłosił także, że planowane 10-proc. cła importowe na chińskie towary o wartości 300 miliardów dolarów zostaną podwyższone do 15 proc. 

– Jeśli wojna handlowa będzie trwała, może to mieć wpływ na różne branże – ostrzegł Patrick Pun, szef inwestycji w TC Concord Asset Management.  – Jeśli producenci oryginalnego sprzętu w Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie ograniczą lub zwolnią produkcję z powodu wojny handlowej, zauważymy efekt fali w regionalnych gospodarkach – dodał.

Protesty w Hongkongu wzbudziły większe zaniepokojenie inwestorów. Carl Tannenbaum, główny ekonomista z Northern Trust ostrzegał, że wskutek zaostrzenia demonstracji może dojść do interwencji chińskiej, a wtedy może nastąpić „znaczna ucieczka ludzi, firm i kapitału, co byłoby szkodliwe dla obu stron”.

Źródło: bhn.bloomberg.ca, theguardian.com, en.people.cn, asia.nikkei.com, business-standard.com

AS

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=109454 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]