Kościół po Amoris laetitia. Zmieniając, co niezmienne…

Aktualizacja: 2019-04-11 10:14 am

Zmieniono model zarządzania Kościołem. Zmieniono język porozumiewania się ze światem. Zmieniono dyscyplinę duchownych. Zmieniono politykę wobec antychrześcijańskich reżimów. Zmieniono słowa Pisma Świętego, publikując nowe, ekumeniczne wydania Biblii. Zmieniono nawet katechizmowe brzmienie modlitwy Ojcze nasz. Dlaczego? 

Niemal cztery dekady temu Jan Paweł II potwierdził w adhortacji Familiaris consortio odwieczne nauczanie Kościoła na temat nierozerwalności małżeństwa. Pisał, że mimo zmieniającego się świata, pomimo zmieniających się mód i stylów życia, Kościół trwa przy niezmienności tego świętego sakramentu. Już wówczas papieża Polaka krytykowali za to progresywni biskupi i teologowie, pragnący jeszcze szerszego „otwarcia” Kościoła na świat. Ale nauczanie Jana Pawła II i tak modyfikowało już wielowiekową praktykę Kościoła – do tej pory bowiem za grzech ciężki uważano już samo zamieszkanie rozwiedzionego katolika z „nowym partnerem”. Jan Paweł II to nauczanie zmienił, wyznaczył krańcowe warunki, wskazując jednak na konieczność zachowania czystości.

To były jednak – jak się dziś okazuje – zupełnie inne czasy. Jeszcze czterdzieści lat temu niewielu biskupów odważyło się powiedzieć, że spełnienie takiego warunku zachowania czystości wydaje się im niemożliwe. Dziś jest jednak inaczej – duchowni wprost twierdzą, że człowiek nie jest w stanie żyć w czystości, mieszkając z osobą płci przeciwnej. W związku z tym liczni teologowie – szczególnie z diecezji niemieckojęzycznych – domagali się kolejnych zmian w nauczaniu, znacznie bardziej radykalnych. I doczekali się adhortacji Amoris laetitia papieża Franciszka: dokumentu stworzonego po burzliwym synodzie biskupów, na którym padały również postulaty uznania za małżeństwo… związków homoseksualnych. Na synodzie tym jednak główną rolę odgrywali biskupi marginalizowani podczas poprzednich pontyfikatów, a to ze względu na głoszenie pomysłów sprzecznych z nauczaniem Kościoła.

Wraz z opublikowaniem Amoris leatitia wyszedł na jaw jeden z największych kryzysów w nowożytnej historii Kościoła – ogromny podział wśród naszych pasterzy, przedstawicieli Ecclesia docens – Kościoła nauczającego. Świeccy – stanowiący Ecclesia discens, czyli Kościół nauczany – ze zgrozą obserwują gorszące podziały wśród biskupów spierających się, czy wciąż jeszcze obowiązują słowa Chrystusa o nierozerwalności małżeństwa! Na szczęście są także biskupi, którzy nie zgadzają się na taki „rozwój” Magisterium. Ta dzielna garstka, która zdecydowała się głośno wyrazić swój sprzeciw, nie kryła obiekcji jeszcze w latach poprzedzających pontyfikat Franciszka, kiedy to funkcję nieoficjalnego „teologa papieskiego” pełnić zaczął kardynał Walter Kasper – prominentny orędownik zmian w katolickiej etyce seksualnej.

Owi nieliczni hierarchowie przypominali nauczanie Chrystusa podczas dwóch sesji synodu o rodzinie. Przypominali je także po ogłoszeniu adhortacji Amoris laetitia, którą… początkowo każdy biskup interpretował po swojemu. Przypominali nauczanie Chrystusa, kiedy niemiecki episkopat ogłaszał, iż ów papieski dokument oznacza zgodę na Komunię Świętą dla rozwodników, a biskupi z Afryki twierdzili w tym samym czasie, że podtrzymuje on dotychczasowe nauczanie Kościoła. Przypominali owo nauczanie także wówczas, gdy progresywna interpretacja biskupów z Argentyny doczekała się oficjalnej papieskiej aprobaty. Ale była ich tylko garstka. Pozostali biskupi na temat rewolucyjnych zmian milczą lub po prostu je popierają.

Nie tylko Amoris laetitia

Od co najmniej pół wieku Kościół poddaje się gwałtownemu procesowi niezrozumiałych zmian. Wydawać się może, iż w ostatnich latach zmieniono dosłownie wszystko: podejście do związków homoseksualnych, do innych religii, do sposobu przeżywania pobożności. Zmieniono życie zakonników i zakonnic. Zmieniono nauczanie dotyczące nierozerwalności małżeństwa.

Zmieniono model zarządzania Kościołem. Zmieniono język porozumiewania się ze światem. Zmieniono dyscyplinę duchownych. Zmieniono politykę wobec antychrześcijańskich reżimów. Zmieniono słowa Pisma Świętego, publikując nowe, ekumeniczne wydania Biblii. Zmieniono nawet katechizmowe brzmienie modlitwy Ojcze nasz.

Dlaczego? W imię nowoczesności. W imię dialogu ze światem, który pragnie naszej zguby – zwłaszcza w sferze duchowej. Zwolennicy zmian wykoncypowali, że się z tym światem dogadamy, zapominając o nauczaniu Chrystusa, o wielowiekowej mądrości Kościoła i o… faktach.

Zbyt wielu naszych pasterzy uległo soborowej ułudzie aggiornamento, mimo iż przyniosło ono opłakane skutki. Kościoły Zachodu świecą pustkami, a i polskie świątynie pustoszeją w zastraszającym tempie. Bo zmieniono priorytety. Znajomość podstawowych zasad naszej Wiary wydaje się dziś – w znanych nam zachodnich społeczeństwach – równa znajomości wyższych zasad fizyki kwantowej. Zmianie uległy zainteresowania oraz sposób myślenia katolickiej inteligencji. Niewielu się dziś przejmuje Bożymi przykazaniami, jak również wynikającymi z nich nakazami i zakazami moralnymi. A w konsekwencji i zwykli świeccy zmienili styl życia. Nie jest to pesymistyczną wizją publicysty, lecz obrazem rzeczywistości wyłaniającym się z lektury badań socjologicznych.

Jakby tego było mało, w wielu miejscach świata Kościół zaprzestał zadanej przez Chrystusa misji ewangelizacji, zamieniając ją na bliżej nieokreśloną „nową ewangelizację”. Nie do końca wiadomo, na czym jej „nowość” polega – być może na tym, iż duchowni odmawiają nawracania ludzi nieznających lub odrzucających Chrystusa. A okazja ku temu jest dziś przednia – każdy katolik może zostać misjonarzem, chociażby dzięki internetowi! Ba, w dzisiejszej Europie o Ewangelii nie słyszały jeszcze dziesiątki milionów dusz – w tym miliony muzułmanów, którzy o Chrystusie nie usłyszą, albowiem dziś skupiamy się wyłącznie na tym, by ich przyjąć, nakarmić i ubrać. A ludzie Kościoła zupełnie odrzucają obowiązek troski o ich dusze.

W epoce dyktatury relatywizmu, jak słusznie zdiagnozował ją kardynał Joseph Ratzinger, wszystko wydaje się względne – nie istnieją więc żadne ze znanych poprzednim pokoleniom wartości, szczególnie te wynikające z wiary i moralności, rozróżniania obiektywnego dobra i zła. Doprowadziło to do sytuacji, w której już nic nie wydaje się niezmienne: ani prawda, ani jedność małżeństwa, ani dożywotniość papiestwa, ani nawet słowa Chrystusa… 

Nie pierwszy, ale najgłębszy kryzys

Owszem, w dziejach Kościoła bywały już podobne kryzysy. Żaden jednak nie był aż tak głęboki. Biskup Athanasius Schneider nazwał go wręcz największym kryzysem w historii, po wstrząsie ariańskim, wielkiej schizmie wschodniej i rewolucji protestanckiej. Plinio Correa de Oliveira już pięćdziesiąt lat temu pisał, że obecny kryzys charakteryzuje kilka cech: jest on powszechny, stanowi jedność, jest procesem totalnym oraz spójnym w swej destrukcyjnej sile. Przyjmując tę perspektywę, dostrzegamy także powagę obecnej sytuacji: kryzys naszych czasów nie oszczędził żadnej płaszczyzny życia Kościoła. Dotyka wiary i moralności, nauczania Kościoła i dyscypliny, treści i formy.

O ile poprzednie kryzysy, przez wieki wstrząsające Kościołem, przynosiły wiele opłakanych skutków – na czele z bolesnymi podziałami wśród chrześcijan – o tyle były one mniej gorszące niż ten dzisiejszy.

Gdy biskupi poparli herezję ariańską lub gdy toczył się spór o filioque, polemiki te nie dotyczyły podstawowych kwestii moralnych i wyborów przeciętnego wyznawcy Chrystusa (choć lud żywo dyskutował o teologii!). Gdy wybierano papieży i antypapieży, zdawało sobie z tego sprawę niewiele osób. Nawet gdy Marcin Luter niszczył naszą religię, wielu pobożnych chrześcijan, których biskupi zmienili wyznanie, do końca życia nie wiedziało, iż cokolwiek uległo zmianie – znane są świadectwa z angielskich parafii, w których i sto lat po reformacji wierni nie zdawali sobie sprawy, że nie są już katolikami!

A dziś? Kryzys katolickiej nauki i wynikający zeń straszliwy kryzys moralności, doprowadził do upadku całych społeczności i dziesiątek milionów jednostek. A przecież tu chodzi o zbawienie dusz! O pójście do Nieba lub do piekła! Wierni słyszący od coraz liczniejszych kapłanów fałszywe nauczanie, biorą je sobie do serca. Kto weźmie za to odpowiedzialność? Jeśli wysoko postawieni ludzie w Kościele nie tylko nie przeciwstawiają się promocji rozpustnego stylu życia, ale na nią zezwalają, a w niektórych sytuacjach wręcz ją popierają, to nie mamy już szans na indywidualną obronę! Gdy wpływowi katoliccy dostojnicy opowiadają, że kiedyś słowa Boga interpretowano inaczej, a dziś można inaczej, bo „przecież czasy się zmieniły”, to popadamy w pomieszanie z poplątaniem kończące się totalnym chaosem, mnogością sprzecznych opinii i zamętem uniemożliwiającym dotarcie do Prawdy. Nie oszukujmy się – dziś przeciętny katolik coraz rzadziej słyszy z ambony o niezmiennych zasadach, za to coraz częściej w telewizji, radiu czy internecie usłyszeć i przeczytać może zaskakujące słowa wypowiadane właśnie przez duchownych.

Pogodzić się z grzechem?

Trudno się dziwić, że sytuacja ta niesie za sobą określone konsekwencje dla całych społeczeństw. Dostrzegamy masową apostazję, dystansowanie się wiernych od Kościoła, powstawanie katolicyzmu nominalnego – zupełnie nowego zjawiska religijnego. Jedną z najlepiej widocznych i najbardziej bolesnych konsekwencji tej sytuacji jest zupełne porzucenie moralności. Dość powiedzieć, że Zachód boryka się dziś z plagą rozwodów, niszczącą życie doczesne i wieczne zarówno dorosłych, jak i dzieci. W do niedawna katolickiej Belgii rozwodami kończy się dziś 71 procent małżeństw. W Hiszpanii i Portugalii oraz na Węgrzech ponad 60 procent. W krajach bałtyckich – ponad połowa. W Polsce już niemal 30 procent. Wszystko wskazuje więc na to, że za kilkanaście lat małżeństwa, które przetrwały więcej niż dwadzieścia lat, będą traktowane jak… dinozaury. A przecież bez zdrowych rodzin nie będzie zdrowego Kościoła – zdrowych powołań, zdrowych pasterzy.

Jak na ten haniebny trend zareagował Kościół? Zwołaniem synodów na temat rodziny i publikacją podsumowującej je adhortacji apostolskiej Amoris laetitia – dokumentu na tyle niejasnego, że przez różnych biskupów interpretowanego w skrajnie odmienny sposób. Olbrzymia liczba duchownych twierdzi dziś bowiem, że papież Franciszek upoważnił ich do udzielania Komunii Świętej rozwodnikom żyjącym w nowym związku cywilnym. Ujmując rzecz publicystycznie – interpretacje te wskazują, że adhortacja „zalegalizowała” rozwody w Kościele. Potwierdza to list Franciszka do biskupów Argentyny, w którym wprost potwierdza on, że dobrze zrozumieli główną myśl papieskiego dokumentu, udzielając Najświętszego Sakramentu rozwodnikom, którym go do tej pory – przynajmniej oficjalnie – nie udzielali. Logika postulatorów takiego rozwiązania jest tyleż absurdalna, co… prosta. Uznają oni bowiem, iż skoro tak wielu ludzi się rozwodzi i raczej po ludzku nie widać szansy na odwrócenie tego trendu, to należy ów trend przyjąć za swój i się z nim… pogodzić. W imię „niewykluczania” nikogo ze wspólnoty rozwiedzionym, którzy za nic mają przykazania kościelne, należy udzielać zatem Komunii Świętej, mimo słów Chrystusa o niemożności rozdzielenia przez człowieka tego, co złączył Bóg.

Zmieniamy, co niezmienne

Ale jeśli rozważania na temat Amoris laetitia ograniczymy wyłącznie do kwestii małżeństwa i rodziny – spraw rzecz jasna niezmiernie ważnych i zupełnie fundamentalnych – nie będziemy w stanie dostrzec realnej głębokości obecnego kryzysu. Oto bowiem logika modernistów nakazuje stosować skrajnie progresywne (a zarazem permisywne) interpretacje papieskiego dokumentu nie tylko do rozważania możliwości odpuszczenia grzechu życia „jak mąż z żoną” z kimś kto ma sakramentalnego małżonka (i to bez obietnicy poprawy), ale liberalni biskupi życzą sobie także, aby stosować postulowany przez Amoris laetitia proces „rozeznawania i towarzyszenia” również w innych kontekstach. Oto jeden z duchownych już wywnioskował na podstawie tegoż dokumentu, że można stosować antykoncepcję. Inny zaś wyjaśniał, że dzięki zapisom Amoris laetita doszedł do wniosku, iż może już swobodnie… błogosławić pary homoseksualne.

Tak oto za pomocą jednej adhortacji próbuje się wywrócić dwa tysiące lat nauczania Kościoła.

Opór wobec tych planów trwa, ale jego moc jest niemal niezauważalna dla rozpędzonej machiny rewolucji. Sprzeciw kilku dzielnych kardynałów i kilkudziesięciu biskupów (spośród ponad sześciu tysięcy członków światowego episkopatu) to zdecydowanie za mało. Działają też świeccy uczeni i publicyści – ale traktowani są niczym trędowaci. Podpisy 150 tysięcy polskich katolików proszących swoich biskupów o niezmienianie nauczania Chrystusa zostały całkowicie zbagatelizowane – żadnemu z hierarchów nie starczyło odwagi, by publicznie odnieść się do tej spektakularnej akcji podjętej wyłącznie z pobożności i przywiązania do Kościoła!

A zwolennicy zmian triumfują. I w swej deklarowanej wszem wobec „pokorze” pragną wciąż ulepszać to, co doskonałe; poprawiać, co wieczne; rozrywać, co nierozerwalne; laicyzować, co święte; i zmieniać, co niezmienne…,

Nadzieja umiera ostatnia

Naszym zadaniem – zadaniem świeckich wiernych Kościoła – jest trwanie przy jego prawdziwym nauczaniu. A ci z nas, którzy otrzymali od Pana Boga umiejętność analizowania i opisywania rzeczywistości, powinni czynić to najszerzej, jak tylko możliwe. Taki jest też cel niniejszej książki – głosić niezmienną prawdę, bo ona nas wyzwoli.

Od samych swych początków prawdę tę przypominają zarówno magazyn „Polonia Christiana”, jak i portal PCh24.pl. Media te sumiennie relacjonowały całą synodalną debatę na temat sakramentu małżeństwa, w licznych analizach starając się przewidzieć, do czego doprowadzić mogą pomysły progresistów. Wybór tekstów składających się na niniejszą publikację stanowi zapis naszego wnioskowania oraz naszych przeczuć, które – niestety – spełniły się. I choć naturalnym byłoby w tej sytuacji powiedzieć: A nie mówiliśmy?, nie uczynimy tego. Słowa te zabrzmiałyby bowiem wyjątkowo gorzko.

Teksty przypomniane w książce „Kościół po Amoris laetitia” powstawały na bieżąco, w reakcji na kolejne etapy rewolucji w Kościele – już wtedy, gdy wiele innych polskich mediów nie umiało bądź nie chciało jej dostrzec (a były też nad Wisłą ośrodki wprost wyrażające entuzjazm wobec radykalnych zmian – i to nie tylko ateistyczne, lewicowe i liberalne, ale i takie, które posługują się przydomkiem „katolicki”).

Dlaczego większość publikatorów wydawanych przez kurie biskupie cechowało milczenie o tych trudnych sprawach? Niełatwo tę strategię wyjaśnić. Czyżby polscy katolicy nie powinni się dowiedzieć, w którą stronę zmierza ich Kościół? Czy polskich wiernych należy traktować jak dzieci, którym nie mówi się o problemach dorosłych?

My wychodzimy z innego założenia. Czytelnicy magazynu „Polonia Christiana”, portalu PCh24.pl oraz niniejszej publikacji mają prawo wiedzieć, że Kościołem targa dziś ogromny kryzys. Wszak tylko mając tego świadomość, mogą włączyć się w proces naprawy Chrystusowej Owczarni wszystkimi możliwymi sposobami. Właśnie w tym celu powstała książka Kościół po Amoris laetitia. Pragniemy za jej sprawą zachęcić jak największą liczbę czytelników do refleksji, modlitwy i działania.

Jak obecny kryzys zapowiadały orędzia Matki Najświętszej; w jaki sposób rewolucja seksualna roku 1968 przedostała się do Kościoła; jak działają mechanizmy zagłuszania sumienia; czym zakończy się głoszenie „Ewangelii bez krzyża” i „miłosierdzia bez nawrócenia”; i wreszcie jak wyjść z tego kryzysu – na te wszystkie pytania odpowiadają autorzy niniejszej publikacji, którą potraktować można jako głos iście proroczy.

Prorokowanie bowiem, wbrew utartej opinii, wcale nie polega na przepowiadaniu przyszłości, ale na głośnym wykrzykiwaniu tego, co się widzi. Na piętnowaniu współczesnych błędów, na krytykowaniu rzeczywistości, jeśli wydaje się ona sprzeczna z wolą Bożą. I to właśnie czynią autorzy tej książki. Przyszłość za to odkrywa przed nami Matka Boża. Pojawiając się w tak wielu miejscach w ostatnich stuleciach przestrzega nas przed konsekwencjami odejścia od Wiary i zapowiada wielki kryzys w Kościele oraz kończącą dobę hańby karę Bożą. Czyż nie mówiła o tym w Fatimie? Czyż nie potwierdziła tego w Akita i Kibeho?

Przesłanie wszystkich tych objawień jest jednoznaczne – świat potrzebuje pilnego nawrócenia i pokuty. Ale te tragiczne orędzia stanowią także obietnicę pełną nadziei – wiemy bowiem, że po straszliwym kryzysie nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi, a sprawiedliwi zostaną wynagrodzeni.

Kościół bowiem stanowi Mistyczne Ciało Chrystusa i tak samo jak nasz Pan musi cierpieć na swej Drodze Krzyżowej. Ale nie wolno nam nigdy zapomnieć, choćby sytuacja wydawała się już całkowicie beznadziejna, że po mrocznym wieczorze Golgoty nastanie – także i dla Kościoła, dla jego prawdziwej wiary i moralności – poranek zmartwychwstania.

Krystian Kratiuk

Powyższy tekst stanowi wstęp do książki „Kościół po Amoris latetitia” wydanej nakładem „Biblioteki Polonia Christiana”

Aby zamówić, kliknij TUTAJ

 

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Tags: ,

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=107510 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]